Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.3  
Autor: MFarley
Opublikowano: 2014/1/5
Przeczytano: 577 raz(y)
Rozmiar 8.85 KB
1

(+1|-0)
 
Wóz toczył się po drodze między chałupami, a Daven pogrążył się w rozmyślaniach. Jego spojrzenie spoczęło na chwilę na nowym kole. Gdybym nie spotkał ich na swojej drodze…
Pozostawienie ładunku mogło zakończyć się jego utratą. Wprawdzie większość utargu wpłacił do banku w stolicy, jednak wiózł z Dalarenz podarunki dla swojej rodziny. Wśród nich było coś szczególnego, a o czym wiedział niewiele. Przeczucie jednak podpowiadało Davenowi, że powinien to ukryć na czas transportu.

Rosnąca ekscytacja kazała mu wnet porzucić tajemnicę. Za każdym razem przeżywał ten moment z tą samą spontaniczną radością. Już za chwilę ujrzy swoje gospodarstwo i tych, dla których bez wahania, rok po roku, wyrusza w tę niebezpieczną i znojną wyprawę. Konie, jakby zachęcone jego ożywieniem, same przyspieszyły, czując, że ostatnia stajnia już blisko.

I oto ono! Jego obejście wyłoniło się zza niewielkiej szopy. Stało tam, odrobinę oddalone od reszty wioskowych zabudowań. Wcale okazała chałupa wyrastała z ziemi na samym przedzie zagrody, szepcząc świadectwo o pracowitości jej właściciela. Okna zapraszały do środka, nawołując przyjaznym, żółtym światłem. Daven oparł się jednak pokusie szybkiego spotkania z rodziną i zatrzymał wóz przed bramą.
Ubita ziemia tego podwórka pod jego łapami była przyjaźniejsza niż odległe dywany traw, czy pewny i mocny kamień miejskich placów. Wspaniale było móc znów rozprostować kości we własnych progach i spokojnie chłonąć to miejsce, po tak wielu dniach. Po tak wielu milach.
Podjazd prowadził między zabudowaniami, wprost na podwórze na tyłach. W centrum przysiadła spokojnie kamienna studnia. Wszystko było zadbane i uporządkowane, tak, jak w dniu, kiedy opuszczał Raygne.
Zostawił zaprzęg i zamknąwszy bramę ruszył w kierunku drzwi. Z bijącym sercem i radosnym ogonem wbiegł cicho po schodkach. Kiedy jednak położył łapę na klamce, zatrzymał się w swym radosnym pędzie. Zamknął na chwilę oczy i rozkoszował się ostatnimi sekundami oczekiwania. Wreszcie, przygotowany na liczne uściski, najciszej jak umiał, nacisnął klamkę i zajrzał do środka.

Światło z czarnej izby wpadało do sieni. Wilk wsunął się do środka dyskretnie zamykając za sobą drzwi. Otuliło go ciepło i zapach domu. Czas schronił się przed światem w ciemnych zakamarkach chaty. Ogień kołysał się spokojnie na palenisku, a w jego blasku Daven dostrzegł dwie drogie mu sylwetki. Oparł się o ścianę i przez chwilę po prostu patrzył.
Ellin i Hogan ani drgnęli - chłopiec siedział na podłodze z głową opartą na kolanie matki, a ta głaskała go czule. Gdyby nie znużenie, byłby tak stał do brzasku poranka. W końcu jednak, rozdarty między dalszym syceniem oczu tym słodkim widokiem, a przemożną potrzebą objęcia ich i przyciśnięcia do piersi, odchrząknął lekko.
Wilczyca drgnęła i natychmiast obróciła głowę. Daven o mało się nie roześmiał widząc zdumienie na jej pięknym obliczu. Prędko ustąpiło ono miejsca radosnemu zrozumieniu. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, jednak żaden dźwięk ich nie opuścił. To ten czarujący, szczery uśmiech poruszył nim tak bardzo, że w następnej chwili był już przy niej, zatopiony w błękicie jej spojrzenia.
Delikatnie ujął jej aksamitny policzek, a ona przycisnęła jego dłoń swoją własną, lgnąc do pieszczoty i mrużąc oczy. Pochylił się i ucałował jej czoło. Delektował się jej zapachem. Przez chwilę nic się nie liczyło.
- Jak twoja podróż? - spytała, kiedy wyprostował się, by znów na nią spojrzeć.
- Z przygodami… ale bezpieczna - odpowiedział jej mąż nalewając sobie wina. Rozsiadł się wygodnie na krześle i porządnie wychylił kubek. - Wszystko wam opowiem, ale… gdzie Jorg i Finn? Już śpią?
Ellin spochmurniała nieco, kiedy przypomniała sobie o nieprzyjemnych wydarzeniach tego wieczoru. Daven dostrzegł tę zmianę na jej twarzy, nim jednak zdążył zapytać, Wilczyca nagle zaniepokoiła się.
- Zaraz… przecież są na zewnątrz. Nie spotkałeś ich?
Daven pokręcił głową czując jak jego radość z powrotu spowija cień.
- Myślałam, że są na podwórzu…
- Ellin, skarbie… co się stało?
Nie musiał pytać czy coś się stało. O tym był już przekonany.
- Rozmawialiśmy… długo by mówić, pokłócili się trochę…
- O co się pokłócili? Dlaczego wyszli z domu o tej porze?
- Ach… - Ellin chwyciła się za głowę - to być może moja wina… Rozmawialiśmy o Suzette, chciałam go przekonać, potem chłopcy zaczęli sobie żartować i… ja już nie wiem co robić - westchnęła zrezygnowana. - Finn nie chce rozmawiać… nie jest sobą od kilku tygodni.
- …powiedziałaś mu?
- Nie. Oczywiście, że nie - zapewniła go.
- Idę ich szukać.

Daven bez zastanowienia wstał i ruszył w stronę drzwi.
- Idę z tobą – oświadczyła Ellin natychmiast.
- Nie – zatrzymał ją zdeterminowanym głosem. - Kochanie, zostań proszę i przygotuj mi coś do jedzenia i kąpiel. Cuchnę traktem. Sprowadzę chłopców nim się obejrzysz.
Ellin wyglądała jakby chciała oponować, lecz szybko zmiarkowała, że lepiej nie zatrzymywać go jeszcze dłużej.
- Daven…
Wilk obrócił się w progu, by spojrzeć na swoją żonę.
- Bądź ostrożny. Ja… czuję, że coś go dręczy. Powinniśmy z nim pomówić na osobności.
Skinął tylko głową i zniknął w ciemności.

Jedynie świerszcze dyskutowały na dworze, mącąc ciszę. Daven oddalił się od chaty i z oceanu zapachów, których nie sposób było zliczyć, wyłowił trzy. Jeden był niewątpliwie niedźwiedzi, ale to nie zaprzątnęło jego myśli, pozostałe dwa, podobne do jego własnego, lecz jednocześnie inne. Wyczuł strach w zapachu Finna. Ale też gniew i to zmartwiło go naprawdę, gdyż nieczęsto widział swojego średniego syna rozgniewanego. To uczucie nie było niczym niezwykłym w przypadku najstarszego Jorga, ale Finn… Ostatecznie jednak miał swój trop. Skoncentrowany na nim natychmiast ruszył przed siebie. Zapach prowadził na tyły zagrody i dalej na pola. Bez zastanowienia przeskoczył przez ogrodzenie, gdzie wonie były silniejsze. Zwłaszcza ta należąca do białego Wilka.
Przed nim rozciągało się morze srebrzystych kłosów. Pole falowało kołysane delikatnymi muśnięciami wieczornego powiewu. Wilk zanurkował w zbożu, kierując się na drugi brzeg, na którym majaczyły czarne sylwetki drzew. Szczęśliwie dla niego trop był dość świeży i trudno było go zgubić.
Lipcowa spiekota unosiła się z gruntu, przyjemnie wypełniając noc. Orzeźwiający oddech nieba delikatnie wichrzył ciemne, szaro-brązowe futro Davena, on jednak parł naprzód. Las wcale się nie przybliżał, więc co chwila przyspieszał kroku, a srebrzyste kłosy ocierały się o niego, łaskocząc i drażniąc jego nieosłonięte przedramiona i pysk. Ostatecznie, sfrustrowany, nie mógł już zdecydować między szybkim marszem, a truchtem i ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonał biegnąc, dopóki nie zatrzymał się wśród drzew.
Otuliły go mrok i chłód – wytchnienie od spiekoty dnia, który dopiero co przeminął. W jego nozdrza uderzyła fala całkowicie nowych zapachów. Wyschnięta ściółka, melanż sosnowych igieł z aromatyczną wonią cedrów i cyprysów oraz zwierzęce tropy zmusiły go, by przystanął na chwilę. Nawet kiedy jego wyczulony węch przystosował się utrzymanie koncentracji na woni obu Wilków było bardzo trudne.
Nie chcąc zgubić tropu, zmuszony był zwolnić tępo swoich poszukiwań. Poirytowany, nie zwracał nawet uwagi na płonące, żółte ślepia sów i puchaczy, łypiące na niego podejrzliwie jak na intruza.
Ganianie po lesie po nocy. O czym więcej może marzyć mężczyzna po długiej podróży? Zaiste… chędogo.
Kilka minut później determinacja została nagrodzona. Trójkątne, czarne uszy Davena stanęły na baczność, kiedy tylko dotarł do nich pierwszy szmer strumienia. Nie była to jednak tylko i wyłącznie reakcja na szept nurtu, ale również pełen nadziei odruch, gdyż wraz z haustem świeższego, wilgotniejszego powietrza, dotarł do jego nosa również znacznie silniejszy niż dotychczas ślad obecności jego synów. Nie mogli być daleko.
Przebrnął jeszcze kilkadziesiąt metrów starając się unikać krzewów złośliwe czepiających się jego spodni, a między drzewami, w świetle gwiazd, ukazała się jego oczom granatowa wstęga strumienia pląsającego w swym kamienistym korycie. Nieopodal, pod ścianką wąwozu, siedziały dwie wilcze sylwetki.
Daven poczuł ulgę.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.