Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Garou "Pies czarownicy"  
Autor: Dźwiedź
Opublikowano: 2008/11/9
Przeczytano: 1523 raz(y)
Rozmiar 42.74 KB
1

(+1|-0)
 
Opowiadanie jakie łaziło mi od dłuższego czasu po łbie. Po części osobiste, po części zmyślone. Trochę z futrzastości, trochę z fantastyki naszych czasów. Mam nadzieje że się spodoba. Miłego czytania
***
W pokoju panował półmrok. Jedynie pojedyncze świece rozszczepiały ciemność nie dając jej niepodzielnie panować w pomieszczeniu. Cienie zmuszone walczyć o każdy skrawek wolnej powierzchni zalegały na ścianach, chowały się w kątach i szparach czekając na czas, gdy płomienie zgasną i wreszcie błoga ciemność zaleje całą izbę. Światło jednak walczyło dzielnie odpędzając od siebie chłód cienia i nocy. Obdarzało pokój migotliwym blaskiem rozchodząc się pojedynczymi strumieniami po komodach, krzesłach i małym stoliku w rogu.

Światło i ciemność wirowały w tym dziwnym tańcu, a każdy przedmiot w pokoju był ich sceną. Imbryki i figurki z porcelany iskrzyły się niczym gwiazdy, drewniane ozdoby w kształcie masek łowiły jasność pochłaniając ją. Pęki ziół i drobnych gałązek zaś roztaczały cienie na plamach jasnych paneli tworząc złowróżbne kształty dłoni czy rąk. Nawet pofalowany obrus wydawał się być spienionym, czarnym morzem. Całości dopełniał zapach pokoju, mocny i korzenny mieszał się z delikatnym zapachem wody brzozowej i fiołków. Gdzieś jeszcze nieśmiało wkradała się lawenda nadając bukietowi zapachów jakby szlachetnej nuty. Mały, ciemny pokoik na poddaszu. Pachnący nocą, tajemnicą i magią…

Na środku pokoju klęczała kobieta. Była młoda i zgrabna, długie nogi zakończone drobnymi stopami zgrabnie podwinęła pod krągłą pupę. Kształtną talię przykrywały kaskady czarnych włosów wijących się niczym czarne węże. Po śniadej cerze pełzały światło i cień nadając jej sylwetce drapieżnego kształtu. Kształtnymi rękoma zakończonymi smukłymi dłońmi przesuwała po kręgach na podłodze. Jej oczy półprzymknięte i lekko zagryziona warga, przyciszony jęk i nierówny oddech kreśliły na niej obraz ekstazy.

W pewnej chwili powieki otworzyły się ukazując wielkie, niebieskie oczy. Bezkresne niczym tafla jeziora. Usta powoli rozwierając się ukazały równe, mlecznobiałe zęby. Na jej drobnej twarzy nagle zagościł grymas bólu. Zwinęła się natychmiast szarpnięta spazmem i krzyknęła niczym ranny ptak. Z jej oczu popłynęły stróżki czerwonych łez, światła zgasły nagle, a ona powoli zapadła w ciemność

Obudził ją dopiero poranny świergot ptaków. Drobne stworzenia śpiewały swą pieśń życia, zwycięstwa dnia nad nocą, życia nad śmiercią. Każdy ptak śpiewał inaczej, ale przecież tak wszystkie ich nuty się dopełniały, że nie można było stwierdzić, który z nich się wybija. Zapewne gdyby któregoś głosu zabrakło, choćby stukania dzięcioła, czy radosnego trelu słowika cała ta symfonia wydawałaby się martwą. Ale jednak grała, Grała pieśnią życia

Ptaki tym razem nie poprawiły jej nastroju. Tak samo jak ciepłe promienie lipcowego poranka, które próbowały przebić się przez jedyne okrągłe okno na poddaszu. Zeszła na dół odziewając się jedynie w biały, puchaty szlafrok. Ruszyła schodami w dół do przedpokoju wyłożonego drewnianymi panelami. Na ścianach wisiały obrazy, z jednych spoglądała na nią para jeleni ukrytych gdzieś w gęstym sosnowym borze. Z na innym rodzina dzików ryła poszycie lasu dębowego. Następny przedstawiał dwa górskie kozły walczące na stromych skarpach górskich. Wszystkie zdawały się jakby żyć, jakby za chwilę zwierzaki miały wyjść z ram i zacząć biegać po mieszkaniu. Był też inny obraz, lecz przykryty czarnym płótnem, jakby żałobnym. Jej wzrok przez chwilę spoczął na tym właśnie obrazie, smukła dłoń drgnęła… przez chwilę. Potem ruszyła dalej do łazienki.

Białe kafelki, ogromne lustro i wanna, ładne szafki z białego drewna obite mosiądzem, drobne lampki oliwne i porcelanowe pudełeczka na kosmetyki. Tak właśnie wyglądała jej łazienka. Jeszcze przy wejściu porzuciła szlafrok i ruszyła ku wannie kołysząc zmysłowo biodrami. Nalała ciepłej wody i dolała do niej kilka kropel ze szklanego flakonu. W powietrzu rozniósł się zapach bzu i fiołków. A Ona powoli zanurzyła się w błogim cieple. Przymknęła zmęczone oczy i pozwoliła, aby woda powoli wypłukiwała z niej zmęczenie wczorajszej nocy.
-Był tu już od dłuższego czasu. –Mówiła sama do siebie. –Ale zaczął działać od niedawna… Skąd wiedział aż tyle? I jakim cudem się wybronił? –Pytała sama siebie miotając się w wannie. –Przecież użyłam wszystkiego, co miałam… a się wywinął… potraktował mnie jak jakąś uczennicę! Ale jeszcze mnie nie poznał… za to ja znam jego… Dopadnę go… Tylko jak –Drobne usta wykrzywiał grymas wściekłości, lekko zadarty nos marszczył się niczym u zbulwersowanego kociaka. Przez chwilę nawet prychała jak kocica, potem poczuła jak coś ją uderza. Nagły impuls silny niczym pocisk wystrzelony prosto w jej świadomość. Poczuła jak nagle krew płynie z jej nosa, oczu i warg, jak ciemność zalewa jej oczy. Ostatkiem sił odepchnęła go od siebie. Okrutny impuls tak jakby wielki komar wbił się w jej umysł i chciał wyssać wspomnienia. Obroniła się i założyła blokady, wszystkie, jakie znała… Skoro wdarł się aż tutaj to znaczy, że nie jest byle chłystkiem…, Ale co teraz? Teraz ją może znaleźć! I zaatakować… A w konsekwencji zabić… Po jej ciele przeszedł deszcz strachu. Tak długo już była wiedźmą, pokonała nawet własną babkę, ale jeszcze nigdy się tak nie bała jak teraz… ten ktoś był silniejszy, umiał więcej i chciał… przejąć jej domenę.

Wyszła z wanny nie wycierając się nawet, po prostu znów zarzuciła na siebie szlafrok… Poszła do salonu. Białego pokoju z perskim dywanem, meblami z czarnego dębu oraz skórzanymi kanapami i antyczną bronią na ścianach. Potrzebowała się uspokoić… Potrzebowała się napić. Jeden kieliszek na uspokojenie się, no może na wszelki wypadek dwa. Sięgnęła do starej maszyny do szycia, której pudło sprytnie przebudowano na barek z elegancką lodówką, wyjęła z niego pierwszą lepszą butelkę wódki i nalała do kieliszka. Przechyliła na raz –Gdyby tak teraz ktoś z pracy Cię widział, mokrą i roztrzęsioną, pijącą czystą niczym wprawiony menel byłoby już po awansie… -Pomyślała bawiąc się kieliszkiem. Przyglądając mu się uważnie. Przeźroczysta tafla szkła w jednym, jedynym miejscu wygrawerowana była głową wilka… szczerzył się w uśmiechu morderczej bestii… nalała jeszcze jednego, przyglądając się butelce.

Po ściankach biegały dwa wielkie wilki na tle syberyjskiej puszczy. Alba lupa… ile to lat temu ją kupiła? Będzie ze dwa… albo i więcej. Coś znów wślizgnęło się do jej głowy. Tym razem nie był to bolesny atak innego z obdarzonych. Ten impuls przysporzył jej dreszczy, dreszczy rozkoszy… Jest coś, czego On nie umie…, Ale ona tak! Jej usta wygięły się w uśmiechu a w oczach zatańczył płomień nieukrywanej radości. Teraz tylko musi wszystko przygotować. Przechyliła kolejny kieliszek trzymając go w pewnej dłoni Bizneswoman. Znów była górą, teraz mogła zaplanować wszystko. Tylko czy przybędzie? Musi Przybyć! Jest związany i przybędzie! A potem… Potem odejdzie… tak jak już kiedyś odszedł

Noc zapadła szybciej niż wczoraj. Burzowe chmury czarne niczym smoła przykryły niebo bijąc piorunami o ziemię. Wiatr wył tarmosząc koronami drzew a deszcz bębnił w szyby jakby chciał je wyważyć. A ona odziana jedynie w malunki na ciele tańczyła po kręgach w pokoju na poddaszu. Na jej nadgarstku dzwoniła pojedyncza bransoleta. Cienie i malunki jednak zasłaniały jej kontury.

Dziewczyna tańczyła jak opętana w dymie z wilczych jagód i tojadu. Rysy jej twarzy znów przybrały wyraz ekstatycznej przyjemności. Mówiła półszeptem na wpół ludzkie słowa wijąc się w kręgu, opadła na klęczki mrucząc i warcząc niczym wilczyca. Czarne pukle jej włosów znów rozpełzły się po ciele oblepiając jej mokra od potu skórę. Nagle otworzyła oczy zawyła niosąc swój zew, dziwnie nie ludzki. Okno otworzyło się z hukiem, deszcz wdarł się do pokoju gasząc płomienie świec i tlące się kadzidła. A wiatr huczał wraz z jej skowytem niosąc go daleko w świat.
Gdzieś tam… gdzieś daleko… Otworzyły się oczy bestii
*
Deszcz bębnił o witryny sklepów, monotonne dudnienie kropel rozbijało się po całym mieście. Nie słychać było ani gwaru przechodniów, ani śpiewu ulicznych grajków. Nawet szum samochodów dziwnie ucichł okryty kocem rytmu deszczu. Całe miasto osnute pajęczyną ciszy i wyczekiwania. W końcu po deszczu zawsze przychodzi słońce.

Zdawało się, że tylko to miejsce broniło się przed smutkiem dzisiejszego dnia. Mała herbaciarnia, ukryta w podwórzu kamienicy. Wisiał przed nią stary szyld, nie jakieś nowoczesne neonowe paskudztwo, tylko drewniana deska wisząca na łańcuchach, pomalowana na ciemnoniebieski kolor z białym napisem. Od strony wejścia okryta skromnym tarasem z girlandami kwiatów od boków tulona prywatnymi mieszkaniami zdawała się zatrzymać w sobie cały czar z czasów polski przedwojennej.

Do wnętrza prowadził schludny przedpokój w barwie pastelowego pomarańcza. Już w progu witała Cię uprzejma ekspedientka, wyglądająca niczym ukochana ciocia. Uśmiechała się i zagadywała rozmową, zaraz potem jedna z kelnerek, bardziej przypominających daleką kuzynkę niż pracownika wskazywała wolny stolik by po kilku minutach nie nachalnie zapytać, co podać.

Same pokoje, bo nie dało się ich nazwać pomieszczeniami umeblowane jak gościnny salon z kilkoma stolikami, na którym obowiązkowo stała lampka i figurka z porcelany. Przy każdym stoliku stały wygodne, skórzane fotele a ściany zdobiły obrazy i zdjęcia, na których widniały portrety rodzinne jeszcze sprzed czasów komuny. Całości wystroju dopełniały pawie pióra i pojedyncze wachlarze. Gdzieś w rogu stał gramofon, w innym zaś zegar. Jednym słowem wchodząc tam czuło się ducha epoki, i jeszcze te rozmowy, które słyszało się półszeptem, ciche i pełne ekscytacji rozmówki zakochanych. Rzeczowe konwersacje starszych czy choćby ciche pobrzękiwanie gitary jedynego grajka nadawały temu miejscu swoistą głębię duszę, której wiele lokali nie ma.

Siedziała samotnie przy jednym ze stolików. Spod swych okularów połówek obserwowała mozolny bieg wskazówek zegara. Upiła skromny łyczek z filiżanki. Herbata z miętą pieprzową i cytryną działała na nią orzeźwiająco. Odłożyła filiżankę i drobnym, i nabrała kawałek szarlotki na srebrny widelczyk i spróbowała niewielki kęs. Ostatni raz była tutaj jakoś przed dwoma laty, a jednak zostało tu wszystko tak jak wtedy. Nawet „Ciocia” przywitała ją po imieniu… To było dziwne, jednak urocze na swój sposób. Tak jakby pamiętała każdego klienta. Może pamiętała? Kobieta znów spoglądała na zegar, Był już kwadrans po siódmej… spóźniał się, czyżby miał nie dotrzeć? Niemożliwe… więzy są zbyt silne. Ten urok wyszedł jej zbyt dobrze… Na pewno przybędzie.

Jej bransoleta zadrżała, wyczuliła więc wzrok. Do pokoiku wślizgnęła się młoda para. Drobna blondyneczka w ubraniu przypominającym szkolne kostiumy w japońskich szkołach i postawny brunet w garniturze. Przytuleni do siebie rozmawiali przyciszonym szeptem. On patrzył na nią jak na boginię, ona na niego jak na Herosa. Młodzi kochankowie lata. Wiedźma spojrzała na nich swymi niebieskimi oczyma, przekrzywiła głowę lekko na bok i znów upiła łyk Herbaty. –Trzy miesiące i będą chcieli się pozabijać –Mruknęła sama do siebie odstawiając filiżankę.
-Widzę, że jak zawsze wszystkim wróżysz dobrze, prawda? –Była Tak zaintrygowana parą, że nie zauważyła, gdy podkradł się do jej stolika. Bransoleta na ręku zadrżała mocniej a ona prawie, że podskoczyła słysząc jego głos na wysokości własnego ucha –Przybyłem jak mnie wzywałaś… czym więc Ci mogę służyć… Pani
-Najpierw przestań robić sceny i siądź jak człowiek na krześle. –Odpowiedziała sucho, chcąc powstrzymać drżenie głosu. Podkradł się do niej jak zawsze… Jak łowca

Gdy usiadł przed nią doznała kolejnego szoku. Nie wyglądał tak jak go zapamiętała. Przede wszystkim postarzał się w jej oczach o jakieś dziesięć lat. Jego twarz, niegdyś z ledwo dostrzegalnym zarostem teraz pokryta była nieprzebyta dżunglą czarnej szczeciny. Włosy, które pamiętała krótkie, równo przystrzyżone zmieniły się nagle w czarne węże sięgające trochę poniżej ramion. Również jego usta zmieniły się, wydawało się jakby nigdy się nie uśmiechały. Nawet jego cera zmieniła kolor na inny, ogorzały od wiatru. Położył na stole dłonie, przypominające bardziej szpony drapieżnego ptaka niż człowieka, zamiast paznokci miał prawie że pazury. Jedynie oczy, Jasnobrązowe, prawie że złote lśniły tak samo dzikością mimo iż oprawione w cień bezsennych nocy i sieć drobnych zmarszczek. Spoglądał na nią butnie, trochę wyzywająco.
-Napijesz się czegoś? –Zapytała tonem, jak gdyby rozmawiała z dawnym przyjacielem
-Nie jestem spragniony. –Odpowiedział nie przestając patrzeć w jej oczy
-Napijesz
Siedzieli tak w ciszy nad filiżankami. Tamta para jakoś szybko ulotniła się czując dziwne napięcie i niezrozumiały strach. On wciąż patrzył się na nią, ona dźgała widelczykiem szarlotkę co jakiś czas zerkając tylko na niego. Atmosfera powoli gęstniała, stawała się lepka jak smoła, nawet oddychało się ciężej. Czarownica przerwała ciszę pierwsza.
-Potrzebuję Twojej pomocy…
-Nie wątpię… Inaczej byś mnie nie wzywała
-Chodzi o pewnego człowieka…
-Maga
-Tak… -Przeniosła w końcu swe niebieskie oczy na jego twarz. –Potężnego maga… tak silnego jeszcze nie spotkałam…
-Chcesz żebym załatwił za Ciebie Twoje sprawy…
-Tak… zapłacę… -Spoglądała na niego z wyczekiwaniem, nawet się uśmiechnęła
-Wykluczone… Nie będę Ci pomagał, szczerze mówiąc nawet mnie to cieszy –Wypowiedział te słowa prawie że warcząc jak zwierzę –Nie potrzebuję Twoich brudnych pieniędzy
-Łukasz ja… ja oddam Ci wolność… -Zgrabne dłonie przesunęły się po blacie zaplatając się na ludzkim szponie
-Obiecałaś mi wolność dawno temu! Nie Agnieszka! To jest Twój problem! – Szpon wyrwał się z delikatnych dłoni, Mężczyzna wstał odrzucając krzesło do Tyłu –Żegnam… Nie szukaj mnie więcej.
-Łukasz!
Wyszedł, na końcu jeszcze skłonił jej się niemal dwornie, jeszcze przechylił filiżaneczkę herbaty i wykrzywił usta w grymasie. Poprawił poły styranej kurtki i zostawiając zaskoczonej „Cioci” Sporą garść drobniaków i ruszył w kierunku gorszych dzielnic. Za nim zaś podążał deszcz, jego kroki zlały się z dudnieniem kropel.

Szukała go długo, wytężając wszystkie swoje zmysły, bransoletka brzęczała kośćmi wskazując kierunek długim pazurem. Przemierzała coraz to gorsze ulice stukając swymi szpilkami po nierównym bruku. Z poddaszy kamienic spoglądały na nią gołębie. Chude, brzydkie i chore z postrzępionymi piórami przypominały bardziej sępy. Chora dzielnica w której sny spełniają się rzadko. A ona nią szła, zgrabna kobieta ubrana w drogi żakiet, spódnice sięgającą powyżej kolan, czarne pończochy i wysokie szpilki, do tego skórzana torebka i złota biżuteria. Taka pannica prosiła się choćby o słowną zaczepkę. Na szczęście deszcze jej sprzyjał, Ulice były puste, wszystkie męty na podobieństwo węży i żab zakopało się w swoich norach i tylko obserwowało ten niecodzienny widok.

Znalazła go dopiero po dwóch godzinach, była już prawie północ… Najgorsza z godzin w takich miejscach. Siedział gdzieś na schodach pozwalając by spływał po nim deszcz. Jego dłoń trzymała krzepko półlitrówkę jakiejś ohydnej wódki pośledniej jakości, była już prawie pusta. Jego oczy zmętniały, ruchy stały się powolniejsze i bardziej ślamazarne, spojrzał na nią i prawie się zjeżył.
-Chyba mówiłem Ci żebyś odpierdoliła się ode mnie!
-Najpierw mi pomożesz. –Sama była wściekła, trzęsła się niczym wulkan zaraz przed erupcją
-Nie zmusisz mnie…
-Ależ zmuszę…
Wyciągnęła przed siebie prawą dłoń zwieńczoną bransoletką. W świetle latarni można było ujrzeć kilka rzemieni związanych z sobą czerwoną nicią i włosiem skręconych w specyficzny splot. Ozdobiona kościanymi kulkami. Na pojedynczym rzemieniu wisiał ogromny wilczy pazur. Drobna dłoń zacisnęła się w pięść, towarzyszyło temu głuche warknięcie. Pociągnęła ręką w swoim kierunku. Poczuła opór mężczyzny, pociągnęła wiec mocniej.

Ludzie wyglądający z okiem zapewne byli zaskoczeni tym widokiem. Młoda kobieta o nieprzeciętnej urodzie patrzyła z gniewem na zapuszczonego faceta który wił się przed nią w kałuży krztusząc się i warcząc niczym dławiony pies. Kurczowo trzymał się łapami za krtań próbując jakby coś zerwać. A ona tylko spoglądała mu w oczy z niezrozumiałym wyrazem twarzy.
-Masz już dość czy mam Cię męczyć dalej?
-Ty suko… Niech ja Cię
-Uspokój się, sam tego chciałeś, chciałam żebyś pomógł mi po dobroci
-Nienawidzę Cię… Ghhhhrrrr –Kolejne słowa ugrzęzły mu w gardle, nie mógł złapać tchu
-Tak tak… słuchaj wilczek, nie masz zbyt wielkiego wyboru… pomożesz mi A ja Cię uwolnię. Rozumiesz?
-Zatłukę Cię… jak psa
-Wstań! –Nie mógł nie usłuchać, nie miał już siły by walczyć –A teraz chodź tu…

Z trudem podszedł do niej, dyszał i warczał miotając naokoło przekleństwa, gestem nakazała mu aby klęknął przed nią, nie mógł się sprzeciwić. Długie palce wsunęły się pomiędzy jego gęste włosy drapiąc czule, niczym wielkiego owczarka
-Dobry piesek… A teraz chodź ze mną…
*
Taksówka podjechała pod mieszkanie dopiero o trzeciej nad ranem. Kierowca tylko dyskretnie spoglądał na dziwną parę siedzącą na tylnym siedzeniu. Piękna młoda kobieta, ubrana niczym młody rekin raf biznesowych trzymała za dłoń faceta, czy raczej bestię rodem z serca białowieskiej puszczy. Mężczyzna nie wydawał się zachwycony tym wszystkim, sprawiał wrażenie raczej jakby chciał wyrwać się przez szybę i pognać w okoliczne lasy wyjąc jak sto diabłów. Dziewczyna jednak trzymała go smukłymi dłońmi niby stalowym potrzaskiem. Zapłaciła ze sporym napiwkiem i uśmiechem na czerwonych ustach który nakazywał dyskrecję. Potem ruszyła w kierunku drzwi swego wiejskiego domku, Dzikus wszedł za nią prowadzony jak na niewidzialnej smyczy, Miał minę skazańca. Nie wiedzieć czemu kierowca czuł do niego nieokreśloną mieszaninę zazdrości i współczucia. Przez chwile jeszcze obserwował mieszkanie, potem jednak kolejne zgłoszenie wyrwało go z przemyśleń. Mercedes dla biznesmenów pojechał w siną dal znikając w kurtynie deszczu.

Prowadziła go dróżką z białego kamienia naokoło której wzrastały maleńkie drzewka iglaste, chyba modrzewie. Śpieszyła się nie chcąc bardziej zmoknąć. On zaś spokojnie włóczył nogami patrząc na jej mieszkanie. Przez chwilę po jego twarzy prześlizgnął się uśmiech, wracały wspomnienia. Cztery lata temu po raz pierwszy tu przybył… Jaki wtedy był? Łatwowierny, młody… jak to mówili jeszcze z szczenięcym puchem. Wtedy Te kamienne bloki wydawały mu się przytulną jamką tylko dla niej i niego. Teraz widział w nich tylko białe więzienie. Deszcz bębnił po jego twarzy, a on najchętniej stałby na nim jeszcze długo.

Niestety Agnieszka miała inne plany, zamek już chrupnął, drzwi otworzyły się. A ona właśnie dezaktywowała alarm. Uśmiechem i gestem dłoni zaopatrzonej w bransoletkę wskazała mu wejście. Znów poczuł ucisk na szyi Ta przeklęta obroża… Po dwóch i pół roku ciszy piekła go do żywego… znów był w mocy wiedźmy… Znów był jej pieskiem, choć kiedyś wmawiał sobie że jest inaczej. Kolejny impuls bólu, teraz silniejszy… obroża się zacieśniała… znów się jej poddał, wszedł do domu.

I znów ten przedpokój, wchodził do niego poznając każdy skrawek. Że tez nic się nie zmieniło. Te same obrazy. Jelenie, dziki, kozły. Jego wzrok spoczął na czarnym materiale pamiętał co jest pod nim. Odwrócił natychmiast wzrok patrząc na Agnieszkę. Kobiety to zagatkowe stworzenia. Potrafią godzinami przymierzać ubrania i przebierać się. Czasami jednak zaskakują dosłownie błyskawicznym przebraniem. Tak jak teraz Agnieszka ubrana jedynie w swój biały szlafrok stała w drzwiach do salonu oparta o futrynę z na wpół wrodzoną na wpół wyuczona gracją. Wilkowi przez chwilę zrobiło się gorąco. Pamiętał jak przyjmowała te pozy specjalnie dla niego. Taki wyszukany taniec godowy. Jednak jej oczy, błękitne niczym jeziora nie iskrzyły blaskiem pożądania. Jedynie zimnym spokojem.
-Będziesz spał w salonie na sofie, A teraz umyj się i wrzuć rzeczy do prania.
-Nie mam nic na przebranie…
-Nie musisz… i tak zawsze spałeś nago więc nie widzę problemu
-Ja widzę…
-Nie wygłupiaj się, nie mam zamiaru tu wchodzić wcześniej niż jutro w południe, pyzatym możesz odziać się w szlafrok
-Twój szlafrok? –Zapytał wyszczerzając kły w ironicznym uśmiechu. Pożałował gdy tylko nagły ból szyi zwalił go na ziemię
-Grzeczniej proszę… -Potem wyszła nucąc coś pod nosem, jednak nie był w stanie powiedzieć co.

Jej kąpiel była długa, choć nie odprężająca. Cały czas przed oczami widziała Łukasza. To jak się zmienił. Nie przypominał jej już dawnego wilka którego udało się jej wyciągnąć z lasu. Teraz bardziej zdawał jej się psem, nie bronił się, nie walczył… Był bierny niczym kundel. Słaby i zależny. Mogła nagiąć go do swej woli używając tylko gestu, ruchu dłoni, i był w jej sidłach. Bardzo się zmienił… a może to ona się zmieniła? Dawniej nie wymuszała na nim nic… Ale dawniej był inny, co też miasto robi z zwierzętami… Powoli odchodziła w objęcia morfeusza

Polana, ciemna noc gdzieś głęboko w Bieszczadach. Prócz gwiazd i księżyca w sierpie żadne światło nie przebijało bezkresnego mroku nocy. Ciszę przerywał jedynie lekki szelest bosych stóp i łap. Gdyby tylko ktoś był na tyle odważny aby zapuścić się tu nocą ujrzałby przedziwną scenę. Pod nocnym niebem, naga jak ją bóg stworzył tańczyła dziewczyna.

Pasemka czarnych włosów wirowały wraz z nią gdy podrygiwała w dziwacznym, na wpół zwierzęcym transie mrucząc i warcząc niczym dziki zwierz. Błękitne oczy świeciły niczym gwiazdy, odbijały się w nich miłość, tęsknota i pożądanie. W pewnym momencie przycupnęła na czworaka pląsając niczym wilczyca, tarzała się w ściółce pomrukując w zwierzęcej ekstazie.

Przed nią, ukryty głęboko w zaroślach stał wilk. Przyglądał jej się swymi złotymi oczami. Jego uszy były skulone, ogon leżał prawie na ziemi. Niepewnie ruszył w stronę dziwnej samicy. Zachowywała się jak wilk, ruszała się jak wilk, nawet zapach miała podobny… Ale nie była wilkiem. Ostrożnie okrążał ją z każdej strony podchodząc coraz bliżej. Pachniała ziemią, lasem wodą a przede wszystkim… miłością. Im bliżej przychodził, tym bardziej dziwna wadera kusiła go, jego uszy znów stały sztorcem, ogon machał leniwie. Szara sierść znów była gładka, przestał się jeżyć. Stanął naprzeciw niej, przywarła plecami do ziemi ukazując uległość, podwinęła ręce pod szyję, nogi zaś rozchyliła lekko na boki ukazując mu swe poddaństwo. Zaskomliła cicho, gdy zimny nos przesunął się po jej mostku coraz wyżej, mruknęła cicho gdy ciepły język przejechał po jej policzku dotykając warg. Sama powoli podnosząc się całowała pysk wilka, delikatnie kładąc mu jedno z przedramion na grzbiecie. Odskoczył natychmiast by znów doskoczyć samemu kładąc łeb na jej karku. Dominacja... Pokornie skłoniła się wilkowi mrucząc przepraszająco. Wilk warknął z entuzjazmem i znów począł lizać twarz kobiety, ta odwdzięczała się całując jego pysk i mierzwiąc sierść delikatnymi dłońmi. Wiele dni biegania nago po lesie opłaciły się…Zwróciła uwagę wilka, rozkochała go w sobie… Był jej. A ona była jego.

Kolejne noce mijały podobnie. Dzikie pląsy wraz z wilkiem, wspólne biegi po wilczych traktach, polowania, czy raczej ich próby. Wilk związał się z nią a ona z nim. Działali razem, jak jeden organizm.

Iskry ognia szły wysoko w niebo, zapach wilczych jagód, tojadu piołunu i bagna zwyczajnego rozchodził się po polanie, wwiercał się w nozdrza, upajał i zniewalał. Przed ogniem podrygiwała w dzikich pląsach wiedźma, jej ciało zdobiły czarne malunki w kształcie węży, we włosy powplatane były rzemienie i drobne kostki. Mruczała zachęcająco w stronę lasu, gnąc w coraz wymyślniejsze pozy, nawoływała go… Swego wilka.

A on sparaliżowany ogniem i zwierzęcym strachem stał na skraju, Jego wadera wołała go tańcząc przy ogniu… dziwna wadera, skomlała z radości wołając go. Walczył z samozachowawczym instynktem, miłość jednak zwyciężyła. Szedł powoli do niej, wdychając dziwny dym, jego zmysły zaczęły tępieć, szedł coraz wolniej. Gdy dotarł do Czarownicy mógł już tylko leżeć. Poczuł na karku jej dłoń. Dominacja, próbował się szarpnąć podskoczyć, ale nie mógł, nie wiedział czemu…Dłoń powoli gładziła jego kark, czule i uspokajająco. Nie chciał z nią walczyć. To była jego Wadera… Tylko jego. Mruczał cicho gdy zakładała mu obrożę, nie skrzywił się nawet gdy poczuł ucisk. Ufał jej, Swojej wilczycy. Potem zapadła ciemność. Spał trawiony gorączką a ona leżała przy nim mrucząc mu do uszka kojące szepty, gdzieś po jej policzku popłynęła samotna łza.

Pobudka nie okazała się najprzyjemniejszą. Wyrwała się z nagłego snu szlochając, Woda w wannie była lodowata. Natychmiast ją spuściła i zaczęła wycierać się chcąc rozgrzać ciało. Wciąż płacząc wyszła z wanny i ruszyła do swej sypialni. Wilk tylko spojrzał na nią, w jego oczach nie potrafiła znaleźć ciepła ze snu. Tym bardziej przyspieszyła kroku ukrywając twarz w dłoniach. Rzuciła się na łóżko niemal natychmiast. Wielkie, puste łóżko. Leżała w nim długo nie mogąc zasnąć, jej myśli kłębiły się. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość… Miała o czym myśleć. Gdzieś na dole jej domu wilk szarpał się niespokojnie, słyszała krzyki i warkot… złe sny. Co on musiał widzieć przez ten czas? Co go tak zmieniło? Bała się uzyskać odpowiedzi, bała się że już je zna
*
-Więc co myślisz o tym?- Zapytała pochylona nad projektem. Smukłymi dłońmi szybko kreśliła kolejne linie na kartce. Miała lekko zmrużone oczy.
-Bankiet sztuki… No jak tam chcesz… Znaczy on też koneser? –Popatrzył z niedowierzaniem pociągając suty łyk portera. –Czy w waszych kręgach jest choć jedna normalna osoba?
-Powiedział wilk… A tak w ogóle skoro już pijesz to śmierdzące piwsko w moim domu mógłbyś chociaż przelać je do szklanki…
-Tak tak… Twój dom Twoje zasady…
-wymyśliłam że skasujemy go trucizną…
-Na Twoim bankiecie? No powiem Ci że masz boski plan… wcale nie będzie podejrzeń ani skandalu… Ja pchnąłbym go nożem… tak jest szybciej
-Właśnie dlatego to ja żądze Tobą a nie Ty mną…

Trzask butelki rozbijającej się o podłogę przerwał wymianę zdań. Zobaczyła go takiego jakim był zawsze. Dzikie wilcze oczy błysnęły szaleństwem. Ledwie mrugnęła a już był przy niej, już zaciskał szponiastą dłoń na jej ramieniu, nawet nie robił tego mocno… tylko tyle aby ją unieruchomić. Przerażona spoglądała prosto w jego oczy, a jego dzika twarz zbliżała się coraz bardziej i bardziej do jej twarzy.
-Do czasu wiedźmo… Do czasu… po tej akcji mnie uwolnisz tak jak obiecałaś mi to już dawno temu…

Gdy ją puścił osunęła się na podłogę, czyżby bransoleta nie zadziałała? Nie, widziała jak się krztusił, jak walczył z bólem… Chyba jednak niewiele się zmienił… Wiodła za nim wzrokiem gdy powoli wychodził z domu zakładając skórzaną kurtkę, przyglądała mu się gdy bez odwracania się po prostu wyszedł, dopiero potem usłyszała zdławiony skowyt bólu, potem poczuła jak coś ściska w dłoni. Rzemień z pazurem, ściskała go tak mocno, że aż pobielały jej kłykcie, nic dziwnego że zdychał w konwulsjach… Powoli otworzyła dłoń pozwalając mu złapać oddech. Po jej policzkach popłynęły łzy. Czy już nigdy nie będą umieli się dogadać? Czy już zawsze będzie tak jak teraz? Czy gdy zwróci mu wolność po prostu ją zagryzie czy ucieknie? Kolejne pytania na które będzie zmuszona sama sobie odpowiedzieć.

Gdzieś niedaleko jej domu, zaraz na obrzeżach lasu samotny wilk wył wraz z deszczem pieśń przepełnioną żałością.
*
Zadziwiającym jest, jak szybko w pewnych kręgach rozchodzą się wiadomości. Ledwie Agnieszka Wysocka wysłała zaproszenia pocztą już wiadome było, że jej Bankiet odniesie sukces. Zapowiadało się szampańskie przyjęcie. Koneserzy sztuki z całej polski, młodzi wielkiego biznesu i kilka starszych rekinów. Nawet najnowsze pokolenie artystów przybyło tłumnie aby zaprezentować swe dzieła. Studenci ASP… to był sprawdzian ich zdolności, to tu rozstrzygną się losy wielu z nich, albo złapią falę i promotora zali rozbiją się o falochron zapomnienia. Jeden wieczór od którego zależy wszystko.

Sala już była gotowa. Cały hotel został wynajęty tylko dla artystów, znawców sztuki i innych osobistości które może nie znały się wielkich dziełach, ale należało ich zaprosić aby impreza ta stała się ponadczasowym wydarzeniem. Kelnerzy uwijali się pośród tłumu podając przekąski i kolejne kieliszki, cicha muzyka zamówionej orkiestry grała cicho gdzieś w kącie dodając nastroju. Motywem przewodnim bankietu, odbijającym się zarówno w sztuce jak i wystroju izby była dżungla. Wiele zaproszonych kobiet więc odziało się w kreacje których kolorystyczności nie powstydziłyby się egzotyczne ptaki.

Agnieszka witała gości, jej suknia, ciemnożółta oprawiona w lamparcie cętki, buty na wysokim obcasie i kościane ozdoby nadawały jej drapieżności. Dosłownie chwytała spojrzenia wszystkich zebranych. Zupełnie inaczej Łukasz, teraz wzorowo wystrzyżony i ogolony a dodatkowo odziany w smoking zdawał się dusić. Patrzył w oczy ludzi, ale nie rozpoznawał ich. Podawał rękę ludziom których uściski były anemiczne niczym u dzieci, odwzajemniał zdawkowe uśmiechy kobiet których uroda zależna była od aktualnej ilości pudru i szminki. Prychał wyczuwając obrzydliwą dla niego woń chemicznych kosmetyków.

Wyczuła go, raczej jego aurę dopiero po chwili. Gdy go ujrzała poczuła to specyficzne ciężkie powietrze zwiastujące burzę. Miał około czterdziestu lat, stalowoszare oczy i ogorzałą cerę. Równo przycięte włosy przyprószone miał siwizną. Każdy jego gest był pewny i trochę wyniosły. Był dobrze zbudowany, i trzeba przyznać że garnitur leżał na nim świetnie. Podpierał się laseczką zakończoną srebrną gałką. Zaraz przy nim krążyła niczym na niewidzialnej smyczy dziewczyna, na oko szesnastolatka. Zwinna niczym kot pląsała to przed nim, to zaraz obok krzesząc z oczu zielone iskry i posyłając tajemnicze uśmiechy. Włosy koloru ognia zlewały się z szkarłatną suknią tworząc istną pochodnię. Nie jedne oczy śledziły to dzikie kocię, nie jeden posłał jej co najmniej dwuznaczny uśmiech.

Para szybko wmieszała się w tłum rozmówców, tak że Agnieszka przez moment nie mogła ich nawet dostrzec. Jednak Nie martwiła się o to teraz. Teraz najważniejszy był wernisaż. Znawcy oglądali prace, młodzi artyści drżeli o swą przyszłość. Nieliczni właśnie zdobywali uznanie, dla większości był to ostatni wyskok. Grupa biznesowa jak zawsze zajęta rozmową o interesach, samochodach i nowych gadżetach nawet nie zauważała tego co dzieje się naokoło.

Łukasz kluczył pomiędzy ludźmi szukając dla siebie miejsca. Czół tylko tłok, zaduch i pogłębiającą się klaustrofobię. Miliony syntetycznych zapachów przemieszanych z potem, strzelistość barw sukni i czerń garniturów. Klasyczna muzyka, wwiercała się w jego umysł pogłębiając stan bliski furii. Normalnie urżnąłby się w trupa i zapomniał o tym wszystkim. Alkohol zmienia ludzi… zmienia tez wilki.

Ratunkiem okazał się balkon. Dosłownie wbiegł tam wdychając słodką woń wolności. Czyste powietrze i chłód nocy. Usiadł na barierce pozostawiając daleko za sobą zgiełk wernisażu, skąpany w świetle księżyca po prostu zamknął oczy. Nie słyszał już dźwięków ani słów. Nie odczuwał zapachów, nie widział kolorów… Nareszcie słodka cisza.
-Nie przeszkadzam? –Z zamyślenia wyrwała go tamta kocica. –Wygląda pan na zmęczonego…
-Co? Ach… To nie mój świat… Jestem tu dla towarzystwa…
-Znam to za dobrze –Przysunęła się do barierki, jej zielone oczy wyrażały tęsknotę za czymś, co dawno utraciła.

Odwrócił się do niej, spojrzał prosto w oczy. Znał ten rodzaj wzroku, Tak samo spoglądała na niego twarz z lustra. Samotność, zdziczenie i złudna nadzieja że kiedyś jeszcze nadejdzie wolność. Ona chyba wyczuła to samo, spoglądała w jego jasnobrązowe oczy, tak inne a zarazem tak podobne do swoich. Przysunęła się bliżej niego kładąc dłoń na jego piersi, On przyciągnął ją lekko do siebie obejmując w pasie. Wtulone w siebie dwie okaleczone dusze.
-Kiedy to się wreszcie skończy? –Zapytała łkając w jego marynarkę. –Czy kiedyś oni nas uwolnią?
-Niedługo… Być może jeszcze tej nocy –Powiedział przesuwając dłonią po jej główce.
Spojrzała jeszcze raz w jego oczy. Nie powiedziała jednak nic… Jedynie wtuliła się mocniej w jego pierś. Ona zaś nie przestawał gładzic jej włosów. Dwie bestie złączone w przyjacielskim uścisku… Rzadki widok.

Tymczasem bankiet powoli zmieniał swe oblicze. Wraz z nastaniem północy przemienił się w dobrą imprezę. Alkohol, muzyka i przytłaczający zapach ziół zmienił ludzi. Można by powiedzieć, że miłość zagościła na salonach. Choć lepszym słowem byłoby pożądanie. Studentki, zwłaszcza te ładne nagle znajdowały pomocnych artystów starego sortu mimo iż ich prace nie przypadły im do gustu. Uznane artystki również oferowały pomoc co przystojniejszym Studentom. Atmosfera stawała się coraz cięższa, upojna… Wielu gości ruszyło już do wynajętych domków i pokojów hotelowych byleby tylko wypocząć, najlepiej w towarzystwie płci przeciwnej. Ludzie… cóż za zakłamany gatunek.

Agnieszka tylko wyczekiwała na odpowiedni moment. Co prawda musiała już odrzucić niejedno zaproszenie jakiegoś nachalnego kolegi po fachu, jednak była zadowolona z siebie. Jej magia powoli zaczynała działać. Mieszanka ziół, odpowiednio dobrane wino i muzyka. Trochę prostej magii miłosnej… Ludzie sami wiedzą co robić dalej.

Jej cel właśnie śmiejąc się i lekko chwiejąc ruszył w kierunku drzwi. Podpierał się swoją laseczką, Młoda dziewczyna również pomagała mu ustać na nogach. Teraz w rozpiętym garniturze, poluzowanym krawacie i z ogorzałą twarzą nie wyglądał nawet w połowie tak dostojnie jak wtedy gdy tu przyszedł. Uśmiechnęła się tylko patrząc na niego. Jednak zbytnia pewność siebie jest domeną potężnych. Z zimną satysfakcją przesuwała dłonią po stopce kieliszka, po wszystkich żłobieniach, które jeszcze wczoraj cierpliwie wycinała w szkle. Prosty wzór a jak dobrze zatrzymał magię… uśmiechając się jeszcze raz sama do siebie ruszyła do drzwi. Teraz już tylko pojechać za nim… i skończyć to raz na zawsze.
*
Śledzenie taksówki jest banalnie proste. Nie trzeba uciekać się do skomplikowanych technik. Wystarczy jechać dwa, trzy samochody za nią. Kierowcę i tak obchodzi tylko ten kurs, a niczym innym mu nie zależy. Zwłaszcza gdy pasażer jest kompletnie pijany, Dziewczyna wpatrzona tylko w niego i można zedrzeć jadąc okrężną trasą.

Nikt nie zauważył cienia skradającego się do drzwi Apartamentowca. Cień tymczasem zdążył rozbroić zamek i wślizgnąć się niepostrzeżenie do wnętrza. Żaden odgłos nie zdradził jego nadejścia. Cicho niczym śmierć wilk rozpoczął swe krwawe żniwo.

Świt nadszedł wraz z krzykiem. Nagłym, gwałtownym i pełnym życia… uciekającego życia. Zaraz po krzyku rozbrzmiały odgłosy szamotaniny. Ciężkie jęki drewnianych mebli i ciche trzaski porcelany przerwały nocną ciszę… Na chwilę krótszą niż tuzin uderzeń serca. Zaraz potem spokój znów oblał ulice swym ciepłym całunem. Drzwi uchyliły się lekko, zgarbiony cień umknął w mrok noc. Nikt nie widział jak wchodził, nikt nie usłyszał gdy wychodził.
*
Pędził ulicą jakby ścigało go sto diabłów. W swych ramionach trzymał uciekające życie. Drobne dłonie oplotły jego ramię, Zapłakane oczy patrzyły na jego twarz. Mimo wszystko na drobnych ustach wykwitał uśmiech.
-Wiedziałam, że mnie uwolnisz wilku. –Szepnęła z wysiłkiem, opuszkami gładząc jego ramiona. –Przepraszam, że Cię zrani…
-Nie mów nic, będzie dobrze, To nie Twoja wina . –Jego głos się łamał, tulił ją do siebie. Gasnącą iskierkę życia. Jej czas uciekał przez jego palce wraz z krwią.
-Musiałam go bronić… wiesz o tym –Jej głos niknął wśród nadciągającego deszczu. Krople padały na jej drobną buzię łagodząc rysy.
-Wiem… Ale nie myśl o tym już… Agnieszka Cię uleczy… Ona zna się na tym Ona…
-Ona zdradzi Cię jak już zrobiła to kiedyś… Oni się nie zmieniają. Zatrzymaj się proszę…
Zatrzymał się od razu, ciężko dyszał.
-Połóż mnie proszę… Nie chcę odejść w biegu, daj mi chwilę wypocząć…
Powoli położył ją na ziemi, drobne ciało otulone strzępami czerwonej sukni, Na jej piersi wykwitł już dawno czerwony kwiat śmierci. Powoli rozpiął swe łodygi na delikatnym ciałku, Znów uśmiechnęła się wyciągając ku niemu pokrwawione dłonie.
-Dziękuje Ci wilku… dzięki Tobie znów jestem wolna… -błądziła palcami po jego szyi jakby szukając czegoś. Zaplotła je na drobnym rzemieniu, pełnym kościanych i kamiennych koralików. Przyciągnęła jego twarz do swojej, nieprotestowa.
-Teraz Ty się uwolnisz… -Potem jej oczy zgasły na zawsze.
Klęczał trzymając w ramionach dziewczynę, już nie dziewczynę a żbika. Gładził drobny łebek swymi szponiastymi dłońmi. Przycisnął do piersi drobne, cętkowane ciało walcząc z wściekłością opanowującą go. Potem spojrzał prosto w niebo, zawył głośno ku stalowym chmurom. Z jego ust popłynęła pieśń żalu i smutku. Długo wył z noc zanim w końcu pozbierał się. Potem ruszył W stronę Domu Wiedźmy.
*
Gdy przybył już czekała na niego. Ubrana w jedynie szlafrok spoglądała zimnymi oczami prosto na niego. W jej dłoni iskrzyła czekoladowa cygaretka. Przed nią roztaczał się obraz nędzy i rozpaczy pod postacią jednego osobnika. Styrana twarz o oczach pałających chęcią mordu, przemoczona koszula kiedyś biała teraz koloru szkarłatu, resztki spodni i butów obficie uwalanych błotem.
-Wyglądasz jak siedem nieszczęść… Umyj się
-Zrobiłem co chciałaś… teraz mnie uwolnij.
-Najpierw doprowadź się do porządku… Będziemy rozmawiać gdy znów będziesz wyglądał jak…
-Jak Człowiek? Nie jestem nim… Uwolnij mnie… -Zastygł z iście wilczym wyrazem twarzy. –Natychmiast…
-Nie tym tonem. –Ścisnęła bransoletkę aż pobielały jej kłykcie.
Rzucił się Do przodu. Ledwie zdążyła mrugnąć i już trzymał ją za gardło… Nie widziała bólu w jego oczach, jedynie zimną chęć mordu.
-Ale… Przecież…
-Mówiłem że zginiesz… -Jej drobną dłoń powoli miażdżył stalowy uścisk. Usłyszała chrupnięcie gdy delikatne kosteczki ustępowały pod naciskiem. Powietrze przeszył jej zdławiony krzyk, potem zapadła ciemność.

Obudziła się w swoim łóżku, przerażona, mokra od deszczu i potu. Zaraz po świadomości powrócił również ból. Spojrzała na swoją dłoń, czy raczej zmiażdżoną pozostałość. Potem spojrzała na niego prosto w jasnobrązowe oczy pełnie pustki, siedział w rogu łóżka bawiąc się bransoletką z rzemieniami i wilczym pazurem. Uśmiechał się brzydko.
-Nie szukaj mnie więcej… inaczej zdechniesz jak pies… -Powiedział spoglądając na nią –Żegnaj Agnieszka
-Łukasz…
-Łukasza zabiłaś cztery lata temu odchodząc od niego… -Mówiąc to założył brązowy płaszcz i wyszedł z jej pokoju. Została sama pośród zimnej bieli.
*
Gdzieś Na dole w przedpokoju zatańczył wiatr. Hulając po ścianach prześlizgiwał się po obrazach tak, jakby chciał wedrzeć się do któregoś z przedstawionych na obrazach światów. Na koniec poderwał czarne płótno i odrzucił je na ziemię. Ostatni z obrazów przedstawiał dwie osoby wtulone w siebie na tle zimowego pejzażu. Gdzieś głęboko w tle widniał wilk odchodzący w stronę głębokiego lasu. Kobieta zdawała się patrzeć za nim… i płakać.
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
Anonim
0
(+0|-0)
Opowiadania: Garou "Pies czarownicy"
Wysłano: 10.11.2008 2:40
Zdecydowanie więcej z "fantastyki naszych czasów" niż z futrzastości, ale wcale nie zmienia to tego że opowiadanie jest bardzo dobre. Ciekawa fabuła, postacie oraz klimat.
Znalazło się kilka literówek ale to normalne przy pisaniu takiego tekstu.
Brawo ;-)k

0
(+0|-0)
Opowiadania: Garou "Pies czarownicy"
Wysłano: 12.11.2008 23:42
zmiennokształtne
Zmiennokształtny
ok, drukujemy to i zaraz po hellsingu do przeczytania ^^

0
(+0|-0)
Opowiadania: Garou "Pies czarownicy"
Wysłano: 31.12.2008 0:56
Kundel
Anthro
Definitywnie najlepsze opowiadanie jakie przeczytałem w tym serwisie.
Jeśli chodzi o tą część z "fantastyki": chyba czytamy te same książki i gramy w podobne RPGi ;)

9/10

Anonim
0
(+0|-0)
Opowiadania: Garou "Pies czarownicy"
Wysłano: 3.01.2009 14:27
Nieliczne błędy, barwny język, ciekawa fabuła, zgrabnie opowiedziane, nie ma dłużyzny, klimat. Czy tylko ja doszukałem tu się drugiego dna? To cenię sobie najbardziej. :) Jak dla mnie : 10/10

0
(+0|-0)
Opowiadania: Garou "Pies czarownicy"
Wysłano: 6.01.2009 20:16
Kitsune/Rudy Lis
Zmiennokształtny
Opowiadanie wymaga trochę pracy, pewnych poprawek. Co do mojego zdania na temat jego jakości - Misiek, wejdźna tą stronę - myślę, że mógłbyś to tam spokojnie wysłać