Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt "Na szlaku Aragonii" - cz. V  
Autor: trajt
Opublikowano: 2012/6/3
Przeczytano: 644 raz(y)
Rozmiar 15.02 KB
1

(+1|-0)
 

Gdyby niewola u nieprzyjaciela byłaby-jak opisują, to niektórzy - wspaniałą okazją do zapoznania nowych kontaktów oraz wypoczynku, z pewnością widoku okopów pełnych żołnierzy, byśmy nie widzieli w gazetach ani na filmach. Siedzenie w okopach odeszłoby w zapomnienie, a miłujący pokój młodzieńcy poświęciliby czas na bardziej przyziemne sprawy.
Tak właśnie skończyli Narcyz, Fiodor i Bruno.
- Pycha.- Narcyz wygodnie rozsiadł się na krześle. Przy pomocy wykałaczki wydłubywał resztki ze swoich zębów.-Beeeeeek!. Oj, przepraszam.
- Żeby to Lucyfer kopnął. O Boże!- Bruno ledwo, ledwo dychał. Pomimo zdjęcia paska jego brzuch nadal mu ciążył. Czuł olbrzymi ból jelit.- Jak żreć, to żreć!
- Narcyz?- biały kocur podniósł lekko nadgryzioną bułeczkę.- Zjesz? Ja już nie mam sił.
- A wyglądam jakbym miał miejsce?
- Dam mi, ja zjem.- powiedział jenot, wyciągając rączki po zdobycz. Niestety ręce Bruna nawet nie dosięgały szczytu jego brzucha, nie mówiąc już o przeciwległym kącie stołu, gdzie czekała nagroda.
- To się nazywa walka o przetrwanie.- stwierdził lis, obserwując wysiłki przyjaciela.
- Zobaczysz, jeszcze dam radę.- jenot odruchowo prostował palce dłoni. Koniuszki już, już docierały do przedmiotu pożądania. Jednak zwyciężyło nasycenie.- Cholercia, nie dam rady.
- Ciesze się, że panom smakowało.- Coronera uśmiechnięty obserwował całą trójkę, umierającej z innych powodów niż głód. - Niestety, musimy teraz przejść do mniej przyjemnych rzeczy.
- Chyba nie ma pan na myśli deseru?- Narcyz doznał lekkiego wstrząsu.- Na stole nie ma miejsca, nie mówiąc także o tym, że ja sam nie mam.
W istocie lis miał rację. Cały stół był zawalony brudnymi półmiskami, talerzami i resztkami- wliczając w to obrus, który Bruno próbował jeść. Gazpacho zlewało się z okruchami churro, a płatki skorupy małż z paella znikały pośród resztek jamon serrano. Drewno ,,krwawiło" kapiąc kroplami winem malaga i sangria.
- Drogi panie Iksiński, bądźmy szczerzy. Trwa wojna. Wojna nie byle jaka, bo wojna domowa i niestety muszę was przesłuchać.
- Nie pozwolimy, na to!- Bruno przekręcał się z boku na bok. Niestety wyglądał bardziej śmiesznie niż groźnie. -Panowie, uciekamy !
Fiodor i Narcyz próbowali sami wstać, ale zdołali wyłącznie rozbawić ocelota swymi ,,postępkami".
- Wiecie, co?- odparł lis.- Może jeszcze trochę odpoczniemy?
- Dobra myśl. Co ty na to, Bruno?
- Wiesz, Fiodor, jest dopiero pora obiadu, więc poczekajmy do kolacji. Noc będzie nam sprzyjać.
- Chyba, panowie, nie rozumiecie, swojej obecnej sytuacji?- Coronera krążył między nimi niczym sęp czekając na ich zgon moralny.- Mam się zrobić nie przyjemny?
- To zależy.- zaczął Narcyz.- Czy jeżeli pan zrobi się nie miły, to wciąż możemy liczyć na taki sam posiłek jak parę minut temu, czy po prostu nas pan zagłodzi?
- Jeżeli zrobię się niemiły, wtedy panowie wylądują u majora Honrica. A on już potrafi wyciągać informacje od niepokornych.
- Jakie informacja ? Nic nie wiemy.- jenot bronił całej trójki.
- Chce, abyście panowie wiedzieli, że w porównaniu z tym nazistą Honriciem jestem zwykłym kotem pokoju i nigdy bym nie wziął udziału w tej rzezi.
- O czym pan, teraz mówi?- Fiodor pytał za pozostałych.
- Panie Rosolnikov, będę szczery. Mogę pomóc wam uciec z tego całego syfu. Jestem katolikiem i zgodnie z naukami chrześcijaństwa jestem miłosierny, nawet dla nieprzyjaciół.
- To przesłuchanie czy kazanie, bo mi się już myli?- Bruno rozglądał się nerwowo.

*

Akurat major Honric przyjmował w swojej kwaterze pewnego Francuza równego stopniem. Galijski major był czarnym terrierem o średnim wzroście. Mówił niemieckim z lekkimi wtrąceniami francuskiego.
- Miło mi, poznać pana majora, panie La Mure. Jak tam Afryka Północna?-owczarek podał terierowi szklaneczkę ginu.
- Dużo piasku, dużo problemów i mało wojska. Do tego ten ciężki klimat berberyjski. Zaraza.
- Tutaj jest podobnie, tylko zamiast brudnych Arabów mamy brudnych bolszewików.- powiedział złośliwie Honric.- Zwykłe czerwone brudasy.
- Słyszałem o krwawych szturmach na Saragossę czy Madryt. Macie dużo jeńców?
- Jeżeli mają szczęście i trafiają na takich słabeuszy jak Coronera, to szybko znikają.- Niemiec popijał wolno, ale Francuz widział jak drżała mu ręka.
- Verdun?- spytał Francuz.
- Tak, Verdum. Straciłem obie ręce. Lewą do nadgarstka, a prawą do łokcia, ale i tak przerżnęli mi całą , aż do łopatki.
- Cóż, ja sam walczyłem nad Sommą, ale w ramach awansu otrzymałem przydział do małego fortu, gdzieś na pustyni Algieru.
- Każdy wykonuje swój obowiązek wobec ojczyzny, narodu i krwi.- rzekł dumny z siebie owczarek.
- Ma pan absolutną rację. Wracając jednak do naszego przyjaciela Coronera. Gdzie on teraz?
- Przesłuchuje jakiś trzech imbecyli. Białego kocura, lisa i jenota. Cała trójka to polskie bydlaki.
- Wie pan ? Sam miałem styczność z lisem z Polski.
- Jak go pan wspomina?
- Mały, nadęty karaluch. Powiem więcej! To najbardziej zidiociał i skarlały oraz tchórzliwy kurdupel, jakiego przyszło mi trzymać na tamtym suchym pustkowiu! Wie pan, co ten dureń wyrobił ?- major mówił z przejęciem, niesamowicie przy tym gestykulując.
- Spalił pańskie pranie?
- Gorzej! Znacznie Gorzej! Przez tego zapchlonego kurdupla, o mało nie straciliśmy Algieru!
- Mówi pan o słynnym Pustynnym Powstaniu, sprzed paru lat?- Honric nalał kolejną kolejkę ginu.
- To było straszne, tak to było straszne. Jeszcze ten debil walną mnie kijem, gdy poprowadziłem ostatnią szarżę na wroga!
Owczarek starał się zahamować śmiech, ale zawsze tak bywa, nawet na wojnie, że nawet śmiechu nie zdoła się powstrzymać.
- Pana to śmieszy?!- terier się wściekł.
- Nie ...Ha, ha, ha, ale to takie śmieszne! No i co dalej?
- Gdy szarżowałem samotnie na wroga, odziany jak prawdziwy kirasjer ku chwale generała Pétain'a! A ten pospolity, pospolity i parszywy Polak stłukł mnie zwykłym kijem! To nie jest śmieszne! Potem ten tchórz zwiał, czym prędzej. - La Mure zacisnął pięść.- Gdybym go, teraz dorwał. O, tak. Gdybym, tylko go dorwał.
- Pamięta pan nazwisko tego degenerata?
- Chyba jakiś Ikszynsky, ale mogę się mylić.
- Moglibyśmy odwiedzić Coronera i sprawdzić jak tam jego goście. Co, pan na to?
-Tak. Tak! Nareszcie zacisnę na jego gardle dłonie.- La Mure coraz bardziej przerażał Niemca.
- Hans!- Honric zawołał na adiutanta. Po chwili zjawił się niski szczur.
- Hail !- zapiszczał adiutant.
- Hail ! Hans! Przygotuj mi, jakąś dobrą, strzelbę!
- Jaką, Herr major, proponuje?
- Najlepiej dwururkę. - owczarek spojrzał uśmiechnięty na teriera.- Strzał z niej, świetnie rozrywa głowę.
- Tak jest! Hail.- szczur wyszedł.
- Dlaczego, Niemcy,, tak często korzystacie z tego Hail? Rozumiem, że chodzi o szacunek wobec wodza, ale to już lekka nadgorliwość.
- Sam, nad tym często się głowię.- odparł Honric.

*

- Czyli mamy rozumieć, że pan jest po naszej stronie?- Narcyz nie mógł uwierzyć własnym uszom.
- W kwestii ideologicznej, nie. W kwestii wolności jednostki, tak. Mogę uwolnić was z tego piekła i wysłać, z powrotem do domu.
- A dostaniemy jakieś frankijskie ordery?- spytał Bruno.- Bo chciałbym, to znaczy chcielibyśmy pokazać w domu, że nie siedzieliśmy w niewoli.
- Chyba mam gdzieś parę żelaznych krzyży, które major Honric ma odznaczyć Niemców za Saragossę.- ocelot zaczął grzebał po szafie.- Jak to zwykle bywa, Niemcy naprodukowali paręset sztuk więcej. A, są.
Coronera wyciągnął trzy czarna żelazne krzyże. Każdy miał wygrawerowany napis po niemiecku:
Zdobywcom Saragossy. Adolf Hitler- wódz tysiącletniej Rzeszy.

- I za to oni walczą?- Fiodor nie wytrzymał.- Za taki kawał żelastwa?
- Widzi pan, panie Rosolnikov?- Coronera usiadł.- Całą ta wojna, to wojny wyłącznie o głupie ordery i medaliki. Minęły czasy, gdy walczono w obronie swojej rodziny, domu, ojczyzny. Teraz walczymy dla bandy idiotów, którzy mają nas głęboko. Mój brat zginał na froncie wschodnim w roku 1915-tym. Moi rodzice zmarli od zarazy po wojnie, a teraz ja muszę chronić swoją rodzinę.
- Genialna przemowa.- ocenił Bruno.- Mógłby pan zostać prezydentem.
- Mówiłem prawdę, kretynie. Samą prawdę.
Narcyz zaczął płakać. Przypomniał łsobie o Ninie, o tym co do niej czuje i o tym, co jej obiecał. Łzy spadały wolno i równiutko na blat stołu.
- A ten czemu płacze?
- Kocha się w mojej siostrze.- powiedział kocur.
- Fiodor...Ja ja kocham!- mówił przez łzy lis.
- Do czego, to doszło.- Bruno kręcił z przerażenia głową.- Żeby taki stary facet ryczał na wojnie.
Natomiast Coronera podziwiał zachowanie Narcyza.
- Ryczy z miłości., bo tylko to mu pozostało, prócz życia i niech pan to uszanuje.
- Dlaczego? Przecież jesteśmy na wojnie!
- Dla pana to wojna , dla mnie natomiast to niemoralna rzeż niewinny. Rzeż niewinnych, Bogu ducha winnego marzycieli, którzy opuszczają swe kraje, by walczyć dla paru idiotów takich jak Franco, Azana czy Stalin. My Hiszpanie, chcemy tylko spokoju i wolności, a ta banda szaleńców ubzdurała sobie, że wywoła wojnę domową. Jakby pan się czuł, gdyby pański dom wysadzali pańscy rodacy z prawicy , a rodacy z lewicy zastrzelili ojca?
- Pytam jeszcze raz, bo nie rozumiem.- jenot palił kolejnego papierosa.- Słuchamy kazania czy tylko tak sobie gadamy. o życiu, wojnie i pokoju?
- Pragnę wam pomóc, drodzy panowie. Nie jestem dzikim, ogarniętym szałem zabijania szaleńcem, ale bogatym intelektualnie kotem, chcącym żyć z daleka od głupoty innych.
Rozmowa chwilowo przerodziła się w dialog pomiędzy Coronerą a Bruno, gdyż Narcyz dalej ryczał, a Fiodor go pocieszał. Wystarczył tylko jeden głos. Znajomy głos, żeby go uciszyć.
....ale czy uważa pan, że należałoby najpierw grzecznie zapukać?
- La Mure?!- ożywił się Narcyz.- Ten świr jest tutaj?!
- Pan zna majora La Mure? Bardzo miły Francuz, terier. Często rozmawiam z nim o komediach molierowskich.- odparł ocelot, przerywając dotychczasową dyskusję z jenotem.
- Służyłem pod nim w legii w Afryce Północnej! Ten wariat wpędził mnie, w jakąś chorą misję szpiegowską, ale potem dopiąłem swego i przyłożyłem mu z pala! Pewnie jeszcze to pamięta i każe mnie rozstrzelać!
- Panie Iksińskie, zaistniała sytuacja, która adekwatnie pozwoli panom uwierzyć w moje dobre intencje. Proszę tylko o pozwolenie, wykorzystania, oczywiście bez krwawo, panów.
Zgoda?
Cała trójka wyraziła zgodę. Wprawdzie nie wiedzieli co ocelot planował, ale była to dla nich lepsza perspektywa niż sąd polowy.

*

Honric tryumfalnie wkroczył do środka, trzymając oburącz dubeltówkę. Za nim szedł opanowany La Mure.
- Mogę pierwszy wymierzyć sprawiedliwość?- spytał Francuz.
- Dopiero jak odstrzelam ogony całej trójce, wtedy ich resztki przekażę panu. A co się tutaj dzieje?!
Obaj oficerowie zobaczyli trójkę jeńców z zabandażowanymi dokładnie głowami, dłońmi, ogonami i stopami. Coronera spokojnie sprzątał ze stołu.
- Mała sprzeczka przy posiłku.- odparł ocelot.
- To niedopuszczalne, ażeby jeńcy jedli wspólne posiłki z oficerami. To niedopuszczalne! A poza tym, dlaczego wszyscy trzej mają zabandażowane głowy? Żądam wyjaśnień!
- Widzi pan, majorze. Wspólnie z moimi gośćmi postanowiłem odbyć przyjacielski posiłek, kiedy wszyscy trzej, dostali nagłego ataku głodu i niestety obali się gazpacho.
- Ikszyński, powstać! - wrzasnął terier, stojąc za Narcyzem. Lis zdołał jednak przetrzymać atak.
- To nie on. Zazwyczaj na mój głos reagował obsraniem gaci, a ten tu ma stalowe nerwy.
- Żartuje pan?! Po co, wtedy ładowałem dubeltówkę?!
- Przykro mi, że nie mogę panom pomóc. Jednakże chciałbym zaprosić panów na poranna partyjkę domina. Może być?
- Dla mnie tak.- odpowiedział La Mure. - Do widzenia.
Honric był zmieszany.
- Ale....
- Widzi pan, jak bardzo się myliliśmy w kwestii tych panów. Ja jestem na razie zmęczony, idę spać.
- A, z wami jeszcze się policzę.- Honric zmierzył wzrokiem wszystkich, po czym wyszedł.

*

Nabrzeże portu w Walencji tonęło w mroku. Nad wodą unosiła się lekka mgiełka. Godzina policyjna oraz alarm lotniczy panowali we dwójkę o tej porze. Miasto przechodziło w ostatnich tygodniach z rąk do rak, ale w końcu regimenty generała Franco objęły tutejszy garnizon. Z daleka szedł odgłos ciężarówek i czołgów, zakłócający chwilowo śpiew morza.
Mała ciężarówka wjechała bez większych problemów, przez posterunek żandarmerii.
Po przejechaniu parę metrów, pojazd stanął niedaleko węgierskiego węglarza.
- Już jesteśmy.- powiedział Coronera, wychodząc z auta.
- Mamy płynąć takim złomem?!- lis nie był zachwycony.
- <Nie złom, tylko statek!> - krzyczał dziarsko kapitan. Był to postawny, ale kołyszący się z uporem alkoholizmu kundel. - < Piętnaście lat na nim pływam i nic mnie nie drasnęło!>
- Co, on gada?- Narcyz lekko nieprzytomny, obserwował pół kątem oka Madziara, schodzącego do nich.
- Nie wiem- odparł Fiodor- ale lepiej nie denerwować wściekłych Madziarów.
- Dlaczego?
- Nie wiem. Moja babcia tak mówiła. Chyba lekko zwariowała na starość.
- Spokojnie chłopcy- Bruno pewnie wystąpił naprzód- przecież Polak i Węgier to dwa...
Nim jenot zdołał powiedzieć stare przyjacielskie powiedzenie, otrzymał od ,,przyjaciela" ładny prezent- fangę w nos.
- <Ja ci tam, szczurze lądowy, wyzywać mnie od Niemców?! Ja jestem, Madziar! Z krwi i kości, Madziar!>
- Boże, Bruno nic ci nie jest?!- koledzy pomogli jenotowi, wstać.
- Albo ten Węgier nie lubi Polaków, albo jest zbyt pijany, żeby rozróżnić krewniaków.
- Stawiam na to drugie.- rzekł niepocieszony lis.
- <Cze gój, chcesz Coronera?! Nie widzisz, żem w pracy?!>
Hiszpan zaczął żywo rozmawiać z Madziarem.
- Jak myślisz, można mu ufać?- zapytał kocur.
- Skoro pomógł, zrobić w chuja tego Szwaba i La Mure to chyba swój chłop.- wzruszył ramionami Narcyz.
Nawet nie wiedzieli jak blisko Francuz i Niemcem byli blisko.
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: trajt,,Na szlaku Aragonii"- cz. V
Wysłano: 4.06.2012 19:47
Leniwy kot kanapowy
Anthro
Za mało opisów.