Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. I  
Autor: MFarley
Opublikowano: 2013/2/16
Przeczytano: 974 raz(y)
Rozmiar 21.39 KB
10

(+10|-0)
 
Powiew wieczoru całował delikatnie szarobure mury Carrosh. Wielkie ciosane kamienie płonęły w blasku zachodzącego słońca. Zupełnie jak ogniska wśród lasów wokół fortecy. Za chwilę zapadnie zmrok i staną się złowrogimi ślepiami bestii przyczajonej w ciemnościach. Jak do tego doszło? Który to już raz zadawała sobie dziś to pytanie?
Nadeszli w nocy. Cicho i niepostrzeżenie jak złodzieje. Jak wąż, niewidoczni aż do samego końca. Pod nieobecność gospodarza. Jak bandyci. Przecież tym właśnie są. Ale czego chcą?
„Macie dwa dni.” To było wszystko, co powiedzieli. Żadnych żądań, żadnych gróźb. Żadnych? Nie. To była groźba. Groźba w spojrzeniu tego cienia, groźba ukryta między słowami, jak sztylet w ciemnościach. Wypowiedziana z twardym, charczącym wschodnim akcentem. Przyszli z kraju piasku i słońca, ale jak się tu dostali?

Balkon przytulony był do masywnego prostokątnego stołpu, starego i silnego, jak góra, na której przysiadł. Carrosh, choć niewielkie, nie mogło nie budzić podziwu. Zamkowe baszty i kurtyny murów wznosiły się wysoko nad głowami mieszkańców podzamcza. Mała enklawa otoczona niskim kamiennym murem leżała u stóp skalistej stromizny, błyskając światłem pochodni i świec, ruchliwa jak mrowisko u korzeni starego dębu. Noc napływała ze wschodu, zupełnie jak ich prześladowcy, ciągnąc niekiedy silniejszymi powiewami czerwone proporce. Czarny wilk na szkarłatnym polu tańczył i wił się targany tymi nagłymi powiewami. My nie zatańczymy – powiedziała sobie z twardą determinacją.
Była silna. Ona, jej ludzie. Jej obrońcy. Jej… obrońca. Ale nie tylko jej musiał bronić. Są jeszcze te pracowite mrówki, tam, na dole. Wystraszone i zdezorientowane. Czy oni są dość silni? I jest jej skarb…

Odwróciła się i weszła do środka. Półmrok w komnacie sypialnej był tylko odrobinę jaśniejszy niż noc. Zakradła się już do środka. Z jakiegoś powodu ta myśl zjeżyła jej futro na karku.
Nieopodal łoża ze ściany zwisał kaganek. Ciepły, żółtawy płomyczek obiecywał dom i miłość, pachnącą aromatem olejku lawendowego. W objęciach chybotliwego światła cień kołyski drgał z każdym ruchem powietrza w komnacie. W domu zamkowym było ciepło, a podłogi były z desek, jednak sir Tancred uparł się, żeby wraz z synkiem przeniosła się do stołpu. Kamienne posadzki i grube mury starej wieży były nagie i zimne, a, jakby tego było mało, przez wąskie otwory strzelnicze często powstawały przeciągi trzaskające niedomkniętymi drzwiami. Ale zniosłaby każde niewygody, byle zapewnić bezpieczeństwo malutkiemu zawiniątku smacznie śpiącemu w drewnianej kolebce.
Szary pyszczek małego wilczka ledwo wystawał spod koców i futer. Kiedy matka zbliżyła swój własny pysk i delikatnie przytknęła nos do czarnego, wilgotnego noska słodkiego malca, mogła usłyszeć jego spokojny, miarowy oddech, muzykę ciszy, płynącą łaskoczącymi strumyczkami powietrza przy wydechu. Mogła na niego patrzeć godzinami, choć jego poczęcie kosztowało ich tak wiele wysiłku… Ją, jej męża… i…
Rozległo się pukanie do drzwi. Nie było jednak gwałtowne i nieostrożne, jak mieli w zwyczaju robić inni, więc od razu wiedziała kto to. Szczeniak poruszył się lekko, lecz nie obudził. Otworzyła ostrożnie drzwi i powitała swojego obrońcę łagodnym uśmiechem.
- Pani – skłonił głowę szary wilk. Od dnia wczorajszego nie zdejmował zbroi, której stalowe płyty w mroku korytarza wydawały się częścią jego ciała, ciemne, jak jego futro. Towarzyszyło mu dwóch ludzi.
- Sir Tancredzie? Coś się dzieje? – jej uśmiech zniknął, kiedy zobaczyła strażników.
- Nie, moja pani. Wybacz, że zakłócam twój spokój, ale pragniemy zwołać naradę. Musisz być obecna.
- Naradzaliśmy się nad ranem. Czy coś zmieniło się od tej pory?
Tancred spojrzał na nią niepewnie. Nie pasowało to do niego. Do silnego, dojrzałego mężczyzny, jakim był. I nie spodobało jej się to.
- Mamy pewien plan, pani.
Widziała w jego niedyskretnych oczach, że to, co usłyszy na naradzie, spodoba jej się jeszcze mniej. Przywołała służącą i zostawiła syna pod jej opieką.
Schodzili na niższy poziom, do komnaty posiedzeń, a strażnicy trzymali się za nimi w komfortowej odległości.
- Sir Tancredzie… - zaczęła.
- Później, moja pani.
Wyraz jego twarzy i złotych oczu był tak zdeterminowany, że nie próbowała już o nic pytać. Rycerz doskonale wiedział i ona wiedziała także, ale czas na słowa i tak niebawem nadejdzie.

Kiedy weszli do komnaty, ich gość czekał już na nich. Było tu znacznie więcej światła niż w sypialni na górze. Odbijało się od jego alabastrowego futra prawie rażąc, jak promienie słońca od śniegu. Podobnie do jej obrońcy, lis nie rozstawał się z pancerzem od kiedy nadeszli nieprzyjaciele. Jego zbroja była jednak matowa i czarna jak smoła, znacznie lżejsza niż wilcza. Bo też i lord Skylark nie był w żadnym wypadku mężczyzną tak imponującym, jak sir Tancred, choć niezaprzeczalnie również przystojnym. Wciąż jednak ich spojrzenia spotkały się na tym samym poziomie, gdy wstał, by ją powitać.
- Lady Raelyn – ukłonił się. Pierścienie kolczugi zadzwoniły cicho pod stalowym kirysem i taszkami.
- Lord Balan – skinęła mu. – Wiem, że macie jakiś plan – powiedziała, kiedy Tancred zamknął za nimi drzwi.
Zebrali się wokół stołu, na którym wznosił się zamek. Pergamin był stary i trochę pożółkł, ale solidne, atramentowe mury opierały się czasowi równie skutecznie, co te prawdziwe. Między górami biegła nakreślona czarnym inkaustem przełęcz, której strzegło Carrosh. Tuż przy południowej krawędzi mapy rozpoczynała się linia drzew, przednia straż puszczy rozciągającej się daleko dalej, na całą wyżynę. Plan był sporządzony bardzo pieczołowicie i uwzględniał wszelkie wyniesienia i zagłębienia, a także znane jaskinie. Nie obejmował jednak terenów leżących na północ od przełęczy. Kilkadziesiąt mil wyżej leżała domena Skylarków, od niepamiętnych czasów lojalnych wasali Dormerów, wilczego rodu strażników przełęczy. Z północy nigdy nie nadchodziło zagrożenie.
Raelyn widziała tę mapę jedynie kilka razy, nigdy jednak nie były to sytuacje przyjemne. Na arkuszu porozstawiane były drewniane figurki rycerzy, żołnierzy i łuczników. Pod murami warowały symboliczne posterunki i skupiska sił wroga. Kilka drewnianych klocków za jego liniami oznaczało obóz. Oderwała wzrok od stołu, kiedy sir Tancred zajął swoje miejsce.
- Dowódca tej bandy najwyraźniej jest ślepym głupcem. Nie obstawili tylnej furty - oznajmił rycerz. - Wysłałem trzech zwiadowców.
- Jeden z nich nie wrócił – zauważył Balan Skylark.
- Jeszcze nie jest za późno – odparł mu wilk z pochmurną miną. Raelyn także chciałaby w to wierzyć.
- To wojna. Szczeniak miał z piętnaście lat…
- Czternaście. Jego ojciec służy w straży.
- Przynieśli jakieś wieści? – zmieniła temat. Było jej żal chłopaka, kimkolwiek był, lecz ta rozmowa nie mogła doprowadzić do niczego dobrego.
- Tak jak przypuszczałem. To najemnicy. Żadnych barw, ani chorągwi – odpowiedział Tancred.
- Kondotierzy?
- Z pewnością nie, pani. Ich kontrakty są jawne. Poza tym za dużo ludzi z pustyni – wyjaśnił lord Skylark. – Nawet kondotierzy im zbytnio nie ufają.
- Niegodni zaufania nie zaszczycą nim nikogo – stwierdził Tancred. – Lord Balan ma rację. Ci tutaj nie mają znaku, nie są żadną ze znanych kompanii.
- Co to dla nas oznacza? – spytała lady. – I tak wiemy, że przyszli z piasków.
- W tym rzecz. Wiemy, ale za mało – odrzekł kwaśno Tancred.
- Ktoś wyraźnie nie chce przyznać się do napaści na zamek – dodał Skylark.
- Nie dziwię się – zgodził się wilk i zwrócił do Raelyn - Twój pan mąż będzie wściekły, kiedy się o tym dowie, moja pani.
- Hrabia Murtagh nie daruje tej nikczemności, choćby stali za nią sami bogowie – zgodziła się. Nazwisko Murtagha Dormera budziło strach w sercach wrogów. Niestety, jak się okazało, nie z daleka. Jej mąż przed tygodniem ruszył do Dalarenz, na wezwanie księcia. Balan Skylark przybył na przełęcz tuż po odjeździe swego suwerena wraz z dwoma tuzinami ludzi. Miał nadzieję złożyć hrabiemu gratulacje z powodu narodzin syna, lecz książę nalegał na pośpiech, więc rozminęli się. Raelyn zaproponowała gościnę najbardziej zaufanemu sojusznikowi swojego męża, a on chętnie przystał na tę propozycję. A wczoraj wszystko to spadło na nich niespodziewanie, jak grom z jasnego nieba.

- Sądzimy, że możemy odpowiednio ugościć naszych prześladowców już teraz. – Słowa Skylarka wyrwały ją z zamyślenia. – Według naszych szacunków mają najwyżej pięciuset ludzi.
- A co, jeśli się mylicie? Może reszta pochowała się w załomach i grotach?
- Sprawdziliśmy to – zapewnił wilk.
- Właśnie dlatego mamy o jednego zwiadowcę mniej.
- Tego jeszcze nie wiemy. – Tancred spojrzał na białego lisa z determinacją.
- Trzeba przyjąć najgorszy scenariusz. Musimy założyć, że chłopaka schwytano, wypytano, a nawet zabito, a nieprzyjaciel pozostaje czujny.
Raelyn nie mogła nie zgodzić się ze Skylarkiem. Ale zachowała tę myśl dla siebie. Tancred był szlachetnym wilkiem i niełatwo godził się z utratą ludzi. Lata służby i blizny nie zmieniły tego. To zawsze w nim podziwiała. Kiedy w Murtaghu pewne odruchy dawno już zamarły, zmienił się na zawsze. Jego dowódca gwardii zachował pod zbroją serce.

- To przecież nie ma najmniejszego sensu – stwierdziła nagle.
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią pytająco.
- Jeżeli rzeczywiście zjawili się w sile tak niewielkiej, atak na nas to zwykłe szaleństwo – wyjaśniła. – Ilu właściwie ludzi zostawił mój pan mąż do obrony zamku?
- Mam dwie setki. W tym osiemdziesięciu łuczników.
- I mój oddział.
- Nie mają szans.
Może nie znała się na sprawach wojny, ale umiała liczyć. Załoga zaledwie o połowę mniejsza od oblegających sił wykończy nieprzyjaciół przy pierwszym szturmie.
- Zamierzają nas oblegać? – zapytała, zdając sobie sprawę jak śmieszna i absurdalna jest ta myśl.
- Tak bym podejrzewał, gdyby nie ich dwudniowe ultimatum – stwierdził Tancred.
- Co zrobią, jeśli nie otworzymy bram do jutra?
- Nie będziemy mieli okazji się przekonać – rzucił lord Skylark enigmatycznie.
- Co to ma znaczyć? Co zamierzacie? – Pytanie było tu niepotrzebne. Wcześniejsze nerwowe zachowanie sir Tancreda i to, co tu usłyszała, powiedziały jej wszystko.
- Przypuszczam, że przeciwnik wiedział o wyjeździe jego miłości hrabiego i podszedł pod nasze mury licząc na łatwy łup – powiedział Tancred. - Pewnie myślą, że nie pozostawiono załogi, tylko dlatego, że Carrosh leży z dala od granic. Nigdy nie należy popełniać tego błędu.
- Słusznie – zgodził się Balan.
- Zamierzam wziąć połowę sił i zrobić wycieczkę. Uderzę na lewe skrzydło i przebiję się aż do obozu nieprzyjaciela – oznajmił Tancred wskazując na mapę i przesuwając po niej drewnianych rycerzy. – Postawili ultimatum i nie znają naszej liczebności. Czekają na naszą decyzję, oddali inicjatywę. Za ten błąd zapłacą życiem. Zaskoczymy ich tak samo, jak oni nas. Szybko i zdecydowanie.
Raelyn słuchała stanowczej deklaracji jej obrońcy i przyglądała się mapie. Na niej wszystko to wydawało się takie proste. Figurki żołnierzy wyglądały jak zabawki. Ale to nie była zabawa. Śmierć tańczyła po mapie wśród atramentowych skał i lasów. Zatańczy dziś na przełęczy. Wiedziała, że Tancred i Balan przedstawiają jej plan działania, ale nie pytają o zgodę. Murtagh powierzył dowodzenie rycerzowi i nie miała w tej kwestii nic do powiedzenia.
- Jesteście pewni, że to nie jakaś pułapka? Co jeśli ci się nie uda, sir Tancredzie? – spytała patrząc prosto w jego szlachetne, żółte oczy. – Carrosh zostanie bez obrońcy. Bez dowódcy.
Jego twarz pozostała niewzruszona. Nawet oczy.
- Dlatego właśnie ustaliliśmy, że lord Skylark zostanie na zamku. Będzie strzegł ciebie i twojego syna, pani. Jeśli nie wrócę, on przejmie dowództwo do powrotu hrabiego Murtagha.
Świat na chwilę zatrzymał się, kiedy w jej umyśle zagościła ta wizja. To się nie zdarzy – powiedziała sobie stanowczo. Jakby wtórując jej myślom, lord Skylark wyraził głębokie przekonanie o słuszności i powodzeniu tego planu.
- Kiedy zamierzasz wyruszyć, Tancredzie?
- Po północy, pani. Wyprowadzę oddział tylną furtą. Lepiej znamy teren, w ciemnościach ta przewaga da nam jeszcze więcej.
I to był koniec narady.



- Nie powinieneś jechać.
Patrzył na nią niewzruszony. Wyraz na jego twarzy był nie do odczytania, lecz skrzyżowane na piersi łapy zdradzały upór.
- Skąd ja wiedziałem, że tak będzie? – westchnął.
- Dziwi cię to? – zapytała, głośniej niż tego pragnęła. Szczeniak poruszył się w kolebce.
- Nie – odparł dopiero po chwili i oparł się plecami o framugę drzwi od balkonu. Były otwarte na ciemną noc. Światło księżyca padało na jego prawy bok, tak, że połowa jego ciała zakutego w zbroję była prawie biała. Jak śmierć.
Prychnęła. Nie tyle z powodu jego odpowiedzi, co chcąc odpędzić to uczucie. Ale on i tak spuścił uszy.
- Oczywiście, że nie. Widziałam to w twoich oczach, kiedy po mnie przyszedłeś.
- Bo wiedziałem, że i tak dojdzie do tej rozmowy – odparł zrezygnowany. – Wiedziałem, że będziesz się martwić.
- Cóż… cieszę się, że cię nie rozczarowałam.
Nie odpowiedział. Zamknął tylko oczy i spuścił łeb, jak zbity pies. Zbity wilk w tym wypadku. Wystarczyła chwila, by nie wiedziała czy jest bardziej zła na niego o ten plan, który wymyślili ze Skylarkiem, czy na siebie za swe słowa.

- Dlaczego ty mi to robisz? – wyszeptał nagle drżącym z emocji głosem. Ten głos, który w jakiś sposób głośniejszy był od krzyku, słyszała z jego ust tylko kilka razy. I z pewnością nie spodziewała się usłyszeć go teraz. Spojrzała na niego zaskoczona.
- Co masz na myśli?
- Co mam na myśli?! – spytał rozkładając łapy bezradnie. Stanął na środku komnaty, a wątłe płomyki świec słały delikatny całun pomarańczowej mgiełki na jego szarym futrze. – Kim ja jestem, Raelyn? – zapytał.
O co pytasz naprawdę, najdroższy? Jest tyle odpowiedzi na to pytanie.
- Jesteś… - spojrzała w jego złote oczy. Czekały, tak, jakby jej słowa nie miały być stwierdzeniem czegoś, co jest, a wyrokiem tego, co będzie. Napełniły ją strachem. – Jesteś tym, którego kocham – powiedziała bez mrugnięcia okiem. – Jesteś tym, który tego dnia powinien stać przed bogami wraz ze mną, bym go pojęła za męża.
Jego twarz ociepliła się, kiedy zagościł na niej uśmiech. Smutny uśmiech, ale każdy uśmiech Tancreda był jej uśmiechem. Podszedł do niej i ujął jej delikatną łapę w swoją, większą. Zbliżył ją do swojego pyska i przytknął do policzka. Poczuła jego miękkie futro pod poduszkami. Było ciemnoszare, jak stal, i dopóki się go nie dotknęło, można było odnieść wrażenie, że jest szorstkie i nieprzyjemne. Tak właśnie było z Tancredem. Był surowy i twardy, ale ktokolwiek go dotknął, poznał ducha w tym mocnym ciele, wiedział, że jest…
- Wiem, kochanie – powiedział cicho zamykając oczy, tonąc w pieszczocie jej łap. – I nie chcę by to się zmieniło. Ale jestem rycerzem – powiedział. Ujrzała w jego spojrzeniu stanowczą lojalność. – Służę. Służę Carrosh, jego ludziom. Tobie… i twojemu panu mężowi…
- Nie jest mój.
- … i jego dziedzicowi, jeśli bogowie pozwolą – powiedział, patrząc na małego wilczka śpiącego w kołysce, tuż obok nich.
- Nie jest jego.
- Wenzel będzie rządził Carrosh. Tak, jak jego ojciec – powiedział z naciskiem Tancred. – Mam obowiązki. Muszę obronić zamek dla niego.
- Więc broń! – wyszeptała niemal błagalnie, obejmując jego łeb swymi delikatnymi łapami. – Dali nam dwa dni. Co zrobią potem? Zaatakują? Zmiażdżysz ich z murów.
- Zmiażdżę ich teraz. Są słabi – zapewnił, odwzajemniając jej gest. Jego dłonie były silne, poduszki na ich spodach twarde od wielu godzin treningów z mieczem. Obiecywały ból wrogom i bezpieczeństwo przyjaciołom. Pewność zwycięstwa w oczach Tancreda dorównywała tej, którą wyrażał słowami. – Walczyłem już w bitwach i turniejach, wiesz? – uśmiechnął się uspokajająco. Chciałaby, żeby to wystarczyło.
- Wiem. – Głaskała go po policzku. – Po prostu… wiesz, że nie jestem histeryczką prawda?
- Jesteś silną i odważną kobietą. – Przytknął swój zimny, czarny nos do jej własnego. Nie mogła się nie uśmiechnąć, mimo tego, co chciała powiedzieć.
- A mimo to… - Bała się o niego jak nigdy wcześniej, lecz i tak czuła się głupio. Spuściła głowę i zobaczyła swoje zniekształcone odbicie w wypolerowanym jak lustro napierśniku. Pod nim biło serce, które należało do niej. Czy będzie nadal biło dla niej, nim nastanie nowy dzień? Być może zbyt dobrze o mnie myślisz, ukochany…
- Co takiego? – zapytał w końcu, unosząc jej podbródek. – Powiedz.
- Mam przeczucie. Może to głupie. Ale… mam przeczucie, że po tej nocy… już cię więcej nie zobaczę.
Łzy napłynęły jej do oczu i przywarła do niego ze szczękiem metalu. Tuliła łeb do jego szyi i podbródka, spijała nozdrzami jego zapach, a on objął ją mocno, dając jej tyle czasu, ile tylko potrzebowała. Ile oboje potrzebowali. Nie wiedziała czy minęła minuta czy cały kwadrans, kiedy to on przerwał ciszę.
- Ja też mam przeczucie, Raelyn.
Odsunęła się, by spojrzeć mu w oczy. Była w nich powaga i niepokój.
- Mam przeczucie, że coś stoi za tym dwudniowym ultimatum. Nasz przeciwnik, kimkolwiek jest, jest albo kompletnym głupcem, albo przebiegłym graczem. Nie chcę jutro zobaczyć z tego balkonu, że sprowadził trzy razy więcej ludzi, rozumiesz?
- Przecież wiedzielibyśmy… - jej protest zamarł, kiedy tylko zdała sobie sprawę z sensu swoich słów.
- Tak, jak wiedzieliśmy o tym oddziale? – Przechylił łeb wskazując na las na zewnątrz. – Raelyn, wolę dostać w swoje ręce przeciwnika, kiedy jeszcze mam go w zasięgu. Łatwiej i bezpieczniej odepchnąć od murów pięciuset niż tysiąc. Z każdą godziną wzrasta ryzyko, że wróg otrzyma posiłki.
- A co ze mną? I z twoim synem?
- Nie jest…
- Jest! – sprzeciwiła się. – Nawet, jeśli wiemy o tym tylko my. Murtagh ma swoje dziecko. Zabrał je ze sobą do Dalarenz.
- To także twoja córka.
- I kocham ją całym sercem – zapewniła podchodząc do śpiącego w kołysce malucha. – A to TWÓJ syn.
Tancred podszedł do niej i spojrzał na owoc swoich lędźwi. Toczył przegraną walkę i już dawno przyznał to sobie w duszy. Nadszedł czas, by ta prawda ujrzała światło dnia.
- Wiesz, że go kocham – powiedział patrząc ciepło na szczeniaka.
- Wiem – powiedziała spokojnie i uścisnęła jego dłoń. Ich palce splotły się. - I nie próbuj nigdy tego zmieniać. Rycerzem, kowalem, kapłanem można zostać. I można przestać być. Nie można przestać być ojcem. Ze mną i Wenzelem łączy cię więź silniejsza i ważniejsza, niż jakiekolwiek przysięgi czy zobowiązania, które rycerz winien jest swemu panu.
Tancred uśmiechnął się na te słowa. Poczuł w piersi ciepło, którego zimna noc i przeciągi starego Carrosh nie mogły zgasić. Sięgnął swoją wolną łapą w kierunku małego wilczka i pogłaskał delikatnie po jego policzku. Mały nie obudził się, lecz poruszył krótkim, puchatym pyszczkiem i polizał go kilka razy po palcach. I przez te kilka sekund Tancred czuł się wyższym niż sami bogowie.
- Widzisz? – spytała Raelyn z radością w oczach. W tym „pocałunku”, który otrzymał od syna i w spojrzeniu wilczycy była siła tak wielka, że rycerz zapragnął jechać w bój samotnie, przekonany, że i tak nikt by mu się nie przeciwstawił.
- To błogosławieństwo – powiedział. – Wyruszę na wroga z tą chwilą w pamięci i zniszczę go, by wrócić po więcej. – Zacisnął w pięść tę samą łapę, która przed chwilą dotknęła żywej niewinności, a za godzinę dobędzie miecza.
- Więc pozwól, że ja także cię pobłogosławię – wyszeptała Raelyn.


 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. I
Wysłano: 21.02.2013 3:01
Wilk
Anthro
Widzę, że brak odzewu. Może przynudzam i nikomu się nie podoba ;) W każdym razie mam nadzieję, że nie w tym problem, więc uciąłem połowę tekstu, żeby był bardziej lekkostrawny i nie odstraszał tak długością.

Jeśli ktoś tu wpadnie i będzie miał ochotę, uprzejmość, czy też jakikolwiek inny czynnik motywujący, będę bardzo, BARDZO wdzięczny za jego opinię i spostrzeżenia. Może przy okazji będzie miał przyjemność z lektury (co byłoby dla mnie największą satysfakcją), a NA PEWNO pomoże amatorowi w rozwoju. Także serdecznie zapraszam ;]

1
(+1|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. I
Wysłano: 21.02.2013 6:43
Pantera
Zmiennokształtny
Motywuję cię do napisania reszty :-)k
Wciągająca opowieść , nie zauważyłem błędów czy nieścisłości więc z niecierpliwością czekam na kolejną część.

3
(+3|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. I
Wysłano: 21.02.2013 13:26
Panserbiorne
Zwierzę
No... to teraz krótka lista
-Rycerz ze skazą? Jest!
-Bękart? Jest!
-Kobieta opuszczona przez męża, którego w dodatku nie kocha? Jest!
-Wróg u bram? Jest!
-Karkołomny atak na obóz wroga? Jest!
-Zapowiedź Yiffu przed atakiem? Jest!
Przewidywałem ten romans od momentu w którym pani na zamku wspomniała coś o swym obrońcy. Co nie zmienia faktu, że dobrze mi się czytało ten krótki wstęp. Czekam na sceny batalistyczne no i najprawdopodobniej zdradę najwierniejszego z wasali :>

1
(+1|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. I
Wysłano: 21.02.2013 21:06
Wilk
Anthro
Hah, cwaniak ;]

Nie ukrywam, że zabieg z "obrońcą" był celowy. Jest jeszcze kilka innych bardziej lub mniej subtelnych sugestii. Romans ujawniam bardzo szybko, więc też nie było sensu robić z tego jakiejś wielkiej tajemnicy. Małżeństwo Raelyn z Murtaghiem, to mariaż czysto polityczny. Nie planuję jednak żadnego melodramatu w związku z tym ;]

Odhaczyłeś to, co się już pojawiło, zobaczymy czy co do tego, co się jeszcze nie pojawiło, również miałeś rację? Jak to będzie z tym wasalem? ;]
Wrzucę drugą część prologu jeszcze dziś, więc Drvaal, mówisz - masz ;)

I co najważniejsze - WIELKIE dzięki za zainteresowanie. Doceniam to :)


...nawiasem mówiąc - cały prolog był dostępny na FA od sierpnia. Już to naprawiłem ;]

3
(+3|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. I
Wysłano: 16.09.2013 17:03
Smok Serwisowy
podoba mi się - to jeden z przyjemniejszych w czytaniu tekstów wrzuconych na serwis. troszkę kuleje interpunkcja ale to nie przeszkadza za mocno.
nie przejmuj się niewielką atencją - opowiadania zawsze miały mniej wyświetleń niż np galeria bo w ich przeczytanie trzeba włożyć troszkę wysiłku.

gratuluję :)

0
(+0|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. I
Wysłano: 17.09.2013 0:08
Wilk
Anthro
Bardzo dziękuję :)

To prawda, na interpunkcję będę zawsze narzekał. Marzeniem byłby dobry redaktor czy korektor wydawniczy do kopania mnie po dupie ;]

Pewnie zawsze z tą atencją może być gorzej, masa pominiętych tekstów przysypanych internetowym kurzem. Jednak sądzę, że to nie jest taki tytaniczny wysiłek, żeby to przeczytać, w porównaniu z wysiłkiem i czasem poświęconymi na napisanie. Doceniam w każdym razie, jeśli ktoś zaufa mi i poświęci czas na przeczytanie, a tym bardziej na wyrażenie swojego zdania, tak więc jeszcze raz dziękuję ;)