Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt ,,Nawet wąż zrzuca skórę" - (anty)kryminał noir - cz.I - prolog  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/1/7
Przeczytano: 844 raz(y)
Rozmiar 9.52 KB
4

(+4|-0)
 
A wszystko zaczęło się od tego, że…
wstałem lewą nogą. Nieznacznie zostałem ukarany za taką nadwrażliwość poprzez wdepnięciem stopą w wystający gwóźdź. Chwilowy ból i lekkie krwawienie, nie wliczając ubrudzenie krwią rzadko czyszczonej podłogi, dało się znieść, jednak upał tego dnia był nie do zniesienia. ,,W końcu cały rok jest gorący”- pomyślałem sobie.
Życie, żeby mi bardziej dopiec i zrobić na złość, sprawiło, że wiatrak nie działał. Na domiar złego miałem nieodpartą chęć wyrzucenia go przez okno. Wyzbycie się takiego złomu nie wyrządziłoby mojej osobie znaczących szkód. Nawet bardziej, wprawiłoby mnie w radosny nastrój. Niestety takie wyjście odpadało z prostej przyczyny. Ponieważ zamieszkiwałem jedną dziesiątą trzeciego piętra czynszówki, gdzie czynsz (Rany boskie, co za wysokie ceny!) nie odzwierciedlał jakości pomieszczeń oraz biorąc pod uwagę usytuowane łazienki, jedna na każde piętro, mógłbym niechcący zabić przypadkowego ,,szczęśliwca” spadającym sprzętem.
W moim fachu zabicie kogoś zepsutym wiatrakiem to nie lada zbrodnia bez pokrycia. Oczami wyobraźni widziałem przyszłe nagłówki: ,,Psychicznie chory bezrobotny zabija spokojnego spacerowicza przy pomocy zepsutego wiatraka !” ,albo: ,,Producent wiatraków i wiatraczków zaprzecza wykorzystywaniu swoich produktów jako narzędzia zbrodni”, albo: ,,Ceny wiatraków spadają na łeb na szyję. Najdroższy model kosztuje dziesięć centów!”
Ja psychicznie chory i bezrobotny? Będąc prywatnym detektywem pracuje wyjątkowo ciężko. Może kokosów nie zarabiam, za to jestem szczęśliwy. A to połowa by miło pracować. Fakt, że dzięki telefonicznym pogróżkom wyzbyłem się telefonu, za który zresztą wisiałem zaległe raty, a zamaskowany zabójca gdzieś czyha. Co z tego! Jeszcze stoję jako tako. A że całkowicie nie nadaje się do tej roboty to już inna bajka!
Problem wiatraku odstawiłem na później, podobnie zresztą jak sprzątanie mieszkania, aby wziąć pierwszy od tygodnia prysznic. Zdjąłem piżamę, a raczej to, czego nie zdjąłem wczoraj, czyli noszonymi za długo ubraniami przesiąkniętymi... O tym nie warto mówić. Bynajmniej dobrze, że szafę zapełniłem niedrogimi i używanymi rzeczami kupowanymi po lumpeksach.
Inaczej z lodówką. Tą sprawę również ominę.
Wyciągnąłem ze schowka mydło, ręcznik i szczoteczkę do zębów. Na każdy z tych trzech drogocennych artefaktów oszczędzałem po pół roku, wiedząc, że zajęcie łazienki pozostaje priorytetem.
Najpierw jednak należało zdobyć poranną gazetę spod drzwi sąsiadów. Otworzyłem lekko drzwi, byleby nie zbudzić wrogich sił. Kątem oka sprawdziłem korytarz. Czysto. Dla większej pewności przyłożyłem lusterko. Mały Paco umiał dostarczać mi gimnastyki. Raz przytrzasnął mój ogon drzwiami od klatki, innym razem ogłuszył mnie na parę godzin przy pomocy dmuchawki. Czasem potomstwo mieszanego małżeństwa Marsjanina oraz Meksykanki potrafi zaleźć za ogon, ale trzeba wybaczać grzeszki dzieciństwa.
Mając już absolutną pewność, że korytarz pozostawał czysty, wyszedłem. Nie tracąc czujności przeczołgałem się kilka centymetrów po zapaćkanym dywanie, którym była obita podłoga. Przede mną, wprost na wyciągnięcie ręki, leżał cel. Gazeta. Leżała dokładnie pod drzwiami tego dzieciaka.
- Aha – chwyciłem szybko papier, jakby był bombą z opóźnionym zapłonem.- Tym razem nie dałeś rady, młodziku.- Wstałem, otrzepałem się i już, już wracałem, kiedy nagle...
dostałem piłką futbolową poniżej pasa. Ciężki ból. Bardziej okropny od porannego żelastwa.
Opadłem bezwładnie na kolana, trzymając zgniecione miejsce. Cholercia, że w takich chwilach nie sposób dostać choćby grama lodu.
- Tata pozwala mi tak zrobić, jak tylko zobaczę pana kradnącego gazetę.- Mały kojotek ubrany po sportowemu podszedł bliżej.
- Twój tato to bardzo uczciwy pies – powiedziałem cienkim głosem.
- Gazeta – mały wyciągnął łapę – i dziesięć dolców.
- Za co?- zapiszczałem.
- Że nie doniosę na pana tacie. – Chłopiec zaczął ruszać palcami, dając wyraźny sygnał, żebym się pośpieszył.
- Grozisz mi?- spojrzałem zabójczo. Głos wrócił do normalności Przewaga psychologiczna to podstawa przetrwania w tym dużym mieście!
- Pan chyba nie widzi kto ma piłkę.- Moja pozycja była wyjątkowo żałosna. Mały trzymał piłkę gotowy (znów) ją użyć. Przewaga psychologiczna! Ostatni dodają zbyt wielu rodzajów dopalaczy do płatków śniadaniowych i przez to dzieciaki wariują. Sięgnąłem do kieszeni. Wszystko albo nic. Dokładnie je przeszukałem. Ten dzień zapamiętałem jako najgorszy. Nie znalazłem nic, prócz małego cukierka. Wyciągnąłem słodycz.
- Proszę – powiedziałem ze szczerym uśmiechem. Chciałem to mieć za sobą.
- Mama zabrania mi przyjmować słodyczy od obcych.- Pokręcił głową.- Chce pieniądze.
- Kapitalista – odpowiedziałem krótko.
- A senior lepszy? Zabierać cudzą gazetę to kradzież.
- Słuchaj, Paco – położyłem dłoń na ramieniu chłopca - nie mam forsy. Dam jutro.
- Jutro znów senior zabierze gazetę. To będzie razem dwadzieścia.
,,Dwadzieścia! Dwadzieścia dolarów! Cholercia, co za wredny, mały bachor! Ja mu dam!”- krzyczałem wewnątrz siebie, zachowując uśmiech lata. Chciałem zachować godność, ale mi jakoś nie wychodziło. Paco żywił wobec mnie wyraźną antypatię odkąd zabrałem jego (przegrany) los na loterii. Od tamtego dnia czułem diabelskie spojrzenie malca, a klamka była często obwarowywała pastą do zębów lub klejem. Smarkacz!
W końcu ból całkowicie minął i wstałem.
- Słuchaj, umówmy się. Dzisiaj dostaniesz piętnaście dolarów, zgoda?
- Mam zawołać ojca?- spytał z niewinnym uśmieszkiem diabełka w anielskiej szacie.
- Nie! Broń boże, nie!- Wolałem wyjechać z miasta, byleby tylko nie spotkać się z jego ojcem. Tata Paco pracował jako budowlaniec. Co wieczór, a wracał dosyć późno, walił w drzwi wejściowe. Pamiętam ciężki głos gospodyni, pani Jefferson, wychodzący ze wszystkich okien kamienicy: ,,Ciszej bądź pan, bo zawołam policję! Śpią wszyscy!”. Przeciw takim słowom gospodyni powiedział: ,,Ciszej, pani gospodyni, dziecko mi pani pobudzi!”. Ona mu dopiero odpowiedziała: ,,Przy takim ojcu nawet nieboszczyk by wstał!”. To mocna babka. Potem mało zapamiętałem, lecz po dziś dzień hierarchia czynszówki została ustalona. Szczytem nadal pozostawała pani Jefferson.
Była twardą i mocną słomianą wdową, Mąż ponownie zaginął gdzieś w akcji. Dzieci wyjechały, pozostawiając ją samą. W sumie, to nadal z nią mieszkał jedyny syn, Malcolm. Zrobił najgorszą rzecz swojej matce i nadal z nią mieszkał. Siedział całe dnie w pokoju. Krążyły plotki, że umarł, jednak nikt nie miał odwagi tego sprawdzić z powodu dozorczyni.
Chociaż mizernej postury, żaden niechciany lokator nie zakradał się do czynszówki podczas jej warty. Służyła temu olbrzymia strzelba wojskowa – pamiątka po jej zaginionym mężu, zawodowym filozofie. Kogoś dziwi trzymanie strzelby przez filozofa? Mnie nie. Strzeli sobie taki do łba nowy pomysł i tyle. A stara hiena używała jej wielokrotnie. Pewnego dnia wymusiła nią spłatę czynszu sprzed dwóch miesięcy. Nie jadłem potem cały tydzień ciepłych posiłków. Jakie to były ciężkie dni.
Na razie negocjacje z małym zostały zakończone. Końcowe warunki uznałem za tak obmierzłe, że gorsze być nie mogły. Stanęło na trzydziestu dolarach. Korespondencyjny kurs negocjacji wart ponad pół tysiąca, tyle bowiem kosztowały wszystkie lekcje, poszedł w diabły! Nie mając takie gotówki oddałem małemu torbę podróżnicza (wartą notabene dwadzieścia pięć dolarów). A tyle oszczędzałem!
- Bym zapomniał – odwrócił się w drzwiach, ściskając łup - jakaś pani pytała o pana.
Wyrażenie ,,jakaś pani pytała o mnie” rozbudziło mój entuzjazm. Jeżeli o mnie pyta kobieta, a mam nadzieje, że ta kobieta była Weronika, to należy wysłuchać małego.
- Doprawdy? Jak wyglądała?
- Nie wiem – wzruszył ramionami. - Po ogonie rozpoznałem, że to lisica, ale nie byłem pewien. Nosiła ciemny welon, jakby była w żałobie.
- A kiedy pytała? - spytałem.
- Wczoraj, gdy pan jeszcze nie wrócił. Pewne dzisiaj znów przyjdzie.
- Dobra, dzięki, Paco. Czasem potrafisz okazywać mi szacunek.
- Proszę bardzo, senior. Ale na szacunek – wyszczerzył mleczny uśmiech - trzeba zasłużyć, senior Kurkoff.
Paco wrócił do siebie, a ja wróciłem do siebie. Zamknąłem drzwi.
,, Ty mały, złodziejski bachorze! – krzyczałem w duchu, aby schłodzić nerwy. – Szacunek! Jak ci dam szacunek, szczylu! Jeszcze zobaczysz!”
- Stary – powiedziałem sobie – ależ sobie bigosu narobiłeś. Forsy brak. Co ja teraz pocznę?- Ciężki orzech do zgryzienia. Płaciłem czynsz każdej soboty. Bez pieniędzy ta stara wiedźma z parteru wykopie mnie stąd. Ostatnia sprawa przeciągnęła się zbytnio i co dostałem w zamian? Marne dwa tysiące, z czego tysiąc pęset pochłonęły długi zaciągnięte u większości barmanów. Resztę zachowałem na czarną godzinę, która mnie pokochała wyjątkowo mocno. Gdyby piękne kobiety nawiedzały mnie tak często. Ech, jakoś żyje z nią za pan brat.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
1
(+1|-0)
Opowiadania: trajt ,,Nawet wąż zrzuca skórę" - (anty)kryminał noir - cz.I - prolog
Wysłano: 8.01.2014 22:39
Magiczny Gość
Zmiennokształtny
za dużo słów, zupełnie niepotrzebnie.

A wszystko zaczęło się od tego, że…
wstałem lewą nogą. Nieznacznie zostałem ukarany za taką nadwrażliwość poprzez wdepnięciem stopą w wystający gwóźdź. Chwilowy ból i lekkie krwawienie, nie wliczając ubrudzenie krwią rzadko czyszczonej podłogi, dało się znieść, jednak upał tego dnia był nie do zniesienia.

vs

Wszystko zaczęło się od tego, że...
wstałem lewą nogą. I natychmiast trafiłem stopą na wystający z podłogi gwóźdź. Ale ból byłby jeszcze do zniesienia, gdyby nie cholerny upał, który zamieniał mieszkanie w bezlitosny piekarnik.

Krócej, obrazowo. Poczytaj sobie kącik literacki Kresa, on wskazuje najczęściej popełniane błędy. Większość piszących ma straszliwe tendencje do słowotoku, należy się nauczyć ciąć to, co się napisało (najlepiej po odłożeniu tekstu na kilka dni, by nie robić tego na świeżo). Czytelnik nie chce się zastanawiać, o co chodzi w zdaniu, chce poznać historię.
Porównania oddają rzecz lepiej, niż przymiotniki - stąd np. piekarnik.

BTW: nie rozumiem: czemu wstawanie lewą nogą z łóżka jest nadwrażliwością?

Anonim
0
(+0|-0)
Opowiadania: trajt ,,Nawet wąż zrzuca skórę" - (anty)kryminał noir - cz.I - prolog
Wysłano: 11.03.2014 12:12
Zgadzam się z Tanu. Bogaty opis jest fajny, ale tylko jeśli posuwa akcję do przodu. Czasami za dużo. Poza tym daję okejkę.