Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Pazur "Ćma"  
Autor: Pazur
Opublikowano: 2008/8/5
Przeczytano: 1572 raz(y)
Rozmiar 6.90 KB
0

(+0|-0)
 
Dziwne, że błądząc ziemską ścieżką snu,
Wśród klęsk i nieszczęść ostrych jak kamienie,
Nie śmiemy myśleć, chociaż brak już tchu,
Że ten cień, który kresem jest - to przebudzenie.


John Keats, O śmierci


Ćma

Niczym nie osłonięta, żałośnie zwisająca żarówka rzucała nieudolnie nikłe, irytująco słabe światło na przestrzeń, która kołysała się jej u stóp. Kilka razy z tępym odgłosem odbijała się od niej mała, czarna ćma, która w swych nieustannych próbach sprawiała wrażenie zdesperowanej. Tak, jakby chciała ukryć się w szklanej, zabrudzonej kopule przed otaczającą ją rzeczywistością. Tak, jakby dostrzegła w niej swoje ostateczne sanktuarium.
Za każdym razem, gdy w pobliżu dało się słyszeć stłumione, charczące odgłosy całe znajdujące się w pomieszczeniu robactwo błogosławiło obecność żarzącego się przedmiotu zawieszonego na rozhuśtanym, gołym przewodzie.
Żarówka nie świeciła by rozjaśnić. Świeciła by dać cień. Najlepsze możliwe schronienie. O ile łatwiej skryć się na pograniczu rozświetlonego widziadła i iluzyjnej ciemności? Czy drapieżnik oślepiony światłem jest wstanie przejrzeć przez najzwyklejszy cień? Czy jego wzrok jest w stanie dostosować się tak, jakby zrobił to w mroku? Czy ostatecznie jego umysł jest na tyle przenikliwy by mobilizować go do szukania głębiej, w zakurzonych kątach, pod oderwanymi tapetami i rozkładającymi się śmieciami? Nie, w świetle wszystko jest wyraźniejsze...

„Ilu ich jest?”
„Dwudziestu trzech.”

Dwadzieścia trzy. Tyle właśnie metalowych, zardzewiałych łóżek ciągnęło się w rzędzie wzdłuż obskurnej, pokrytej pleśnią ściany. Na każdym z nich, w panującym półmroku, można było dostrzec zdeformowaną, wykrzywioną sylwetkę śpiącej postaci. Ich niezgrabne tułowia unosiły się ciężko przy każdym nerwowym chwytaniu powietrza. Niektórzy, łaknący go bardziej niż inni, krztusili się własnymi, lepkimi wydzielinami.
Jak wielką potrzebę musiał odczuwać ich organizm by wdychać odór, który był nie do zniesienia dla każdego wrażliwego na zapach gryzonia. Odór, który sami wydzielali.

„Kim oni są?”
„To bestie.”

Wąski strumień światła rozrzedzał z trudem gęstą powłokę nieustępującej ciemności. Czym bardziej oświetlony był fragment pomieszczenia, tym ciemniejsze zdawało się jego otoczenie. Promień latarki powoli przesuwał się nad każdym z łóżek zatrzymując się jedynie na krótką chwilę by dokładniej objąć leżącą na nim osobę. Byli pomarszczeni, ich ciała wydęte, skóra popękana, jakby wyciętymi fragmentami nałożona na ich mięśnie i kości, jakby trzymana jedynie przez wciąż wilgotną, ale na wpół zakrzepłą krew. Wokół nich, na podłodze, kłębami gromadziły się wydarte z głów włosy. W miejscu oczu dostrzegalne były jedynie krwawo-brunatne wybrzuszenia - zaschnięte strupy.
I chociaż zdawali się być ślepi, nieprzytomni, zżerani przez tą samą zarazę – wszyscy na których twarze padał strumień światła reagowali tak samo. Jednego po drugim zmagały coraz silniejsze konwulsje. Echo odbijające się od gołych ścian nasilało się wraz z ich głośniejszymi jękami. Twarze wzniosły się wysoko w górę, a palce zakończone połamanymi paznokciami gwałtownymi ruchami rozdrapywały krwiaki zasłaniające ich oczy.

„To ludzie!”
„Naprawdę widzisz w tym sprzeczność?”

Na tylnich, metalowych poręczach przymocowane były drewniane tabliczki. Do każdej tabliczki przypięte były niewielkie kawałki brudnego, szarego papieru. Litery maszynopisu żądały zapisania nigdy niewypełnionych, pustych miejsc. Nazwisko. Płeć. Stan cywilny. Przypuszczalny rok urodzenia. Miejsce. Data. Godzina. Przyczyna.

„Nie mamy dla nich osobnych druków.”
„A czego brakuję w tych?”
„Gatunku.”

Po wygaszeniu latarki ciemność w pomieszczeniu ponownie rozłożyła się równomiernie. Wrzask do niedawna wypełniający sale ucichł, a konwulsje leżących ustały. Część z nich śmiała się teraz obłąkańczo, inni mamrotali do siebie bełkotliwe, niezrozumiałe modlitwy, inni żałośnie zawodzili wycierając swoje zakrwawione dłonie o okrywający ich koc.
Jednak żaden nie odwrócił się w stronę innych. Żaden nie wyciągnął swojej dłoni w poszukiwaniu wsparcia. Żaden z nich nie zawołał do innego leżącego, z którym dzielił pomieszczenie. Nie dostrzegali siebie nawzajem, chociaż wspólnie przeklinali nieświadomie tą samą rzeczywistość. Ten sam koszmar z którego wybudzić się nie mogli. Mimo, że leżeli w metrowych odstępach od siebie – byli samotni.

„Przecież to tacy sami ludzie jak Ci z sal obok!”
„Mówiłem Ci, to bestie. Oni nie są chorzy. Nie muszą być izolowani. Mogli by być przywiązani, powstrzymani od samookaleczania. Ale jednak, nic nie możemy zrobić. Nie wydzieliliśmy dla nich osobnego gatunku.”

Bezwiedni, bezsilni schizofrenicy. Podróżnicy zamknięci w skorupie własnej wyobraźni, własnych zjaw i widm. Ci, którzy szukali zmian, buntując się przeciw własnej rzeczywistości. Aspołeczni wariaci, których złamał własny gniew, własne, nieudolne próby uciszenia myśli. Głosu pochodzącego z ich wnętrza, który szczerze gardził drogą jaka została im narzucona. Który w arogancki i bezczelny sposób pluł na wszystkie napotykane dobrodziejstwa. Który żądał czegoś innego. Czegoś odbiegającego od ich dotychczasowego pół-istnienia. Przygwożdżeni do łóżek własną ułomnością, bezradnie, po omacku szukali ukojenia. Przedzierając się przez kolejne skrzepy, nieustannie zakrywające ich pokaleczone oczy, nie mogli uwolnić spod skorupy nawet własnych łez.

„A co będzie po tym jak się przebudzą? Czy również wtedy przeszkodzi im biurokratyczne niedopatrzenie?”
„Nie sądzę by kiedykolwiek się przebudzili. Nie istnieje miejsce w którym mogliby żyć. Do którego mogliby pójść. To zawsze było ich własne, prywatne więzienie.”

Żarówka zamigotała gwałtowniej i jeszcze bardziej przygasła. Ćma wciąż odbijała się od szklanej bańki w poszukiwaniu ukrycia.
Nie, z pewnością nie chciała lecieć do światła. Było ono zbyt słabe.

Pazur


Tym, którzy preferują czytanie w Wordzie z poprawnie wyświetlanymi akapitami i odstępami zapraszam do ściągnięcia pliku .doc z powyższym opowiadaniem: KLIK
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
Anonim
0
(+0|-0)
Opowiadania: Pazur "Ćma"
Wysłano: 24.04.2009 1:07
Taki metaforyczny apel...

"Mimo, że leżeli w metrowych odstępach od siebie – byli samotni."

żeby całe środowisko tak nie skończyło...

0
(+0|-0)
Opowiadania: Pazur "Ćma"
Wysłano: 15.08.2009 0:28
Czarny kot / różowa fretka
Anthro
Mocne, niemal brutalne, ale podoba mi się.