Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. IV [+18]  
Autor: MFarley
Opublikowano: 2013/2/25
Przeczytano: 923 raz(y)
Rozmiar 32.96 KB
3

(+3|-0)
 
Nawałnica hulała po przełęczy poczynając sobie coraz śmielej, lecz gęstwina koron drzew i podszytu, niczym chłonny opatrunek, tłumiła szum ulewy i zatrzymywała strugi wody lejące się z nieba.
Kilkudziesięciu ludzi przeczesywało puszczę. Ich ciemne sylwetki na koniach rozpływały się w cieniu między drzewami, by za chwilę pojawić się kilka metrów dalej. Błąkali się jak dzieci we mgle. Jednak każdy z nich z uporem parł naprzód, wypatrując i węsząc w poszukiwaniu hrabiny i jej malutkiego syna. Bezskutecznie. Zapachy lasu, wonie wilgotnych liści, kory, żywicy i burzowa świeżość w powietrzu mogłyby zmylić najlepszych tropicieli. Tancred słusznie przypuszczał, że porywacze nie popędzili po prostu drogą przed siebie. Tu i ówdzie komuś udawało się zwietrzyć trop i cała grupa przesuwała się szybko za śladami i zapachem, by kilkadziesiąt kroków dalej ponownie je zgubić. Oddalali się od Carrosh w tempie lodowca i coraz bardziej sfrustrowany Tancred, niekiedy w sposób zupełnie do niego niepodobny, dawał upust emocjom. W takich momentach żołnierze tropiący najbliżej dowódcy mogli dosłyszeć urywki niewybrednych fraz mamrotanych przez rycerza pod adresem Skylarka, bogów, pogody i wreszcie… ich samych. Doskonale rozumieli jednak powagę sytuacji i nikogo aż tak bardzo nie dziwiło jego zachowanie. A przecież żaden z nich nie miał pojęcia o koszmarze, jaki wewnątrz przeżywał kochanek i ojciec.
Zdawało się, że wilczy rycerz jest wszędzie, węsząc, nasłuchując i wiercąc w ciemnościach swymi złotymi oczyma. Z początku biła od nich zawzięta, twarda jak stal determinacja. Jednakże każdy kolejny bezwartościowy raport zdawał się jakby polanem dorzucanym do paleniska, na którym coraz mocniej gorzał płomień, a zimna krew Tancreda wrzała bardziej i bardziej, stopniowo, lecz nieuchronnie zalewając jego spojrzenie i myśli rozpaczliwą desperacją. Zaczął niejednokrotnie wyjeżdżać na kilkadziesiąt metrów przed pierwsze szeregi grupy pościgowej, niekiedy znikał żołnierzom z oczu i chwilę potem powracał galopem i popędzał ich. Zaniepokojony tym wszystkim Glen, którego rota w całości dołączyła do naprędce zwołanego oddziału Tancreda, niepokoił się o swego dowódcę. Rycerz nigdy nie tracił panowania nad sobą, a ludzie to widzieli. Glen nie wiedział jednak w jaki sposób mógłby pomóc swemu panu. Wprawdzie niedługo bił się z myślami, bo oto zakuty w stal wilk wynurzył się z ciemności tuż przed nim.
- Panie? – zagadnął niepewnie Glen.
- Zbierz ludzi – rozkazał sir Tancred. – Jedziemy aż do cmentarza na rozstajach.
Nie kłopotał się przy tym dyskrecją, więc ludzie zaczęli się zbierać bez potrzeby dodatkowych instrukcji.
- I daj mi swoją włócznię – zażądał rycerz, kiedy kolumna jeźdźców zaczęła wyjeżdżać z lasu na rozmokły gościniec. Podkute kopyta wierzchowców mlaskały w bagnistej nawierzchni. Drugi wilk przekazał mu swą broń z pytającym spojrzeniem.
- Wytłumaczę ci wszystko po drodze – szepnął mu tylko do ucha Tancred. A potem oddział pognał przed siebie tak szybko, jak na to pozwalał grząski grunt.

Spryt i cierpliwość zostały nagrodzone. Balan wiele ryzykował, lecz i tak bezpieczniej było rozdzielić matkę z synem. Gdyby złapano ich razem, wszystko byłoby stracone. Mały wilczek spał spokojnie, owinięty w koce i futro. Będzie spał przynajmniej do jutra. Skylark szczerze żałował chłopca, nie powstrzymało go to jednak przed tym co zrobił i co jeszcze zrobi. Przynajmniej będzie ze swoją matką.
Nie miał czasu. Na tę okazję czekał. Usiadł pewniej w siedzisku, skrócił lejce, złapał za przedni łęk siodła i zmusił konia, by wstał. Tak długo, jak nic nie słychać, warto zaryzykować i pojechać drogą – pomyślał. Tak też zrobił. Ostrożnym kłusem ruszył przed siebie, pochylając się trochę i ukrywając zawiniątko z malcem pod swoim płaszczem, by osłonić go przed deszczem. I nasłuchiwał. Jednak nawet jego czujne lisie uszy nie były w stanie wychwycić nic poza szumem deszczu i plaskaniem kopyt jego wierzchowca w tej mazi, która przy sprzyjającej pogodzie z powodzeniem udawała drogę. Zastanawiał się na co idą pieniądze z cholernych podatków i ceł. A może to była po prostu jeszcze jedna próba pokrzyżowania jego zamiarów? Czyżby sama natura była tak oburzona moim uczynkiem? – zapytał sam siebie. Zaraz jednak zreflektował się. Balan Skylark nigdy by tak nie pomyślał. Balan Skylark był praktycznym lisem. Był…
To słowo zawisło w jego umyśle przez chwilę, tak, jak katowski miecz nad karkiem skazańca. Miałby szczęście, gdyby spotkał go taki koniec. Lecz wodził za nos już zbyt wielu ludzi, by jeszcze na dodatek oszukiwać siebie. Białe futro na jego grzbiecie stawało dęba na samą myśl o tym, co mu zrobi Murtagh Dormer, kiedy już dostanie go w swoje łapy. Jakby na potwierdzenie tego przeczucia niebo rozbłysło bielą i fioletem. Chwilę później, gdzieś niedaleko huknął piorun i łoskot odbity od górskich stoków wstrząsnął całą okolicą. Niczym śmiertelny werbel przed rytualną egzekucją.
I znów te bzdury – Skylark ponownie zganił się za banalne refleksje. To, co musi zostać dokonane, będzie dokonane, choćby sami bogowie próbowali go powstrzymać. Parł więc naprzód wśród strug wody, wściekłych podmuchów, a niebo przeklinało jego zbrodnię raz za razem, błyskając groźnie bladofioletowymi mieczami gromów.
Nie wiedział ile czasu zabrało mu w tej pogodzie dotarcie do wąskiego przesmyku, gdzie droga wiła się wśród porozrzucanych wszędzie mniejszych i większych skał. Niektóre leżały sobie samotnie, inne utworzyły milczące wiece, jeszcze inne trwały jak rodziny, przytulone do siebie, jakby zatrzymały się w środku lasu, by odpocząć i podziwiać okolicę. Być może były odłamkami, które dawno temu, zmożone erozją, oderwały się od górujących nad okolicą grani i stoczyły po stokach, by spocząć na przełęczy. Czy też kiedyś, w zamierzchłych czasach, zostały tu przytargane przez lodowiec, bogowie tylko wiedzą z jak daleka?
Ilekroć Balan tędy przejeżdżał, miał wrażenie, że zna każdy z nich jak starego przyjaciela. Tym razem jednak nie wjechał pomiędzy tych ponurych pielgrzymów bez namysłu, jak zwykł to robić zawsze. Tym razem spojrzenie na pierwszy z wielkich głazów, który stał tam jak jakiś górski strażnik otoczony świerkami i kosodrzewiną, napełniło go niepokojem na przekór jego racjonalnej naturze. Z każdym krokiem jego wierzchowca mijane martwe skały coraz bardziej górowały nad nim i przytłaczały go. Z każdym błyskiem rzucały swój cień na drogę i na niego, jakby to było jakieś oskarżycielskie spojrzenie, tak, że w końcu czuł się znów jak mały chłopiec, który po usłyszeniu strasznej opowieści boi się wejść do ciemnej piwnicy. Wreszcie osamotniony, przemoknięty i poirytowany Skylark zapragnął jak najszybciej znaleźć się razem ze swoimi ludźmi. Popędził wierzchowca do galopu, rezygnując z nadmiernej ostrożności. Przechytrzył ich już. A gdy tylko wydostanie się na płaskowyż, wyprowadzi w pole kogokolwiek za nim wyślą. Im szybciej, tym lepiej. Tutaj był bezbronny. Z pewnością dlatego napadły go takie myśli. Przyspieszył jeszcze bardziej.
Prędko jednak pociągnął za lejce z taką siłą, że koń prawie przysiadł na zadzie. Na drodze przed sobą natknął się na jeszcze jeden znajomy widok. Dwie żarzące się pochodnie, których żaden deszcz nie był w stanie zgasić. Płonęły, lecz były zimne. Wręcz lodowate. Świeciły w ciemności okrutnym złotym blaskiem, nienawistne. Wściekłe. Nigdy jeszcze niczyje spojrzenie nie zjeżyło jego białego futra tak bardzo, jak groźba gorejąca w oczach Tancreda. Nie miał hełmu, a w prawej łapie dzierżył włócznię. Kiedy błysk rozświetlił niebo, ogromny cień jeźdźca rzucił się w stronę lorda Balana. Sam rycerz jednak ani drgnął. Stał tylko na drodze, jedynej drodze, którą Skylark mógł podążyć.
Chyba, że z powrotem – przemknęło mu przez głowę. Wraz z tą absurdalną myślą odwrócił głowę w kierunku Carrosh. Oczywiście zamek dawno zniknął za lasem i granią. Głupio było nawet myśleć o ucieczce. Wszystko stracone – pomyślał z rozpaczą. Okropne uczucie ścisnęło jego trzewia, kiedy patrzył bez celu w ciemność przeszywaną błyskami burzy i strumieniami deszczu. Zamokły płaszcz i przenikliwy wiatr nagle zaczęły doskwierać mu o wiele bardziej niż jeszcze przed minutą.

- Tam też nie czeka cię nic dobrego – wilk przerwał ciszę, która tężała między nimi, od kiedy ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy. Balan doskonale o tym wiedział. Zwrócił się ponownie w stronę rycerza.
- Stoisz mi na drodze – rzekł chłodno. Nie mógł dać po sobie poznać. Może wciąż była nadzieja?
- Twoja droga się skończyła. Poddaj się. Nawet jeśli przejdziesz mnie, nie wymkniesz się moim ludziom.
A więc nie. Wilczy rycerz nie blefował. Zastawił na niego pułapkę i przechytrzył go. Byłaby to ujma dla lisiego sprytu, gdyby jeszcze dbał o cokolwiek w obliczu sytuacji, w jakiej się znalazł. Stracił wszystko. Duma? Szczał na dumę. Stracił WSZYSTKO. Ale… poddać się…? tak po prostu?
- Nie mogę… - zaczął bez przekonania. Co miał właściwie zrobić? Nie wiedział.
- Skylark, do cholery! – warknął Tancred porzucając zimnokrwiste opanowanie, z którym stawił mu czoła. – Dlaczego?!
Było oczywiste o co pyta. Balan spuścił na chwilę wzrok, a w duszy zaśmiał się gorzko. Lady Raelyn by zrozumiała. Zrozumiałaby? Tego też nie wiedział. Ale co ty możesz o tym wiedzieć?
- Dlaczego, Skylark?! Dla złota?
Lis parsknął z pogardą.
- Myślisz, że brak mi złota?
- Więc dlaczego? – naciskał Tancred, niezbyt udanie starając się ukryć ból w swoim głosie. Każda zdrada boli.
- To hrabia? Co zrobił? Za co się mścisz? Dlaczego Raelyn i Wenzel muszą przez to cierpieć?
- Och, zamknij się wreszcie! – warknął Skylark. Mimo wszystkiego, czego się dopuścił, tak powierzchowne oskarżenia dokuczyły mu. Może szczał na dumę, ale najwyraźniej nie na honor. Honorowa zdrada… Pokręcił głową, gdy o tym pomyślał.
- Twój przeklęty hrabia Murtagh nie ma z tym nic wspólnego! Nie szukam zemsty, ani złota.
- Więc dlaczego to zrobiłeś? To bez sensu. Nawet jeśli by ci się udało, to gdzie miałbyś ukryć się przed karą? I kim są ci południowcy?
Nigdzie.
- Nigdy nie zrozumiesz moich pobudek, rycerzu. Nie byłbyś w stanie postawić się w mojej sytuacji.
- W sytuacji zdrajcy? Mam nadzieję, że nie – odparł gniewnie Tancred.
Biały lis prychnął tylko.
- Będziemy tak teraz gawędzić w deszczu? Spieszy mi się – rzucił poirytowany. Nie wiedział po co, lecz grał na zwłokę.
Wilk również prychnął w odpowiedzi. Zignorował jednak zaczepkę.
- Gdzie Raelyn i Wenzel? Co z nimi zrobiłeś?
Przynajmniej dostaną Raelyn. Czy zgodzą się na połowę okupu? Czy Raelyn wystarczy? Zaraz, zaraz…
- OGŁUCHŁEŚ?! – ryknął Tancred. Obydwa konie poruszyły się niespokojnie. Było w jego zachowaniu coś, czego lis nigdy wcześniej nie dostrzegł. Strach. Agresja. A przecież najlepszy rycerz Murtagha słynął ze stalowych nerwów.
- Gdzie oni są, ty cholerny skurwysynu?!
Skylark nawet nie usłyszał inwektywy, kiedy kawałki układanki, ułożyły się w jego umyśle. Teraz to już „Raelyn”, a nie „lady Raelyn”? Osłupienie uderzyło go dwakroć silniej niż górska nawałnica. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Ostatecznie… to BYŁO szokujące. A chwilę później głupia nadzieja ponownie się w nim rozbudziła. Spostrzegł w tym swoją ostatnią szansę.
- Ty cholerny hipokryto – syknął z teatralną odrazą i zaraz potem uśmiechnął się ohydnie.
Wilk spojrzał na niego oniemiały.
- O czym ty do cholery gadasz?!
Lord zarechotał złowrogo. Jaki piękny paradoks! Jakie szyderstwo losu!
- I mnie nazywasz zdrajcą? Sprawiedliwy i wierny aż do grobowej deski sir Tancred z Carrosh. Mówią o tobie, że zjadłbyś gówno Murtagha, gdyby ci rozkazał. Czy prosił cię też, żebyś pieprzył jego żonę, czy to twoja własna inicjatywa?

Błyskawica rozświetliła zgrozę na twarzy Tancreda. Potem próbował zaprzeczać, lecz w zaskoczeniu, w pierwszej reakcji, Balan wychwycił prawdę.
- Rozumiem… - skwitował oschle. – Powiedz mi jeszcze jedno, wilku… Jak to jest, że po tylu latach niepowodzeń Murtagh wreszcie dorobił się syna? Cud? Medycyna? A może to bogowie nabili cnotliwą hrabinę Raelyn na niewłaściwy pal?
- Ty odrażający…
- Stul się! Nazywam rzeczy po imieniu. Rżnąłeś ją, a to – sięgnął po zawiniątko ukryte pod płaszczem i uniósł je – jest twój syn, prawda?
Wilk poruszył się niespokojnie, a na jego szarym pysku ulga dołączyła do przerażenia ujawnioną tajemnicą. Nie odpowiedział jednak. Nie musiał. To spojrzenie… milczenie… i szum deszczu powiedziały Skylarkowi wszystko.
- Jesteś zdrajcą tak samo jak ja. A nawet bardziej. A to całkowicie zmienia sytuację – oznajmił lis złowrogo. - Ile jest dla ciebie warte twoje życie?
Te słowa jednak, zamiast jeszcze bardziej namieszać w głowie Tancreda, wytrąciły go z szoku i gdy zwęził oczy, Skylark już wiedział, że popełnił błąd. Wilk przez chwilę milczał, lecz kiedy odpowiedział, nie było wahania w jego tonie.
- Więcej, niż byłbyś w stanie zapłacić, lecz zbyt mało, bym przyjął cenę, jaką śmiesz mi proponować – wycedził obnażając kły.
Balan zarechotał, by ukryć niepowodzenie .
- Dobrze powiedziane, Tancredzie – skłonił łeb z uznaniem. A później obnażył sztylet. Ostrze zawisło nad Wenzelem. Co innego mi pozostaje?
Wilcza łapa zacisnęła się mocno na drzewcu włóczni. Rycerz spojrzał na ostrze, a na jego pysku zatańczył terror. Deszcz spływał malutkimi kropelkami po stalowej klindze i kapał na zawiniątko koców i futer. Przez chwilę Tancredowi wydawało się, że to już nie woda. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz, który nie miał nic wspólnego z zimnem. Dopiero w tej chwili naprawdę poczuł to, co musiał czuć Wood przez cały ten okropny dzień. Gdy dowiedział się, że w zamku nie ma Raelyn i ich syna, strach zajrzał do jego duszy. W lesie zaczął szeptać do jego uszu. Teraz, gdy ostrze sztyletu wycelowało w Wenzela na jego oczach, zaledwie dziesięć kroków dalej, a on był bezsilny, trauma wyrywała mu serce z klatki.
- Ty bydlaku… - głos, który wyrwał się z jego gardła był czymś pomiędzy wrzaskiem, a desperackim skomleniem. – Kim trzeba być, żeby zabijać syna na oczach ojca?!
- Lordem – odpowiedział Skylark z zaciśniętymi zębami i wziął zamach.
- NIE! – zawył Tancred.

Sztylet po raz kolejny zawisł w bezruchu. I wtedy wilk zobaczył to. Łapa trzymająca okrutne narzędzie drżała. Cały Balan dygotał, kiedy przeniósł roztrzęsione spojrzenie z syna na ojca.
- Proszę – jęknął błagalnie wilk. Opuścił włócznię, która, nie wiedział kiedy i jak, uniosła jego łapę celując w Skylarka. – Nie możesz mi tego zrobić.
Skylark dyszał ciężko, jakby właśnie wtoczył na tę przełęcz ciężar nieporównanie większy, niż zawiniątko ze szczeniakiem. A cisza dzwoniła w uszach Tancreda.
- Nie. Nie mogę… - przyznał po chwili z bezsilną rezygnacją. – Ale też… nie mogę się poddać...
- Więc czego ode mnie chcesz? – przerwał mu wilk sfrustrowany. – Nie przepuszczę cię. Odebrałeś mi Raelyn, ty cholerny skurwysynu. Syna nie odbierzesz!
- Muszę.
- DLACZEGO, DO CHOLERY?!

Grzmot wstrząsnął okolicą.

- Wcześniej powiedziałem, że nie zrozumiesz, ale teraz… musisz zrozumieć! NIE MIAŁEM WYBORU! Mają mojego syna, mojego jedynego syna. Twoja Raelyn i wasze dziecko… to… to mój okup – wyjaśnił lis z rezygnacją, spuszczając oczy na małego Wenzela.
Okrutna prawda poraziła jego serce i duszę bardziej, niż jakikolwiek miecz mógłby okaleczyć ciało. Nie powie mi dokąd ją zabrali! NIE POWIE! – skonstatował w tym momencie i poczuł jak boleść wyciska jego łzy. Wiem… bo ja bym mu nie powiedział.
- Musisz zrozumieć – naciskał Skylark – Dla mnie nie ma już nadziei, ale muszę ocalić syna.
Zaprawdę los był okrutny.
- Ja też.
Co miał teraz zrobić? Którą ścieżką iść, kiedy nie widać żadnej dobrej?
- Dokąd chciałeś go zabrać? – zapytał, gdyż Skylark milczał. – Dokąd zabiorą Raelyn? Po co?
Bał się, że nie otrzyma odpowiedzi. Bał się do tego stopnia, że wiedział, iż tak będzie. Lecz to nie powstrzymało pytań.
- Nie wiem nawet kim są.
Tak, jak przypuszczał. Odpowiedź jednak była tak przygnębiająca, że równie dobrze mógł przedtem wcale się jej nie domyślać.
- Nie puszczę cię – wycedził Tancred drżącym, ale stanowczym głosem. Emocje tak potężne nie mogły być stłumione. – Dobrze wiesz, że nie. A ty nie możesz zabić Wenzela, bo nie ocalisz syna. Nie możesz go zabić, bo nie będziesz nikim więcej niż porywacze twojego własnego syna. Nie możesz go zabić… bo nie jesteś w stanie. Poddaj się – zażądał. Lecz to ostatnie zostało uczynione tonem tak błagalnym, jakby to on był otoczony przez wrogów i skazany na śmierć.
Obaj wiedzieli, że Murtagh obedrze Balana ze skóry. To samo zrobi z nim samym, jeśli dowie się o jego romansie z Raelyn. Wenzela również czeka śmierć. Sama myśl o tym rozdzierała mu serce.
- Nie! – sprzeciwił się Balan. – Zabiją go. A jeśli go zabiją… Nie mogę żyć z tą świadomością. Ze świadomością, że się poddałem, że nie zrobiłem wszystkiego. Ani żyć… ani umierać. Nie mogę się poddać! Tancred… wiem, że odebrałem ci Raelyn, wiem, że nienawidzisz mnie teraz i rozumiem to, ale… błagam… daj mi szansę!
Rozpacz w jego głosie i łzy w jego oczach były szczere jak diament.
- Nie ma rozwiązania dla tego impasu. Te więzy… nie można ich już rozplątać. Możemy je tylko przeciąć! Wiesz o tym!
Rycerz doskonale rozumiał słowa lorda. Prosił o wiele. Tancred był w wyśmienitej pozycji, by odmówić. Miał go w pułapce. A jednak… czy mógł mu zaufać? Cóż za głupie pytanie. Wydarzenia tej nocy były odpowiedzią. Przypomniały mu się jego własne słowa z porannej narady. „Pewnie myślą, że nie pozostawiono załogi, tylko dlatego, że Carrosh leży z dala od granic. Nigdy nie należy popełniać tego błędu.” Zostawił załogę i zamek w rękach zdrajcy. A z nimi rodzinę. Ale przecież nie miał prawa wiedzieć!
- Nie masz wyboru! – warknął zniecierpliwiony lis. – Jeśli tu wrócą, wyjawię Twój sekret! Zrobię to! – zagroził. – Nie masz wyboru! Jeden z nas musi zginąć tej nocy!
Nie mógł przewidzieć co zrobi Skylark. Odmowa oznaczała dla niego koniec nadziei na ratunek dla syna. Ujrzał w wyobraźni obłąkaną rozpacz w oczach białego lisa i sztylet opadający przy akompaniamencie słów: „Jeśli mój syn ma zginąć, twój również zapłaci życiem!”
Powiedział, że nie zabije, lecz… co, kiedy emocje wezmą górę? A może po prostu cisnąć włócznią? Lecz nie mógł tak ryzykować. Mógł trafić Wenzela. Martwy lis mógł go upuścić. Mógł go przygnieść swoim ciężarem.
A poza tym… Balan Skylark był dobrym człowiekiem i honorowym rycerzem. Tak jak ja.

I zdrajcą. Tak jak ja.

Zasługiwał na to. Żaden z nich by tego nie zrobił. Żaden nie użyłby włóczni. A przynajmniej nie Tancred. Nie mógłby. Nie byłby w stanie. Z wielu powodów.
Kiedy wilk przemówił, uczynił to z ciężkim sercem. Ale wiedział, że czyni właściwie.
- Zgadzam się Skylark. Niech zdecydują miecze.
Lis wypuścił głośno powietrze. Prawie jakby odetchnął z ulgą. Zagrzmiało, tym razem znacznie dalej. Deszcz jednak padał nieustannie. Grot włóczni wgryzł się w błotnistą ziemię, a chwilę później opadli na nią z głuchym plaśnięciem obaj rycerze. Ich spojrzenia ponownie spotkały się. Ani oczy, ani twarze nie zdradzały jednak niczego. Były jak maski. Przez kilka chwil żaden z nich nie był w stanie wykrztusić słowa.
- Dziękuję… - wymamrotał wreszcie Skylark spuszczając wzrok.
- Pokaż mi syna – zażądał Tancred nie zwracając uwagi na słowa lisa. – Muszę wiedzieć na pewno, że nic mu nie jest.
Lord posłusznie odsłonił poły materiału ukazując główkę wilczka.
- Jakim cudem wciąż śpi?
- Laudanum. Obudzi się około południa – wyjaśnił lis.

Z obu stron drogę obejmowały niewysokie skarpy. Biały lis stanął przy jednej z nich i znalazł suche, osłonięte przed ulewą i wiatrem zagłębienie w jednym z wielkich głazów. Tam położył Wenzela.
A ja go stamtąd zabiorę – zawyrokował w duchu Tancred. A później zajął pozycję, by stoczyć najważniejszą walkę swojego życia.

Balan zdjął płaszcz i przewiesił go przez siodło swego wierzchowca. Chwilę później dołączył do wilka czekającego nieopodal.
Rycerz był gotowy do pojedynku. Powitał Skylarka z obnażonym mieczem i niewzruszoną ekspresją. Jego matowy czarny pancerz i lekka kolczuga nie były w stanie zapewnić mu takiej ochrony, jak szczelne płyty Tancredowi. W zamian dysponował prawie nieograniczoną swobodą ruchów, czego wilk nie mógł powiedzieć o sobie. Wystarczył też rzut oka, by zauważyć, że surowiec, z którego wykonany był rynsztunek jego przeciwnika, był wyśmienitej jakości. Koniec końców, Stalowa Pieśń zawdzięczała czemuś swą nazwę. Ilekroć wybuchła wojna i rosło zapotrzebowanie na dobry oręż, powiększał się majątek Skylarków. Lecz Lorda Balana nie uchroni tej nocy nawet najlepszy metal.

Lis ledwo zdążył wyswobodzić swoje ostrze, a już miał pełne ręce roboty. Tancred runął na niego z górnego otwarcia, lecz szybkość i refleks nie były po jego stronie. Jednak sama siła uderzenia niemal wytrąciła broń z ręki jego przeciwnika. Widząc to, wilk błyskawicznie uderzył z lewej. Klinga Skylarka odskoczyła i dostrzegając otwarcie rycerz ciął z nadzieją na szybki koniec. Nic z tego! Lis wymknął mu się i natychmiast zwiększył dystans.
Ta walka była inna niż wszystkie. Emocje rozsadzały go od środka. Nie zamierzał dawać Skylarkowi czasu na wyprowadzenie własnego ataku. Natychmiast wymierzył niebezpieczne pchnięcie z góry, tym razem jednak lis sparował i sam wyprowadził błyskawiczny cios. Sztych dosiągł napierśnika pod lewym ramieniem Tancreda, jednak cios nie był w stanie mu zaszkodzić. Spróbował kolejnego cięcia, lecz lisi lord odskoczył z gracją, na którą pozwalała mu jego lekka stalowa anima. Tyle wystarczyło wilkowi, by ocenić, że lis chce go zmęczyć i liczy na kontry. Po części rozumiał taką taktykę. Miał przewagę w szybkości, on w sile. Oddawanie inicjatywy nigdy jednak nie było dobre. Broniący zawsze kiedyś popełni błąd.
Skoczył z kolejnym pchnięciem, znów z góry, tym razem z lewej. Skylark odbił atak uderzając z opozycją na tyle skutecznie, że Tancred musiał uchylić łeb. Następny cios przyszedł z dołu. Wilk ponownie przyjął go na zbroję. Tym razem poczuł uderzenie, jednak sam wreszcie miał otwartą drogę i ciął ile sił w łapach. Lis był szybki jak wiatr, teraz jednak sztych liznął go pod pachą, dokładnie tam, gdzie kończył się pancerz. Balan syknął z bólu, nim jednak zdołał się zorientować, Tancred przywalił mu głowicą w pysk. Lord zatoczył się do tyłu i prawie upadł w błoto.
Miał go. Tam gdzie chciał. Bezbronnego. Teraz powinien skończyć. Uderzyć z boku, pchnąć z dołu, prosto w brzuch. Nie zrobił nic.
Ta walka była inna niż wszystkie. Miał wszelkie powody. MIAŁ SŁUSZNE POWODY. Czuł gniew. Nienawiść do tego, który stał przed nim, dysząc i krzywiąc twarz w grymasie bólu. Jego ból był słodki jak miód. Żałował go. Współczuł mu. Co ty wyprawiasz?! – pomyślał. – Zabij!
Chciał więcej bólu. Więcej bólu na jego twarzy. Niech cierpi! Odebrał mi Raelyn! Jak ją odnajdę? …prawie odebrał syna! Obraz wijącego się w agonii i błagającego o śmierć lisa stanął mu przed oczyma. Krew i łzy. Był jak szczęście.

Tak, jak jemu odebrali…

Był ohydny… przerażający. Jak zdrada.

Zemdliło go od huraganu myśli, który szalał w jego umyśle. Uczuć w jego duszy. To nie on. Jak mógł go tak nienawidzić? Jak mógł tak mu współczuć?!

Ich spojrzenia spotkały się. Skylark wydawał się zdziwiony.
- Miałeś mnie. Dlaczego nie skończyłeś? – zapytał. Z wargi spływał strumyczek krwi. W ciemnościach nocy była czarna jak smoła. Wyrazista na mokrym szaro białym futrze.
Tancred spojrzał na niego z wściekłością. Mógł dosłownie poczuć jak słowa te przerwały tamę, a maelstrom jego uczuć uderzył w kierunku tej wyrwy. Potem był już tylko rwący, śmiertelny nurt.
- BO NIE ZASŁUGUJESZ! – wydarł się obnażając kły. – Słyszysz?! Będziesz cierpiał! Będziesz błagać o śmierć, zdradziecka kurwo!

Nie myślał już. Tylko czuł. Jakby był pijany. Rzucił się w kierunku Balana z potężnym zamachem i furią w oczach. Skylark wiedział jednak lepiej, by nawet próbować kontrataku. Zszedł z linii ciosu parując atak. Zdążył wyprowadzić cięcie. Sztych pocałował pierś rycerza, lecz cóż z tego? Porządna rysa na zbroi. Po raz kolejny uciekł z krótkiego dystansu, poczekał na pchnięcie i równocześnie wyprowadził własne. Przy barbarzyńskim wręcz okrzyku Tancreda klingi zderzyły się z okrutnym szczękiem metalu, aż poszły iskry.
Na nieszczęście wilk zdołał przyjąć jego sztych na silną część swojego ostrza. Balan zdążył tylko poczuć ukłucie strachu, nim nadeszło to, co nieuniknione. Jego miecz odskoczył na bok, a uderzenie serca później…

Tancred ciął straszliwie przy łokciu. Miecz przeleciał przez ciało i kość, jakby przez wodę. Wykorzystał siłę rozpędu i obrócił się przez lewe ramię. Błyskawicznie znalazł się za przeciwnikiem i uderzył potężnie pod kolanem. Bezlitosna stal rozchlastała mięśnie i ścięgna, przejechała po kości. A w sekundę później lis zwalił się na ziemię, wznosząc ku niebu agonalny wrzask. Lewa łapa natychmiast złapała za kikut, który pozostał na miejscu prawej. Nie zostało już żadnej by sięgnąć do ohydnej rany na nodze. Gdyby Balan miał przeżyć, nigdy nie odzyskałby pełnej sprawności.

Tancred stał nad wijącym się w męczarniach białym lisem. Stał w bezruchu. Po prostu patrzył. Widział to przed chwilą w swej wyobraźni. Krew płynęła, mieszając się z błotem i wodą, lgnęła do futra i barwiła je. Połowa lewej nogi lisa trzymała się reszty na strzępach mięśni. Początkowe wrzaski przeszły w głośne, żałosne jęki, którym akompaniował szum deszczu. Krew płynęła. Płynęła obficie.
W tym momencie niebo rozdarła ogromna błyskawica, a przełęczą wstrząsnął grom. Obudził się. Tak, jakby ten szał był tylko snem. Widok nie sprawił mu przyjemności. Widział to, zanim się zdarzyło i czuł coś innego, a teraz… Był przerażony. Nie widokiem. Uczuciami. Wypuścił miecz. A może sam wypadł mu z rąk?

Co ja zrobiłem?! Bogowie… Co się ze mną stało?!

Padł na kolana. I wtedy poraził go przenikliwy ból. Kiedy złapał się za lewe udo, natrafił na rękojeść. Małą, nie od miecza. Od sztyletu. Poczuł jak ciepła posoka spływa po jego nodze. Spływała wartko. Trafił? Tego nie wiedział. Z pewnością jest blisko. – Umrę?
Dziwnym zbiegiem okoliczności, ta myśl uspokoiła go. Może tak będzie lepiej?

Podpełzł do konającego w błocie lorda. Jego oddech był płytki i rwany. Wyczuł go jednak i otworzył przekrwione oczy. Przez chwilę patrzyli na siebie. Gorące oddechy unosiły się z ich pysków zmienione w kłębki pary w chłodnym powietrzu.
- Trafiłem? – wycharczał wreszcie Skylark.
Wilk raz jeszcze obejrzał swoją nogę. Krew wymykała się z jego ciała wartkim strumieniem, czy jednak dostatecznie mocno? Zrobiło mu się słabo.
- Nie wiem – stwierdził mimo to. A potem, nie wiedząc co powiedzieć, zapytał: - A ja?
Przez chwilę zapanowała między nimi niezręczna cisza. Wreszcie Balan parsknął cicho. Potem głośniej. A potem zaniósł się śmiechem, śmiechem, który łatwo ktoś mógłby pomylić z jękami torturowanego jeńca. Rechot udzielił się również Tancredowi, jednak tylko na moment. Dlaczego się śmiał? TO CHORE! Lis śmiał się jeszcze chwilę, aż dopadł go okropny kaszel.
- M-możemy…? – wykrztusił, kiedy zdołał go stłumić. Na jego pysku nie było już nawet cienia wesołości sprzed chwili.
Wilk kiwnął głową z powagą i dobył własnej mizerykordii. Kiedy ostrze zawisło nad jego piersią, położył zakrwawioną lewą łapę na łapach Tancreda dzierżących sztylet.
- Dziękuję… z-za… za honorową śmierć – wyszeptał.
- Przepraszam za bałagan - odrzekł Tancred patrząc na broczący krwią kikut prawej ręki lisiego lorda. Ból musiał być okropny. - Nie wiem co we mnie wstąpiło.
Balan stłumił nagły atak kaszlu.
- Słuszny gniew, przyjacielu - wyjaśnił po chwili.
- Nie byłeś zdrajcą – zapewnił go Tancred wkładając mu w dłoń rękojeść sztyletu. Ujął ją następnie w swoje własne. Pomoże Balanowi.
- Byłem. – Skylark obrócił głowę w stronę szczeliny, w której spał Wenzel, nieświadomy rozgrywającej się wokół tragedii. – Lecz czasem musisz dokonać wyboru… M-może niedługo… g-go… zobaczę? - zapytał po chwili retorycznie.
Wpatrywał się tak jeszcze przez chwilę w tym kierunku niewidzącym wzrokiem, aż wreszcie zwrócił się z powrotem do Tancreda i nie ufając już głosowi, kiwnął głową.
Sztylet opadł. Duch opuścił ciało z cichym westchnieniem. A z westchnieniem słowo opuściło jego usta. Słowo, którego Tancred uczepił się ze wszystkich sił. Imię... Zabrzmiało odrażająco i ostro jak brzytwa, lecz pochwycił je mocno swoim umysłem. Może nic mu nie da. A może... w razie gdyby przeżył... Westchnął, a potem zamknął lordowi oczy i polecił w myślach bogom.
Wciąż go nienawidził. I współczuł mu.

Zauważył, że nie ma już sił, by wstać. Ich ostatkiem doczołgał się jakoś do skały. Jego syn spał. Było tam sucho i bezpiecznie. Jego syn będzie żył. Ocalił go, pokonał przeciwnika w honorowej walce. Dla niego. I choć rozpacz i żal nad stratą Raelyn paliły mu serce, choć jednocześnie nienawidził i żałował Skylarka, który odpowiadał za to nieszczęście, które zniszczyło życie kilku osób, patrząc na małego Wenzela czuł rozpierającą dumę i radość, że mu się udało. A lord Balan zapłacił za swoją zbrodnię najwyższą cenę. Czy sam popełniłby ją dla Wenzela i Raelyn? Czy także gotów byłby ponieść wszelkie jej konsekwencje?

"…czasem musisz dokonać wyboru…"

Czuł jak siły go opuszczają. Mógł już tylko leżeć i patrzeć na małego wilczka. Smutek doskwierał, że nie będzie mógł oglądać jak dorasta, lecz pomyślał sobie: To dobra śmierć. Takiej jak ta, nie trzeba się bać.
Nie czuł już chłodu. Słyszał tylko miarowe, coraz głośniejsze, coraz szybsze bicie swojego serca rozpaczliwie pompującego krew, której przecież ubywało z każdą minutą. Nie odrywał wzroku od swego syna. Uśmiechnął się. Umieram, a moje dzieci są przy moim łożu – pomyślał. Światło zaczęło się zbliżać.
- Sir Tancredzie…
Cicho. Bogowie nie dbają o tytuły.

Było już jasne jak słońce. Już nie widział Wenzela. Już musiał zamknąć oczy, nie mogąc utrzymać ciężaru własnych powiek. Ale ciemność też była dobra…
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. IV [+18]
Wysłano: 26.02.2013 23:12
Panserbiorne
Zwierzę
Strasznie współczuję temu wilkowi... Raniony sztyletem w udo. Nie jest to jakoś śmiertelna rana, szczególnie jeśli wcześniej wspomina się o zbroi którą nosi ów rycerz. W udzie też nie masz żadnej ważnej żyły. jakby ciął go pod pachwinę albo coś to jeszcze. Trwałe kalectwo bardziej do mnie przemawia :> No ale poza tym chyba jest dobrze. Nie widzę jakiś większych błędów.

0
(+0|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. IV [+18]
Wysłano: 26.02.2013 23:24
Wilk
Anthro
W udzie jest tętnica udowa. BARDZO ważna. Można się szybciutko wykrwawić. Lis mógł znaleźć miejsce na cios. Dla mnie jak najbardziej możliwe.

1
(+1|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. IV [+18]
Wysłano: 26.02.2013 23:33
Panserbiorne
Zwierzę
Dobrze, źle się wyraziłem bo udo to jest całkiem spory kawał ciała. Ale tętnica udowa znajduje się blisko pachwiny (i w tym miejscu jedynie można się do niej dobrać bez wyrąbywania kawałka ciała) A to miejsce w zbroi jest bardzo dobrze chronione. Właśnie dla tego, żeby rycar się nie wykrwawił. Mniej więcej w tym miejscu ma się szorcę kolczą. Mówię, do mnie po prostu nie przemawia. Ale Twój świat i Twoje kredki.

2
(+2|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Prolog cz. IV [+18]
Wysłano: 27.02.2013 0:11
Wilk
Anthro
Musielibyśmy się wdać w dyskusję jak konkretnie wyglądała zbroja Tancreda, czy Balan mógł tak skierować cios, by ją ominąć, albo czy mógł nadać uderzeniu taką siłę, by mizerykordią przebić kolczugę, albo... albo... albo...

To nie jest kwestia czy ja się uprę, bo na pewno nie będę polemizował na polu, na którym masz nieporównanie większą wiedzę ode mnie. W tym miejscu stoję jednak przed wyborem: zachować zgodność historyczną najbardziej jak to tylko możliwe kosztem dramatyzmu w utworze, czy odwrotnie? Zdecydowanie wolę poświęcić troszkę realizmu na rzecz kolejnego zwrotu akcji. Zresztą... to odziani w pancerze wilk i lis toczą ze sobą pojedynek na miecze w świecie, który nigdy nie istniał! Pozwólmy znów zadziałać licentii poetica, nawet jeśli nie ma najmniejszych szans na przecięcie sztyletem tętnicy w udzie rycerza odzianego w płytówkę ;)