Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Macko "Magiczny Portal"  
Autor: Macko
Opublikowano: 2006/10/9
Przeczytano: 1193 raz(y)
Rozmiar 29.35 KB
0

(+0|-0)
 
Słońce chyli się ku zachodowi. Ostatnie promienie słońca padają na stary las pomiędzy Paprociowem a Podgrzybnem. Wsie te połączone są traktem biegnącym przez las. Normalna droga jak miliony innych na świecie w milionach innych lasów. Gdybyś jednak przeszedł tym lasem mając wzrok i słuch jak Equsianin zauważyłbyś tu i ówdzie parkę gnomów czyhających na nieostrożnych podróżnych. A na niektórych drzewach można było by zauważyć ślady orka, który wdrapał się na czubek w poszukiwaniu miejsca, z którego mógłby obserwować leśną zwierzynę. Taki właśnie był to las. Niebezpieczny i tajemniczy.
Tuż przy wejściu krzaki poruszyły się wyszły z nich gnomy ciągnące dużą sakiewkę. W krzakach leżał martwy mustelin.
Gnomy… widział ktoś z was gnoma? Są małymi pokrytymi brodawkami malcami. Rzadko osiągają metr wysokości. Poza tym są okropnie wulgarne i uwielbiają kłótnie.
Także i teraz mozolili się z sakiewką obrzucając się, co chwila wyzwiskami.
-Mówię ci łamago kupmy za to nową broń. Mój stary mieczyk kompletnie przerdzewiał-mówił pierwszy
Drugi parsknął
-Chybaś zgłupiał bęcwale. Earl paszczaku mówiłem ci przecież, że gnomom nikt nie sprzeda broni. Idziemy do Opidium PAX i włożymy tą kasę do tej całej śmiesznej instytucji gdzie kasa sama się powiększa. Jak oni ją nazywają? Bankiem?
-Carl wiedziałem, że jesteś rąbnięty, ale nie aż do tego stopnia. Zanim te pieniądze się rozmnożą w tym „sranku” to prędzej my to zrobimy. Poza tym skoro broni nam nie sprzedadzą to kasy tym bardziej nie wezmą od nas. Dawaj tą kasę idziemy do Podgrzybna podjemy sobie coś. Dają tam świetne piwo.
-nie po to się męczyłem z tym lutranem byś mi to wziął. Ukryłeś głąbie, chociaż ciało?
-po cholerę?
-Jak Futrzaki się do nas dobiorą to sam będziesz jak taka cholera! Oni już nas znajdą!
-Mam to w nosie! Brzydalu jak znajdą to ciało to my będziemy już bezpieczni za górami.
-Masz z głową! Mi się chce tam iść! Dawaj moją połowę chcę ją włożyć do banku!
-Jaką połowę grzybie? Za rąbnięcie gościa w łeb?
-Jak ci rąbnę to zobaczysz, jaką.
Dobyli składane noże. Zaczęli się nimi obkładać po głowach (nic im by się nie stało, bo były kompletnie tępe). Nagle obojgu z rąk wypadły miecze.
Rozpłakali się.
-wiesz, co Earl?- Powiedział jeden łkając-przepraszam za to, co powiedziałem!
-Carl wybacz mi
Uściskali się serdecznie
-Choć przyznamy się, że go zamordowaliśmy.
-Tak! Zostaw to nie będziemy tego dźwigać ze sobą.
Oddalili się trzymając się z ręce. Ich głosy było jeszcze słychać przez chwilę. Z pobliskich krzaków rozległ się chichot przypominający warczenie psa. Zaszeleściły. Wyszła z nich zakapturzona postać. Podeszła do sakiewki chwyciła ją i przywiązała do pasa. Zwróciła wzrok na, gobliny które oddalały się ścieżką trzymając się za ręce i wesolutko podskakując. Postać weszła z powrotem w krzaki Po chwili pojawiła się znów na trakcie trzymając trójkę zabitych królików a na plecach swój łuk. Skierowała się naprzeciw drogi dwójki gobelinów. Po kilkuset metrach skręciła w lewo. Ścieżka zniknęła zamiast niej wszędzie było mnóstwo wody, która wylała się ze strumienia danieli po ostatniej deszczowej nocy. Woda sięgała jej do kostek. Poruszała się cicho nie było słychać nawet plusknięcia. Woda się skończyła. Postać wciąż szła przed siebie. Między drzewami na wprost niej coś zaczęło świecić.
Coraz bliżej…
Tak to ognisko…
Przed nią była polana. Dokładnie na środku Płonęło ognisko obłożone kamieniami. Opodal ustawiony był namiot, o który oparty był długi łuk i krótki miecz. Zza niego wyszła Equusianka.
Postać położyła króliki pod drzewem zdjęła łuk.
Nałożyła strzałę i naciągnęła cięciwę…
Strzała wbiła się tuż koło nogi Equusianki, która błyskawicznie pochwyciła swój łuk nałożyła strzałę i wpatrywała swoje oczy w ciemność.
Postać odłożyła swój łuk i wydała z siebie przeciągłe wycie.
Equusianka opuściła łuk odłożyła go i oparła o namiot.
-Luna nie strasz mnie! Masz?-
-Mam mam!- Odkrzyknęła postać. Chwyciła łuk króliki i weszła w krąg światła. Podeszła do ogniska rzuciła króliki na trawę położyła łuk tuż koło łuku Equusianki. Zdjęła płaszcz z kapturem.
Luna Była lupinką.
Wprawdzie Niewysoka, ale za to perfekcyjnie zbudowana.
Atletyczne kształty drapieżcy wygładzały miękkie linie bioder i krągłości drobnych piersi, których nietrudno było zauważyć Miękkie, brunatno szare, jaśniejsze na brzuchu futro sprawiało wrażenie, ze jej drobna, szczupła sylwetka rozmywa się w świetle i przydawało jej eteryczności. Długi puszysty ogon okrywał jej jędrne pośladki Długie czarne włosy opadały jej na plecy o czarne futro na rękach sprawiało, że wyglądała jakby nosiła rękawiczki. Wokoło oczu miała żółte obręcze. Czasami Nosiła Okulary, ale tylko, gdy nie podróżowała



-Przestraszyłam cię?- Zapytała Luna szczerząc zęby
-Nie trudno się przestraszyć, gdy koło twojego kopyta wbija się strzała- odparła z wyrzutem Dalia
Chodź zdenerwowana nic nie traciła na swojej urodzie.
Była o wiele wyższa od przyjaciółki. Jej kasztanowa sierść doskonale współgrała z kruczoczarnymi włosami. Umięśniony brzuch, nogi i ręce oraz obfite zaokrąglenia we wiadomych miejscach powodowały, że gdy szła ulicami miasta nie było żadnego mężczyzny, który by się za nią nie obejrzał. Niestety tylko na patrzeniu się kończyło. Dalia była córką króla Nowej Ziemi i wiadome było, że nie wyda swojej jedynej córki w łapy pospólstwa.



Dalia spojrzała na króliki.
-po, co nam trzy?-
-przecież na pewno byś coś zjadła!- Powiedziała Luna puszczając do niej oko
-jeszcze słowo…-
-No nie wygłupiaj się Dalio! Nie musisz się tak odchudzać!-
Equusianka parsknęła
-Lepiej się przyznaj czyja to sakiewka.-Powiedziała biorąc królika nadziewając na patyk-wypatroszyć?-Dodała.
Luna potrząsnęła głową
Odpięła sakiewkę od pasa
-pomogłam się gnomom się jej pozbyć-
Przestała obracać pieczeń nad ogniskiem
-to znaczy?-
-przekonałam ich żeby się przyznali, że zabili tego mustelina-
Widząc zdziwioną minę Dalii machnęła ręką
-przecież wiesz, że nie możemy nadużywać swoich mocy! Co by powiedzieli w zakonie!?
Obie należały do zakony Rycerzy Wiary. Ich Historia Rozpoczyna się od przybycia Futrzaków na wyspę. Szacuje się, że obecnie rycerzy wiary jest około 200. Kandydaci muszą przejść przez szereg reguł muszą zachować czystość zachowywać się honorowo, i nie splamić swojego imienia w żaden sposób. Walczyli za pomocą mieczy i łuków, lecz ich największą bronią był ich umysł. Potrafili oni, gdy się skupili i wypowiedzieli odpowiednią formułę zrobić praktycznie wszystko.
-no, ale przecież użyłam jej w dobrej wierze!- Warknęła Luna i kłapnęła zębami.
-no dobrze nie drążmy już dłużej tego tematu-
Znów zaczęła obracać królika, który zaczął już powoli brązowieć
-ile jeszcze drogi nam zostało?- Zapytała wilczyca nie odrywając wzroku od pieczeni
Jutro pod wieczór powinnyśmy znajdować się przy portalu oczywiście o ile nam nic nie przeszkodzi.
- i wciąż masz zamiar obejść las?
-tak będzie bezpieczniej. Sama powiedziałaś, że te, gobliny zabiły mustelina a przecież poza gobelinami czyhać mogą na nas inne paskudztwa.
Lupince opadły uszy
- Narażamy się jeszcze bardziej będąc na szczerym polu.-Powiedziała. Nie słysząc odpowiedzi dodała-już gotowy?-
-sprawdź- odrzekła Dalia zdejmując królika z kija
Lupinka sięgnęła po królika.
Dotknęła go wbiła pazury w pieczeń…
Gotowy!
Wbiła kły w mięsiwo.
Dał się słyszeć trzask łamanych kości
-Zdajesz sobie sprawę, że to jest obrzydliwe?- Zapytała Dalia
Luna wydała z siebie dźwięk mający znaczyć wyrzut. Equusianka machnęła ręką. Odpięła od pasa nóż złapała królika przecięła go na pół. Usunęła wnętrzności następnie zabrała się za futro, które po chwili leżało już z boku wraz z płatami tłuszczu. Nabiła mięso na kij i ustawiła nad ogniem. W tym czasie wilczyca zdążyła już pożreć swoją porcję i łakomie spoglądała na królika przyjaciółki. Jednak widząc jej groźny wzrok spasowała. Chwyciła trzeciego królika
Popatrzyła na koleżankę
-chciałabym zjeść wypatroszonego królika- westchnęła i wbiła oczy w ogień wyczekując głosu koleżanki.
Dał się słyszeć metaliczny odgłos…
Nuż wbił się tuż koło jej dłoni
Spojrzała na Dalię
Na jej ustach błąkał się uśmiech
-To znaczy…-
-no nie powiesz mi, że Lupinka nie potrafi sobie poradzić z oporządzeniem jak trzeba królika-powiedziała Klacz kierując na Przyjaciółkę wzrok, w którym błąkało się politowanie.
Luna chwyciła z nóż…
Wbiła ostrze w królicze futro
-powiedz mi - rzekła po dłuższej chwili męcząc się z wyrwaniem płuc- jak ty będąc roślinożercą potrafisz tak doskonale wypatroszyć królika?-
Equusianka uśmiechnęła się. Nie odpowiedziała.
Wyciągnęła ze swojej sakwy dorodny owoc. Odłożyła na bok, postanowiła, że zje go zaraz po króliku. Gdy zauważyła, że pieczeń skwierczy zdjęła ją z ognia, lecz wciąż nabitą na pal ułożyła tak by nie dotykała ziemi odkroiła kawałek. Włożyła do ust.
Gdyby ktoś ją obserwował (Luna była zajęta swoim królikiem) pomyślałby, że właśnie zjadła coś oślizgłego. Tak naprawdę Equusianie nie jedli mięsa. Ich dieta opierała się zazwyczaj na owocach wigrusa oraz innych warzywach czasami zjadali również ryby. Mięso natomiast było rzadko przez nich spożywane, tylko w wyjątkowych sytuacjach to zdarzało się nieczęsto. Tym razem chodziło jednak o przeżycie. Przeżuła już kilkanaście kęsów, gdy znów odezwała się Luna.
-jak myślisz? Wciąż nas ścigają?-
Dalia przełknęła
- myślę, że tak. Musimy jak najszybciej dostać się jutro do portalu. Wstajemy skoro świt.-
Obejmiesz pierwszą wartę?-
Skinęła głową
Lupinka poszła w stronę namiotu
Tuż przed wejściem zrzuciła z siebie płaszcz z kapturem
Wpełzła do namiotu.
Przez chwilę było słychać jak kokosi się w śpiworze.
Nastała cisza.
Klacz wyciągnęła manierkę z wodą przepłukała usta tak by pozbyć się tego obrzydliwego smaku. Wypluła wodę i sięgnęła po owoc
Był dość duży, okrągły koloru pomarańczowego kształtem bardzo przypominał jabłko jednak jego smak… rozkoszny wręcz anielski różnił się dalece od jabłek. Ugryzła kawałek rozejrzała się. Wokół nikogo nie było widać. Dokończyła wigrusa. Dorzuciła drew do ogniska. Rozmyślała chwilkę, sen zaczął ją ujarzmiać. Otrząsnęła się. Na niewiele jednak się to zdało. Nagle usłyszała trzask gałązki za sobą. Błyskawicznie chwyciła swój łuk naciągnęła strzałę i obróciła się. Jej wzrok widział tylko mrok.
Stłumiła oddech,
Wyciszyła się…
Usłyszała kroki. Ktoś się skradał w ich stronę.
Albo kilku ktosiów.
Dwie pary nóg rytmicznie uderzały w ściółkę leśną.
Naciągnęła cięciwę
Zauważyła zarys postaci.
Około 20 metrów…
...15…
Cięciwa napięta, strzała wymierzona.
„W razie, czego w odwodzie pozostaje jeszcze mój miecz” Pokrzepiona tą myślą stanęła w szerokim rozkroku..
Dobiegł ją głos z ciemności
-opuść łuk, bo zrobisz jeszcze komuś krzywdę!-
Głos głęboki, ciepły i krystalicznie czysty. Tylko jedna osoba była w stanie tak mówić.
-Fiodor!-
Rozległ się śmiech. Postać weszła w krąg światła.
Fiodor był chakatem.
Trudno jest ubrać w słowa ich wygląd. Poruszają się na czterech kończynach. Dolna ich część (tułowia nie nóg) wygląda jak tułów normalnego wielkiego kota jednak tam gdzie zwykle jest głowa znajdował się tors jeszcze jedna para rąk i głowa. Poruszają się praktycznie bezszelestnie. Mają mocno umięśnione nogi podróżują tylko i wyłącznie na nich, lecz zawsze z miłą chęcią są gotowi podwieźć na grzbiecie strudzonego wędrowca. Ich dieta opiera się głównie na tym, co upolują nie pogardzą rybami rzadko zjadają owoce. Fiodor był pumą. O zielonych oczach uśmiechał się bardzo często, co powodowało ukazaniem się rządku białych zębów. Na głowie miał brązowy kapelusz z otworami na uszy i z piórkiem wetkniętym nad prawym uchem. Często nosił tobołek posiadający dwa rzemyki. Tobołek ten zakładał na plecy i wraz ze swoim kijem wyprawiał się w podróż. Przez lewe ramie zawieszony miał łuk a z plecaka wystawały strzały. Chakaty były bardziej związane z naturą niż Futrzaki. Zmysły tych drugich zostały przytępione. Chakat potrafił odróżnić sokoła od pustułki oddalonych o 10km, mógł usłyszeć tętent kopyt z odległości 5km a przyłożywszy ucho do ziemi nawet z 30 lub więcej. Czuły węch przynosił wonie przeróżne. Posiadali dar jasnowidzenia dany im przez Boga, Chakaty są z reguły samotnikami



Dalia rzuciła mu się na szyję.
-Tak dawno cię nie widziałam- powiedziała przytulając się do Fiodora
-Ja ciebie też- odpowiedział Fiodor- przewidziane zostało, że się teraz spotykamy. Gdzie się wybierasz a raczej wybieracie?
-Wybieramy?- Klacz spojrzała w oczy przyjaciela. Czyżby wiedział?
- Tak ty i Luna. Obserwuję wasz obóz od trzech godzin. Odkąd tu przybyłyście ty zajęłaś się obozem a Luna poszła coś upolować. Gdy rozłożyłaś obóz zablokowałaś do niego dostęp jednym z tych waszych zaklęć.
Totalnie rozbawiona Dalia zerknęła na niego z ukosa?
-sprawdzałeś?-
- Miałem zamiar, ale ochota przeszła mi, gdy zobaczyłem, co się stało z kamieniem rzuconym w stronę namiotu. Nawiasem mówiąc. Gdybym się tego nie spodziewał zostałbym pozbawiony głowy.
Klacz podeszła do niego pogłaskała po głowie.
-Mój ty biedaku nic ci się nie stało?
- mnie nic się nie stało, ale moje piórko jest innego zdania- wskazał na swoją czapkę. Rzeczywiście piórko zostało złamane w połowie swojej długości i zwisało smętnie do dołu.
Equusianka usiadła na kamieniu przy ognisku a Fiodor spoczął na trawie i ciągnął dalej.
- A potem ty poszłaś na wschód w stronę Wodogrzmotu Danieli i tam cię obserwowałem.-
Dalia zarżała z oburzenia.
-podglądałeś jak się kąpałam?-
-„Podglądałem” to może zbyt ostre słowo. O wiele bardziej pasuje tu „pilnowałem czy nic ci nie grozi”-
-I, co groziło?- Rozgniewana (a może tylko udająca taką) ujęła się pod boki
- pewien zagubiony gobelin celował do ciebie z łuku…-
-No i?-
-podejrzewam, że leży teraz na półce skalnej ponad miejscem jak się kąpałaś ze strzałą wbitą w głowę-
Klacz z powrotem usiadła
-Nie powiem widok był nawet zachęcający. Ja jednak wolę własną rasę.-Powiedział, Fiodor kierując swe zielone oczy w stronę Dalii
Zachichotała
-podobam ci się?-
-Jak na dwunożną nawet bardzo-
Fiodor zdjął swój tobołek położył go na ziemi. Dalia wciąż go obserwowała. Patrzyła na jego umięśnioną klatkę piersiową i nogi. Wyobraziła siebie wraz z nim w niedwuznacznych sytuacjach. Uśmiechnęła się do siebie. Dotarło do niej właśnie, że pomimo swojej długiej znajomości (znali się od piaskownicy mniej więcej 16 lat) dopiero teraz uświadomiła sobie, że czuje do niego coś więcej niż do przyjaciela. „No tak, ale on woli swoją rasę. Poza tym ojciec nie byłby zadowolony”.
Takie myśli krążyły jej po głowie. Fiodor wypakował ze swojego tobołka małego królika a z bocznej kieszonki dwa owoce Wigrusa
-Wiem, że jesteś głodna- rzekł do niej do niej
-Aż tak widać?- Zapytała odbierając owoc i uśmiechając się do pumy.
-Burczy ci w brzuchu jakby lawina w górach opadała-
Potrząsnęła grzywą ugryzła owoc
- No to opowiedz mi, dokąd idziecie-
Przełknęła
- kiedy ja naprawdę nie mogę! Tajemnica zakonu i w ogóle…-
-Ruszacie po Wybrańca prawda?- Zapytał, Fiodor nabijając królika na pal.
Equusianka zamarła. Przestała jeść owoc.
-Skąd ty wiesz o naszej misji?-
-Po prostu wiem. Wiele razy pomogłem waszemu zakonowi i teraz wtajemniczają mnie w różne ich sprawy-
Podniosła owoc do ust
- co jeszcze wiesz?-
-Nazywa się Colin i jest człowiekiem-
Kiwnęła głową
- idziecie do Portalu Czasu w Górach Danieli
-zgadza się- powiedziała Klacz obserwując ogień.
-którędy-
Dalia wskazała ręką.
-tą ścieżką pójdziemy na południe po kilometrze znajdziemy trakt prowadzący na wschód. Tym właśnie się skierujemy.-
Kiwnął głową
-O, której jutro ruszamy?-
-Proszę?-
-Postanowiłem, że pójdę z wami. Idź spać obudzę was o brzasku.
Podbiegła i pocałowała go w policzek.
-Kochany jesteś-Skierowała się w stronę namiotu. Zdjęła tunikę.
-sypiasz w kolczudze?-
-nie za chwilę ją zdejmę-
Odpięła kolczugę, która zasłaniała jej piersi, po chwili drugą odsłaniającą jej pośladki. Popatrzyła za siebie. Fiodor na nią patrzył.
-Zaiste jest, co oglądać- Powiedział odwracając głowę i zdjął królika. Dalia zachichotała. Weszła do namiotu. Luna przykryta swoim kocem mocno już spała. Wpełzła pod koc przewróciła się na bok. Dobiegł ją głos miażdżonych kości. „Mięsożerca” pomyślała chwilę potem zasnęła.
Miała sny…
Sny o Fiodorze…

Ktoś zatkał jej usta. Chciała krzyknąć. Lecz wyszło z tego tylko zniekształcone rżenie spłoszonego koni.
-Spokojnie-Dobiegł ją głos Fiodora-To ja. Luna nie szamotaj się tak. Szkoda namiotu.
Wziął ręce wyprostował się. Dobiegł je głos.
-Ubierzcie się musimy ruszać-
Wilczyca ziewnęła
-A on skąd się tutaj wziął?-
-Obserwował nasz obóz od wczoraj. Przyszedł wczoraj wieczorem.- Powiedziała klacz przeciągając się. Wypełzła spod koca.
-Nałóż coś na siebie- syknęła Luna
-No, za chwile- powiedziała i wyszła z namiotu.
Wilczyca pokręciła głową ze zrozumieniem i również zaczęła się gramolić spod koca.
Equusianka wyprostowała się i wzięła głęboki oddech. Rozłożyła ręce i podniosła głowę do góry. Czuła jak poranny wiatr owiewa ją ze wszystkich stron. Zaczęła powoli nakładać na siebie skąpą kolczugę, nałożyła tunikę, którą zostawiła na zewnątrz. Jak przyjemnie ziębiła ciało! Rozejrzała się koło częściowo wygaszonego już ogniska leżał Fiodor przewrócony na bok.
Dalia przez chwilę pomyślała, że coś się stało.
Co za szczęście oddycha…
-Słońce nie ruszaj się, choć przez chwilę i powiedz Lunie by przestała się szamotać w tym namiocie. Staram się coś usłyszeć.-
Najciszej jak umiała Luna wypełzła z namiotu wyciągnęła koce zwinęła je i włożyła do tobołka. Naciągnęła na siebie tunikę (poza nią na sobie miała dżinsy i krótką bluzeczkę) stanęła tak jak Dalia i wpatrywała się w Fiodora. Po pięciu minutach podniósł się z ziemi.
-W nocy słyszałem, że ktoś galopował najpierw w stronę gór a teraz jechał z powrotem. Wierzchowiec był dosyć zmęczony jago galop nie był równy. Często przechodził w stęp. Ktoś was szukał nie jestem pewien, kto. Lupinka podpięła tunikę pod szyją.
-Może to człowiek? Wielu z nich się tu kręci-
- Nie to nie mógł być człowiek.-Odpowiedział Chakat
- Dlaczego tak myślisz?-
- Ludzie poruszają się na koniach. To, co słyszałem nie przypominało biegu żadnego konia. To, co słyszałem nie przypominał biegu żadnego konia. To stworzenie ma dość szybki chód, ale podejrzewam, że szybko się męczy.
-co proponujesz? – Zapytała klacz zakładając na ramię łuk
-Nie pójdziemy tą ścieżką, o której mi wczoraj powiedziałaś. Dam głowę, że jest obserwowana.-Przerwał na chwilę. Podszedł do krzaków opodal środka polany.- Tutaj gdzieś była ścieżka czyżby zarosła? – Wziął kij. Wymierzył kilka ciosów w krzaki. Po chwili ukazała się dróżka. Przeszedł kilka metrów.
- To tędy. Posłuchajcie- powiedział odwracając się- las ciągnie się na wschód i południe. Do portalu pozostało nam 20 kilometrów, ale jeżeli pójdziemy tą drogą to bez problemów powinniśmy przed południem dojść do celu.
-no to ruszamy- powiedziała Luna.
Wraz z Dalią wzięły swoje pakunki i weszły na drogę.
Ścieżka tylko przez pierwszych kilkadziesiąt metrów była zarośnięta później stawała się coraz przystępniejsza. Szli w pięciometrowych odstępach. Pierwsza szła Luna. Rozglądała się ciekawie, dookoła co chwilę jej nozdrzom udawało się zwietrzyć jakiś ciekawy zapach. Tuż za nią szła Dalia. Wpatrzona była w plecy przyjaciółki. Stąpała z wielką gracją jak przystało na jej rasę i pochodzenie. Na końcu stąpał Fiodor podśpiewując sobie pod nosem i wyławiając każdy podejrzany szmer. Przeszli mniej więcej kilometr stanęli przy brzegu Wodogrzmotów Danieli. Widok zapierał dech w piersiach. Okrągłe jezioro, nad którym unosiła się lekka mgiełka, po przeciwległej stronie znajdowały się wysokie skały tworzące półkole. Ich szczyt porośnięty był różnymi roślinami oraz drzewami. Mniej więcej na środku półkola spływała z wielkim hukiem woda, która dodawała uroku jezioru. Liście przepuszczały niewiele światła jednak wystarczało go, aby poruszyć patrzącego. Całość sprawiała wrażenie pochodzenia z jakiegoś niedostępnemu świata. Podróżnicy przeszli jego wschodnim brzegiem. Gdy znaleźli się na szczycie napawali się przez chwilę urokiem tego miejsca. Fiodor postąpił parę kroków do przodu. Stanął na skale porośniętej krzakami. Z tego miejsca miał znakomity widok na całe wodogrzmoty sam pozostając niewidoczny.
-właśnie tutaj cię obserwowałem.- Powiedział zwracając się do Dalii
Postąpiła parę kroków do przodu. Stanęła koło niego.
-no to gdzie jest ten twój goblin?- Była pewna, że historyjka o zagubionym goblinie to był tylko pretekst do obserwowania jej jak się kąpie.
Wskazał ręka. Pod drzewem niedaleko miejsca, w którym stali leżał twarzą do ziemi mały goblin z tyłu jego głowy wystawała strzała. Ciało obsiadły kruki, które tańczyły wokół niego i od czasu do czasu obrywały kawałek czarnego ścierwa.. Złapała medalion na piersiach. „Muszę być bardziej ostrożna” powiedziała do siebie patrząc wciąż na ciało zabitego goblina. Czy ktoś powie mi, o co tu chodzi? Powiedziała zafrasowana wilczyca spoglądając to na Dalię to na Fiodora.
Brak odpowiedzi.
Equusianka poszła dalej tuż za nią ruszył Chakat. Luna wzruszyła ramionami. Dogoniła i wyprzedziła przyjaciółkę. Teren zaczął się podnosić niezbyt stromo wprawdzie, lecz utrudniało to wędrówkę. Część lasu, w której się znajdowali była jasna. Słońce przeświecało, przez pożółknięte korony drzew. Jesień się zbliża. Na szczycie wzniesienia zrobili postój. Przed nimi zostało jeszcze pół drogi. Fiodor zaczął się zachowywać niespokojnie. Popas trwał trzy kwadranse. Znów ruszyli. Po ich lewej stronie wyłaniać z ziemi zaczęły wyłaniać się pierwsze skały.
-Zbliżamy się do jaskiń- powiedziała Luna
-Dziewczyny przyśpieszmy od niedawna czuję, że ktoś nas śledzi- powiedział Pum rozglądając się niespokojnie.
Przyspieszyli.
Zniknęły drzewa. Droga, którą szli teraz była praktycznie najbardziej widoczna. Słońce wznosiło się coraz wyżej.
Zaczął ich dochodzić tętent kopyt. Robił się coraz głośniejszy. Przyspieszyli kroku.
Wtem Fiodor się zatrzymał. Obejrzał się za siebie.
-Bieżą ku nam! Szybko wskakujcie na mój grzbiet niema czasu!-
Za nimi coś majaczyło. Nie zdążyły się przyjrzeć pośpiesznie usadowiły się na grzbiecie.
-trzymajcie się!-
Fiodor wystrzelił jak z procy. Za nimi wciąż coś biegło. Odgłos był coraz bliższy. Z lasu wyłoniła się trójka jeźdźców.
-Luna rozpoznajesz ich?- Zapytała Dalia, która objęła Fiodora w pasie.
Luna zawyła
-Czarni rycerze! Fiodorze! Pospiesz się!
Jeźdźcy byli coraz bliżej.
Twarzy ani żadnej innej części ciała nie było widać przez szczelnie zasłonięte płaszcze z kapturem. U boku mieli miecze. Ich wierzchowce były dość dziwne. By nie powiedzieć dziwaczne. Na pierwszy rzut oka podobne były do koni tylko, że pokryte były (albo składały się) z czarnej smolistej substancji. Tułów osadzony była długich, cienkich nogach. W miejscach oczu były tylko ziejące pustką oczodoły.
Fiodor się zatrzymał.
-Jesteśmy- krzyknął
Zeskoczyły z jego grzbietu.
Wbiegły do jaskini Fiodor tuż za nimi. Korytarz ciągnął się daleko w głąb gór. Puścili się biegiem. Dziewczyny z przodu a Pum ubezpieczał tyły. Nie potrzebowali oświetlenia wiedzieli, bowiem gdzie Się znajdują. Zwolnili. Stali u wejścia do wielkiej okrągłej Sali.
- Lumere!- Zawołała rozkazującym tonem Luna. Kreśląc w powietrzu dziwny znak. Przez chwilę utrzymywał się w powietrzu. Nagle zapłonął czerwonym światłem. Znak zniknął a w kierunku ścian poleciały promienie.
Zrobiło się jasno.
Komnata była prawie okrągła ze ścian wystawały różnokolorowe kryształy. Komnata prawie na pewno nie była wytworem naturalnym tylko dziełem Ludzi lub Futrzaków. Na przeciwległej stronie znajdował się kolejny korytarz a za nim…
Portal!
Był to prawie okrąg ( a może cały tylko przysypane ziemią) zrobiony z połyskliwego metalu pokryty dziwacznymi inskrypcjami. Gdy podeszli okrąg zaczął świecić mdłym niebieskim. Diana i Luna zdjęły swoje medaliony z szyi. Złączyły oba. Po ich złączeniu okazało się, że przedstawiają gwiazdę. Dalia trzymała ją w otwartej ręce, gdy nagle poderwała się do góry i zaczęła szybko obracać. Z gwiazdy ku portalowi wystrzelił niebieskawy promień. Obracała się coraz wolniej. Opadłą na otwartą rękę Equusianki. Dziewczyny wzięły swoje połówki medalionu i zapięły sobie pod szyją
- no to możemy iść- powiedziała Luna zarzucając kaptur.
Byli tuż przed wejściem.
Usłyszały kroki.
Obrócili się.
Przy wejściu do komnaty stała trójka zakapturzonych postaci.
-Czego chcecie i kim jesteście- zawołał Fiodor wywracając młynka swoim kijem.
Postacie wydały z siebie dziwny głos. Zrzuciły tuniki.
-Czarni rycerze!- Zawarczała Luna
Byli wysocy. Coś koło sześciu stóp. Wyglądem przypominali człowieka. Ich ciało pokryte było czarną smolistą substancją. W kliku miejscach od ciała oderwane były czarne płaty substancji, która unosiła się za nimi, pomimo że nie wiał wiatr. W rękach trzymali miecze. Od razu można było się domyślić, że nie mają dobrych zamiarów.



Fiodor postąpił dwa kroki do przodu.
-Ruszajcie ja ich zajmę na, tyle aby wygasł portal- powiedział trzymając w jednej ręce kij a w drugiej swój miecz.
-Nie!- Zarżała Dalia
-Nawet o tym nie myśl!- Powiedziała luna dobywając miecza.
Rycerze ruszyli.
-Idźcie! Nie ma czasu!- Zakrzyknął gotując się do walki
Rycerze już prawie przy nim byli
-Imperi! Fugio nos!- Powiedział czakat rozkazującym głosem.
Zatrzymali się w miejscu. Upadli na ziemię…
Fiodor obrócił się.
- Wytrzyma chwilkę. No już zmiatajcie stąd!
-Ale Fiodor!- Zaczęła Equusianka.
-Natychmiast- powiedział z naciskiem- jak stąd uciekniecie to mnie już nie będzie tu nic grozić. Oni przyszli po medaliony! Czy nie domyślacie się, co by się stało gdyby ON je dostał?
-ale my nie wiemy, kiedy wrócimy!- Powiedziała Dalia
Poczekam na was u wyjścia.
Czarni rycerze zaczęli się podnosić
-no już!-
Dalia i Luna podeszły do portalu. Luna przeszła pierwsza chwilę później Dalia.
Portal zabłysnął, po czym zgasł.
Rycerze wydali z siebie okrzyk. Złapali tuniki i wybiegli z komnaty. Fiodor uśmiechnął się. Schował miecz.
-możecie już wyjść- powiedział głośno kierując słowa w kierunku korytarza za portalem.
Kroki.
Trzy zakapturzone postacie.
Dwie ściągnęły kaptur.
Dalia i Luna.
-skąd wiedziałeś, że tu jesteśmy-
-wyczułem-odparł patrząc na trzecią postać- możemy iść?
Skinęły głowami.
Skierowali się w stronę korytarza prowadzącego na zewnątrz. Luna coś mruknęła. Kule ognia, które krążyły pod sufitem poleciały w jej stronę i zniknęły w jej ręce.
Portal wciąż świecił niebieskim światłem…
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.