Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt "Na szlaku Aragonii" - cz. VI (ostatnia część)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2012/6/22
Przeczytano: 701 raz(y)
Rozmiar 11.25 KB
2

(+2|-0)
 
Obaj majorzy nie mogli się doczekać, zaaresztowania- w zamyśle Le Mure, lub po prostu zastrzelenia- w zamyśle Honrica, Coronery za pomoc w ucieczce jeńcom. Niestety owczarek nie miał dobrego oka, nie wspominając o protezach obu rąk, co znakomicie współgrało ze słabą znajomością terenu i mapy.
- Gdzie ten port?- Honric z trudem rozczytywał powustrzelane drogowskazy.
- Może powinnien pan, wziąść przewodnika? - terier siedział obrażony obok. Gdyby to on prowadził z pewnością dotarliby szybciej. Znał troszkę język sojuszników, ale major Honric zagroził mu pistoletem jeżeli nie chwyci za kierownicę.
- Po, co? Jeszcze nam potrzeba kolejnego balastu intelektualnego.
- Co pan ma przeciw intelektualistom? Oni napędają kulturę, sztukę i naukę.- odparł urażony terier.
- Niszczą energię rasową rasy aryjskiej, tyle panu powiem!
- Mam pewne wątpliwości, czy pan wogóle powinnien zostać oficerem.- burkął pogardliwie La Mure.
- Ta, ta, ta, ta, ta, tyle panu powieeeeeeem ! Gdzie ten port?!
- Mówiłem, żeby pan zabra…
- Zamknij się pan, albo pana zastrzelę tutaj!
- Proszę bardzo, Nawet mi to ulżżżyy!
Owczarek nie krzyczał, gdy spostrzegł wyrastający z mroku nocy słup telefoniczny. Samochód pędził wprost na niego. Targany przerażeniem zdołał powiedzieć jedno słowo piskliwym głosem:
- Scheise, znowu?

*

Honric i La Mure zastali Coronere gdy ocelot przechadzał się po nabrzeżu. W porównaniu z jego beztroskim charakterem i czystym mundurem Francuz i Niemiec nie mogli o sobie tego powiedzieć. Honric miał kierownice, zwisająca z jego szyi i ubranie upaćkane w błocie. Przypominał nieco La Mure’a z tą różnica, że terier miał zranione ręce.
- Gdzie te słowiańskie bydlęta?
- Ma pan na myśli tamta trójkę? Po prostu ich wsadziłem na statek i wysłałem do domu- odparł zadowolony z siebie ocelot.
- Co? CO?!
- Może powinien pan, najpierw wsiąść głęboki oddech na uspokojenie?- doradził terier.
- Ja będę spokojny, tylko, wtedy, kiedy ta sprawa zostanie rozwiązana!
- Już jest rozwiązana. Po co pan się tak wścieka?- powiedział Coronera, wzruszając ramionami jakby chciał zrobić z Honrica głupka, co zresztą mu się udało.
- Ta sprawa nie jest rozwiązana! Ta sprawa będzie rozwiązana, kiedy ja ją rozwiąże! – wydzierał się na całe gardło owczarek – Słyszycie, Polaczki?! Jeszcze popamiętacie, słowiańskie bydlaki!
I Niemiec odszedł, wciąż przeklinając pod nosem. Rzucał na wiatr niezbyt przyzwoite komentarze, dotyczące całego zajścia.
- Niech mi pan powie- zapytał La. Mure - czy to był ten Iksiński?
- Jako wierzący musze powiedzieć prawdę. Tak, to był on.
- Widzi pan, jacy są Polacy? Zawsze znajdą wyjście z sytuacji, choćby nie wiem jaka to była abstrakcja. Czy powie pan o tym majorowi?
- Pan wie i ja wiem, że major Honric to pozbawiona sensu istnienia bestia podobnie ja ta cała wojna.
- Ma pan całkowita racje.- podsumował Hiszpana Francuz.

*
Morze. Morze pozostawało jedyną rzeczą dające nadzieje na lepsze jutro. Jutra mogącego być zwiastunem nowej, lepszej epoki. Granat głębin i fal , które były przecinane przez dziub statku dawał poczucie dawno zapomnianej wolności od wszelkiego koszmaru dalekiej pożogi.
A jednak koszmar nie zakończył się dla wielu.
- Błeee......
Narcyz stał oparty o rufę pokładu i zwracał posiłki z ostatnich trzech dni. Obok niego podobnie czynilł Bruno i węgierski kapitan.
- Jezu najsłodszy, co oni tu gotują? Zmarych?
- Cokolwiek to jest, to na pewno nie jest świe......błeeeee
- (Po, co, ja tego skośnookiego skurwzy......błeeeee
- Jak się czujecie?- podszedł Fiodor, gryząc jabłko.
Na sam widok owocu lis oniemiał z wrażenia. W żołądku także mu coś oniemiało.
- Błagam, zabierz to od na.....błeeeeee
- Sam widzisz. Stoimy tu tak, we trzech, przyparci do muru, a raczej do rufy i zwracamy dalej.
Statek kołysał się lekko. Szedł raz w lewo, a raz w prawo, to znów opadał ciężko w wody i ponownie podnosił dziub zbytnio nad lustrem morza. Nie byłto sztorm, tylko normalny kaprys wód zachodnioeuropejskich wobec maluczkich. Od, tak- kaprys stwórcy.
A byli już na wysokości Bretonii.
Nastała jesień. Mineło niecałe trzy miesiące od wypłynięcia z Hiszpanii. Zwykły rejs zwykłym statkiem trwał miesiąc, ale akurat takim statkiem na pewno nie podróżował Narcyz, Fiodor i Bruno. Od czasu lądowania w Messynie cała trójka podobnie jak cała załoga uznała kapitana za niezróważonego psychicznie, włączając w ten problem jego umiłowanie do kieliszka. On sam nie przejmował się całym zamieszaniem- i swoją chorobą morską- i dalej poświęcał czas na swoje ulubione zajęcie.
- Jak ten bęcwał, wogóle, został kapitanem?!- lis słabo wyglądał. Narcyz jak wyjeżdzał był lekko zgarbiony i nieco niski, odrobinkę. Teraz policzki miał obwisłe, wychudzone ciało i brudne, zawszone włosy. Nosił zapluskwione ubrania, któe nieco go poranił.
- Daj spokój- Nieco lepiej wyglądał Fiodor. Kocur stracił nieco wagi, ale podobnie jak przyjaciel miał wygląd praski cynkarz. Białę futro mu zszarzało, a uszy nieco opadły. Nie golili się od tylu dni.- I tak dobrze, że nas nie wywaliłza burtę.
- Mam już dość. Słyszysz?! Mam już dosyć, tego wszystkiego!
Uskokoił go dopiero Bruno. Jenot dalej stał oparty o rufę i leczył problemy żołądkowe.
- Ciszej tam! Ja tut..........błeeeeee
- Ty tam dalej choruj.
- A mam coś lepszego do roboty?
- (Może tak, napijem se jeszcze, kolego?)
- W innych okolicznościach, bym nie odmówił, ale…błeee
- (Co za czasy. Nie można porządnie wypić.)

*

Niedaleko ciśniny Kattegat duński patrol widąc podejrzany statek, dał sobie spokój ze sprawdzeniem obiektu. Zwłaszcza gdy oficer dyżurny spostrzegł dwóch osobników, mających objawy choroby morskiej.
- Czy nie powinniśmy tego sprawdzić?- spytał marynarz.
- A, po co? Popili sobie i teraz mają.- odparł kapitan, po czym wzruszył ramionami.

*

Pewnego dnia.
- ( Panie kapitanie, lont! )- zawył marynarz na bocianim gnieżdzie.
- ( Mówi się ,,ląd", drogi chłopcze!)- powiedział Madziar, wyrywając podwładnemu lornetkę, gdy ten schodził z masztu.- ( Gdzie ten ląd? Jeszcze za daleko!)
- ( Trzyma pan ją odwrotnie.)
- ( Rzeczywiście.)- kapitan poprawił lornetkę.- ( Co my tutaj mamy?)
- ( Lont, panie kapitanie.)
- ( Widzę, Lorenzo. Zastanawiam się tylko dokąd dopłyneliśm?)
- Polska! To Hel!- krzyknął Fiodor.
- Hurra- po jęknęli Narcyz i Bruno. Usłyszawszy radosną wiadomość znacznie wyzdrowieli
Obaj mieli, w przeciwieństwie do Fiodora, pobytu na statku. Nie wytrzymali. Po prostu nie wytrzymali i pędem rzuclili się do szalupy. Kapitan próbował ich powstrzymać, machając ręcami jak gdyby zobaczył Latającego Holendra i krzycząc zawijasami słownymi po węgiersku. Marynarze też coś warczeli po swojemu, odradzając, także na migi, Polakom, by nie korzystali z szalup.
Rozsądek, a raczej zbytnia miłość do ojczyzny dodała trzem orłom otuchu.
Po godzinie wszyscy trzej znajdowali się w łodzi.
- Tak pachnie ojczyzna.- jenot wdychał pełną gębą powietrze.- Czujecie to, chłopaki?
- Czuje wyłącznie ból pleców, brzucha, zębów i dłoni od ciągłego wiosłowania.- Narcyz podnosił wiosło coraz cięższej.
- Daj spokój. Gorzej już być nie może!
Bruno niestety zapeszył.
Woda strzeliła wysoko ku górze z niezłym impetem. Niesiony mocą wystrzału korek, wcześniej spokojnie wystający z trafił Bruna. Nie wiadomo czy to z wyczerpania, czy z siły ,,pocisku, ale jenot stracił przytomność- szczęściem, że nie życie.
Narcyz i Fiodor stanęli, a raczej siedzieli jak wryci, bo sytuacja tego od nich wymagało.
- Dziwne.
- Że Bruno oberwał zwykłym korkiem i teraz leży, czy to, że nasza łódka przecieka?
- Wiesz, taka rozmowa niezbyt nas przybliża do celu. – odparł kot, gdy tylko spostrzegł jak poziom wody pomału przewyższał buty jego i lisa.
- Łódź nam przecieka!
- To już bardziej odpowiedzenia odpowiedz.
- Łódź nam przecieka!
- A ty co? Katarynka?
- Łódź nam przecieka!
- To zatkaj.
- Ale czym?!
- Czymkolwiek znajdziesz.- odparł Fiodor.
Wybór mieli niezbyt duży. W szalupie nie było absolutnie nic, co mogłoby im pomóc zatkać dziurę. Chyba że…..
- Bruno ma za duże paluchy!- krzyczał Narcyz, bezskutecznie wciskając mały palec jenota w przeciek.
- Użył swoich.
- Chyba zwariowałeś!
Kocur nic nie odpowiedział, tylko wymownie wskazał na podwyższający się poziom wody. Wybrzeże wciąż było daleko, a szalupa niebezpiecznie przybierała ciężaru. Lis nie miał nic do gadania, a już na pewno nic innego do zaproponowania. Zwłaszcza kiedy jego, a raczej ich życie wisiało na włosku.
- To chore!- lis siedział obrażony do piersi zanurzony w wodę. Siedział zatykając swoim lewym kciukiem ostatnia przeszkodę.
- Co chcesz? Jest ładna pogoda, Bruno śpi jak zabity, my dwaj żyjemy, a ty w końcu spotkasz się z Niną. – Fiodor był zadowolony.
- Jak ty pięknie potrafisz dopierać słowa. Fala!
- Tego ostatniego nie powiedziałem.
- Nie! Nie mówię o słownictwie, ale o fali!- lis zaczął gorączkowo wskazywać na coś, co znajdowało się zza kolegą. Narcyz cały się trząsł ze strachu.
- Jakiej fali?
- Ten która właśnie pędzi na nas!
Kot zwrócił wzrok w tamtym kierunku. Był to niecodzienny widok, zwłaszcza o tej porze i w tej części Starego Kontynentu. Fala była niezbyt duża, ale biorąc pod uwagę wykończenie psychiczne oraz fizyczne całej trójki, to lepiej żaby nie znaleźć się na jej miejscu.
- No wiosłuj, wiosłuj!- krzyczał Narcyz.
- Myślisz, że to takie łatwe?
- No, wiesz, sam tego nie próbowałem i…..
Nawet nie zdołał dokończyć zdania, gdy napór wody zawirował ich łodzią. Przez chwilę nikt nie wiedział co się dzieje. Wokoło tylko morska woda. Słona woda, co jeszcze doprawiało ból. Piekły ich oczy, zadrapania i gardła, zanurzone w błękitnej toni.

*

- Wytrzeźwiałem!- Bruno był najbardziej zadowolony. Fiodor i Narcyz siedzieli na piasku, cali przemoczeni i ubrudzeni piachem. Jakoś im nie było do śmiechu.
- A jak myślisz, kto cię wyniósł z wody?- zapytał ironicznie lis.
- Ojczyzna!
Dowcip jenota rozśmieszył kocura, ale lis złapał się za głowę i rozpaczał- nie tyle z powrotu do domu, lecz z powodu marnego komizmu sytuacyjnego, a był nim powrót do domu. Sam zresztą i tak zaczął się śmiać jak głupi.
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.