Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Qest "Nowa szansa" cz. 5  
Autor: Panter
Opublikowano: 2009/5/10
Przeczytano: 1067 raz(y)
Rozmiar 12.66 KB
0

(+0|-0)
 
Część piąta
Serce waliło mi jak młot. Wypaliłem już drugą paczkę fajek. Nie pomogła nawet seria maszynowa siwej. Alko i tytoń jedynie zwiększyły zdenerwowanie.
- Wciąż nie czaję, czemu do licha aż tak bardzo podnieciło mnie tłumaczenie tego cholernego sygnału?!- pomyślałem. Jedna z wiadomości zakodowanych w sygnale zawierała zdjęcia załogi statku, którego nazwę przetłumaczyli jako Obieżyświat. Wszystkie fotografie przedstawiały antropomorficzne koty , psy, wilki, lisy, tygrysy, gepardy, etc. Ogólnie, były tam głównie kotowate i psowate, choć widziałem też coś, co przypominało gryfa i smoka.
- Jasna cholera.- zakląłem. Nie mogłem wyrzucić sprzed oczu jednego obrazu. Mentalki Cattie Vanse, ubranej w dopasowany, białobłękitny kombinezon ze srebrną dłonią na ramieniu i wpisanym w nią sierpem księżyca. Nie muszę chyba dodawać, że dłoń miała wyraźnie naznaczone poduszki, jak na kociej łapie.
Musiałem się tego pozbyć i uspokoić, albo dostałbym zaraz zawału. Znałem doskonałą metodę.
***
- Yo Thom! Nie widziałeś gdzieś tego powaleńca w pomarańczowym wdzianku?- spytał żołnierza Zet.
- Mówisz o Maxie? I dunno. Widziałem go kilka minut temu, jak lazł do centralki wodnej, a potem zniknął mi z oczu.
- Co on, kąpiel chce wziąć, czy jak?- zdziwił się zielarz i poszedł szukać mnie dalej. Znalazł mnie po kilkunastu minutach, stojącego w samych gatkach pod strugą wody wydobywającej się z rur średniego ciśnienia. Woda była strasznie zimna, a siła strumienia niemal wbijała mnie w glebę. Pięć sekund później zostałem ocalony przez kumpla przed niechybnym utonięciem.
- Thanks, dude.- powiedziałem słabo.
- No prob doc., mah pleasure.- odrzekł z uśmiechem- ale weź ty mi powiedz, czemu próbowałeś się utopić w taki sposób? Nie lepiej byłoby schlać się na umór?
- Pewno tak, ale chciałem po prostu zebrać myśli. Miałem istny chop-rap, jednak już mi duuużo lepiej.- zapewniłem go i zacząłem się ubierać.
- No, jak se chcesz, bro, ale ostrzeż mnie, jeżeli masz zamiar powtórzyć ten wyczyn. A! Nim forget’ę, masz się zgłosić jutro na mostek. Pomożesz przy maszynerii translatora.
- Dzięki za news. Będę na pewno.- obiecałem, po czym rozeszliśmy się, każdy w swoją stronę.
Tekst z tego opracowania mówił, że aby dostać się na równiny Arieedy, należało odciążyć umysł z balastu doczesności. Co prawda nie miałem większych nadziei, że to się powiedzie, ale co tam, raz kozie ćwierć. Niby miałbym szansę zobaczyć ją za kilka dni, kiedy to spotkamy ich statek, ale nie wiedziałem, czy w ogóle będą zamierzali z nami gadać, czy, wybiorą simpler way i wystrzelają nas jak kaczki na strzelnicy, przy pomocy dziadka kałacha. Wie, o czym nawijam, bo mamy gdzieś w magazynach kilkanaście takich na wypadek rozrób lub ataku z zewnątrz. Przemyślne, czyż nie? Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał o zapasie amunicji. Do każdego jest tylko jeden magazynek.
W każdym razie, prysznic alkatraski pomógł, więc nie miałem już ochoty zgwałcić pierwszej napotkanej laski.
- Cholera, nie mogę nawet iść z tym do medyków, bo inaczej rozejdzie się, że mamy tu trawę bez akcyzy!– pomyślałem- Mam dosyć! Trzeba będzie jednak uszczknąć nieco wody ognistej.- zadecydowałem i poszedłem szybko do kryjówki. Nikt poza mną nie wiedział o tym miejscu. Aparatura i zapasy miałem schowane w dosyć sporej luce między ścianami magazynu nr 5 i węzła wodociągowego, co zapewniało mi stały dostęp wody na destylat i możliwość podkradnięcia od czasu do czasu kilku innych kluczowych składników. Z kolei szklarnie piętro wyżej dostarczały nieco owoców na produkt. Póki co, nikt jeszcze nie zauważył ubytku kilku kilo jabłek, czy innych śliwek. Były co prawda uprawiane jako luksusowy dodatek do żarcia, ale byłem gotów się poświęcić.
- No gdzie jesteś, jeb jeho mahery!- powiedziałem, grzebiąc pomiędzy butelkami, słojami i wszelkiej maści pojemnikami z księżycówką wszelkiej maści i gatunku.
- Urwał mu nać! No gdziem, że to ja, walnął to szkło? Aha! I’ve got you!- wykrzyknąłem w końcu. Znalazła się. Litrowa butelka po soku, wypełniona po brzeg pierwszej klasy karbidówką. Pięciokrotnie destylowana, z dodatkiem soku z limonek i chłonąca aromat z kilku szczapek dębu w niej pływających. Miałem ją zostawić, gdybyśmy ostatecznie znaleźli jakiś przytułek, ale uznałem, że wyjątkowe sytuacje wymagają wyjątkowych metod.
Zostało do zrobienia jeszcze tylko jedno. Z trudem odsunąłem jeden z wykonanych ze stali hartowanej paneli podłogowych, a w powstały otwór wsunąłem rękę. Po chwili wyciągnąłem stamtąd mój mały skarb i paczkę suszonej wołowiny na zagrychę.
Skarb to był płócienny pakunek, zawierający dwa kryształowe kieliszki do wódki, ozdobione srebrnymi orzełkami. Bardzo mi się spodobały, a poza tym, mieściły mniej więcej tyle, co pół szklanki na herbatę.
Bardzo nie lubiłem pić do lustra, więc schowałem wszystko do plecaka i poszedłem do Wafla. Była już 27, więc był po robocie, więc raczej nie odmówiłby kielona, czy dwóch.
***
Wypiliśmy pierwszego, a potem na drugą nogę, bo po pierwszym się nie zakąsza. Trzeciego, bo Boh trojcu lubit, potem czwartego, bo pokój ma cztery kąty, a koń cztery kopyta. Piątego, bo ma się po pięć palców u dłoni, a czołg miał kiedyś czterech pancernych i psa, jak ktoś mi kiedyś opowiadał. Szóstego, bo świat powstał w sześć dni i tyleż miał tydzień. Siódmego, bo teraz trwa do niedzieli, a skarb leży zakopany siedem kroków od miejsca, gdzie się szuka.
Napitek wchodził dobrze, a suszonka i wojskowe suchary Wafla znikały szybko. Zaczęliśmy więc gadać. Zaczęło się od wspomnień.
- A pamiętasz ten zakład?- spytałem.
- Który?
- No, ten, od którego dostałeś ksywę!- powiedziałem.
- Weź, stul paszczę, wombacie.- rzucił zażenowany.
- Czekaj, jak to było? A, wiem! Zgodziłeś się zeżreć półtora kilo wafelków marcepanowych z truflami, które wyrzucili z kuchni, bo nikt Ich nie chciał. W zamian mieliśmy oddawać ci nasz przydział tytoniu do końca roku!- wykrzyknąłem, uradowany ze zwycięstwa nad własną sklerozą.
- Taa, do dziś nie zapomnę tego smaku. Późniejszego wzorku na ścianie zresztą również.
Parsknąłem śmiechem. P chwili jednak zamilkłem i spoważniałem.
- Wafel…- zacząłem.
- Tia? What’s up, little bro?- zapytał. Jeżeli zdziwiła was ta wypowiedź, to musicie wiedzieć, że Wafel, mający w rzeczywistości na imię Jack, był jednym z tej trójki, która mnie przygarnęła, gdy moi rodzice zostali na Ziemi. Był dla mnie jak starszy brat, na którego zawsze mogłem liczyć.
- Słuchaj, mam taki problem, dziwna sprawa… słyszałeś nowinę o tym statku obcych?
- Czy słyszałem? Dudey, musiałbym być ślepy i głuchy na raz! Cała Arka o tym brzęczy jak ul!- niemal wykrzyczał ostatnie zdanie.
- No więc widzisz, pamiętasz zapewne też ostatnie ziołopalenie, wtedy, gdy Zet wykminił nowy towar?
- Wtedy, gdy o mało co byś nie wykopyrtnął nogą w kalendarz?- upewnił się.
- Właśnie wtedy. W sprawie odlotu, to okłamałem was. W rzeczywistości, bardzo realną.
- Toooo, może byś ją opowiedział?- poprosił brat.
Więc opowiedziałem. Ze wszystkimi detalami, jakie byłe w stanie sobie przypomnieć. Gdy tylko skończyłem, zapytał ponownie:
- Jesteś pewien, że to faktycznie ona?
- Jasne. Widziałem jej zdjęcie, to na pewno ona.
- I w dodatku nie możesz o niej przestać myśleć ani na sekundę?- ciągnął dalej zadziwiony.
- No przecież mówię o tym All the time, are ya moron, or what?- nie wytrzymałem. On też nie. Po chwili milczenia, wybuchnął opętańczym śmiechem.
- Grozisz mi, mongolskie dziecko?- spytałem go, ostro wnerwiony.
- Po pierwsze, to nie mongolskie, tylko jedi.- odrzekł, gdy już zdołał złapać oddech- A po dalsze, to chłopie, faktoza masz problem. I to jaki! Zadurzyłeś się w tej swojej kici!
- ŻE JAK!?- nie zdzierżyłem już całkowicie i wrzasnąłem.
- A TAK! NORMALNIE, po ludzku, jak normalny heteros, zabujałeś się ładnych cyckach!- po prawdzie, określił to może nieco wulgarnie, ale miał cholera rację! Jeżeli nie zobaczyłbym jej w ciągu kilku następnych godzin, to chyba bym puknął sobie kulkę w czoło.
***
- Wdech, wydech.
- Wdech, wydech.- powtarzałem po cichu te dwa słowa jak zacięta płyta, albo kiepski remix. Od półgodziny klęczałem na podłodze w swojej kryjówce. Mój goły tors pokrywały dziwne szlaczki, które wręcz wiły się w oczach, a zbyt intensywne wpatrywanie się w nie groziło zwarzeniem mózgu.
- Po jaką cholerę ja to robię!?- powiedziałem cicho. Byłem co prawda wtórny, ale jakiś kawałek umysłu nadal buntował się myśli, że ja po prostu muszę się z nią zobaczyć. Wafel miał całkowitą rację. Jakkolwiek by tego nie nazywać, po prostu zakochałem się w niej.
Próbowałem się z nią porozumieć odkąd tylko zacząłem tą pseudo-medytację. Bez żadnego efektu.
- Do diabła!- zakląłem- Co robię nie tak?- zrezygnowany powróciłem do lektury tekstu zapisanego w pamięci implantów. Szybko przerzuciłem go na ekran komunikatora i zacząłem czytać, tym razem powoli, bez pośpiechu i starając się wyłapać wszystkie detale.
- Więc oto c’mon. Po prostu za szybko wziąłem się za kurs dla zaawansowanych.- wg. autora, komunikacja z inną osobą stanowiła najwyższy poziom opanowania zjawiska, które określał jako moce duszy. Owe moce, to w rzeczywistości zdolność do manipulacji niewykorzystywaną akurat energią organizmu, która pozwala w niewielkim stopniu oddziaływać na nasze otoczenie.
Pierwszym krokiem ku pełnej kontroli mocy, jest umiejętność kumulacji określonej energii i wyrzucenie jej poza ciało, jako niewielki i słaby pocisk.
- Można spróbować.- zadecydowałem. Niżej znajdował się dokładny opis, jak należało się do tego zabrać. Zaznaczyłem interesujący fragment i wybrałem opcję emulatora mowy.
- Wstań.- mówił komunikator- Szeroko rozłóż ręce. Wykonaj dwa głębokie wdechy i opuść ręce. Unieś ręce nad głowę, a następnie opuść je do żeber, jednocześnie przesuwając prawą nogę tak, aby prawa stopa była ułożona prostopadle do lewej.
Program mówił powoli i hipnotyzująco. Niemal bez fałszywych nut, jakimi charakteryzują się starsze wersje.
- Teraz, skup się na swoim tętnie. Niech każdy wdech i wydech trwa trzy uderzenia serca. Przy wydechu prostuj przed sobą ręce z otwartymi dłońmi, a przy wdechu cofaj je do poprzedniej pozycji.
Powtarzałem ten ruch wiele razy. Rachubę gdzieś przy 50 powtórzeniu. Ręce ciążyły niczym ołowiane sztaby, ale czułem też, że coś się dzieje. Nie potrafię tego dokładnie określić, ale miałem wrażenie, że w głębi mojego ciała, coś poruszało się po całej jego długości. To było naprawdę niesamowite!
W pewnym momencie dłonie zaczęły mnie wręcz świerzbić. Nie mogłem się powstrzymać. Wziąłem naprawdę głęboki oddech i pchnąłem rękoma powietrze, tak jakby próbował poruszyć jakiegoś wielkoluda, jednocześnie wypuszczając całe powietrze z płuc. To co ujrzałem, wprawiło mnie w całkowite zdumienie.
Z moich dłoni wypłynął niewielki obłoczek błękitnawego światła, który zaraz przekształcił się w niedużą, półkolistą falę powietrza, która uderzyła w ścianę, wgniatając w niej krater średnicy piłki plażowej i głębokości jakiś dwóch, trzech centymetrów.
Wyczerpany, opadłem na kolana. W ostatnim momencie zdołałem zaprzeć się rękoma, dzięki czemu nie upadłem na twarz.
- Udało się!- wyszeptałem- CZUŁEM TO!¬ Czułem energię, która przeze mnie przepływa.- teraz wiedziałem, że w końcu mi się uda. Czekało mnie jeszcze wiele pracy, ale się uda!
- Czekaj Cattie, już wkrótce się spotkamy.- szepnąłem.
***
Niewielki dreszcz wstrząsnął mym ciałem i postawił całe futro na sztorc.
- Czy coś się stało, pani Vanse?- zapytał zaniepokojony kapitan.
- Dobra Ayii! To nie możliwe!- powiedziałam słabo.
- Co takiego?- dopytywał się dowódca. Cała załoga przebywająca w sali obrad Obieżyświata wpatrywała się we mnie jak w bożka.
- To oni.- szepnęłam- Któremuś z nich udało się przebudzić moce.
Cały statek zamarł po usłyszeniu tej wiadomości.

Koniec części piątej
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.