Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Rynvord "Alabastrowa Wieża"  
Autor: Kot
Opublikowano: 2009/1/9
Przeczytano: 1293 raz(y)
Rozmiar 53.13 KB
0

(+0|-0)
Url Link: Pełny artykuł wraz z dwoma artami do opowiadania w Wieży Snów #8
Nad klifami panował chłodny wieczór, a lekki wiaterek rozbijał się spokojnie o stojące wagony pociągu linii Tripolis Thastr-Arbar numer 3 niczym niewielkie fale w zatoce za ogromnymi skałami. Zapewne Galahard nie miałby pojęcia, że jest wieczór, gdyby nie spytał jednego z pasażerów o godzinę. W tym rejonie krain bardzo trudno było nowoprzybyłym odgadnąć tak trywialne kwestie. Nie często jest się w swoim życiu świadkiem wiecznego zachodu słońca. Czy też wschodu, jak pomyślał w zadumie młody calhijczyk. Oparł się ciężko o barierkę podpierając głowę dłonią i zamyślił nad całą tą sytuacją. Droga do Arbar, cudownego grodu nazwanego nie bez powodu Miastem Mostów stała przed nim otworem już od dawna, ale dopiero teraz uświadamiał sobie skutki decyzji, jaką podjął niecałe dwa księżyce temu. Niewielu marzyło o studiowaniu na tak prestiżowej uczelni magicznej, jak Akademia w Arbar, słynąca z wyśmienitego zaplecza, tolerancji (jakże jej brakowało w jego dawnej uczelni w Vermondzie...) i wyspecjalizowanej kadry profesorskiej. Wprawdzie wymagania i poziom nauczania także przewyższały to, z czym spotkał się dotychczas, ale nikt nie powiedział, że nauka magii jest prosta.
Niemalże dziewiętnastoletni Galahard Signe pochodził z rodziny dość ubogiej, która zresztą nie do końca była jego prawdziwą rodziną. Nie pamiętał swoich prawdziwych rodziców – zginęli, gdy miał zaledwie kilka lat. Przygarnęli go nieznani mu wówczas ludzie i zaopiekowali się nim. Zamieszkał razem ze swoją przybrana rodziną w Międzyrzeczu, w marchii Dormynthia, na południe od Arbar, do którego prawie już dojechał. Wczesne dzieciństwo wspominał jako bardzo ciężkie i mozolne, głównie przez to, że różnił się od całej swojej „rodzinnej” okolicy, niektórzy wręcz nazywali go 'odmieńcem'. Jak zresztą inaczej ludzie prowadzący spokojny żywot w małej wiosce mogli nazwać prawie sześciostopowego calhijczyka, pokrytego długim popielatym futrem nakrapianym licznymi czarnymi cętkami, mającego kocie stopy, długi, puszysty ogon i całą gamę innych cech właściwych swojej rasie, uwzględniając rysy jego młodzieńczej twarzy. Ludzie, których spotykał do tej pory, obawiali się go. Może to złe słowo, nie ufali mu. Gdzie się nie pokazał traktowany był dość protekcjonalnie, z wyraźną pogardą. Wiek istot z którymi obcował nie grał roli, również urząd. To co spotykało go z ręki prostych wieśniaków uprawiających żyzne ziemie centralnej Sharmii, w której leżała Dormynthia, napotykał również w leżącym nieco bliżej Arbar Vermondzie, wśród kolegów z tamtejszej uczelni magicznej i jej profesorów.
Sam był zdziwiony jak zdołał wytrzymać w tamtym miejscu aż cztery lata!
Jego rozmyślania przerwał donośny, wysoki dźwięk gwizdka lokomotywy, oznajmiający koniec postoju i nakazujący pasażerom powrót do przedziałów, a w każdym wypadku z pewnością opuszczenie barierek. Z mozołem i pewną rezygnacją Galahard wrócił na swoje miejsce w jednym z przedziałów i niemal przycisnął policzek do szyby by mieć lepszy widok na miasto.
Lokomotywa ruszyła z wolna, aczkolwiek z pewnością, i potoczyła się z miarowym stukotem w kierunku wąwozów w klifach. Mechanizm rozpędzający koło zamachowe, ciągnące cały skład po szynie, wydawał z siebie jednostajny ryk, charakterystyczny dla tego pociągu.
Pociąg wsunął się w wąski parów skał a Galahard tylko wstrzymał oddech w napięciu. Wiele słyszał o mieście, do którego zmierzał tak długo. W zasadzie poszukiwał takiego miejsca przez całe swoje życie, od czasów zaś, kiedy pierwszy raz jego nazwa wpadła mu w ucho, jego głównym marzeniem stało się właśnie dotarcie do Arbar i studiowanie tam. Osobiście uważał wiele zasłyszanych informacji, zarówno o samym mieście jak i jego sławetnej Akademii, za zwykłe plotki, jednak w końcu miał okazję, by osobiście przekonać się o prawdziwości słów zasłyszanych w przeszłości.
Cienie zanurzonego w atramentowym mroku wąwozu zaczęły powoli rozpierzchać się natrafiając na pomarańczowe promienie wiecznie zachodzącego (czy też wschodzącego, jak twierdzili niektórzy) słońca. I wreszcie jego kocim, błękitnym oczom ukazało się to, czego pragnął od tak wielu dni.
Arbar.
Było piękne, myślał w duchu. Dokładnie takie, jak opisali je liczni magowie z Vermondu. Usytuowane na jeziorze. Wielu mieszkańców Lotherrunu uważało ten fakt za jakiś wymysł chorej wyobraźni czy zwykłe brednie, ale to bynajmniej nie był żart. Miasto powstało wieki temu, tuż po jednym z największych konfliktów w dziejach kontynentu, a za miejsce godne na jego budowę uznano suchą przestrzeń powstałą w wyniku tajemniczej anomalii na jeziorze Arravii. Jeziorze, nad którym właśnie przejeżdżał po monumentalnym moście wspieranym kamiennymi, wysokimi na wiele dziesiątków metrów filarami.
Krystalicznie czyste wody jeziora pośrodku rozstępowały się cudownie, tworząc ściany wody, po której gwałtownie wiły się fale i prądy spienionej wody. Rozpychana niewidzialną siłą toń utworzyła klin kształtu walca, o promieniu około osiemdziesięciu i wysokości siedemdziesięciu metrów.
Była to jednak tylko drobna i wąska część tego pejzażu. Z głębi wód jeziora wynurzały się majestatycznie kamienne wieże, tworzące Arbar. Miasto Mostów wzniesione zostało na siedemnastu takich wieżach, które poza tym, iż zanurzały w jezioro na całą jego głębokość, dodatkowo wznosiły się ponad jego taflę na ponad pięćdziesiąt metrów.
Wszystkie wieże połączone były ze sobą niezliczoną ilością różnorakich pomostów, placów i placyków, dzięki którym istniała możliwość bezproblemowego poruszania się po ulicach Arbar. Nie na darmo w końcu gród ten zyskał sobie swój szlachetny przydomek. Nad cały miastem dostrzegł kilka grupek małych obiektów, krążących wokół wież, którymi były patrole gryfich jeźdźców.
Galahard westchnął głośno i zamyślił się. Nie mógł wymarzyć sobie piękniejszego miejsca na dorastanie i poznawanie życia na nowo. Do tego momentu swej egzystencji nie mógł powiedzieć, by spotkało go coś wyraźnie miłego. Jego opiekunowie może byli takim zrządzeniem losu, ale na tle tego, co zmuszony był przeżywać w Międzyrzeczu i Vermondzie, było to tylko pojedyncze wspomnienie z przeszłości, pojedyncza dobra nuta w kiepskim utworze.
Liczyło się jednak tylko to, co było przed nim – to, co zbliżało się z każdym metrem dzielącym go od nowego domu. Pamiętał jednak, iż tylko dzięki ojczymowi został skierowany do Akademii w Arbar. Nikt inny w szkole w Vermondzie nie wyszedłby z tak wspaniałomyślną inicjatywą, Galahard doskonale o tym wiedział. Jedyne, co miał przygotowane na swoją obronę, gdyby przyszło mu rozmawiać z przyszłymi studentami Akademii i profesorami, to potwierdzenie dobrych wyników edukacji z Vermondu i szczególny talent poznawania natury wiatru i gromów, jakim obdarzyła go natura.
Arbar zbliżało się z każdą chwilą. Konduktor przeszedł przez przedziały wagonów, prosząc pasażerów o przygotowanie swoich bagaży. Galahard sięgnął na półkę ponad głowę i ściągnął niewielką, podręczną walizkę, materialny dowód nędzy, w jakiej żył do tej pory. Miał ze sobą niewiele więcej ponad to, co było mu niezbędne, i niewielką sumę na podróż oraz pierwsze dni w mieście, nim na dobre ulokuje się w Akademii.
Miasto Mostów powiększyło się już do tego czasu do całkiem sporych rozmiarów, ukazując więcej swoich detali. Galahard przylgnął ponownie do szyby okna przedziału i wodził chciwie wzrokiem po niezliczonych kładkach, pomostach i schodach zawieszonych cudownie w powietrzu i podtrzymywanych przez masywne wieże miasta. Ludzie i isale stąpający szybkim krokiem po uliczkach miasta zdawali się być tylko lichymi kropkami na tle ogromnych głazów budujących baszty.
Nagle Galahard poczuł jak jego wnętrzności nieco podniosły się do góry, co znaczyło, że skład zaczął zjeżdżać z wzniesienia.
Zdumiał się jeszcze bardziej, gdy zorientował się, iż pociąg zjechał szklistym tunelem pod powierzchnię wody, by wyłonić się po chwili ze ściany wzbijającej się raptownie w górę krystalicznej cieczy. Arbar rozpościerało się przed nim na całej swej wysokości siedmiu głównych poziomów. Ten zaś, na którym znajdował się dworzec, był opatrzony numerkiem cztery, i leżał niecałe dziesięć metrów poniżej tafli jeziora.
Pociąg wjechał wolno na platformę poziomowego dworca i zatrzymał się z piskiem. Pasażerowie zaczęli wytaczać się z przedziałów w pośpiechu zabierając swoje bagaże. Galahard również zaczął przeciskać się wąskim korytarzem w stronę najbliższego wyjścia.
Wychylił się przez metalowo-drewnianą framugę drzwi i spojrzał z ciekawością na peron.
Po kamiennym pomoście przemykały dziesiątki śpieszących się w różnych kierunkach podróżnych i mieszkańców miasta. Wielu z nich stanowili przedstawiciele calhijczyków czy nirrijczyków a nawet innych, zupełnie nieznanych mu, egzotycznych ras.
Pokonał niedużą przerwę dzielącą ostatni stopień schodków wagonu i krawężnik peronu, stanął dość niepewnie, przytłoczony ogromem miasta i wysokościami. Chociaż przepadał za dużymi przestrzeniami i nie cierpiał na takie dolegliwości jak choćby lęk przestrzeni czy wysokości, to jednak w tej danej chwili odczuwał spory niepokój.
Ktoś przemykając potrącił go lekko, śpiesząc się zapewne na pociąg. Galahard odruchowo obrócił się, ale nieznajomego już nie było. Jego wzrok spoczął jeszcze przez chwilę na składzie trzecim. Sam pociąg zdumiewał go nie mniej niż to miasto. Dwupiętrowe wagony, (których górna część przeznaczona była tylko i wyłącznie dla pasażerów, zaś dolna po zawierała przedziały towarowe i bagażowe) potrafiły zrobić niemałe wrażenie na kimś z centralnych ziem Sharmii, nie podróżującego zbyt wiele po krainach. Pociąg zbudowany był głównie z elementów metalowych, które przyozdobione zostały w wielu miejscach eleganckimi, drewnianymi panelami. Górna jego część zawierała kładkę z barierkami położoną poza zadaszeniem, na której można było przebywać w czasie postojów. Elementem, który najbardziej rzucał się w oczy było ogromne, zębate koło zamachowe wmontowane w lokomotywę pociągu, wystające na wysokość prawie 4 stóp ponad jej konstrukcję, które napędzało i za razem ciągnęło cały pociąg.
Calhijczyk omiótł swym wzrokiem po peronie i otrząsnął się. Pogrzebał w kieszeni luźnej koszuli i wyjął z niej bilet podróżny, po czym skierował się w stronę miejsca, które zdawało się być odprawą dworcową. Ojczym wspomniał mu o odprawie, gdy opuszczał Vermond, i wyraźnie nakazał kierować się uwagami strażników i celnika.
Stanął na końcu kolejki podróżnych trzymających w ręku swoje bagaże oraz bilet i wyjrzał zza niej by dojrzeć koniec. Najpewniej czekało go od kilku do kilkunastu minut czekania, nim przyjdzie kolej na niego.
Gdy czekał tak, jego uwagę przyciągnęło jezioro Arravia, które było z tego miejsca znacznie lepiej widoczne. Ściana wody pieniła się prąc do góry i szumiąc miarowo. Ten cud natury, według tego, co zasłyszał, istniał dzięki działaniu biegunów magnetycznych Celhornu, dokładniej wszystkich trzech biegunów. Taka przynajmniej była hipoteza, bowiem nikt nie zdołał podać dokładnych przyczyn istnienia tej anomalii, wykluczono jednak ingerencje magii, mimo, że parę kilometrów nad miastem istniały potężne prądy powietrzne będące bezpośrednio źródłem cząstek magii wiatrów.
Był zbyt młody, żeby być w stanie ułożyć sobie w tej chwili wszystko to, co czuł, w jakiś logiczny sposób, nie mówiąc już o ich wyjaśnianiu.
- Pański Bilet? - Usłyszał pytanie i odwrócił się gwałtownie by dostrzec, że stojący przed nim ludzie i isale dawno już odbyli swoją odprawę, zaś za nim stworzył się spora, chrząkająca z niecierpliwości kolejka.
- Bilet chłopcze... – Powtórzyła znudzonym tonem kobieta o dziwnej szarej skórze pokrytej gdzieniegdzie szarymi plamkami. Miała długie, szare włosy oraz także wydłużone, lekko zaostrzone uszy, twarz jej zaś była bardzo smukła i zgoła niezwykle urodziwa. Uwagę Galaharda przykuła jednak najbardziej biała opaska, którą kobieta nosiła na głowie a która dokładnie przysłaniała jej oczy.
- Bilet... – Powtórzyła natarczywie valtanka.
- P... proszę – podał niepewnie świstek papieru zająknąwszy się mimowolnie. Chcąc nie chcąc zachodził w głowie, czy była niewidoma.
Celniczka oglądnęła dokładnie bilet, przejeżdżając kilka razy po jego powierzchni palcami po czym pogrzebała w sporej księdze, którą wyłożoną miała na drewnianej ladzie jej stanowiska odpraw, zapewne sprawdzając zgodność biletu i danych calhijczyka.
- Cel podróży? – Padło rutynowe pytanie.
- Mam studiować na Akademii w mieście – powiedział trochę już pewniej Galahard, choć słowa te wciąż wciskały mu się w umysł i zmuszały go za każdym razem do głębszego, chwilowego zastanowienia się nad ich sensem i znaczeniem.
Celniczka przyjrzała mu się, (choć Galahardowi wydawało się to niedorzeczne, z opaską na oczach) od stóp do głów.
- Co pan wwozi do Arbar?
Galahard aż cofnął się lekko zaskoczony tym stwierdzeniem. Nigdy wcześniej nikt tak się do niego nie zwracał. W Międzyrzeczu zwykle wołano go bezosobowo, czy też w ogóle z nim nie rozmawiano. Słowo „pan” zaś, zdawało mu się, kompletnie nie pasowało do jego osoby.
Wymienił wszystkie klamoty, o jakich wiedział, że znajdują się w jego walizce. Ostatecznie nie było ich aż tego dużo.
- Proszę pokazać, co pan trzyma w kieszeniach – rzuciła spokojnie, choć jakby trochę podejrzliwie valtanka, co nie pozostawiło kociej twarzy Galaharda bez grymasu.
Rzucił okiem na kieszenie koszuli i spodni, po czym wyjął wszystko, co tylko aktualnie się w nich znajdowało, a następnie spojrzał zakłopotany na celniczkę.
- Prawą kieszeń koszuli również proszę opróżnić – stwierdziła szorstko valtanka marszcząc brew.
Galahard rozszerzył oczy ze zdumienia, choć starał się jak mógł, by nie okazywać aż tak dużego zaskoczenia. Musiał ominąć dłonią tę konkretną kieszeń, ale skąd ona mogła o tym wiedzieć? W wymienionej kieszeni nie znajdowało się zupełnie nic, więc odetchnął nieco z ulgą, a celniczka przeszła do dalszych rutynowych czynności. Podbiła jego bilet małą pieczęcią i wręczyła mu go z powrotem uśmiechając się już tym razem do niego najzupełniej życzliwie.
- Życzymy miłego pobytu w mieście – powiedziała serdecznym tonem do calhijczyka, który odwzajemnił się lekkim, niepewnym uśmiechem.
Oddalił się poza strefę odpraw, poganiany nieco przez jednego ze strażników, bowiem do lady podeszli już następni podróżni. Zatrzymał się dopiero kilkanaście metrów dalej, na niedużym placyku. Było tu kilka ławek, na których siedziały różne stworzenia.
Od momentu gdy tylko przekroczył próg pociągu i zszedł na platformę peronu i dworca uderzył go pewien fakt, którego nie mógł przeoczyć czy pominąć w swoich przemyśleniach. Gdy przebywał w Międzyrzeczu czy nawet w akademii magicznej w Vermondzie, zawsze mieszkańcy tych miast zwracali na niego w mniejszym lub większym stopniu swoją uwagę. Czuł się w nich kimś niezwykłym, po części okazem egzotycznego zwierzątka, a po części kimś obcym dla całej społeczności, która wtedy go otaczała. Musiał przyznać że przyzwyczaił się też do ludzkiego zainteresowania, szeptów za jego plecami, wytykania go palcami przez co bardziej nachalnych i wulgarnych wieśniaków.
W Arbar tego nie było. Od momentu gdy przyjechał do miasta ujrzał już chyba z dwustu innych przedstawicieli rasy calhijskiej i drugie tyle przedstawicieli ras, które widział pierwszy raz w życiu. Tutaj był tylko jednym z wielu, zwykłych młodzieńców, studentów Akademii. Dotknęło go to w pewien sposób, choć nie mógł skłamać, że nie cieszył się z tego powodu. Tracił jednak pewną tożsamość z swoją odmiennością, która tak go eksponowała w rodzinnych stronach.
Wpatrywał się zauroczony w zalewające miasto odcienie złocieni pochodzące od słońca, oraz walczące z nimi błękitne poświaty wydzielające się w wodzie z czegoś, co on nazwałby najpewniej wodorostem...
Przesiedział tak dobre pięć minut, gdy do jego ławki podszedł calhirijczyk. Podobnie jak Galahard, nieznajomy wywodził się z linii ras kotowatych, z tym że ten był przedstawicielem rysiów, zaś on pospolitych kotów.
Na oko wyglądał na dwadzieścia dwa lata, miał jasne, płowe futro naznaczone ciemniejszymi, czasem wręcz czarnymi plamkami, miejscami dłuższe niż u Galaharda. Twarz jego była bardzo jasna i życzliwa, choć widać na niej było cień zawadiackiego uśmieszku i chytrości. Kocie rysy studenta zdradzały wyraźnie jego rodowód, zaś całość jego twarzy domykały szpiczaste podniesione wysoko uszy, wieńczone czarnymi „pędzelkami”. Odziany był w luźne szaty, barwy ciemnej zieleni i złota, które dopełnione były licznym sakwami przypiętymi do pasa oraz świecidełkami (choć Galahard osobiście wątpił w to, by miały one zastosowanie inne niż ozdobne). Rzucał się za to w oczy amulet na jego szyi, w środku którego faktycznie jarzył się magią symbol Akademii, który miał okazję widzieć już w Vermondzie, gdy ojczym przez znajomego profesora z uczelni w Arbar załatwiał mu przeniesienie do tej szkoły.
Galahard próbował otworzyć usta i zacząć coś mówić, ale zamknął je natychmiastowo uświadamiając sobie, iż czego by nie powiedział, zapewne nie miało to znaczenia i pewnie zabrzmiało by nader aż głupio.
- Galahard? Galahard Signe? – spytał student stanowczo.
Pokiwał głową nie przestając pochłaniać swym wzrokiem studenta, co wyraźnie frapowało przybyłego.
- Jestem Vince i mam cię zaprowadzić do budynku Akademii – rzucił obojętnie student przyglądając się uważnie błękitnym, wpatrzonym w niego oczom Galaharda.
- No to chodźmy już – calhijczyk wstał z ławki energicznie podnosząc walizę z bruku.
Miał w głowie co prawda mnóstwo pytań i wątpliwości, które z chęcią zadałby temu studentowi, ale postanowił przez chwilę milczeć, widząc w jakim humorze był Vince. W każdym razie starał się nie okazywać zewnętrznie swojej ekscytacji i podniecenia.
Przeszli dość szerokim pomostem pod wieżę ratuszową, jedną z najokazalszych i największych w mieście. Przepychem dorównywać jej mogła tylko baszta Akademii. Wokół konstrukcji wiły się spiralne schody, prowadzące do kolejnych pięter na tym poziomie, których w sumie było pięć. Gdy Galahard rozejrzał się dokoła dostrzegł, iż inne wieże również posiadają takie spiralne schody, a nawet całe drewniane rusztowania i przybudówki fantazyjnie otaczające masywne budowle ze wszystkich stron.
Zatrzymali się dopiero przed konstrukcją jakby dźwigu i rusztowania pnącego się aż pod kładki kamienne wyższego poziomu. Galahard odgadł natychmiastowo iż stoją przez czymś na rodzaj windy. W obecnej chwili jednak oba półkoliste pola, na których zatrzymywały się dwie windy dźwigu, były puste, zaś kabiny albo właśnie wjeżdżały na górę, albo też już tam były.
Vince zaklął pod nosem. Nie lubił tego technicznego rozwiązania, jakim była winda i uważał je delikatnie ujmując za kompletnie bezsensowne. Zdecydowanie bardziej preferował portale do teleportacji rozłożone po dwa na kolejnych poziomach, ale te służyły do transportu ciężkich towarów, dużych grup ludzi, a przede wszystkim do transportu między wieloma poziomami miasta, nie zaś pojedynczym.
Galahard spojrzał w zniecierpliwioną twarz calhirijczyka który bębnił miarowo swoimi długimi pazurami o drewnianą belkę stanowiącą część rusztowania windy. Ogon Vince’a zaczął groźnie kołysać się. Wyraźnie czuć było jego irytację.
W końcu student nie wytrzymał i chwycił calhijczyka za ramię pociągając na skraj pomostu aż pod kamienną balustradę, zabezpieczającą przed wypadnięciem za kamienne kładki. Galahard nie był zadowolony z takiego gwałtownego wybuchu, ale zdołał już zanotować, iż Vince do spokojnych isali nie należy. Poza tym wolał nie denerwować jedynej osoby, która została wysłana po niego na dworzec by doprowadzić go do Akademii.
Calhirijczyk obrócił swoją głowę w jego stronę i zlustrował go wzrokiem i uśmiechając się do niego nieco przebiegle, jak to zresztą miał w zwyczaju czynić. Wyciągnął z jednej z sakw przy pasie pudełko i nasypał na dłoń garść jasnego proszku. Stał skoncentrowany z wyciągniętymi nieco rękoma.
Nagle wokół kocich dłoni Vince’a zaczęła wirować jasna srebrzysta magia, z każdą chwilą zwiększając swoją objętość i przysłaniając dłonie calhirijczyka. Choć koncentracja trwała ułamek sekundy, Galahard odczuwał każdy jej cal, każdą chwilę, dokładnie wiedząc co się dzieje. Sam wielokrotnie wykonywał tę samą czynność przed rzucaniem każdego zaklęcia.
Student rzucił proszek trzymany w ręce przed siebie i zamachał gwałtownie rękoma czyniąc serię szybkich znaków i symboli na wysokości własnych oczu i jednocześnie wypowiadając kilka słów inkantacji. Nie minęło kilka następnych sekund, a przed calhirijczykiem z wyrzuconego proszku zaczął tworzyć się dysk energii, lewitujący w powietrzu.
- Wskakujemy – powiedział radośnie Vince, zadowolony z dobrego zaklęcia, za którym skądinąd bardzo przepadał. Galahard nie podzielał co prawda jego optymizmu i pewności siebie, widząc dzielącą ich od dachów domów na pierwszym poziomie przepaść. Dysk jednak był odpowiednio duży by pomieścić nie dwóch isali, ale co najmniej z sześciu.
Stojący już na środku Vince ponaglał go by dołączył czym prędzej do niego, bełkocząc coś o pośpieszeniu się i Akademii. Calhijczykowi szumiało jednak w głowie i tylko niektóre słowa docierały do jego głowy. Pokonał zgrabnie kamienną barierkę i postawił niepewnie nogę na jaśniejącym dysku. Vince podał mu rękę i podciągnął go, by ten mógł spokojnie postawić drugą stopę.
Ku zdziwieniu Galaharda, jego łapy przywarły dość mocno do powierzchni dysku, jakby zostały przyklejone, dzięki czemu nie ślizgał się po jego powierzchni.
Wznieśli się szybko na poziom piąty, gdzie znajdowało się główne wejście do budynku Akademii. Vince nakazał Galahardowi opuszczenie magicznego środka transportu, po czym sam zszedł z dysku i przeskoczył za barierki. Wysiadający właśnie z windy ludzie i isale spojrzeli na dwójkę kotowatych. Co poniektórzy kiwali głową z dezaprobatą, inni lekko się uśmiechnęli widząc całą scenę.
Student Akademii zlekceważył jednak wszystkie spojrzenia i szepty a sam ponaglał cały czas Galaharda, gdyż według jego obliczeń i tak byli już spoźnieni. Słońce dawno już przeszło przez alorę, i widoczne było tuż przed wznoszącymi się klifami. Za kilkanaście minut miało zajść za masywne skały pozbawiając Arbar tak ostrego, pomarańczowego światła, a zanurzając je w lekkim wieczornym półmroku. Była już wobec tego nieomal dziewiętnasta, zaś oni właśnie na tą godzinę stawić się mieli w głównym holu Akademii.
- Skąd przyjechałeś? – zagaił rozmowę Vince, będąc w wyraźnie lepszym humorze niż chwilę wcześniej, co nie umknęło uwadze spostrzegawczego calhijczyka.
- Z Międzyrzecza – rzucił od niechcenia Galahard, ale gdy spostrzegł brak zrozumienia na twarzy Vince’a, szybko dodał – to koło Vermondu w Dormynthii...
- Słyszałem że studiowałeś już na tamtejszej uczelni, czyż nie? – bardziej stwierdził niż spytał student.
- To prawda – odparł nieco zaskoczony wiedzą Vince’a Galahard.
- Dlaczego cię przenieśli? – calhirijczyk postanowił chwycić się tematu i drążyć go.
Galahard zakłopotał się wyraźnie i nie odpowiedział od razu.
- Powiedzmy, że tak musiało być. Miałem swoje wyraźne powody – zaciął ciemno szare wargi i skupił się na jakimś odległym obiekcie przed nimi starając się dać sygnał Vince’owi, że nie ma ochoty na tą rozmowę.
- Słyszałem jednak też, że miałeś niezłe wyniki – ciągnął student – dostrzegłem też, że jak pierwszy raz mnie ujrzałeś byłeś trochę zaskoczony, moim... wyglądem, dobrze mówię?
Galahard nic jednak nie odparł, wiedząc, że i tak już zdradził się wystarczająco i dał niemal całkowicie rozszyfrować temu calhirijczykowi.
- Zaliczyłem dwa eswumy z całkiem niezłymi wynikami, to fakt – podjął po chwili rozmowę – ale to znaczy również, że mam półtora roku nauki w plecy...
- Nadrobisz to błyskawicznie, a nawet szybciej, jeśli trafisz na odpowiednich profesorów w Akademii – przerwał mu Vince – I tak najważniejszy jest talent i pomysłowość – dorzucił z tajemniczym uśmieszkiem.
Z tego co słyszał Galahard o Akademii, faktycznie bardziej zwracało się tu uwagę na naturalne predyspozycje, a nie tylko na umiejętności pojmowania zawiłych wzorów, schematów, symboli. Studenci z Arbar byli poza tym szkoleni pod kierunkiem konkretnego profesora, a ich edukacja prowadzona była w najdogodniejszy sposób, by do maksymalnych wartości rozwijać talenty studentów. Galahard miał szczerą nadzieję, że właśnie tak będzie to wyglądało również i w jego przypadku.
- Zapewne – odrzekł tylko od niechcenia, starając się już nie angażować w rozmowę. Podkulił długi, cętkowany ogon i przyśpieszył wyraźnie dostrzegając w oddali jasną, alabastrową wieżę uczelni.
Nim jednak skupił się na tym upragnionym i wielokrotnie opisywanym w Vermondzie obiekcie, jego uwagę przyciągnął ogromny, okrągły plac na który właśnie wkroczyli. Plac Brzasku o tej porze zapełniał się zwykle licznymi wiernymi, którzy zmierzali z różnych poziomów miasta na wieczorną modlitwę do świątyni Mirrithalth, znajdującej się na jego platformie. Również i tym razem, nie było inaczej.
Mirrith, bogini wojowników i bardów, zarówno ludzkich, jak i isalskich, odwagi, oraz sprawiedliwości miała w Arbar sporo gorliwych wyznawców, choć sama pojawiała się w Mieście Mostów raczej okazyjnie. Galahard był w pełni świadom, iż przyjeżdżając do takiego miejsca jakim było Arbar, być może będzie miał kiedyś możliwość ujrzenia boga na własne oczy. Choć jednocześnie nie robił sobie nigdy niepotrzebnych złudzeń.
Plac zapełniony został zarówno przez najróżniejszych ludzi, jak i isali, tak, że w zwartej masie trudno było jednoznacznie zidentyfikować tłum. Na skrajach platformy rozłożyli się tradycyjnie ze swym towarem handlarze bibelotami i złomem, którzy widząc za każdym razem we wzroście zagęszczenia mieszkańców miasta na placu potencjalny wymierny wzrost zarobków, przychodzili codziennie na wieczorne modlitwy i spotkania wiernych wy wciskać im swoje produkty.
Przekrój społeczeństwa miasta wskazywał calhijczykowi na co najmniej dwanaście różnych ras zamieszkujących Arbar. Biorąc pod uwagę jego wcześniejsze doświadczenia, liczba ta była niewyobrażalna.
Przepychali się miarowo i torowali sobie drogę z Vincem przez tłum oddanych, mijając też po drodze mieszkańców Miast Mostów dopiero zmierzających do świątyni.
W pewnym momencie Galahard dostrzegł zbliżającego się z naprzeciwka mężczyznę, ubranego w ceremonialne szaty. Nigdy wcześniej nie spotkał się z takim strojem. Tym większe było jego zaskoczenie gdy chwilę później zobaczył świecący się magicznym blaskiem tatuaż na czole kapłana, który był splotem wielu różnych enigmatycznych, nieznanych calhijczykowi symboli.
Kapłan dostrzegł żywe zainteresowanie calhijczyka i uśmiechnął się tylko, wymijając ich szybkim krokiem, najwyraźniej śpiesząc się do świątyni. Calhijczyk jakby zatrzymał się na krótką chwilę. Nigdy nie był zwolennikiem i stałym wyznawcą żadnej z religii, choć jego opiekunowie czasem zabierali go do niewielkiej świątyni Peril w Międzyrzeczu, która jednak była patronką głównie ludzi, boginią pokoju, dobrobytu w rolnictwie a także ogólno pojętej prawości. Rolą maga było jednak poznanie świata od jego natury fizycznej, i Galahard nie wybijał się poza ten szablon, mimo tego, że żałował czasem niemożności pokazywania się w świątyni, głównie w związku ze swoją odmiennością w Międzyrzeczu.
Pokonanie placu zajęło im dobrych kilka minut, przede wszystkim z powodu tłumu zgromadzonego na platformie, choć i ciekawość Galaharda dostatecznie wydłużała drogę. Gdy jednak zatrzymali się pod białą wieżą uczelni, któryś już raz z kolei tego dnia Galahard musiał wstrzymywać oddech z prawdziwego i szczerego zachwytu dla roztaczającego się przed nim widoku.
Zbudowana z białego, krystalicznego marmuru Akademia podobnie jak ratusz górowała nad innymi budynkami i wyraźnie wybijała się swym pięknem i fizycznym blaskiem przed inne baszty. Ta jednak wieża, pozbawiona była zupełnie owych spiralnych schodów i przybudówek widywanych wcześniej przez calhijczyka w mieście, co też go zaskoczyło. Dopiero gdy dostrzegł młodego maga, który „wniknął” w ściany budowli, zrozumiał iż wszelkie drzwi do środka muszą być ukryte przed oczami ludzi czy isali nie należących do Akademii.
Zrozumiał też w jednej chwili, czym zapewne mógł być amulet noszony przez Vince’a na jego smukłej szyi. W pewnym sensie przenikliwości umysłu można było mu czasem zazdrościć.
- Jesteśmy spóźnieni – stwierdził beznamiętnie calhirijczyk spoglądając w stronę klifów. Miasto zapadało w przeciągu kilku minut w półmrok i w tej chwili oświetlane było tylko i wyłącznie przez błękitne fluorescencyjne światło alg w jeziorze oraz przez lampy, lśniące się zbliżonym co rośliny niebieskim światłem. Ten stan w Mieście Mostów nazwać można było czymś na wzór nocy, która trwała tu jednak tylko pięć godzin.
Vince wziął do ręki magiczny amulet z symbolem Akademii – otwartym okiem bez źrenicy w które została wpisana ozdobna litera „A” – potarł dłonią o jego powierzchnię po czym zanurzył wolną dłoń w powierzchni ściany budowli. Po chwili chwycił drugą ręką Galaharda i pociągnął go ze sobą.
Calhijczykowi zawirowało w głowie, gdy zanurzył się w falującą teraz taflę kamienia. Choć warstwa którą pokonał w mniej niż sekundę mogła mieć co najwyżej kilka centymetrów grubości, czuł jakby był przepychany siłą przez jakiś koszmarnie pokręcony tunel.
Otrząsnął się z chwilowego otępienia i stanął ciężko na nogach, choć już na twardym gruncie. Wzrok nabrał pełnej ostrości i po chwili dokładnie ukazał ogromny hol główny Akademii. Wysokie na dwa piętra wieży i zajmujące całą powierzchnię piętra pomieszczenie mogło pomieścić setki adeptów i studentów. W obecnej chwili znajdowało się w niej nie mniej niż stu z nich, wśród których można było czasem wyłowić profesorów dyskutujących na różne tematy między sobą i niektórymi studentami.
Posadzka całego pomieszczenia poryta była wielobarwną mozaiką przedstawiającą najróżniejsze zdarzenia z historii Lotherrunu, począwszy od wojny z demonami, odkryć Evarrda dokonanych na lodowym pierścieniu na równiku, poprzez największy w jego historii konflikt zapoczątkowany przez Lexara, budowę Arbar, aż po otwarcie linii kolejowej Tripolis. W układance pojawiały się też pojedyncze stworzenia, takie jak smoki, gryfy, zaś w jej centrum znajdował się ułożony z ciemniejszych kamyków trójkompas, otaczający swym pierścieniem i trzema igłami magnetycznymi majestatyczną fontannę, rozlewającą swoje wody i wytryskującą ją na wysokość ponad dwóch metrów.
Również ściany pomieszczenia holu nie pozostawały gołe. Zarzucone były wyśmienitymi malowidłami, starymi antykami i reliktami dawnych lat, w kilku zaś miejscach zwisały arrasy przedstawiające najwybitniejszych absolwentów i rektorów uczelni. Co jakiś czas kolejne eksponaty poprzedzielane były magicznymi latarniami, nadającymi całemu pomieszczeniu odcień jasnego błękitu. Z sufitu zwisało zaś kilka dużych żyrandoli, dla doświetlenia wewnętrznej części sali.
Strop podtrzymywany był przez dziesięć masywnych kolumn ułożonych koliści wokół fontanny. Na szczególną uwagę w owym holu zasługiwały sobie dwa portale teleportacyjne, zbudowane z kamiennych łuków naznaczonych magicznymi, jarzącymi się symbolami, z których jeden prowadził na dolne poziomy Akademii, gdzie znajdowały się kwatery studentów, jadalnia oraz magazyny, zaś drugi na poziomy wyższe, tam też znajdowały się sale wykładowe, szkoleniowe, biblioteka uczelni oraz gabinety profesorskie.
- Minęło was przemówienie Vermyra... – rzucił ktoś w stronę Vince’a, jak zdawało się Galahardowi mężczyzna z krótko ogoloną bródką i ciemnymi krótki włosami. Calhijczyk wzdrygnął się na to rzucone, ot tak po prostu, stwierdzenie, w którym padło imię boga magii. Tym bardziej też zaskoczony był, gdy nie dostrzegł na twarzy calhirijczyka żadnego wyrzutu czy żalu do niego w związku z ich spóźnieniem się na przemówienie.
Przeczuwał, co to mogło oznaczać, ale sam przed sobą bał się przyznać ten prosty fakt. Jeśli studenci nie reagowali już w żaden spontaniczny sposób na wieść o spotkaniu z Vermyrem, musiało to znaczyć, że widywali go tak często w uczelni, iż przywykli do tego tak jak do codziennych zajęć i posiłków...
Uśmiechnął się nieco uszczypliwie, gdy przed oczami pojawiły mu się twarze tych wszystkich podnieconych studentów z Vermondu, snujących nieomal legendy o sławnym bogu magii przebywającym „sporadycznie” w Mieście Mostów. W Dormynthii wśród studentów, z którymi przyszło mu uczyć się, imię Vermyr stało się sławne, niedoścignione, i nikt nie śmiał nawet marzyć o spotkaniu się z bogiem osobiście. Tutaj ta sposobność stawała się być realną i dostępną każdemu na wyciągnięcie ręki.
„Ciekawe, czy on też wykłada...” – zadawał sobie to pytanie, z nadzieją, że odpowiedź na nie jest twierdząca i że to między innymi on będzie miał to szczęście przebywać na lekcjach Vermyra.
Calhirijczyk westchnął cicho, po czym skierował się z Galahardem do małego osobnego pokoiku, jedynego na całym poziomie oddzielnego odseparowanego pomieszczenia. Za pulpitem siedział niewysoki mężczyzna wyraźnie już wiekowy o długiej brodzie i starych, nieco przygasłych oczach. Najwyraźniej był on odźwiernym uczelni, albo kimś tego rodzaju, bowiem calhijczyk z rozmowy Vince’a ze starcem wywnioskował, iż student załatwia mu lokum w kwaterach i dowiaduje się dokładnie o jego przydział na zajęciach.
Galahard słyszał, że Akademia z Arbar dostała jego wyniki z Vermondu oraz rekomendacje tamtejszych profesorów. Jak zgadywał, na spisie było sporo na temat jego wyników z zakresu magii powietrza i magii ogólnej, nieelementalistycznej.
Tak samo jak było tam sporo uwag co do jego opanowania magii ognia...
Vince skończył rejestrować calhijczyka i wrócił ze świstkiem papieru w ręce, który natychmiast wcisnął w jego dłoń.
- To jest zaświadczenie o przeniesieniu – powiedział – zachowaj je, aż rozmówisz się z jednym z rektorów Akademii. Formalnie zostałeś przeniesiony, a nawet przydzielony do konkretnej grupy studenckiej. Amulet uczelni dostaniesz jednak dopiero po odbyciu rozmowy wstępnej – zakończył wskazując pazurem palca wskazującego na dyndający na jego szyi przedmiot.
Galahardowi serce zaczynało bić nieco szybciej. Czyli wszystko było już załatwione, myślał gorliwie. Miał zostać pełnoprawnym członkiem tej znanej w Sharmii uczelni, i wreszcie, co najważniejsze, miał dostać realne szanse bycia „kimś”.
- Twoja kwatera znajduje się na poziomie 3B, w sektorze studentów rozpoczynających w tym roku trzeci eswum – kontynuował Vince – proponuje, byśmy teraz się tam udali. Rektor ma się zwrócić do ciebie w odpowiednim momencie, a na razie proponuje ci rozgościć się w kwaterze i zapoznać z budynkiem, oczywiście – uśmiechnął się chytrze – odpowiednio dokładnie...
Ruszył już w kierunku portalu prowadzącego na dolne poziomy, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę, jakby przypomniał sobie coś jeszcze, po czym energicznie odwrócił się w stronę swojego kompana.
- Byłbym zapomniał... – wyciągnął zza licznych fałd swoich szat uczelnianych niewielką, zapieczętowaną skrupulatnie kopertę – miałem wręczyć ci ten list, to od twojego opiekuna uczelnianego.
Vince złożył na ręce calhijczyka ozdobną kopertę. Na wierzchniej stronie widniał napis „Otwórz dopiero w swoim pokoju, proszę”, zaś na jej tylniej stronie znajdowała się czerwona pieczęć z odciśniętym symbolem jakiegoś magicznego zwierzęcia, którego Galahard osobiście nie był w stanie rozpoznać, na tle sierpa i koła.
- Zdaje mi się – podjął znowu calhirijczyk – że rada profesorska ma wobec ciebie specjalne plany. Przyśpieszony tok nauki... – uśmiechnął się tajemniczo, nie pierwszy już raz od ich spotkania Vince.
Galahard zniecierpliwiony obracał kopertę i byłby pewnie już zaczął podglądać w jakiś sposób jej zawartość, gdyby nie mocne szarpnięcie Vince’a. Podeszli obaj do łukowego portalu. Między kamiennymi ramionami znajdowała się delikatna błona, przez którą widać było bordowy korytarz zapewne jednego z pięter uczelni, jak domyślał się calhijczyk. Kilku studentów przeszło przez bramę i znalazło się natychmiast po drugiej stronie tak, że widać jeszcze było, jak odchodzą w głąb korytarza za portalem.
Po chwili namysłu calhijczyk spojrzał pytająco na Vince’a, ale student milczał tylko z założonymi rękoma, dając tym samym znak Galahardowi, że winien iść pierwszy.
Podszedł na ile to było możliwe pewnie do tafli magicznej portalu i przez chwilę przyglądał się jej powierzchni, która lekko zadrżała gdy przybliżył do niej swój czarny nos. Zanurzył swą dłoń w tafli portalu i natychmiast został przeniesiony w inne miejsce Akademii. Ściany odsunęły się gdzieś bardzo daleko, zaś jemu zdawało się jakby leciał z ogromną prędkością. Uczucie było podobne jak wchodzenie do wieży uczelni, ale bardziej spotęgowane.
Postawił w końcu chwiejnie nogę na posadzce z drugiej strony portalu i odetchnął pełną piersią. Musiał oprzeć się ręką o kamienną ścianę by nie stracić kompletnie równowagi. Zdecydowanie nie był jeszcze przyzwyczajony do tak gwałtownych podróży.
Tuż za nim z portalu wyłonił się Vince’a, tyle że nie tak chaotycznie jak Galahard, ale w miarę spokojnie i stabilnie. Widać było jednak, że i on, choć w mniejszym stopniu, odczuwał szok poteleportacyjny.
Calhirijczyk ruszył raźnym krokiem gdy tylko w pełni odzyskał orientację w nowym otoczeniu i nakazał Galahardowi podążać za nim. Przechodzili obok licznych dębowych, ozdobnych drzwi rozstawionych po obu stronach korytarza, aż doszli do ogromnej, spiralnej klatki schodowej, po której chodzili to w dół to w górę studenci.
Na schodach minęli niedużego człowieczka, jakby karła, o bardzo dziwnym wyglądzie. Nosił długie do pasa, mleczno białe pejsy, zaś jego głowa pozbawiona była wszelkich włosów, nie licząc długich krzaczastych, białych brwi. Nos jego był wyraźnie większy, podobnie jak znacznie dłuższe i większe niż normalnie u człowieka, szpiczaste uszy. Mógł mieć najwyżej metr wzrostu, i choć ogólnie wyglądał niczym starzec, jego twarz była młoda i pełna wigoru. Ubrany był w jedwabną ciemno bordową koszulę, luźne spodnie, na całość zaś narzucony miał brązowy, lekki płaszcz, podszywany gdzieniegdzie skórą i opatrzony w niezliczoną ilość kieszeni. Z przodu na pasie miał też przyczepioną torbę, w której mógł przechowywać sporo komponentów i podręcznych przedmiotów (nie było widać by miał przytroczone jakiekolwiek inne sakwy). Nie miał za to na sobie za dużo biżuterii, z której najbardziej krzykliwy był sporej wielkości sygnet na dłoni.
- Dzień dobry panie Profesorze – powiedział z szacunkiem kłaniając się delikatnie Vince. Galahard prawie potknął się na schodach. Nie miał szans należycie zareagować i miał trochę, nie, zdecydowanie więcej niż „trochę” pretensji do calhirijczyka, że nie ostrzegł go zawczasu. Profesor skinął tylko głową w odpowiedzi i podreptał swoimi drobnymi, szybkimi kroczkami na najwyższe piętro do portalu.
- To był Adaralan Alagran – powiedział Vince po chwili zamyślenia – jeden z profesorów. Uczy magii ochronnej i magii barier. Zwykle wołamy na niego „Izolator” lub „Barierowy”... – zaśmiał się pod nosem calhirijczyk.
Musieli zejść aż cztery piętra drewnianymi schodami, bowiem portal znajdował się na wysokości jadali, tj. na poziomie 3E. Na ścianach klatki schodowej wisiały przeróżne obrazy i latarnie, podobne do tych, które calhijczyk widział już w głównym holu.
Na poziomie 3B Vince skręcił ostro w prawo w najbliższy korytarz. Tutaj ściany miały kolor niebieski, zaś na podłodze wyłożony był miękki dywan barwy bordowo-złotej. Latarnie magiczne na tym poziomie oświetlały korytarze barwami żółtymi.
Pokój Galaharda, według wykazu z recepcji, miał numer 416. Szybko też zdołali odnaleźć upragnione drzwi. Vince wyjął z koperty z dokumentami klucz i włożył go do zamka, następnie przekręcając. Mechanizm zaskoczył od razu bez najmniejszego oporu.
Calhirijczyk odsunął się od drzwi z szacunkiem.
- To twój pokój, zajrzyj pierwszy – stwierdził pogodnie, jakby ta prawda była oczywista, iż to jemu, Galahardowi przysługiwało prawo oglądnięcia swojego pokoju jako pierwszemu.
Galahard pociągnął za klamkę energicznie i wszedł do środka nieco podekscytowany. Jego oczom ukazał się nieduży pokój, choć posiadający wszystkie niezbędne sprzęty, a więc sporej wielkości biurko z licznymi szufladkami na rzeczy studenta, wyglądające na całkiem wygodne łóżko z pościelą, szafę na ubrania, a nawet miękki fotel, w którym można było usiąść i odpocząć po wykładach czy zajęciach praktycznych. Z sufitu zaś zwieszona była pojedyncza magiczna latarnia, palca się bladym światłem.
W pokoju było jednak nie jedno, a dwa łóżka, zresztą także i biurko było szersze, przystosowane dla co najmniej dwóch osób.
- Normalnie pokoje są trzy osobowe. Ten z tego co widzisz - dwu osobowy. Na razie masz mieszkać sam, z tego co zdołałem dowiedzieć się w recepcji – wyjaśnił calhirijczyk prędko.
- A ty gdzie mieszkasz? – spytał Galahard, uświadamiając sobie nagle, że Vince nie będzie przecież cały czas przy nim.
- Na 3D, w trzeciej ćwiartce. Pokój 702 – wyrecytował szybko – rezydują tam studenci drugiego semestru trzeciego eswum.
- Aha – zapisał sobie w notatniku (schowanym zawsze na wierzchu w jednej z kieszeni) Galahard, by nie zapomnieć.
- Teraz muszę już lecieć – rzucił Vince, wyraźnie zniecierpliwiony – i tak straciłem to przemówienie, a teraz jeszcze mijają mnie codzienne praktyki. Trzymaj się.
Calhijczyk chciał jeszcze coś dodać, a przynajmniej pożegnać się, ale Vince zdążył już opuścić jego pokój, pomachać mu na „do widzenia” i zamknąć za sobą drzwi. Galahard rzucił walizkę na łóżko, ale nie otworzył jej. Vince zostawił mu na biurku wszelkie niezbędne dokumenty, w tym klucz do pokoju, „Przewodnik nowego studenta” po Akademii (zawierającego uproszczony plan uczelni oraz listę magicznych inkantacji jakich mógł używać w swoim pokoju, odpowiedzialnych też za jego funkcjonowanie) oraz spis przedmiotów, na które miał uczęszczać wraz z wykazem profesorów, którzy mieli go nauczać.
Przeleciał wzrokiem całą listę w poszukiwaniu upragnionego imienia, ale nie znalazł tego, czego szukał. Na liście figurował za to Izolator, zaraz przy zajęciach z magii defensywnej. Zdziwiło go też, że w rubryce profesor przy „magii elementalistycznej: aero” widniało puste, niewypełnione miejsce.
Na biurku leżał również list od rektorstwa, wzywający jego skromną osobę do gabinetu dnia następnego na godzinę dziesiątą, a także zaznaczający i nakazujący mu nie opuszczanie do tego czasu Akademii. Przerzucił też kilka kartek „Przewodnika studenta”, ale był zbyt zmęczony by skupić wystarczająco swą uwagę na tekście.
Poza tym uświadomił sobie że wciąż nie daje mu spokoju tajemnicza koperta. Wyjął ją ponownie z kieszeni koszuli i zamyślił się, co z nią zrobić...
Otwierać?
Nie otwierać, zaczekać?
Otwierać, zdecydował. W końcu autor listu nakazał otworzenie go w kwaterze, a ciekawość z każdą chwilą robiła swoje – górowała i zwyciężała nad nim. Wyjął ze swojej walizki nieduży nóż do papieru i rozciął brzeg koperty. W środku znajdował się elegancji kawałek pargaminu z wykaligrafowaną treścią wiadomości:

„Cieszę się, że udało Ci się wyrwać z uczelni w Vermondzie.
Nigdy nie uznawałem tamtejszej szkoły za dającą perspektywy na przyszłość... Poza tym słyszałem, że tamtejsze traktowanie studentów jest najmniej rzec, uwłaczające godności. Tutaj, myślę, coś takiego Ciebie nie spotka. Jutro idź z rana odebrać niezbędne informacje od rektora, a także amulet zezwalający ci na wchodzenie i wychodzenie z budynku Akademii. To naprawdę pilna sprawa!
Pozwoliłem sobie włożyć ci do szafy kilka drobnostek, bo wiem że nie masz ze sobą wielu rzeczy i ubrań. Z pewnością ci się przydadzą. Dorzuciłem też małe co nieco, byś mógł czuć się już w pełni studentem uczelni. Liczę że szybko się spotkamy. Sporo słyszałem o twoim talencie, myślę że tutaj uda Ci się go należycie rozwinąć. Nie przejmuj się zaległościami, i tak nadrobisz je w chwilę. Teraz zaś lepiej odpocznij, bo od jutra czeka Cię prawdziwa, ciężka praca.
Serdecznie Ciebie Pozdrawiam i życzę Pomyślności!”


V

Włożył list z powrotem do koperty i zadumał się ponownie.
Nie wiedział co mogło znaczyć owo „V” na końcu listu, i postanowił się tym nie zajmować w tej chwili. Być może był to list od znajomego jego ojczyma, który był wobec niego niezwykle życzliwy i który to też w dużej mierze załatwił mu to przeniesienie.
Galahard podszedł machinalnie do szafy i otworzył ją z ciekawości, by zobaczyć jaką to niespodziankę sprawił mu nieznajomy. Zdziwił się też wielce gdy na wieszakach znalazł nowiutkie ubranie – jedwabną białą koszulę, eleganckie, trochę luźne, ale wyraźnie szyte na calhijczyka spodnie, skórzane buty (również dostosowane do kociej stopy, co więcej, z możliwością zdjęcia dolnej warstwy, tak, by opuszki stopy stykały się z materiałem tylko w dwóch miejscach; nieznajomy najwyraźniej wiedział, że Galahard nie przepadał za wszelkiego rodzaju obuwiem i lubił mieć ciągły, „fizyczny” kontakt stopy z podłożem) i szeroki pas z kilkoma sakwami na drobne przedmioty czy komponenty magiczne.
Na innym wieszaku wisiały zaś proste, choć eleganckie, błękitne szaty studenckie, wykończone jasno złotą nicią. Szaty miały ciekawie wykończone mankiety i kołnierze, posiadały głębokie kieszenie, w których można było spokojnie zmieścić niedużą książkę, oraz kilka mniejszych wewnętrznych. Na plecach zaś wyhaftowany był symbol Akademii. Z przodu zapinane były na liczne srebrzyste klamry.
W jednej z kieszeni calhijczyk wyczuł trzy dziwne, owalne kształty. Okazały się one być kryształowymi kulkami z których każda mieściła się spokojnie w jego dłoni. Galahard dopiero po chwili zrozumiał aluzję - służyły one bowiem do żonglerki czy ogólnego ćwiczenia zręczności rąk. W młodości bardzo często bawił się podobnymi kulami, z tym że te były znacznie ładniejsze oraz innego koloru (dwie perłowo białe i jedna ciemno granatowa).
„Skąd on wiedział?” – pytanie to gwałciło go cały czas nie dając mu spokoju, podobnie jak tajemnicza litera pod treścią listu czy fakt, iż nieznajomy znał jego słabość do odczuwania „swobody” w najprostszych czynnościach, takich jak choćby chodzenie (co było też specyficznym przyzwyczajeniem). Najpewniej to ojczym przekazał mu te wszystkie informacje. Ten nieznajomy musiał być naprawdę dobrym przyjacielem jego opiekunów, skoro postanowił do tego stopnia zaopiekować się nim tu, w Akademii, gdzie w gruncie rzeczy nie miał nikogo (bo nawet Vince’a nie mógł do końca nazwać przyjacielem czy choćby własnym znajomym, znając go tak krótki okres czasu...).
Calhijczyk przeciągnął się wyraźnie znudzony i zmęczony. Podróż, wszystkie te emocje, przeżycia wyczerpały go należycie. Marzył teraz o śnie. Wiedział doskonale, iż Akademia mu nie ucieknie, nie zniknie jak sen. Wszystko to co widział tego dnia było aż nader realistyczne i prawdziwe.
Wypakował sprawnie i szybko swoje rzeczy, których zresztą nie miał wiele, i pościelił sobie łóżko. Zastanawiał się chwilę czy zamykać pokój na klucz. Zamiast tego jednak wziął podręcznik studenta w poszukiwaniu odpowiedzi na swoje pytanie. Otworzył pierwszą stronę i, ku jego zaskoczeniu, na papierze zaczął samoistnie pojawiać się tekst: „Inkantacja 550, strona 107”. Przerzucił kartki i faktyczne, było tam zaklęcie zamykające wejście do pokoju i dające sygnał opiekunowi roku, a także opiekunowi poziomu uczelni, iż dani studenci z danego pokoju położyli się do snu.
Galahard zrzucił swoje ubranie, nieco już znoszone, kładąc je na fotel w mniejszym niż większym ładzie i założył znalezioną przy pościeli koszulę nocną i luźny dół od piżamy. Koszule zmuszony był jednak zdjąć, gdyż zrobiło mu się straszliwie ciepło. Wypowiedział dokładnie wyszukaną w książce inkantację i zamek w drzwiach przeskoczył ze szczękiem. Później dzięki pomocy Podręcznika udało mu się także zgasić światło oraz nieco jeszcze obniżyć temperaturę w pomieszczeniu.
Położył się wygodnie na łóżku, nie przykrywając cienką kołdrą. Nie było mu gorąco, raczej po prostu lubił w życiu czuć się nieograniczonym w żaden sposób i nieskrępowanym, poza tym z Międzyrzecza wyniósł wiele przyzwyczajeń. Wiedział, że z częścią z nich będzie musiał się wkrótce pożegnać.
Długo myślał nim ostatecznie zapadł w zasłużony sen, głównie o tym jak wyglądać będzie „jutro”. W jednej chwili jego życie zmieniło się nie do poznania. Jeszcze dwa dni temu był tylko „czymś”, co nie pasowało do społeczeństwa ludzi Międzyrzecza, co nie pasowało nawet to takiego miejsca, jak uczelnia magiczna w Vermondzie. Teraz jednak był w Arbar, mieście życzliwym każdemu przybyszowi, nawet jemu, którego traktowano jak najzwyklejszą osobę, jednego z wielu mieszkańców miasta.
Miał też swojego cichego opiekuna, który wspomagał go już od pierwszego dnia, i z pewnością jeszcze da o sobie słyszeć w najbliższej przyszłości.
Wreszcie, spełniały się jego największe marzenia.
To wszystko było jednak tylko początkiem jego nowego życia.
Nie wiedział tak naprawdę co go czeka, ile przygód i nowych możliwości, kryjących się w masywnych murach uczelni i jej licznych salach, a także w jego formującej się teraźniejszości, i mającej po niej nastąpić, równie barwnej, przyszłości.
Możliwości, których niewielu doświadczało, a jeszcze mniej chwytało w swoje ręce i nie puszczało pod żadnym pozorem.
Zmęczony w końcu zasnął. Następnego dnia miał obudzić się już w nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, którą uznałby może za sen, ale która była jednak jak najbardziej prawdziwa.
I była jego życiem.

Arbar - Pierwszy dzień drugiego Kaseimu roku 697 NE


Galahard
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
Anonim
0
(+0|-0)
Opowiadania: Rynvord "Alabastrowa Wieża"
Wysłano: 9.01.2009 3:18
Więcej niż wciągające... z niecierpliwością oczekuję dalszej części... :-xk

0
(+0|-0)
Opowiadania: Rynvord "Alabastrowa Wieża"
Wysłano: 15.01.2009 8:28
Panserbiorne
Zwierzę
Mnie zaś zastanawia schematyczność tej opowieści. Motyw biednego chłopca, którego marzenia spełniają się w przyspieszonym tępie jest troche ograny, jak choćby Eragon czy Harry Potter. Mam nadzieję, na miłe zaskocznie w kolejnych częsciach. Ale poza tym nie jest źle, całkiem wysoki poziom

0
(+0|-0)
Opowiadania: Rynvord "Alabastrowa Wieża"
Wysłano: 15.01.2009 11:38
Angora Turecka
Anthro
Sęk w tym, że to pierwsza część i ostatnia. A o Eragonie wolę nie słyszeć, nie darze tego tytułu za dużym szacunkiem. Opowiadanie w załozeniu miało być jedynie wycinkiem prezentującym mały zakres świata, nie czymś dłuższym czy bardziej rozbudowanym
Postać z tego opowiadania oczywiście potem wraca w głównej książce, ale natępuje to wiele długich dekad później, i dotyczy już zupełnie czegoś innego.

Tak więc nie, to nie jest kolejna opowieść w stylu od zera do bohatera w jeden rok.

0
(+0|-0)
Opowiadania: Rynvord "Alabastrowa Wieża"
Wysłano: 15.01.2009 18:34
Panserbiorne
Zwierzę
Ale rozmawiamy o danym wycinku, nie o książce jako całości. A to opowiadanie trąci trochę kinder epikiem. Czekam w takim razie na główny wątek

0
(+0|-0)
Opowiadania: Rynvord "Alabastrowa Wieża"
Wysłano: 15.01.2009 18:56
Angora Turecka
Anthro
Cóż, jeśli wszystko co opisuje bohatera w wieku młodzieńczym i wiąże się z odkrywaniem czegoś nowego, wielkiego świata, czy poprawą bytu musi Ci się kojarzyć z epikiem z definicji... Mnie jakoś się nie kojarzy, zwłaszcza że zupełnie nie było moim zamiarem tworzyć tego typu odczucie, tym bardziej że to jednorazowy tekst, którego nie czeka żadna kontynuacja, żadne kolejne wielkie przygody młodego Galaharda.

I może jeszcze raz powtórzę - żebym nie został zrozumiany nie właściwie. To opowiadanie to domknięty tekst, a książka (w trakcie pisania) to osobna sprawa zupełnie, łączą się jedynie występowaniem w książce niektórych postaci z tego opowiadania, znacznie postarzonych i bogatszych o długie lata doświadczeń. Główny wątek książki nie dotyczy bezpośrednio postaci Galaharda z opowiadania, ale innej postaci, bohaterki akurat. Tak więc nie macie co czekać na wątek główny, bo go nie bedzie. Wątkiem głównym jest tu przyjazd do miasta i nowej uczelni, a nie żadne wielkie przygody szczyla w stylu od zera do bohatera...

A z pewnych dość prostych powodów fragmentów książki nie będę publikował, bo raz że nie napisana jeszcze, dwa że najdłuższe opowiadania tutaj ma 10 części, a wedle kryteriów jakie widzę i średniej długości opowiadań, musiałbym cały mój tekst pociąć na jakieś 100 części.

Nie doszukuj się Dźwiedziu czegoś co może nastąpić w dalszym ciągu tego opowiadania, ale na nastąpi :/
Za to nie ukrywam że nie silę się na omijanie epickości w książce, ale to już zupełnie inna bajka, inny bohater, inna historia...