Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.4  
Autor: MFarley
Opublikowano: 2014/1/5
Przeczytano: 659 raz(y)
Rozmiar 14.34 KB
4

(+4|-0)
 
Gospoda była imponująca. Na kamiennej podmurówce przysiadły dwa piętra budynku skryte pod spiczastym kapeluszem krokwiowego dachu. Słomiana strzecha w nocy miała siny odcień. Na podwórku przed budynkiem były jeszcze stajnia i wozownia, wniesione z pociemniałego drewna.

Zatrzymali się na podjeździe i ledwo Wenzel zdążył dotknąć ziemi łapami, a z budynku wypadł młody Niedźwiedź i z przesadną gorliwością przyklęknął przed pierwszym gwardzistą, którego zauważył.
- Witaj w naszych skromnych progach, czcigodny panie – wyrecytował chłopak nieco onieśmielony. Wenzel parsknął śmiechem, kiedy strażnik spojrzał na niego skonfundowany tą pomyłką. Spod ukształtowanego na wilczy łeb hełmu widać było czarny pysk młodego Renarda Trawortha – najmłodszego syna lorda Elliota, wasala jego ojca i najnowszy nabytek gwardii hrabiowskiej.
- No, "czcigodny panie", pozwól chłopcu wstać – zażartował Wenzel. Pozostali gwardziści zarechotali. Biedny Renard przestąpił niepewnie z nogi na nogę. Był jeszcze tak zielony, że nie wiedział, czy jego senior kpi z niego, czy tylko niewinnie dowcipkuje. Niedźwiedź za to patrzył nieśmiało spode łba, kompletnie już zdezorientowany całą sytuacją. Ostatecznie nie pomylił się aż tak bardzo – Renard również był szlachetnie urodzony.
- Powstań, chłopcze – Wenzel przemówił wreszcie, specjalnie siląc się na przesadnie dostojny, arystokratyczny ton. Młody Niedźwiedź niepewnie uczynił jak mu nakazano, spoglądając to na Renarda, to na Wenzela. Wszystkiemu towarzyszył coraz donośniejszy rechot pozostałych wilczych gwardzistów.
- Wierzę, że to do mnie się zwracasz, chłopcze? – rzekł tym samym głosem Wenzel podchodząc do Niedźwiedzia – Jak cię zwą?
- La... Lamont, czcigodny panie.
- Miło cię poznać… - zrobił pauzę i odwrócił się do swoich rozbawionych gwardzistów. – Widzicie? Chłopak z plebsu, ale on przynajmniej wie jak należycie mnie tytułować, a wy co?
- On cię nie zna… "czcigodny" – odpowiedział mu inny Wilk kłaniając się teatralnie i wywołując kolejną falę wesołości.
- Humor ci dopisuje, co? – zapytał Wenzel z uśmieszkiem. – No dobrze, Ty i czcigodny Renard pomożecie „Lalamontowi” przy koniach. Reszta za mną.
Tym zasłużył sobie na własną porcję radosnej aprobaty od swojej gwardii.

W środku powitał go wysłany z forpocztą sir Tancred.
- Gospoda jest do twojej dyspozycji – oznajmił starszy rycerz.
- Dziękuję, Tancredzie. Przydziel ludziom warty i usiądźmy wreszcie – nakazał mu Wenzel nie zatrzymując się. Zauważył, że za sprawą szarego Wilka większość ław została przesunięta w kierunku ścian, a na środku izby pozostawiono trzy, które złączono, by tworzyły długi stół biesiadny. Zajął miejsce w prezydium, na specjalnie ustawionym krześle, a w chwilę później dołączył do niego dowódca jego gwardii. Niemal natychmiast zjawił się również Osgar wraz z żoną, witając go z honorami i proponując posiłek i kąpiel.
- Osobiście nie jestem głodny – stwierdził Wenzel. – Upały źle działają na apetyt. Nie wzgardzę jednak winem. Reszcie podaj czego tylko sobie zażyczą – polecił karczmarzowi. – I przygotuj łaźnię.
Osgar pokłonił się i przyniósł Wenzelowi i jego prawej ręce ich zamówienia, nim wrócił do pozostałych rycerzy, którzy usadowili się przy drugiej i trzeciej ławie. Niebawem otrzymał wsparcie ze strony syna, który pojawił się w izbie, gdy tylko przestał zajmować się końmi.

Wenzel oparł nogi na belce wzmacniającej ławę i odchylił się lekko na krześle. Pociągnął z drewnianego kubka obfity łyk, a jego język natychmiast doniósł mu o tym, że ich gospodarz nie żałował im dobrego napitku. Klarowny, czerwony trunek wypełnił jego pysk kwaśnym, orzeźwiającym aromatem winogron. Na pierwszym lepszym lordowskim stole byłby to ledwie pośledni napitek, lecz w tej wiejskiej gospodzie mógł uchodzić za szlachetny. Młody Wilk skinął karczmarzowi unosząc kubek w geście aprobaty. Zabawnie było obserwować przez chwilę, jak ten nieistotny znak wprawił podstarzałego Niedźwiedzia w dumne uniesienie.

- A więc co sądzisz o wsi? – Tancred ściągnął jego uwagę z powrotem do stołu. Wenzel wzruszył ramionami.
- Nie wiem… Dopiero co przyjechaliśmy, jest noc… Nie miałem okazji za wiele zobaczyć.
- Nie jesteś tu pierwszy raz.
Wicehrabia pokręcił głową z uśmiechem.
- Tancredzie, daj spokój. Wtedy przyjechałem tu na kucyku z drewnianym mieczem przy boku, a moją strażą była czeladź i wozy taborowe.
- Twój ojciec sporo ryzykował zabierając cię na wojnę. To nie miejsce dla dzieci. Szczególnie, że jesteś jego jedynym dziedzicem.
- No nie wiem… Arianne od zawsze sprawia wrażenie, jakby zamiast cycków wolała mieć jaja.
Tancred skrzywił się.
- Nie sądzę, żeby twoja siostra, księżna van Andern, podzieliła twoją subtelną opinię.
- Nie musi. Zbyt dobrze ją znam. Tak czy inaczej… pamiętam jak kłóciłeś się z ojcem, żeby mnie nie zabierał. Zgadnij po czyjej stronie byłem?
- Heheh. Doprawdy? – zapytał Tancred popijając wino. Czerwony płyn zwilżył i pokolorował siwiejące akcenty wokół jego pyska. – A ja pamiętam, jak pewien ośmioletni szczeniak boczył się na mnie przez blisko miesiąc, bo… jak to szło? „…chciałem odebrać mu całą frajdę!”
Wenzel zarechotał.
- Taa… Dziwisz się? „Dzielny sir Tancred” zawsze dbał o to, żeby nic się nie stało malutkiemu synkowi wielkiego hrabiego Murtagha – zadrwił.
Dowódca gwardii uniósł brwi, lecz zaraz potem jego pysk wykrzywił się w złośliwym winno-czerwonym uśmieszku. – I zobacz tylko. Po dwunastu latach nic się nie zmieniło – odciął się.
W tym momencie gwardziści przy stole obok wybuchli śmiechem. Przez chwilę Wenzel myślał, że spowodowane to było uwagą Tancreda, ale to było tylko wino i żołnierskie żarty.
- Ha. Ha. Aż dziw bierze, że w twoim wieku jeszcze ci się to wszystko nie miesza, staruszku – powiedział z przekąsem, ale i z humorem.
Tancred roześmiał się.
- Kto jest stary?! Mam czterdzieści siedem lat, do cholery! I zapewniam cię, że umysł mam ostry, jak moje ostrze. Jak się nawet dobrze zastanowię, to pamiętam więcej szczegółów z tamtej wojny…
Tu mnie ma – pomyślał Wenzel.
- …pamiętam dobrze pierwszą bitwę. Była tak rozrywkowa, że ten obrażony mały Wilczek przyleciał ze wzgórza zapłakany, przylgnął do mnie jak małż do skały i za nic nie chciał puścić.
Wenzel poczuł, że szare futro na jego twarzy upodabnia się do wina w kubku, który tkwił w jego łapie. Trunek jednak nie miał z tym nic wspólnego.
- Co tu mówić…? – młody rycerz spuścił wzrok, nagle pragnąc utonąć w swoim napitku – Dziecięce wyobrażenia spotkały rzeczywistość.
Tancred od razu pożałował, że pociągnął ten temat tak daleko. Nie było mowy o odzyskaniu luźnego nastroju tej rozmowy.
- Dlatego właśnie nalegałem, żebyś został w Carrosh.
- Wiem. Ale ojciec nie chciał cię słuchać. Na swoją szkodę… uniknąłby rozczarowania.
Zawód, albo nawet… pogarda w oczach hrabiego Murtagha, gdy ujrzał swojego syna łkającego jak dziewczynka w ramionach dowódcy gwardii ukazały się teraz w jego umyśle, ostre i klarowne, tak samo jak przed dwunastu laty… tak samo, jak tego dnia, kiedy spotkała go kara za ośmieszenie Murtagha przed wszystkimi jego wasalami, tam na wzgórzu, skąd dowodził armią. Od tamtego dnia Wenzel nie znał strachu na polu bitwy. Strach przed ojcem i karą nie zostawiał miejsca na inne strachy.
Tancred zaczął mówić coś do niego, ale młody Wilk w porywie szczerości poderwał wzrok i wbijając kruche spojrzenie w starszego rycerza wypalił:
- Zawsze chciałem, żebyś to ty był moim ojcem.

Wiedział, że nie było to najlepsze, co można było powiedzieć do Wilka, który nigdy nie miał żony, ani dzieci. Jednak odpowiedzią, która nadeszła po chwili milczenia, podczas której obaj nie spuszczali z siebie wzroku, Tancred zdołał go zaskoczyć równie mocno.
- Chłopcze… - powiedział kładąc mu łapę na przedramieniu – żałuję, że to nie ja jestem twoim ojcem. Jednak tego nie zmienię…
Wenzel chciał coś powiedzieć, ale rycerz uciszył go gestem.
- …ale wiedz, że masz we mnie przyjaciela i, jeśli bogowie pozwolą, z radością będę dowodził twą gwardią, kiedy obejmiesz tron swego ojca.
Młody Wilk widział zrozumienie w oczach Tancreda i ze wszystkich sił starał się oddać to samo w swoim spojrzeniu. Nie potrafił znaleźć słów, żeby wyrazić ile dla niego znaczy deklaracja starszego wojownika, nie był nawet pewien czy głos w tej chwili go nie zawiedzie, więc kiwnął tylko głową z wdzięcznością i wzruszeniem.
Kiedy już udało mu się niejako ujarzmić potok emocji w swojej głowie, poczuł się nagle niezwykle skrępowany i zmęczony. Nie mogąc wymyślić nic lepszego, umknął przed tym uczuciem do kufla z winem. Kiedy go odstawił, krople czerwonego wina spłynęły mu po podbródku. Otarł je wierzchem łapy i zobaczył, że Tancred przywołuje karczmarza, który przez cały czas miał pełne ręce roboty z pozostałymi gwardzistami.
- Musimy zorganizować wszystko jeszcze dziś – rzekł odrobinę przepraszającym tonem. Wenzel westchnął zrezygnowany pocierając czoło łapą i kiwnął głową, wciąż nie bardzo chętny, by się odezwać. W chwilę potem podszedł do nich Osgar.
- Osgarze, roześlij wieści, że jego miłość życzy sobie zebrać starszyznę wioski – nakazał Tancred.
- Eee… Teraz, panie?
- Sprawa jest bardzo ważna - wyjaśnił Wilk. - Jeżeli śpią, wyciągnij ich z łóżek. Mają się tu zjawić.
- Jak rozkażesz, sir – skinął Niedźwiedź.
- I podaj coś do jedzenia. Mięso – nakazał Wenzel, siląc się na spokojny ton.
- Tak jest, natychmiast, wasza miłość. – Niedźwiedź zanurkował tym razem w ukłon i oddalił się.
- Zgłodniałem od tego wszystkiego – wymamrotał w stronę swojego kufla od wina. Czuł na sobie wzrok Tancreda i wciąż nieswój, postanowił ponownie szukać w tymże kuflu schronienia. Jednak po przechyleniu jedynym, co mógł przełknąć, było suche rozczarowanie. Odwrócił naczynie i poirytowany obserwował jak czerwona kropla rozbija się o deski. Kiedy obrócił głowę, napotkał w końcu spojrzenie swego przyjaciela. Przez ułamki sekund obaj z drżącymi wargami toczyli bój o zachowanie powagi, a potem solidarni w swej klęsce wybuchli głośnym śmiechem.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jorg westchnął zrezygnowany i zwiesił łeb. Rozmawiali już dość długo. Z początku Finn w ogóle nie chciał mówić, lecz w końcu, po wytrwałych próbach, starszemu bratu udało się nakłonić go do współpracy.
- Nie wiem Finn… mi… ciężko to zrozumieć.
- Nie proszę, żebyś zrozumiał. Ja… s-sam tego nie rozumiem – powiedział biały Wilk zaciskając i rozluźniając pięści w wyrazie bezradności i frustracji. Jego roztrzęsiony głos nawet dla uszu jego brata brzmiał prawie jak szept.
- Czego w takim razie ode mnie oczekujesz? – zapytał Jorg łagodnie. Położył łapę na ramieniu swego brata, konflikt przy kolacji dawno już rzucili w niepamięć. W obliczu słów jego brata…
- Nie wiem. Nie wiem… - Finn podciągnął kolana pod pierś i ukrył swój łeb między nimi. – Nie wiem.
- No właśnie… - westchnął Jorg. – Chciałbym, naprawdę, ale… jak mam ci pomóc, jeżeli sam nie wiesz o co ci chodzi?
- N-nie… nie wiem – wymamrotał Finn nie zadając sobie trudu wystawienia głowy zza zasłony swoich podkurczonych nóg.
Starszy Wilk mógł tylko milczeć i solidarnie ze swoim bratem: nie wiedzieć.

Ile już czasu tu siedzimy? Pół świecy? Ehh… nieważne. Wolę słuchać strumienia, matka i tak nie powie nic dobrego. Trochę lepiej się myśli… "Za dużo myślisz"… "Za dużo myślisz", Slaine, och tak, za dużo jak cholera… Ciebie rodzinka nie swata z jakąś zołzą, starcze…

Nie powinienem tak myśleć. Slaine dobrze mi radził...

I jeszcze Lamont… masz rację, buraku, jestem cipą…

Pfff… jakoś nie czuję się lepiej. Przyznając się. Przyznaję! I co? Nic lepiej. Ha hah… co za beznadzieja… Co ja mam zrobić?! Kurwa… za dużo myśli. Za dużo myślę… Muszę coś zrobić.


Powrócił cały niepokój, jaki wypełnił go, gdy Jorg przerwał jego rozmowę z Lamontem na polu. Musiał koniecznie zrobić coś w tej chwili. Albo gdzieś iść. Nie miał pojęcia czemu. To było do niego niepodobne, nie mógł jednak usiedzieć na miejscu. Zerwał się na nogi niczym spłoszony zając. Zaskoczony Jorg natychmiast również wstał.
- Nie chcesz chyba znów gdzieś zwiać? – zapytał podejrzliwie, gotów przygwoździć brata do ziemi.
- N-nie, spokojnie – zapewnił go Finn, choć, jakby w zaprzeczeniu swoim słowom, zaczął kręcić się w tę i z powrotem, niby wędrowiec, który zgubił drogę. Jorg pozostawał czujny.
- Co się dzieje?
- Nie wiem, j-ja… muszę coś z tym zrobić.
Jorg ugryzł się w język, by nie rzucić jakiejś kąśliwej uwagi na temat przemyśleń brata. Siedzieli tam w chłodzie i wilgoci nie wiadomo jak długo, a on zdążył wpaść na to, żeby coś zrobić… Powstrzymał się jednak.
- Z pewnością – potwierdził. Po chwili dodał - A co chcesz zrobić?
- Muszę… nie wiem… Muszę z kimś porozmawiać – stwierdził po chwili biały Wilk, tonem, jakby nie był pewien czy używa właściwych słów.
- Zgłaszam się na ochotnika.

Bracia wzdrygnęli się i zaskoczeni spojrzeli za siebie. Spomiędzy drzew rosnących na skarpie wyłonił się kolejny Wilk. Zręcznie zeskoczył na piasek i podszedł do nich z łagodnym uśmiechem na pysku.
- Tata?
No i wywołałem Wilka z lasu.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.4
Wysłano: 5.01.2014 2:53
Wilk
Anthro
Trochę przydługa ta część, jednak nie było innej możliwości podziału. Zarazem to koniec rozdziału II. Tak jak już wcześniej pisałem - staram się położyć większy nacisk na dynamikę. Z tym co już zostało napisane zrobię to co mogę, cały rozdział II obrabiałem w wolnych chwilach przed Świętami ze sporą pomocą W sumie zajęło to 2 tygodnie. W każdym nowym materiale będę już mógł postawić na więcej akcji, zresztą, jak widzicie - już tutaj coś ciekawego zaczyna się zawiązywać.

Przeprowadziłem również mały eksperyment, nie powiem, nazwanie tego strumieniem świadomości raczej byłoby zbyt odważne, ale na pewno jest to monolog wewnętrzny - chętnie wysłucham Waszych uwag i, jak zawsze - przyjemności! ;]

1
(+1|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.4
Wysłano: 6.01.2014 10:13
husky / wilk
Anthro
WOW !

MFarley, słowo uznania za... :-Dk Nie mogę znaleźć odpowiedniego słowa, ale... jest spoko.

1
(+1|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.4
Wysłano: 7.01.2014 15:50
Panserbiorne
Zwierzę
No... dzieje się. Powiem, że dawno tak się nie zaczytałem. Czekam na resztę.

2
(+2|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.4
Wysłano: 18.06.2014 17:47
Owczarek australijski
Anthro
Domagam się kolejnej części :-Dk

2
(+2|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.4
Wysłano: 20.06.2014 2:31
Wilk
Anthro
No właśnie. Pięć miesięcy? Zgroza! :/

Jak to ma potem mieć spójność stylistyczną? Wrzucam w weekend.

1
(+1|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział II cz.4
Wysłano: 20.06.2014 8:48
husky / wilk
Anthro
Cytat:
Domagam się kolejnej częśc


Mała poprawka --k - Domagamy się!

Ale to nie zmienia faktu, że pod twoim oświadczeniem, sebkad, również się podpisuje :-Dk

Cytat:
Wrzucam w weekend.


I słusznie :-Dk