Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Vellot - Aura Niepewności (cz. 1)  
Autor: Vellot
Opublikowano: 2013/2/16
Przeczytano: 606 raz(y)
Rozmiar 15.09 KB
2

(+2|-0)
 
Grzmi dzień, a wraz z końcem dnia grzmi piętno spraw nawet-nie-zaczętych. Jeśli by wypisać listę najobrzydliwszych tortur z punktu widzenia różnych sytuacji, to wtedy byłaby to właśnie dusząca bezczynność w obliczu okazji do zrobienia czegoś naprawdę ekscytującego.
Lecz czy to tak naprawdę zależy od Kirka? Instytut co chwila wysyła swoich pracowników do wszelkiego rodzaju komercyjnych i rządowych misji dalekogwiezdnych i tak naprawdę nikt nie ma tutaj za wiele do dopowiedzenia.
Na pierwszy rzut oka – absolutnie fantastyczne! Można wyruszyć głęboko w międzyplanetarną przestrzeń, namierzyć ślady nieznanych cywilizacji, czy nawet nawiązać kontakt, oraz oczywiście nabyć wiele wspaniałych doświadczeń, do wykorzystania na kolejnych misjach, z czego każda następna jest jeszcze bardziej skomplikowana i ekscytująca. Tak to wygląda, jak to przedstawiają szefowie oraz starsi koledzy na organizowanych przez władze absurdalnie śmiesznych konferencjach. Bo w rzeczywistości każdy podrzędny trybik machiny naukowej nie wyściubi nosa poza swój gabinecik na pokładzie potężnego statku kosmicznego, przez czas trwania całej misji. Może nieliczni, pracujący przy konserwacji, czy asystenci pilotów będą mieli okazję zobaczyć odrobinę lekko rozświetlonej, czarnej pustki. Całe szczęście, Kirk nie musiał odczuć ponurej rzeczywistości na własnej skórze, gdyż o faktycznym stanie rzeczy uprzedzili go dobrzy znajomi z Katedry Komunikacji Międzycywilizacyjnej. Na swoją pierwszą misję przystosował się mentalnie i choć dano mu do zrozumienia, że zbyt skrupulatne przygotowania merytoryczne absolutnie nie są potrzebne (gdyż i tak nikt mu nie zleci żadnych specjalnych zadań poza tymi, które ma w obowiązku do wykonania, co więcej, będzie miał dużo szczęścia jeśli jeden z wyższych operatorów w ogóle przywita go na pokładzie), to i tak na tydzień przed podróżą zgromadził co nieco informacji, przydatnych do nieoczekiwanych wypadków losu. Ale to cały Kirk – przezorny zawsze ubezpieczony. Możliwe, że nawet tliła się w nim iskierka nadziei na „coś więcej”, może dopóki nie znalazł się na monumentalnym, szarym, zimnym pokładzie Aury 60. Atmosfera od początku była dobijająca i wyciągała wszelkie siły witalne z załogi, pewnie dlatego nikogo nie dziwiło że najstarsi piloci, mający za sobą potężne doświadczenie w podróży tymi kolosami są zawsze tak szorstkimi i twardymi osobowościami.

Pierwszy tydzień podróży był do przeżycia. Na początku krótkie zapoznanie się z pięcioma procentami całego pokładu Aury, do których Kirk miał dostęp, potem przygotowanie komputerów do ewentualnej pracy translatorskiej, aż w końcu bierne czekanie i odbieranie głuchych sygnałów z gwiezdnej pustki. Najbardziej druzgocący był absolutny brak jakichkolwiek rozrywek – ale to jest esencja rządowej inżynierii krążowników kosmicznych. Toporny design, ścisła schematyczność, brak bodźców rozpraszających, wszystko ograniczone do czystej pracy nad projektem. Co prawda żaden z nisko postawionych członków załogi nie wiedział, jakie udogodnienia mieli ci z wyższych szczebli, a takie na pewno występować musiały. Wyraźny był tu podział, o czym wszyscy wiedzieli, jednak nikt nie wiedział dlaczego, a tym bardziej nikt nie miał zamiaru protestować.
Prawie nikt.

Wybiła godzina pierwsza drugiego poniedziałku misji. W kabinie atmosfera była wręcz krępująca od ciszy, emocjonalnej oraz witalnej pustki. Nawet nie udało mu się choć odrobinę teatralnie zbudzić z gwałtownym podrygiem z łóżka po przerażającym koszmarze, co by pewnie nadało trochę paranoidalny wydźwięk temu nastrojowi, a jednocześnie go ożywiło, ale co tam! Po prostu otworzył oczy, podniósł tułów i przysiadł na materacu. Oczywiście przedtem wyswobodził nieszczęsny ogon z niezwykle finezyjnych pryczy, łóżko w ogóle było nieco za małe, a Kirk wcale nie był wyjątkowo wyrośnięty. Wstał, otrząsnął się po długim śnie, przygładził zmierzwione kocie futro, nałożył uniform i z absolutnego braku pomysłu na następujące działania, wyszedł z kabiny i obrał drogę na północny koniec korytarza.
Może jednak było coś kojącego w takich chwilach. Większość załogi była jeszcze pogrążona w śnie, nie potrzebna była niczyja wyjątkowa interwencja, także wielkie, gryzące matowością wytartego metalu hale były wyjątkowo opustoszałe. Przekroczyło to już pewną granicę – z niemożliwej do zniesienia pustki stało się spokojną, w pewnym sensie idylliczną, (kosmicznie idylliczną), sielanką. Może nawet nie będzie tak beznadziejnie? Pomyślał, powoli odzyskując jakieś resztki motywacji do tkwienia w tym zimnym pudełku. Przechadzając się dalej i dalej wzdłuż korytarza i wsłuchując się w stukot obcasów, coraz bardziej dawał się pogrążyć dziwnemu transowi, może to znowu odbijał się jeden z efektów tak dalekich podróży, albo to zwykła...

- Hej!
O mało nie opadł na barierkę, gdy zaskoczyła go postać wilczycy w uniformie operatora, dziwnie roztrzęsionej i kierującej w jego stronę niemały pistolecik laserowy.
- Wybacz, myślałam że to intruz, nie chciałam cię przestraszyć...
- Spokojnie, trudno jest spodziewać się tutaj kogoś o tej porze, to moja wina, przepraszam – kot był nawet bardziej roztrzęsiony niż wilczyca, co nie może dziwić w takiej sytuacji.
- Chociaż, co ja sobie wyobrażam, kto chciałby wkradać się w te rejony pokładu... chyba żeby ukraść członkom załogi szczoteczki do zębów... tak czy inaczej, jeszcze raz przepraszam... pomogę ci – wilczyca podała rękę Kirkowi i przez chwilę stali, wpatrzeni w siebie, w dość niewygodnym skrępowaniu.
- W takim razie... może się przedstawię – rzekł w końcu – Kirk Legenkhai.
- Leni Vas Arcc. Często chodzisz na nocne przechadzki po tych labiryntach przedostatniego poziomu?
- Nie, właściwie nie. Po prostu, nie mogłem spać.
- Hm, cóż. W takim razie, potowarzyszę tobie! - i tym samym, kot i wilczyca poczęli razem przemierzać dalsze korytarze, rozmawiając o pracy i próbując jakoś rozwiać wcześniejsze zakłopotanie.
- Jesteś trzydziestym piątym operatorem? Nie jestem specjalnie biegły w całej hierarchii pilotów tych misji, ale wydaje mi się, że to dość wysoki szczebel, mam rację?
- Ha ha... słonko, kokpit pilotów to ja może widziałam z trzy razy. Całe dnie siedzę sobie na zapleczu, oglądając wykresy wydajności silników i praktycznie się nudzę. Zresztą, nie mam co narzekać, płacą mi za to nie małą kaskę.
- Szczęściara. Gdy studiowałem na Akademii Technologii Cybernetycznych, mydlili mi oczy wielkimi wpływami i jeszcze większymi pieniędzmi, lecz gdybym wiedział, jaka jest rzeczywistość, nie pakowałbym się w to wszystko.
- Studiowałeś na ATC? Od kiedy to lingwiści są inżynierami?
- Od kiedy użytkowanie Translatorów Kompleksowego Przetwarzania wymaga znajomości dość zawiłych języków programowania. Wiesz, moim zadaniem jest natychmiastowa analiza języków obcych, niekiedy bardzo dalekich od bliskich nam standardów, w pewnym sensie nadaję sens bełkotowi.
- Nigdy nie miałam najlepszego zdania o tych najnowszych tworach służących niby lepszej komunikacji z obcą rasą.
- Jakieś złe doświadczenia?
- Nie... nie nazwałabym tego tak. Pewnie jestem trochę uprzedzona. Nasłuchałam się za dużo historii o błędnych interpretacjach wszelakich przekazów, zwykle wynikających z niedbałości naukowców, które często doprowadzały do dyplomatycznych katastrof, a w jednym wypadku, o czym my wszyscy wiemy, nawet do wojny.
- Konflikt na terenie Bel' Phaz sprzed stu dwudziestu pięciu lat, myślę że trudno o tym zapomnieć. Potyczki trwały przeszło czterdzieści lat, a wykorzystany potencjał termonuklearny spowodował zniszczenie czterdziestu pięciu procent planety, oraz większości zamieszkującej tam cywilizacji. To prawda, wszystko to było przyczyną niedopatrzenia specjalistów od interpretowania przekazów, ale na obronę swojej profesji powiem, że nasza dziedzina musiała mieć kontrowersyjne początki, gdyż po wielu latach badań oraz nabyciu pewnej etyki, zasad, udało nam się stworzyć elastyczny i wydajny system zupełnie nowego rodzaju translatoryki.
- Brzmisz jak laluś konferujący na tych wszystkich prelekcjach, na które zmuszają nas przychodzić.
- Wybacz. Po tylu latach opanowała mnie ta głupia maniera.
- Czas naprawdę potrafi działać na naszą niekorzyść. Jak długo siedzisz w tym interesie?
- Szesnaście lat.
- Dość sporo... czekaj, to ile ty właściwie masz lat?
- Przedwczoraj skończyłem czterdzieści trzy.
- Pierdolisz! Dałabym ci najwyżej trzy dychy!
- Ha ha... schlebiasz mi.
- No ale w porządku, rozumiem. Wy, naukowcy od obcych cywilizacji siedzicie sobie w swoich instytutach, zalewają was wszelkimi udogodnieniami, od święta traficie na krótką czy dłuższą podróż w kosmos, więc nie dziwię się, że macie czas dobrze wyglądać.
- Powinienem chyba zaprotestować w tym momencie, ale szczerze, nie mogę. Jest to praca dla ludzi lubiących komfort. I monotonię...
- Czuję nutkę sfrustrowania w twoim głosie, nie mylę się?
- Mniejsza o to. Hej, muszę ci powiedzieć, że jak na kogoś kto już ma za sobą trochę tych misji w kosmosie, wyglądasz całkiem korzystnie.
- Zamknij się.

To było dla Kirka najbardziej zaskakujące. Leni absolutnie nie pasowała do stereotypu państwowego pilota – lekko nawiedzonego, wiecznie narzekającego na najmniejszy drobiazg furiata. W jej głębokich, ciemnych oczach kryła się iskra, prawdziwa energia życia, która odznaczała się też przez jej osobowość. Kot był pewien, że ona ma większe ambicje niż tkwienie na tych bezproduktywnych misjach, stąd może też wzięła się ta zadziorność?
- Leni, cały czas, odkąd tu jestem, nurtuje mnie jedna rzecz.
- Wal.
- Aura 60 to potężna machina, wysłana w naprawdę daleką podróż, na misję której dokładnych wytycznych nie zna nikt. Dlaczego do pracy tutaj zaciągnięci zostali tacy podrzędni specjaliści, jak chociażby ja?
- Co za skromniś!
- To nie skromność, moja droga. W moim instytucie pracuje wiele uznanych profesorów, co chwila wysyłanych na różne projekty, ale jednak w tym przypadku zatrudniono mnie, zwykłego inżyniera. To na pewno nie jest przypadek.
- Jesteś bystry, to trzeba przyznać. Aż dziw bierze, że nie zaszedłeś dalej.
- To jest dłuższa historia. Także, jesteś w stanie rozwiać moje wątpliwości?
- Myślę, że tak. To, co się tutaj dzieje i co dziać się będzie w niedalekiej przyszłości, daleko przechodzi nasze całe wyobrażenie. Ja od początku wiedziałam, że rząd prowadzi dość kontrowersyjne badania i niekoniecznie chce się tym dzielić z opinią publiczną.
- Jakie badania masz na myśli?
- Tego nikt nie wie. Kiedyś próbowałam to odkryć, nawet raz udało mi się zakraść do zamkniętych laboratoriów, tych zlokalizowanych na ostatnim, południowym poziomie pokładu. Na początku byłam po prostu ciekawa, co za maszyneria zajmuje tak dużą część statku, bo byłam pewna, że to nie są reaktory silników, jak podają plany konstruktorów. Trudno było podkraść kartę wstępu jednego z ochroniarzy, ale cudem udało mi się to i po przedostaniu się w owe miejsce, ujrzałam lśniące, cudownie urządzone hale prowadzące do setek gabinetów. Musiałam się ewakuować zanim znalazłam cokolwiek konkretnego, jedynie dowiedziałam się, że nasza załoga jest nieco większa niż nam się wydaje. Pod przykrywką pracują tutaj jacyś nieznani nikomu naukowcy, różnych dziedzin, głównie biotechnolodzy. Ich laboratoria wyposażone są w najnowsze i najbardziej szczegółowe w analizie komputery, każde pomieszczenie do jakiego udało mi się zajść, było nimi wręcz wypchane. Pobieżnie przejrzałam kartoteki, był tam tylko naukowy bełkot dotyczący genetyki i biologii molekularnej, wydaje mi się, że dopiero rozpoczynają pracę i jeszcze nie zaczęli właściwych badań. Później już, doszłam do wniosku, że do oficjalnej pracy na pokładzie zatrudniono specjalistów niższego szczebla, bo sądzi się, że oni nie będą dociekać się ewentualnych nieprawidłowości.
- Coraz mniej mi się zaczyna to podobać.
- Nie wiem, co z tym dalej zrobić. Nie chcę być uwikłana w jakieś szemrane interesy naszych genialnych rządzących, ale z drugiej strony wolałabym przekonać się, o co naprawdę tutaj chodzi.
- Myślisz, że może się stać coś, co będzie zagrażać nam wszystkim?
- Tego też nie wiem. Brzmi to tak... infantylnie, jak z jakiejś powieści, ale skoro to jest trzymane w takiej tajemnicy, to musi być coś niebezpiecznego.
- Chciałbym się nie zgodzić i dać temu spokój... ale nie mogę. Może to ta wisielcza atmosfera panująca wokół działa na mnie, doprowadzając do pomieszania zmysłów, ale chyba się zgodzę. Na razie powinniśmy dać temu spokój i opracować jakiś plan działa. I wyspać się, przede wszystkim.
- W takim razie, miłych snów życzę. Tutaj jest moja kabina.
- Nawzajem – jeszcze na pożegnanie wilczyca rzuciła w jego stronę zawadiacki uśmiech, po czym wkroczyła do pomieszczenia. Kot wyglądał na nieco zdezorientowanego. Po chwili bezcelowego krążenia po korytarzu, wrócił do siebie.

Tak oto po jednej rozmowie, całe wcześniejsze widzenie Kirka na jego obecną sytuację i plany co do tej misji, legły w gruzach.
Co prawda, on brał pod uwagę możliwość prowadzenia przez państwowe centra naukowe badań, które w pewnym stopniu naruszały by jakąkolwiek etykę, jednak wydawało się to być tak abstrakcyjne, że trzymał to głęboko w sferze fantazji. Kiedy jednak prawda wyszła na jaw, coś w nim pękło – i choć zewnętrznie czuł się zmieszany i nastawiony negatywnie, to w środku, paradoksalnie, odczuł ogromną radość. Jednak coś się dzieje! Wizja nudnej i bezowocnej podróży zmieniła się w prawdziwą szansę na odkrycie czegoś wielkiego, czegoś, co może wstrząsnąć całym światem naukowym. Jego zdrowy rozsądek zaczął mocno gryźć się z chęcią na skok w nieznane. I pomyśleć, że to by w ogóle się nie wydarzyło, gdyby nie poznał kogoś takiego jak Leni. Ona naprawdę w jego oczach była kimś wyjątkowym i widział w niej szansę, na wyrwanie się z kaleczącego umysł marazmu, który nieustannie go zatruwa już od dłuższego czasu.
Powróciwszy do swojej kabiny był pewien, że po takiej dawce piorunujących informacji na pewno nie uda mu się zasnąć. Spojrzał na siebie w dużej tafli lustra, rozciągającej się na całej ścianie – choć białe futro wydawało się być, jak zwykle, nieco zszarzałe, w niebieskich oczach obudził się dawno nie spotykany blask. Kolejny dzień zapowiadał tylko następne wrażenia, a nawet nie miał pojęcia, jak bardzo wstrząsające...
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
Anonim
2
(+2|-0)
Opowiadania: Vellot - Aura Niepewności (cz. 1)
Wysłano: 17.02.2013 16:49
Może i akcja rozkręca się wyjątkowo szybko, ale to chyba tylko mój fetysz by wlec fabułę dobry rozdział nim cokolwiek się stanie. Podoba mi się klimat Aury 60, chociaż opis jest dość pobieżny, chciałbym poznać więcej detali i więcej postaci, i mam szczerą nadzieję, że w kontynuacji to znajdę, o ile będzie takowa.

Świetnie się czyta pod soundtrack ze Spore, a dokładniej, ten utwór: http://www.youtube.com/watch?v=RUZd1apcFw8

1
(+1|-0)
Opowiadania: Vellot - Aura Niepewności (cz. 1)
Wysłano: 17.02.2013 18:00
Miło mi, że się podoba : D
Ja nigdy za bardzo nie rozwlekam się z opisami (odbija się zainteresowanie amerykańskim minimalizmem), ale staram się nad tym pracować, w drugiej części na pewno będzie dłuższa charakterystyka statku.
(Niezły soundtrack, ja akurat przy pisaniu słuchałem dark ambientu - polecam album "Trans-Plutonian Transmissions", świetnie wprowadza w ten ciężki, kosmiczny nastrój).

0
(+0|-0)
Opowiadania: Vellot - Aura Niepewności (cz. 1)
Wysłano: 18.02.2013 17:10
Bardzo mi się spodobał klimat, dawno nie czytałem czegoś takiego. I muszę powiedzieć że bardzo mi się podoba =] ale mam teraz problem, bo chce dalej czytać a nie mam co x] Przez co mam nadzieje że w ciągu kilku tygodni pojawi się następna część. Nawiązując do komentarza ♥♥♥♥♥♥, Ja także chciałbym poznać kilka nowych postaci, oczywiście nie wątpię że takie będą w końcu mamy dopiero początek książki =] a nawiązując do opisu, to powierzchowny opis mi się podoba lecz taki porządny z detalami także się przyda ale pamiętaj nic na siłę =]