Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Reinkarnacyjny_Kot - Furry Tales - 2  
Autor: Reinkarnacyjny_Kot
Opublikowano: 2013/2/13
Przeczytano: 573 raz(y)
Rozmiar 45.53 KB
0

(+1|-1)
 
Był ciepły, letni poranek. Małe miasto, Blackberry Hill, pogrążone było jeszcze w sennych oparach porannej mgły. Nic dziwnego w mieście, które leży na wybrzeżu. Nic nie zapowiadało, ze ten dzień będzie jakiś szczególny. A przynajmniej tak wydawało się Wolfiemu, gdy wygrzebywał się z cieniutkiej, lnianej pościeli. Nie lubił wstawać wcześnie. Zwłaszcza nie w wakacje. Nie zdziwiła go więc zbytnio godzina, którą pokazywały fluorescencyjne wskazówki budzika, stojącego na nocnej szafce.
Z głośnika małego, przenośnego radia dobywał się właśnie głos speakera:
- Witajcie, moi drodzy! Dochodzi godzina dziesiąta w naszym pięknym miasteczku! Co przyniesie nam nowy dzień? Sam nie wiem, nie ulega jednak wątpliwości, że będzie równie upalny jak cały ostatni miesiąc! Mam rację, Sally?
- Oczywiście, Greg! Twojemu psiemu nosowi nic nie umknie! Ty chyba umiesz wywęszyć pogodę na kilka dni do przodu, czyż nie? Chyba powinieneś zastąpić mnie na stanowisku prezenterki pogody! Ale masz rację, będzie dziś upalnie, sucho. Dopiero pod wieczór zrobi się odrobinkę chłodniej.
- Ah, nie drocz się, moja kocico, przecież nigdy bym ci tego nie zrobił! - zaśmiał się speaker. - W każdym razie, moi drodzy, ogony do góry! Rozprostować kości i wyskakiwać z wyrek! Jest zbyt piękny, bezchmurny i upalny dzień na siedzenie w domach! Pamiętajcie jednak, by całe futro dokładnie spryskać wodą przed wyjściem! I posmarujcie się dokładnie kremem przeciwsłonecznym! Nie zapomnijcie o ogonach!
- Nie zapomnijcie tez o czarnych okularach i czapkach! Przecież nie chcemy, by doszło do niemiłego w skutkach udaru! Wychodząc, weźcie ze sobą dużo chłodnej wody! - dodała Sally.
- Starajcie się też, by wasze futerko było możliwie najkrótsze! Im grubsze, tym większa szansa, że będzie wam strasznie gorąco! I zakładajcie cieniutkie bluzki i krótkie spodenki! Prawda, Sally? W końcu temperatura ma dziś sięgnąć rekordowych 40 stopni! To nie przelewki, moje drogie futrzaki, dbajcie o swoje futerka i ogon do góry! A teraz nieco muzyki do późnego śniadanka od Purr FM! Trzymajcie się, moje futrzaczki!
Wolfie przeciągnął się, wstał, włożył na tylne łapy kapcie, poprawił sterczące, długie i skołtunione futro na głowie i jakoś próbował doprowadzić do porządku zmierzwiony ogon, rozczesując go szczotką. Podszedł do lustra i przyjrzał się sobie krytycznie. Postać, którą ujrzał w lustrze, ktoś postronny oceniłby na dość przystojnego, wysokiego, umięśnionego psa, z czarnym, kosmatym futrem. Miał zielone oczy, dość przyjemny wyraz pyska, i sześć piegów w okolicy czarnego, wilgotnego nosa. Wyprostował się, prężąc muskuły i oglądając swoje wyrobione mięśnie klatki piersiowej i brzucha. Ćwiczył, i to dość często. Starał się zachowywać dobrą kondycję. Co prawda, miłością do ruchu zaraził go jego przyjaciel, Kaj.
- No właśnie, ciekawe, co u tego wilczka słychać? - zastanowił się Wolfie, ubierając czarne spodnie i skórzaną kurtkę. - Pora byłaby na jakieś śniadanko...
Otworzył drzwi od sypialni i przeszedł przez ładnie urządzony, obity brązową boazerią, korytarz i po chwili wszedł do salonu. Lubił ten duży, przestronny pokój, swoją miękką, szarą sofę, ten telewizor plazmowy wiszący pomiędzy dwoma oknami domu. Z nostalgią spojrzał na abstrakcyjny obraz, wiszący między regałami na książki ustawionymi przy ścianie za sofą. Przed nią stał mały stoliczek do kawy, ze szklanym blatem, pod którym leżały różne czasopisma.
- Ah, moja perełka. - mruknął, dotykając czule klawiatury laptopa stojącego na stoliku. Miał w nim pierwsze rozdziały swojej nowej książki. - Niedługo do ciebie wrócę.
Odwrócił się i wyszedł przez drzwi na lewo od sofy. Sąsiadowały z drugimi, prowadzacymi do małego korytarzyka prowadzącego ku frontowym drzwiom. Na każdych widniała malutka tabliczka z nazwą pokoju. Tak, na wypadek gości.
- No, to teraz pora na śniadanko! - powiedział, zacierając ręce. Podszedł do lodówki, nucąc coś pod nosem, otworzył ją i wyjął kilka kurzych jaj. Nalał oleju na patelnię, postawił na silnym ogniu i założył fartuszek kuchenny, co by nie poplamić czystych ubrań. Wbił jajka na rozgrzany tłuszcz i, wsłuchując się w ich skwierczenie na rozgrzanym tłuszczu, podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Niestety, za wiele nie zobaczył, bo wszędobylska mgła dopiero zaczynała się rozwiewać.
- No trudno. Ale może wybiorę się na plażę? - zastanowił się, wyjmując chleb z chlebaka i układając go w koszyczku wyłożonym serwetką. - Z tego, co wiem, Kaj i Nikki lubią tam chodzić, może ich tam spotkam? Poza tym przyda mi się odrobinka relaksu. W końcu niedługo idę do collage'u...
Szczerze, obawiał się nieco, co o nim powiedzą, gdy przyjdzie na uczelnię. Obawiał się reakcji futrzaków, gdyby, nie daj Boże, dowiedzieli się o jego sekrecie. Poczuł dreszcze na samą myśl, że to mogłoby się wydać! W końcu nie wszyscy są na tyle wyrozumiali, by zrozumieć, że...
- O rany! - krzyknął, biegnąc w stronę patelni, z której zaczął się już unosić swąd przypalonych jajek sadzonych. - Jak zwykle! Niech to szlag!
Wyrzucił na talerz zawartość patelni. W ostatniej chwili udało mu się uratować śniadanie.
- Ja nie wiem, jak ten Kaj to robi, że jemu zawsze wszystko się udaje w kuchni! - mruknął nie bez zazdrości. Jednak nie dane mu było długo skupić się na śniadaniu, bo jego myśli znowu odpłynęły ku murom uczelni. Chciał się uczyć, zdobywać wiedzę, kształcić... Ale prawda była taka, że nie lubił przebywać w towarzystwie innych futrzaków. Co z tego, że napisał dwie powieści z myślą o nich właśnie, skoro, tak naprawdę, nie potrafił porozmawiać nawet z listonoszem czy gazeciarzem, gdy pukali do jego drzwi? Nigdy nie był dobry w zawiązywaniu relacji z jakimkolwiek futrzakiem, obojętnie, czy to był pies, kojot, żbik, lis, wilk, pantera, puma, tygrys, królik, smok czy kot. Bał się ich. Nie wiedział, dlaczego. Znaczy... podejrzewał, ale nie sądził, ze TO może mieć wpływ nawet na koleżeńskie relacje. Czasami chciałby po prostu z kimś szczerze, od serca, pogadać... Ale bał się odtrącenia. Jedynie Kaj i Nikki byli jego znajomymi.
Bardzo też tęsknił za ojcem i matką. Oni by mu pomogli! W końcu bardzo wiele dla niego znaczyli, i na pewno poradziliby mu, by znalazł sobie chociaż kolegę. Może nawet przyjaciela? Poczuł się smutny, gdy przypomniał sobie o rodzicach. To już ponad rok, odkąd...
- Nie! - krzyknął. - Nie chcę znowu sobie przypominać tej traumy! - uderzył łapą w stół. I, by otrząsnąć się z ponurych myśli, sięgnął po leżącą na stole książkę. „Upiór południa” po chwili pochłonął go bez reszty. Z włączonego radia dało się słyszeć rytmy piosenki „Kryptonite” zespołu 3 Doors Down.
- Po wszystkim wiedziałem, że to musi mieć coś wspólnego z tobą. Naprawdę nie dbam o to co się dzieje teraz i co działo się wtedy. Tak długo jak będziesz moim przyjacielem na końcu. - wyszeptał Wolfie, myśląc o rodzicach, a szybko otarta łza próbowała spłynąć mu po policzku.
*************
Gdy doprowadził do porządku zarówno swoje niesforne i skołtunione futro (nie znosił konieczności rozczesywania go co rano!), jak i swoje nostalgiczne i wrażliwe, psie serce, otworzył drzwi wyjściowe. I od razu poczuł na twarzy i piersiach pierwsze promienie palącego, sierpniowego słońca. Co prawda, już niedaleko zostało do września, bodaj jeden dzień, ale lato nie dawało za wygraną i nie chciało ustąpić tak łatwo jesieni.
Zresztą Wolfie nie znosił jesieni. Smutny to był dla niego czas. Nikt nie mógł przypuszczać, jak smutny. W końcu to czas, w którym były jego urodziny. Wielu na pewno cieszyłoby się, gdyby zbliżały się ich urodziny, ale Wolfie nie cieszył się ani trochę. Wręcz przeciwnie, był na skraju załamania nerwowego. Starał się jednak tłumić te niedobre emocje i ukryć je pod maską wyluzowanego, uśmiechniętego psa. Nie nawykł do okazywania swego przygnębienia przed kimkolwiek, a tym bardziej, że czuł wstyd na myśl, że miałby komuś mówić o tym, co czuje. Sądził, że to egoistyczne. W sumie jedynie z Nikkim i Kajem był szczery odnośnie swego samopoczucia. Nawet bardziej szczery, niż przed sobą samym, z czego nagle zdał sobie sprawę, idąc ulicą Klonową w kierunku plaży.
Wrażenie było tak silne, że aż przystanął i potrząsnął mocno łbem. Idąca w przeciwną stronę lisica obejrzała się za nim podejrzliwie, ale nic nie powiedziała.
- Co było, to było! Są rzeczy, których nie cofnę, muszę się z tym pogodzić! - podszedł do rosnącego na skraju chodnika drzewa i oparł o nie łapę. Zwiesił głowę, próbując jakoś uspokoić serce. Te obrazy... one wciąż do niego wracały! Wciąż i wciąż widział...
- Przepraszam! Wszystko gra? - spytał ktoś za jego plecami. Odwrócił się i warknął. Prosto w pyszczek chuderlawego, białego kocura w czerwonym podkoszulku i beżowych spodenkach.
- Spadaj, kocie! To nie twoja sprawa!
- Miaaaał! Ale ja chciałem... - zaczął, ale Wolfie nie dał mu dokończyć.
- Nic mi nie jest! Nie potrzebuję twojego zapchlonego, kociego współczucia! Zjeżdżaj!
Odwrócił się i ruszył w swoją stronę. Po około pięciuset metrach skręcił w dróżkę, biegnąca przez duży, stary park.
Lubił to miejsce. Było takie spokojne, ciche. Można było usiąść na ławeczce, dać odpocząć łapom i pomyśleć w spokoju, kontemplować otaczającą przyrodę. Wdychać zapach trawy, kwiatów... Tylko był jeden niezwykle irytujący Wolfiego szczegół - wszędzie kręciło się pełno zakochanych par. Gdzie nie spojrzeć, na ławkach siedziały przeróżne pary, niejednokrotnie mieszane.
- Straszne, jak można się tak obnosić z uczuciami! - myślał, obrzucając niechętnym spojrzeniem lisiczkę i owczarka niemieckiego splecionych ze sobą w miłosnym uścisku na ławce. Jej biała koszulka na ramiączkach uwydatniała piękne, kobiece kształty, krótka, dżinsowa mini była aż nazbyt wyzywająca, a ruda kita oplatała w pasie psa, którego łapy dotykały jej pleców. Miał na sobie niebieską koszulkę z odciskiem łapy i krótkie, czarne, sportowe spodenki, które wybrzuszały się w pewnym miejscu, co Wolfie zauważył z niesmakiem. I jeszcze te namiętne pocałunki! Czuł, że albo szybko stamtąd odejdzie, albo zwymiotuje. Nie znosił widoku takich par!
- W sumie... czemu mnie to tak odrzuca? - przemknęło mu przez głowę. I wtedy ich zobaczył. Na oddalonej ławce, w cieniu drzew.
- O cholera! - warknął, próbując odwrócić wzrok. Ale nie mógł. Coś go ukuło w klatce piersiowej. Niesmak? Zgorszenie? A może... Zazdrość? Tego ostatniego nawet nie dopuścił do swej świadomości. Nie wiedział, czemu ten widok tak go zabolał.. Był pewny jednego – znalazł się w złym miejscu o złym czasie.
Na ławce siedział młody, jasnobrązowy pies, nastolatek, młodszy od Wolfiego. I przytulał do siebie ubranego tylko w krótkie, białe spodenki, tygrysa, swojego rówieśnika. Nie kryli się, a jeden patrzył na drugiego z czymś... czymś takim w oczach... Wolfie nie potrafił, a może nie chciał dochodzić do tego, co to było. Wiedział, że nikt nigdy nie patrzył tak na niego.
- Boże... - wyszeptał, widząc, jak tygrys coś powiedział do swojego towarzysza i pocałował go. Potem przytulili się, wstali z ławki i, o zgrozo! Ruszyli w stronę Wolfiego. - Co robić, co robić... - panikował, rozglądając się gorączkowo. W końcu jednym skokiem znalazł się za najbliższym drzewem. Tygrys i pies minęli go, trzymając się za łapy.
Tego było już dla Wolfiego za wiele. Za wiele, jak na jeden dzień, a dochodziła dopiero jedenasta. Nie chciał jednak, by te wydarzenia pokrzyżowały mu plany! Przeszedł przez park i po kilku minutach znalazł się na plaży.
Z tego, co było widać, nie tylko on miał pomysł, by iść dzisiaj nad morze. Setki futrzaków, śmiejąc się, kąpiąc, gawędząc i jedząc przekąski zakupione w małych, plażowych barkach – zbudowanych z bambusa budkach krytych słomą, miło spędzało czas. Postanowił spędzić ten czas, który pozostał mu z wakacji, podobnie jak oni. Podszedł do barku.
- Witam. Poproszę kolę. - powiedział do stojącego za ladą lwa.
- Już podaję.
Po chwili, mając już w dłoni chłodny napój z parasolką, podszedł do wolnego, zielonego leżaka ustawionego obok stolika ze szklanym blatem, podstawił na nim szklankę i zdjął skórzaną kurtkę, podkoszulkę i spodenki. Usiadł sobie wygodnie na leżaku, w cieniu rzucanym przez wielki, biało-czerwony parasol. Rozglądał się ciekawie na wszystkie strony, próbując wyłowić z tłumu Kaja i Nikki.
Nikki był krzyżówką lamparta i tygrysa z domieszką rysia. Duże łapy, lamparcie, duże cętki na barkach, górnej części pleców, i na udach, biały brzuch i klatka piersiowa, duże uszy, krótki ogonek, zawadiackie, brązowe włosy na głowie, sterczące w czub, futerko na policzkach... Przez chwilę sądził, że go zobaczył, ale mylił się.
No to może chociaż Kaj gdzieś jest? Czarne łapy do łokci i do kolan, przechodzące w biel, niebieskie futerko na łokciach, długi, niebieski ogon, czarny pyszczek, niebieski, pierzasty grzebień na głowie... Kaj był krzyżówką wrony i wilka. A raczej... miał za przodka wronę, i po rodzicach odziedziczył grzebień. Jego dwie siostry też miały takie... Ale i jego nigdzie nie było widać. Zrezygnowany Wolfie, zamknął oczy.
Skąd mógł, biedny, wiedzieć, że ten dzień, bynajmniej, nie skończy się tak, jak zakładał? Nie wiedział, nie mógł wiedzieć, co Los dla niego przygotował. Nie zdawał sobie sprawy, że okres,w którym był sam, miał się skończyć. Będzie mu jednak bardzo trudno – zmierzy się z samym sobą.
Ale nie uprzedzajmy faktów...
***********
Jake obudził się w swoim małym, stojącym na przedmieściu, jednorodzinnym domu około ósmej rano. Bardzo lubił wstawać wcześnie. Nie mógł znieść myśli, że słońce jest już na niebie, a on nie korzysta z dobrodziejstw, jakie daje mu natura i lato. Bardzo lubił przechadzać się w promieniach słońca, leżeć na trawie i wdychać zapach kwiatów, czuć delikatne pieszczoty promieni słonecznych na ciele.
- Witaj, świecie! - zawołał, otwierając szeroko okna sypialni i wpuszczając do środka ciepły powiew, niosący ze sobą zapach kwiatów. - Jak dobrze jest żyć, jak wspaniale! - oparł ręce na parapecie i wyjrzał na zewnątrz. Za płotem sąsiad, znudzony sędziwy królik, kosił właśnie trawę. Dwie sąsiadki, lisice, matka z córką, akurat przechodziły koło furtki. Gdy go zobaczyły, obie pomachały mu na powitanie.
- Dzień dobry! - krzyknął, uśmiechając się szeroko. Po chwili odwrócił się, rozprostował szeroko ramiona i przeciągnął się. Podszedł do lustra i spojrzał na swoje odbicie. Duże uszka, jasnobrązowe futerko, niesfornie rozczochrane na głowie, mały, ciemnobrązowy nosek, biała klatka piersiowa i brzuch z nieśmiałymi kosmykami na piersiach. Miał krótkie futerko, za to mięciutkie. Nie był jakoś specjalnie przystojny czy umięśniony, ale jako kojot podobał się sobie. A to, jego zdaniem, było najważniejsze – by akceptować siebie, jakim stworzyła nas natura.
- Hmmm... - brązowymi oczami próbował ocenić, w czym byłoby mu do twarzy, ale przypomniał sobie o najważniejszym! Najpierw prysznic!
Jak tylko mógł szybko zdjął bokserki i wskoczył pod gorący prysznic. Mył się długo, podśpiewując sobie. Gdy wyszedł spod strumienia gorącej wody, sięgnął po ręcznik i zaczął wycierać swoje mokre futerko. Po chwili rzucił okiem w kierunku lustra, przetarł je i spojrzał na swoje odbicie. Zaśmiał się głośno, widząc, że całe futerko mu się nastroszyło.
- Aj, no i ten ogon! - spojrzał przez ramię na swój sterczący w górę, zawijający się nieco w kierunku pleców, ogon i znowu parsknął śmiechem. Nie był tylko lekko nastroszony – bardziej przypominał wygiętą w łuk szczotkę do butelek. - Znowu trzeba to to uczesać!
Sięgnął po szczotkę, usiadł na łóżku w sypialni i starał się jakoś doprowadzić do porządku. Gdy wreszcie uznał, że futerko wygląda, jak należy, podszedł do szafy.
- Białe bluzki... nie, nie białe. Czerwone T-shirty? A może niebieskie? E, sam nie wiem. Może jednak ubiorę czarny T-shirt? - mruczał, przerzucając zawartość szafy, wyrzucając co poniektóre rzeczy przez ramię za siebie i robiąc totalny bałagan wokół siebie. - Nic nie ubiorę! Jest dość ciepło, żebym wziął tylko dżinsy!
Po chwili odwrócił się z parą starych, dziurawych na kolanie dżinsów w łapie i spojrzał na łóżko i podłogę.
- Ups! - zachichotał. - Ja to zawsze nabroję! Teraz muszę to poskładać... Albo nie, po co? - już miał wyjść, gdy jakiś wewnętrzny głosik podszepnął mu, że może lepiej posprzątać. A jeśli ktoś go odwiedzi? Skapitulował więc i zabrał się do składania ubrań, które sam rozrzucił. Gdy skończył ze zgrozą zerknął na zegarek stojący na szafce nocnej.
- Pół godziny! Jeny, straciłem pół godziny czasu, a jeszcze śniadanko trzeba zjeść! - wybiegł z pokoju mając tylko jedną nogę w nogawce spodni. Przebiegł przez hol, obok schodów na piętro i drzwi wejściowych i pchnął białe drzwi pomiędzy schodami a wyjściem. Wpadł do małej kuchni i opadł na krzesło przy małym stoliku, gdzie dokończył się ubierać. - No! Wreszcie wszystko na swoim miejscu!
Spojrzał w stronę lodówki i zaklaskał ucieszony. Przypomniał sobie, że dziś jest szczególny dzień! Odkąd skończył szkołę średnią, Blackberry Furry's High School, i to wcale nie z najgorszymi wynikami, czekał niecierpliwie całe wakacje na list z uczelni. Złożył tam aplikację, licząc, że się dostanie.
Podszedł do lodówki, wyjął z niej półmisek szyneczki i serka, oraz coś, co kupił specjalnie na tę okazję, gdyby dostał list z uczelni – czekoladowy torcik. Jego ulubiony przysmak! Przepadał za słodyczami.
Smarując kanapeczki masłem i układając na nich plastry szynki, pomidorka i ogórka, przyjrzał się raz jeszcze folderowi z collage'u. Marzył o dostaniu się tam! W końcu to jedna z najlepszych uczelni w kraju, kształcąca młode Futrzaki w najróżniejszych zawodach. I to podchodząca do sprawy nader progresywistycznie, postępowo i innowacyjnie. Stawiano na rozwijanie indywidualnych talentów, a każdy Futrzak, bez względu na to, jakiej był rasy, poglądów czy orientacji, mógł liczyć na prawdziwie przyjacielskie relacje z wykładowcami. Do każdego podchodzili indywidualnie, wedle swych możliwości, i nie oceniali tyle wiedzy, co zapał i zaangażowanie, promowali przede wszystkim indywidualny talent.
Co prawda, Jake jeszcze nie odkrył, w czym tak naprawdę jest dobry, czy w ogóle ma jakiś wrodzony czy nabyty talent, ale nie zrażał się tym. Liczył, że w końcu go w sobie znajdzie. Co prawda, pisał krótkie opowiadania, głównie horrory i sci-fi, ale nikomu ich nie pokazał. Leżały zamknięte na kluczyk w jego biurku.
Nagle rozległ się sygnał nadejścia wiadomości SMS. Wyjął komórkę z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. Dotknął palcem ekranu, by odblokować dotykowy telefon.
- Mama! - ucieszył się. Jego rodzice mieszkali w San Diego. Kochał ich, wiele rozmawiali przez Furnet, telefon, wpadali raz na kilka miesięcy, by życzyć mu powodzenia, podtrzymać na duchu, przywieść nieco ponadprogramowych pieniędzy czy jedzenia. Już wtedy, gdy miał iść do szkoły średniej, ustalili, że najlepszym wyjściem będzie, jeśli zamieszka w ich małym domku, oddalonym raptem o 200 km od San Diego. W Blackberry Hill. Nie protestował, w końcu dla młodego futrzaka to oznaczało nieskrępowana wolność! No i przysyłali mu kasę co miesiąc na rachunki, więc nie miał żadnych problemów z jedzeniem czy mieszkaniem. Jedynym wyznacznikiem tego, że stan rzeczy nie ulegnie zmianie, były słowa ojca „Ucz się, co miesiąc będziemy dzwonić do twojego wychowawcy, pana Blumbetta, i dowiemy się o twoje stopnie!”. Jak powiedział, tak zrobił.
Jednak Jake lubił się uczyć. Nie miał problemów z językiem angielskim, literaturą... najgorzej szło mu z matematyki i fizyki, ale już w szkole podstawowej wiadomo było, że nie jest umysłem ścisłym, a rodziców zadowalały w zupełności oceny dostateczne z przedmiotów ścisłych.
Jak więc można było się domyślić, SMS od mamy dotyczył jego studiów w collage'u. Już miał odpisać, że jeszcze nie ma wyników, gdy do drzwi ktoś zapukał. Zaciekawiony Jake otworzył i stanął oko w oko z panem Hacketem, listonoszem.
- Mam tu coś z uczelni dla ciebie, mały! - zaśmiał się biały tygrys, aż zafalowały mu wąsiki. - I to dość ciężki! Chyba wiesz, co to znaczy?
Oczy Jake'a rozszerzyły się i szeroko otworzył pyszczek.
- O, dzięki, panie Hacket! - przytulił listonosza i porwał z jego łap grubą kopertę.
- Powodzenia!
Zamknął drzwi i przeniósł kopertę do kuchni i położył na stole. Przez chwile wpatrywał się w nią ze strachem. A jeśli się nie dostał? Może, gdyby się dostał, list byłby grubszy? A co powie mama, jak go nie przyjęli?
- Na imię Boskie! - drżącymi palcami otworzył kopertę i z wypiekami na twarzy odczytał pierwsze wersy:
„Szanowny Panie!
Niniejszym informujemy, że Pana podanie zostało rozpatrzone POZYTYWNIE i został Pan niniejszym PRZYJĘTY w poczet studentów Blackberry Furry's University! Cieszymy się, że możemy Panu przekazać tą szczęśliwą wiadomość. Dziękujemy, ze wybrał Pan nasza uczelnię, mamy nadzieję, że będzie się Pan w jej murach czuł jak w domu.
Do listu dołączamy plan kampusu, plan zajęć i regulamin studiów oraz przysięgę, której będzie Pan zobowiązany przestrzegać. Zajęcia zaczynają się 2 września o 10:00 apelem na rozpoczęcia roku na placu przez budynkiem uczelni. Mam nadzieję, że będzie Pan usatysfakcjonowany poziomem naszej placówki.
Z poważaniem
Rektor”

- Tak! Tak! Tak!- zakrzyknął trzykrotnie Jake, dając upust wielkiej radości. Zaklaskał i wziął ze stołu telefon komórkowy, wyszukał w kontaktach numer mamy i zadzwonił. - Halo? Mama? Tak, tak! Dostałem się! Dostałem! Pójdę na Furniwerek!
Postanowił uczcić ten sukces kąpielą słoneczną na plaży. Nie wiedział, że i jego życie odmieni się za sprawą pewnego wydarzenia...
*****************
Dochodziła 10:45, gdy Jake przechodził w znakomitym humorze ulicą w kierunku parku. Nagle zauważył dziwne zachowanie jakiegoś dużego, czarnego psa. Najpierw oparł łapę o drzewo i zwiesił głowę, a potem nakrzyczał na jakiegoś kocura, który chciał mu pomóc w czymś.
- Nie rozumiem. - mruknął sam do siebie Jake. - Jak można być takim futrzakiem? I jak w ogóle można się złościć na cokolwiek czy przejmować w tak piękny dzień, jak dziś?
Wzruszył ramionami i, nucąc pod nosem, poszedł do parku. Uwielbiał to miejsce! Było tak pełne pozytywnej, pulsującej w powietrzu, energii, że chciało mu się śpiewać. Ptaszki, promienie słońca prześwitujące między liśćmi drzew, i te futrzaki na ławkach, tak radosne, tak cieszące się życiem i sobą! Co prawda, nadkładał nieco drogi, bo mieszkał kilka ulic dalej, ale park niedaleko ulicy Klonowej był jego ulubionym miejscem przechadzek. Poza tym był idealnym miejscem, by nastroić się pozytywnie przed wejściem na pobliską plażę.
- Ah, jest tu naprawdę rozkosznie! - powiedział głośno, rozrzucając na bok ramiona. Spojrzał w bok i zobaczył dwie podśmiewające się z niego zajęczyce, próbujące zamaskować uśmiechy swoimi długimi uszami. Akurat wyszły na powietrze ze swoimi pociechami. - Cześć.
Odpowiedziały mu tylko śmiechem, wzruszył więc ramionami i ruszył przed siebie ścieżką. Nagle znowu dostrzegł tego samego, dużego psa. Wyglądał, jakby w panice szukał jakiejś kryjówki. Nagle schował się za drzewem. Nie rozumiał, dlaczego. Przecież ten tygrys i brązowy psiak tylko sobie spokojnie szli, trzymając się za łapy.
- A to ci dziwny typek, no! - powiedział Jake, śmiejąc się z wybryków czarnego psa. - Musi mieć chyba jakiś poważny problem... - zmartwił się. - Żeby tak się bać towarzystwa innych futrzaków? Boże...
Posmutniał nieco, i zaczął rozmyślać o tym czarnym psowatym. Naprawdę, nie rozumiał futrzaków, którzy nie chcieli przebywać z innymi, którzy się złościli na nich za chęć pomocy. To naprawdę dziwne! A co mu zrobili ci dwaj? A może to jego znajomi, których wolał, mimo wszystko, uniknąć? Tylko dlaczego? Jaki problem może mieć ten nieszczęśliwy futrzak?
Był nieszczęśliwy, to pewne. Tylko jaki mógł być tego powód? Jake nie mógł wpaść na nic innego, jak strata kogoś bliskiego albo zerwanie z dziewczyną, ale to przecież nie usprawiedliwiało zachowania tego futrzaka! Nie wolno tak robić, nie wolno zachowywać się niegrzecznie wobec tych, którzy dali nam pomocną łapę! I nic, nic nie usprawiedliwia niemiłego zachowania względem drugiej osoby!
Poczuł nieco złości na tego psa, ale szybko ją opanował. Nie był typem kogoś, kto się złościł czy irytował. Uznawał, że to po prostu niepotrzebna strata sił i energii. Po co marnować życie i energię na użalanie się nad sobą, skoro można je wykorzystać w o wiele pojemniejszy sposób?
Jednak ten czarny pies siedział mu w głowie, gdy wchodził na plażę. Liczył, że przyjemna kąpiel słoneczna pozwoli mu się zrelaksować i odprężyć. Chciał wykorzystać jak najpełniej sytuacje,w jakiej się znalazł – ostatni dzień wakacji.
Poszukał więc wolnego miejsca na piasku i położył na nim ręcznik. Z małego plecaka,w który się zaopatrzył przed wyjściem z domu, wyjął książkę; Nie lubił nosić pasków, dlatego rozpiął spodnie. Wolał swobodę, mimo że nie nie miał nic pod spodniami. Wyciągnął się na brzuchu i pogrążył w lekturze.
- Kurcze, ale gorąco! Jak mi się chce pić! - powiedział kilkanaście minut później, klękając na ręczniku i ocierając jego rąbkiem spoconą twarz. - O, barek! - zaklaskał w dłonie i ruszył w jego kierunku, uprzednio poprawiwszy spodnie, które nieco spadały mu z tyłka.
- Co dla pana? - spytał barman, stojący za ladą. W tym samym czasie Wolfie zdjął z oczu czarne okulary i obserwował uważnie młodego kojota.
- Co to za typek? - pomyślał. Wstał i podszedł do niego.
- Obojętnie. Coś na ochłodę. Może być kola. - mówił Jake, zakładając ręce za głową i przeciągając się.
- A pan to się nie za swobodnie zachowuje? - zagadnął Wolfie. Gdy ktoś mu się wydawał sympatyczny, starał się ubrać maskę uśmiechniętego, wyluzowanego psa. Mimo, ze czuł się naprawdę nieszczególnie.
- Co? - mruknął kojot, odwracając się. „To ten pies! Ten sam czarny pies! Czemu do mnie zagadał?”, przemknęło mu przez głowę. - Heh, a co, nie wolno? Jake. - przedstawił się,
- Jasne, ze wolno! Wolfie. - wyciągnął ku niemu dłoń na powitanie. Pomyślał, że milo byłoby spędzić ten dzień z jakimś sympatycznym futrzakiem. W końcu we dwoje raźniej, skoro nie ma tu Nikkiego czy Kaja, to chociaż ten uśmiechnięty kojot będzie dla niego pretekstem, by nieco oderwać się od ponurej rzeczywistości.
- Miło mi poznać. Jak się masz? - spytał Jake, jakby nigdy nic. Wiedział, że nie usłyszy o razu prawdy. A może?
- Dobrze. Przejdziemy się plażą? - odrzekł Wolfie, choć przez jego twarz przemknął cień. Chciał iść do swojego miejsca, swojego własnego zakątka. Ale wolał mieć jakiegoś towarzysza. „Towarzystwo, towarzystwo, ktokolwiek...Kogokolwiek. Pal licho, mógł być nawet ten zawszony kocur, o mnie zaczepił rano!” myślał gorączkowo Wolfie.
- Chętnie. Uwielbiam spacery. - odrzekł kojot. Ramię w ramię zaczęli przechodzić między plażującymi futrzakami.
Jake pomyślał, ze dobrze byłoby choć troszkę „wybadać”, z kim ma do czynienia. Szli w kierunku, którego do końca nie znał, gdzieś z dala od głównej plaży, w bardziej dzikie i niedostępne rejony.
- Gdzie mnie zabierasz? - zagadnął ostrożnie.
- Zobaczysz. - odwarknął Wolfie, starając się nie dać po sobie poznać, że obecność Jake'a jest mu potrzebna, ale nie trajkoczącego nad uchem.
- A gdzie mieszkasz?
Przymknął na chwilkę oczy.
- Ha, ale szybki! - powiedział na głos. „Naprawdę sądzi, że mu powiem?”
- To nie tak! Ja chciałem tylko... - speszył się kojot, robiąc się nieco czerwony na twarzy. Nie chciał przecież od razu się wpraszać, broń Boże!
- Dobra, dobra...- mruknął pies, wiedząc najwyraźniej swoje.
W skrytości ducha cieszyło go, ze Jake... że ktokolwiek jest obok. Ale nie dopuszczał tego do siebie. Radość, ze inny futrzak z nim gdzieś idzie? Co to za powód w ogóle do jakiejkolwiek radości? Spojrzał na Jake'a, który, zdaje się, był zupełnie odmiennego zdania – uśmiechał się jeszcze szerzej, ciesząc obecnością nowego kolegi.
- Jak tak dalej pójdzie, policzki mu się rozerwą od tego uśmiechu. - pomyślał. - Boże, co za futrzak...
Nie rozumiał takich skrajnych optymistów. Świat do bagno, a każdy chce ci dowalić, gdy pozna twoją słabość czy odkryje inność. Taka jest rzeczywistość, i ten kojot powinien to wiedzieć. Inaczej zaboli go bardzo, gdy ktoś mu wytknie jego słabości.
- Dobrze, że nie masz takiego sekretu, jak ja... - pomyślał, patrząc na Jake'a. - Zazdroszczę.
********************
Kilka minut później doszli na miejsce. To miejsce. Szczególne dla Wofiego. Biała, nieco bardziej zarośnięta i dzika, plaża. Fale oceanu delikatnie muskające morski brzeg. Błękitne niebo niemal doskonale zlewające się z lazurem wody. Delikatna morska bryza chłodząca i chroniąca przed upałem. Słońce odbijające się od powierzchni wody i rzucające na nią przepiękne refleksy. A nad tym wszystkim duży, trawiasty klif, wyrastające dobry dwadzieścia metrów nad poziom oceanu.
Jake stał przez moment jak urzeczony. Odebrało mu mowę. Gdy wreszcie ją odzyskał, nieśmiało wyszeptał:
- To twoje miejsce?
- Tak. Mało kto je zna. Przychodzę tu pomyśleć. Podoba ci się? - spytał, zerkając na kojota, który stał z błyszczącymi oczami i otwartym pyszczkiem. Skinął głową. Przez moment oboje stali, patrząc na tą scenerię.
„Hmmm... a czemu ja go w ogóle tu wziąłem? Przecież wcale go nie znam! Teraz czuję się nieco... nagi. Jakbym pokazał mu najbardziej osobiste pamiątki czy zdjęcia. Jakbym pokazał mu swoje serce... Co ja, do jasnej cholery, myślę?!” - zganił się Wolfie -„Co mi chodzi po głowie? Kurczę, mogłem go w ogóle nie zabierać, teraz nachodzą mnie tylko głupie myśli, gdy patrze na niego... Po co ja go w ogóle wziąłem tutaj?”
- Bardzo. Ale czemu mnie tu wziąłeś? - zerknął na czarnego psa, który wyglądał, jakby coś go gryzło, jakby bił się z myślami. I nie była to łatwa walka.
„Kurczę... rodzice pewnie chcieliby, bym go lepiej poznał...” - otarł prędko łzę, odwracając głowę tak, by Jake jej nie dostrzegł. - „Ale przecież nie mogę! Cholera, nie mogę! Przecież to inny futrzak! Facet! Inny! Obcy! Nie znam go! Nie znam, nie znam...”
Wtedy odezwał się w jego głowie inny głos:
- A może powinieneś go poznać, skoro go nie znasz? Przecież chcesz, prawda?
I zanim ugryzł się w język, poniósł go ten impuls.
- Chciałbym cię poznać. To dobre miejsce.
Weszli na klif i usiedli. Wolfie zerknął na Jake'a i zauważył, że ten siedzi ciut za blisko jak na jego gust, a jego lewa łapa spoczywa niebezpiecznie blisko prawej łapy Wolfiego. Spróbował więc nieco się przesunąć tak, by Jake tego nie dostrzegł. Na szczęście ten był zajęty podziwianiem okolicy.
„Ufff... mało brakowało, abym dotknął jego dłoni!” - pomyślał pies i aż zadrżał ze strachu na sama myśl.
- Pięknie tu. - zauważył kojot, ocierając łezkę, która spłynęła mu po policzku.
„Ten mi się tu wzrusza widoczkami!” - warknął w duchu czarny pies.
- A ty co robiłeś, gdy tutaj przyszedłeś pierwszy raz? - podszepnął znowu ten wścibski głosik w głowie Wolfiego.
„Kurcze, fakt! Też się wzruszyłem... Ale te czasy, cholera, minęły! Przecież nie mogę się tu rozbeczeć przed jakimś głupim kojocikiem!” - pomyślał, uderzając ze złością pięścią w ziemię.
- Owszem. Gdzie mieszkasz? - spytał Jake'a, mając nadzieje, że daleko, daleko za miastem. W innym stanie. Kraju. Na innej planecie. W innym wszechświecie!
- Na przedmieściu, przy Lipowej. - odpowiedział Jake, kładąc się i przymykając oczy.
- Znam. Ja na Klonowej. - odburknął..
„A niech to jasny szlag! Ten durny samczyk mieszka kilka ulic dalej! Jasna cholera!”
- Blisko. - odparł Jake. - Lubię kino, filmy sci fi i...
„Kto cię do jasnej cholery pyta?! Zamknij się!” - myślał pies. „To jakiś horror!”
- ...horrory? - spytał tego natrętnego kojota.
- Tak. - przytaknął,
- Wpadnij wieczorem, coś obejrzymy... Wpadnij, obejrzymy... Wpadnij... - podszeptywał Wolfiemu ten wścibski, syczący głosik w głowie.
- Wpadnij wieczorem, coś obejrzymy. - wypalił, nim ugryzł się w język.
„Do ciężkiej cholery! Ale ze mnie idiota! Miej wymówkę, miej pretekst, no miej, na Boga!”
- Chętnie.
„No i jestem w dupie.” - pomyślał kompletnie załamany pies.
- Coś nie tak? - zaciekawił się Jake.
- Ależ skądże znowu! Jest... cudnie. - wysyczał przez zaciśnięte zęby.
- Przecież widzę! Co ci jest? - nie ustępował kojot, zaciskając zęby i lustrując uważnie psa wzrokiem. Dotknął nieśmiało jego ramienia, by go troszkę ośmielić.
- Powiedziałem, że nic! - wybuchnął Wolfie, poderwał się na równe nogi i odszedł kilka kroków. Zamknął oczy i próbował głęboko oddychać, by się opanować.
„Co mu jest?” - zastanowił się Jake, po czym zapytał:
- Mam sobie pójść? Chcesz zostać sam?
„Tak!” - przemknęło Wolfiemu przez myśl, ale ostatecznie powiedział tylko:
- Nie, przepraszam.
- Nic się nie stało. A powiedz mi, jakie lubisz książki? - zmienił szybko temat, by odwrócić uwagę czarnego psa od incydentu sprzed chwili.
- No wiesz, przygodowe, sci fi, różne. A ty? - Wolfie, ośmielony nieco, usiadł obok Jake'a i pogrążyli się w rozmowie.
Wolfie od dawna nie czuł się tak, jak teraz. Zdał sobie nagle sprawę, a uderzyło go to z siłą obucha, że naprawdę, NAPRAWDĘ ma ochotę poznać bliżej tego wyluzowanego, roześmianego... musiał przyznać, irytującego, samczyka. Sam nie wiedział, co go ku temu popchnęło. Samotność? Może. Chęć wygadania się przed kimś, otwarcia się? Nie wiedział. Może po prostu za długo był sam, tylko on i jego myśli. W sumie... z wyboru.
Rozmawiając z Jake'iem nagle uświadomił sobie to wszystko. Było to dla niego niebywałe. Nowe. Nieznane. Poczuł się... Dziwnie. Zapatrzył się w horyzont, na chwilę zapominając o obecności kojota obok siebie.
„Kurczę... Co ja tu w ogóle robię? Przecież to tak wbrew wszystkiemu, w co wierzę! Wbrew moim zasadom! Wbrew moim postanowieniom! Wbrew mnie! Dlaczego on tu jest? Dlaczego pozwoliłem, by ze mną tu, w to szczególne, niemal święte dla mnie, miejsce, przyszedł obcy? Obcy , i to do tego samiec?! Dlaczego z nim gadam? Co się zmieniło? Co on w sobie ma? Przecież miał być tylko oderwaniem się od rzeczywistości! I, u licha, chyba się stał! Stał się oderwaniem tak bardzo, że czuję, że tracę moją tożsamość, to, kim jestem! Nie mogę pozwolić na więcej!”
- Możesz... - odezwał się znowu ten wścibski głosik w głowie.
„Nie mogę! A jak to pójdzie za daleko? Co, jeśli... nie, nie, nie! To nie ma prawda się stać! To wbrew naturze! Wbrew wszystkiemu! To zepsuje całkiem mój obraz mnie samego! Jakby cały poświęcony czas, by się odciąć od innych nagle się...”
- ...rozpłynął.
- Co mówiłeś? - spojrzał nieprzytomnie na Jake'a.
- Mówię, że to metaforyczne przedstawienie czasu, który się rozpłynął. Czasu naszego życia, czyż nie? - spytał kojot, patrząc na niego. - Nie słuchałeś? Opowiadam ci o najpiękniejszym, ulubionym obrazie. Salvador Dali „Trwałość pamięci”. Sam nie wiem, ale gdy patrzę na obrazy, zastanawiam się nad swym życiem. Może nie wyglądam, ale każdy potrzebuje czasami...
- Refleksji? - dokończył za niego Wolfie.
- Tak. Refleksji nad życiem. Masz tak czasem?
„Zbyt często, mój mały, zbyt często!” - pomyślał, ale wolał milczeć. Jake wzruszył ramionami i powiedział:
- Chodź. Pora się zbierać. Zaczyna zmierzchać.
********************
Blackberry Hill powoli pogrążało się w mroku. Na niebie, ledwo widoczne, krwawe słońce, powoli chowało się za horyzontem, rozpalając błękitne niebo pastelowymi barwami zachodu – różowym, jasnopomarańczowym i kremowym.
Nie minęło jednak wiele czasu, gdy słońce całkowicie skryło się za horyzontem, by innym futrzakom, po drugiej stronie globu, przynieść piękny, jasny poranek. Jednak dzień jeszcze nie dobiegł końca dla Wolfiego i dla Jake'a. Mimo że było bardzo późno, oni kontynuowali rozmowę.
Wolfie nie wiedział, dlaczego, ale otworzył się przed tym kojotem na tyle, że aż sam był zaskoczony tym faktem. Opowiedział mu o swoich ulubionych książkach, o tym, co lubi jeść, a czego nie znosi, o swoich ulubionych utworach muzycznych... Zbyt wiele powiedział, zbyt wiele w tak krótkim czasie. Nim się spostrzegł, spędził z w sumie zupełnie obcym futrzakiem, i to do tego facetem, cały dzień! Cały dzień w towarzystwie zupełnie obcego faceta! Gdyby ktoś mu powiedział wczoraj rano, że tak będzie, wyśmiałby go. Na pewno.
Mimo to czuł gdzieś w środku miłe ciepło. Ciepło, którego nigdy w życiu nie odczuł. Zdawało się emanować z tego roześmianego, uśmiechniętego samczyka na cały świat, na wszystkie pobliskie osoby, jak aura. Przyjemna, ciepła aura beztroskiego, optymistycznego futrzaka bez problemów.
Szli w stronę parku, a Wolfie rozmyślał.
„Cholera jasna! To nienaturalne! To nielogiczne! Przecież świat nie jest dobrym, przyjemnym miejscem! To nie jest miejsce, w którym można sobie pozwolić na uśmiech! Życie to walka! Jeśli się zagapisz, dostaniesz tylko bezpośredni cios między oczy! Przecież wiem, o czym mówię! Przecież rok temu straciłem... Nie, nie mogę o tym myśleć!”
Zatrzymał się i potrząsnął głową, by odgonić te myśli.
„Ten kojot powinien to wiedzieć, nim będzie za późno! Ale nie ja go będę uświadamiać, o nie!”
- Park! Jesteśmy! - powiedział Jake, i zaklaskał w dłonie. - Uwielbiam to miejsce, a ty?
- Taa.... jasne. - burknął.
Jake zdawał się nie zauważać przygnębienia nowego przyjaciela, zbyt podekscytowany tym, że poznał tego czarnego psa. Uśmiechał się szeroko, był dosłownie rozentuzjazmowany.
„Gdyby miał skrzydła, to by latał nad chodnikiem! Ehhh... nie rozumiem go. Nie rozumiem, jak można tak się cieszyć ze zwykłego spotkania na plaży! Phi!” - myślał, jednak nic nie powiedział, tylko pokręcił z politowaniem głową.
- Widzisz? Lubimy te same gatunki filmów, książek! Muzyki! - kojot wyrzucił ręce w górę i aż podskoczył.
- I ostre jedzenie. A propos... chodźmy do mnie. - powiedział Wolfie. Ale, bynajmniej, nie miał ochoty na to, by Jake go odwiedził. Ale już nie mógł się wykręcić, przecież wtedy, na klifie, obiecał mu to, że obejrzą razem jakiś film. Musiał więc się jakoś pogodzić z faktem, że dzisiejszego wieczoru Jake będzie dotrzymywał mu towarzystwa. Nie miał ochoty na to wszystko, ale wychowanie wzięło górę – przecież to niekulturalnie, odwracać tak kota ogonem i odwoływać spotkanie. Skoro obiecał, to musiało dojść do skutku. Ale w duchu czuł, że się nie uda i nie wyjdzie z tego nic dobrego.
- A może wyjdzie? Skąd możesz wiedzieć, Wolfie? No skąd wiesz? No? - odezwał się wścibski głosik w jego głowie. Zignorował jego zaczepki.
- Ok.. - Jake był jeszcze bardziej wyluzowany i ucieszony tym faktem, że pójdzie do Wolfiego do domu. O ile to w ogóle możliwe, by jeszcze bardziej się z czegoś cieszyć.
Szli dalej, opuścili park i chodnikiem ruszyli przed siebie, w stronę Klonowej, mając po swojej lewej stronie krótki żywopłot, a za nim drzewa i rozległy trawnik, a po prawej, po drugiej stronie ulicy, domy jednorodzinne.
- No, już blisko. - rzekł Wolfie, i zrobił coś, czego sam się nie spodziewał po sobie. Coś, czego nigdy by nie zrobił, gdyby nie otaczający mrok i słabe oświetlenie ulicznych latarń. Nieobecność innych futrzaków w pobliżu w jakiś niezrozumiały dla psa sposób odblokowały go. Objął Jake'a ramieniem!
- No, już blisko.
- Jestem głodny. - mruknął kojot, masując się po brzuszku. Słychać było głośne burczenie.
- Ja też. - przyznał Wolfie. - Co zjemy? Pizzę?
- Super! - ucieszył się samczyk.
„Aj, co ja najlepszego robię, cholera!” - pomyślał pies i cofnął łapę. „U licha, objąłem faceta! Faceta objąłem ramieniem! Innego futrzaka! Praktycznie nic o nim jeszcze nie wiem poza kilkoma szczegółami! Facet! To facet! A ja go...”
- Objąłem, objąłem... I co? Objąłeś! Otoczyłeś ramieniem tego roześmianego, milutkiego kojocika! I co, tak źle? Takie to złe? Niewłaściwe? - droczył się z nim wewnętrzny głos.
- Tak! - powiedział na głos. „Ups! Jak ja się teraz wykręcę?”
- Co tak? - spytał Jake.
- No... super, że zjemy pizzę.
- No! - wyszczerzył się, prezentując białe ząbki. - RANY! TU mieszkasz?! - wykrzyknął kojot, zaskoczony, i stał przez moment z rozdziawionym pyszczkiem.
Stali przed wysokim, trzypiętrowym domem, z białym tynkiem, brązowym dachem, zamkniętymi okiennicami w dużych oknach na piętrze. Do frontowych drzwi prowadziła brukowana ścieżka, a do pięknych, dębowych drzwi z szybkami, przez które widać było fragment holu, prowadziły schodki. Po obu stronach drzwi stały piękne filary, po których biegły żłobienia, jakoby je obwiązujące od dołu do góry. Stały na prostokątnym murku, biegnącym do samych drzwi. Nad nimi znajdował się trójkątny portyk z pięknymi rzeźbionymi winoroślami i winogronami. Po lewej stronie drzwi wisiała tabliczka z numerem 4 i nazwą ulicy „Klonowa”.
- Heh, tak. Wejdźmy. - odpowiedział Wolfie.
- Jesteś bogaty?
Tym pytaniem kojot autentycznie rozbawił psa.
- Nie, nie! Jestem pisarzem.
- A skąd kasa na to?!
Przed pysk psa przemknął przykry grymas. Znowu wróciły te wszystkie przykre obrazy, z którymi próbował, nadaremnie, się pogodzić przez rok. Znowu widział przed oczami uśmiechnięte twarze rodziców, potem zmieniające się w maski przerażenia, słyszał po raz setny ich krzyki, widział buzujące płomienie. I tego czarnego wilka ukrytego w cieniu drzew pobliskiego lasu. Pamiętał, jak ten futrzak podszedł do niego, gdy siła uderzenia wyrzuciła go z płonącego samochodu. Przykucnął przy nim. Miał na sobie czarne spodnie i bluzę z kapturem. Nie widział jego pyska. Znowu usłyszał jego głos.
- Kiedyś cię dorwę. Jak dorwałem twoich starych! Patrz na nich! Patrz!
I widział. Widział ich. Płonące futro, przeraźliwe krzyki... I matkę, która się uśmiechała mimo bólu, a w jej oczach widział radość, że przeżył...
Przez miesiące, długie miesiące wolał myśleć, że to obraz po traumie. Tak samo mówił psycholog. Że to po prostu projekcja, by mieć kogoś, kogo mógłby obwiniać. I to chyba była prawda. W końcu policja nie znalazła przy nieprzytomnym psie żadnych śladów łap. Jednak trauma pozostała, w każdym futrzaku widział tego wilka...
Potem wszystko się rozpłynęło. A łza znowu spłynęła biednemu Wolfiemu po policzku. Otarł ja i spojrzał na Jake'a, który cały czas stał i podziwiał dom.
- Ehhh... odziedziczone. Wejdźmy.
- Oh. Wybacz. - mruknął przepraszająco kojot, i nagle posmutniał. Chciał dotknąć ramienia kolegi, ale ten już wchodził do domu. Ruszył za nim.
****************
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.