Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.2  
Autor: MFarley
Opublikowano: 2014/1/5
Przeczytano: 499 raz(y)
Rozmiar 11.17 KB
1

(+1|-0)
 
Latem o tej porze było tłoczno. Po ciężkim dniu na polach chłopi schodzili się do Osgara, by odsapnąć, porozmawiać i ugasić pragnienie winem i spienionym piwem. Wieczór gonił wieczór w gwarze podniesionych głosów, jednak bez awantur, choć Kapliczka przyciągała również cudzoziemców w podróży, kupców, a niekiedy i typków spod ciemnej gwiazdy. Tonęli oni jednak w głośnym rozgardiaszu stałych bywalców. W większości byli nimi starcy zbyt słabi i powyginani by nadawać się do czegoś innego, poza żarciem, piciem i zrzędzeniem. Siedziało ich przy ławach około tuzina. Sączyli piwo, pykali fajki wypełniając izbę gryzącymi, ziołowymi oparami i dyskutowali. Co chwila któryś podnosił głos i pozostałe samce równały do niego, powodując jeden wielki jazgot.
- Jak takie cietrzewie – mruknął pod nosem Osgar i pokręcił głową z politowaniem.
- Przynajmniej nie warczą na każdego, kto wejdzie – odmruknęła mu Marta, korpulentna Niedźwiedzica. Osgar odwrócił się, by na nią spojrzeć. Nie była taka korpulentna, kiedy brał ją za żonę trzydzieści wiosen temu.
- Co ty tu robisz? Mówiłem ci, że nie lubię, gdy kręcisz się na dole, kiedy banda Alana jest tutaj – powiedział z pretensją w głosie i zaraz ukradkiem spojrzał w kierunku ciemnego kąta gospody, jakby bał się, że zostanie usłyszany. Właśnie tam wielki Rosomak i jego towarzysze rozsiedli się z kuflami w dłoniach i grali w kości od kilku godzin.
Alan nigdy nie był specjalnie lubiany w Raygne i okolicach. Nie przepadali za nim miejscowi, nie kochali go podróżni. Uczucia te odwzajemniał z lubością kiedy tylko mógł i koniec końców, odnalazł się w towarzystwie ludzi, którym dobro bliźniego leżało na sercu równie mocno. Rosomak do tytanów intelektu zdecydowanie nie należał, jednak kafar w pięści był tym, co pozwoliło mu zdobyć nieformalną dominację wśród okolicznych zakapiorów. Często ostatnio przesiadywali w karczmie, jako że Osgar rozsądnie zgodził się z ich sugestią, iż takie miejsce nie może zbyt długo ostać się bez ochrony. Pomny poprzednie pięćdziesiąt lat, kiedy interes prowadzili jego ojciec i dziad.
- Przesadzasz – Marta machnęła łapą lekceważąco. – Nie pójdę spać, dopóki Lamont nie wróci.
- Miał wyjść na chwilę – mruknął Osgar – nie ma kto kufli czyścić, a on gdzieś znika, gówniarz.
- Ja to zrobię – stwierdziła Marta sięgając po jedno z naczyń. Nim jednak zdążyła je schwycić silna łapa jej męża złapała ją za przegub.
- Ani mi się waż. Niedoczekanie, żebyś pracowała za niego – wycedził nie patrząc nawet na nią.

W tym momencie drzwi karczmy otworzyły się powoli i do środka ostrożnie wsunął się ich syn. Podszedł do szynkwasu z oklapłymi uszami i wzrokiem wbitym w podłogę czując na sobie rozeźlone spojrzenie ojca.
- To jest „chwila”?! – warknął Osgar ciskając w niego szmatą do wycierania naczyń.
Lamont ściągnął ścierkę z pyska i ze zwieszonym łbem poczłapał za ladę.
- Rozzłościłeś ojca – pogroziła mu palcem matka.
- Wiem. Przepraszam… - Lamont starał się zachować spokój, mimo mętliku jaki miał teraz w głowie.
- Jeśli wychodzisz na dłużej, to powiedz, że na dłużej – mruknął jego ojciec, już nieco łagodniej. - Mamy urwanie łba.
Nigdy nie gniewał się długo. I rzadko bez przyczyny.
Lamont zajął swoje miejsce u boku ojca i z nietęgą miną wziął pierwszy kufel do łapy. Nie był świadom, że matka przygląda mu się badawczo.
- Lamont, czy coś się stało? – spytała w końcu.
Zaskoczyła go tym pytaniem, gdyż był pewien, że udała się już na górę.
- Nie, skąd? - zapytał, siląc się na zmęczony ton. - Po prostu ciężki dzień i tyle.
- Marto, kochanie, wracaj na górę - poprosił Osgar już bardziej stanowczym tonem.
Chwilę później zostali sami, jeśli nie liczyć tłumu gości, który prawie wypadał przez okna.
- Kobieta? – tym razem zaatakował ojciec.
- …no.
Młodszy Niedźwiedź westchnął wycierając kufel. Jaki był sens w skrywaniu tajemnicy przed ojcem karczmarzem?
- Kto? – w głosie Osgara było słychać zrozumienie. To jednak jedynie bardziej krępowało jego syna.
- Tato…
Drzwi otworzyły się z impetem ściągając uwagę wszystkich obecnych w gospodzie. Gwar ucichł, a do środka weszło pięciu żołnierzy w pełnym rynsztunku. Pierwszy ściągnął hełm w kształcie wilczego łba, ukazując swój własny, podobny, lecz prawdziwy. Rozejrzał się po izbie ostrym spojrzeniem, jakby był właścicielem całego przybytku i ruszył w stronę szynkwasu. Klienci ustępowali mu z drogi w pośpiechu.
- Dokończymy to – obiecał synowi Osgar ściskając jego ramię pokrzepiająco. Lamont skinął zrezygnowany.

Wilk wyglądał imponująco w pełnej płytowej zbroi i czerwonym płaszczu. Ani trochę nie ustępował rozmiarami staremu Niedźwiedziowi. Na młodszego nawet nie zwrócił uwagi. W przeciwieństwie do niego - Lamont nie mógł oderwać oczu od rycerza.
- Aparycja jakby znajoma – zagadnął Osgar z uśmiechem – ino wilkiem na powitanie coś spogląda.
- Wilk tylko wilkiem może spoglądać. Ale ciesz się, panie Niedźwiedź, bo i wilczy apetyt ze sobą przynoszę - przywitał go rycerz wesoło. - Choć i po prawdzie… przysługę też… niedźwiedzią.
- Proszę, stało się! Sir Tancred sprawniej włada językiem, niż mieczem! Dawno cię u nas nie było.
- Niewiele ostatnio podróżuję - wyjaśnił Wilk opierając się o szynkwas. - Jednak teraz przywożę z sobą również zamieszanie - dodał ściszonym głosem.
- Gospody lubią zamieszanie. Zamieszanie jest opłacalne.
- Zależy kogo gościsz - odparł Tancred tajemniczo i nie czekając odpowiedzi wyszedł na środek izby. Bywalcy zdążyli już wrócić do swoich zajęć, teraz jednak znowu wszystkie spojrzenia spoczęły na potężnym rycerzu. Jedynie banda Alana w ciemnym kącie zdawała się nie zwracać uwagi na nowoprzybyłych. Albo też sama unikała zainteresowania rycerzy.
- Chłopy, koniec hulanek! – oznajmił stanowczo dowódca. – Idźcie do chałup, gospoda jest zamknięta.
- Takie buty - mruknął pod nosem Osgar.
Po izbie potoczyły się pomruki dezaprobaty, które ucichły pod wpływem zmarszczonego wilczego czoła. "Chłopy" podnosili się powoli z miejsc, niektórzy przy akompaniamencie stęknięć i reumatycznych jęków. Wyczłapywali z karczmy w ciemną noc rzucając ukradkowe spojrzenia na gwardzistów i ich dowódcę. Tancred zauważył, że jego komunikat był nazbyt enigmatyczny dla grupy siedzącej w kącie izby.
- Hej, wy! – zawołał zmierzając powoli w ich kierunku. – Ogłuchliście?!
Osgar wraz z synem zamarli czekając na rozwój sytuacji. Banda Alana często nastręczała kłopotów przejezdnym kupcom i podróżnikom, ale żeby wdawać się w zatarg z wojskiem? Niedźwiedzie nie były tego świadome, ale czujne oczy i nosy gwardzistów wyczuły ich napięcie i postąpili kilka kroków do przodu, w kierunku stolika watażki.

Brak światła nie przeszkodził Tancredowi w odróżnieniu osób przy stole. Prócz olbrzymiego Rosomaka siedziały tam dwa Lisy, Wilk, Lamparcica i wyjątkowo wyrośnięty Szop.
- My nie hulaliśmy - odparł po chwili Rosomak.
- A chcecie? - zapytał rycerz opierając dłoń na rękojeści miecza.
- Ależ sir - zagadnął jeden z Lisów z przejęciem - szanowny pan Osgar najął nas, byśmy ochraniali przybytek, gospoda… - zamilkł uciszony gestem Wilka. Tancred spojrzał pytająco na Niedźwiedzie. Osgar z synem stali osłupiali nie mając pojęcia co zrobić. Rycerz jednak zbyt wiele razy widział strach na ludzkich obliczach, by nie rozeznać się w lot w całej sytuacji.
Bandzior nie zdążył nawet mrugnąć, kiedy Wilk wyciągnął go z miejsca i przygwoździł do drewnianego filara. Pozostali skoczyli na równe nogi, zamarli jednak równie szybko, kiedy zobaczyli błyszczącą śmierć wpijającą się boleśnie w szyję zszokowanego Alana.
- Czy mam mu wyrżnąć na gardle zaproszenie do wyjścia?
Przenikliwa cisza zawisła w powietrzu i jakby sparaliżowała wszystkich opryszków. Alan jednak, jakkolwiek powolny na umyśle, wyraźnie widział przed sobą drzwi gospody, albo dziurę w ziemi.
- Wychodzimy - wycedził siląc się na spokojny ton.
- Jazda. Łapy na widoku - warknął Tancred i odstąpił na bok, by zrobić im miejsce. - Jeśli zobaczę któryś z waszych pustych łbów gdziekolwiek w pobliżu wsi, poważnie rozważę czy są wam jeszcze potrzebne.
Stal wsuwana do pochwy niebezpiecznie zaakcentowała tę groźbę. W kilka sekund izba była pusta.

Chwilę potem dało się słyszeć pospieszne kroki na schodach i w izbie pojawiła się Marta.
- Na bogów, co tu się wy… - zaczęła przerywając w pół zdania, kiedy zobaczyła przyczynę zamieszania.
- Na bogów! Sir Tancred!
- Witaj, Marto - powitał Niedźwiedzicę z przyjaznym uśmiechem, tak różnym od lodowatego grymasu, którym jeszcze przed momentem odprowadzał bandziorów.
- Dawno cię u nas nie było, panie - uśmiechnęła się Marta. - Co was sprowadza o tak późnej porze? Czy aby nie głodni, zaraz przygotuję posiłek i…
- Z ochotą, Marto, proszę jednak, zaczekaj chwilę, najpierw wyjaśnię jak sprawy stoją - powiedział rycerz opierając się o szynkwas i gestem nakazując, by zrobili to samo.
- Wspominałeś o zamieszaniu? - spytał Osgar obejmując ramieniem żonę.
- Niestety… obawiam się, że zabawimy trochę czasu w Raygne i… będzie trzeba zaprowadzić we wsi specjalne porządki.
- A "my" to…? - zaciekawiła się Niedźwiedzica.
- Hmm… wszystko w swoim czasie. Niech wam jednak będzie wiadomo, że eskortuję wicehrabiego Wenzela Dormera.
- O rany! - prawie krzyknął Osgar. - Takiej persony nie widuje się na co dzień!
- Na bogów… - wyszeptała Marta.
- Potrzebuję najlepszej kwatery dla jego hrabiowskiej mości i stancji dla piętnastu ludzi.
- Naturalnie. Natychmiast się tym zajmę - zapewnił gospodarz. - Lamont, słyszałeś. Leć na górę, przygotuj pokój. A wy, panie? - zwrócił się do Tancreda.
- Wezmę kwaterę z ludźmi. Osgarze… - zawahał się na chwilę rycerz - przykro mi, ale muszę zamknąć gospodę.
Niedźwiedź spodziewał się to usłyszeć. Pogodzenie z utratą sporej części utargu musiał jednak odłożyć na później. Teraz był czas działania. Kiwnął tylko głową ze zrozumieniem. Natychmiast zabrali się do roboty. Marta wpadła do kuchni jak huragan. Chwilę później mąż przybył jej z pomocą.
Sir Tancred zarechotał tylko i pozwolił spocząć swoim żołnierzom, którzy zaraz usiedli przy jednej z ław i wdali się w rozmowę.
Jeżeli teraz wpadają w taki popłoch, to co będzie się działo, kiedy on przybędzie? – pomyślał rycerz stając u wejścia i obserwując jak spowite cieniem sylwetki jeźdźców skręcają powoli w kierunku gospody.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.2
Wysłano: 5.01.2014 0:21
Wilk
Anthro
Ewidentnie mam problemy z "cywilizowanymi godzinami" :|

W każdym razie - miłej lektury ;)