Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Polak149 - Srebro za srebro - część 4  
Autor: Polak149
Opublikowano: 2014/2/28
Przeczytano: 432 raz(y)
Rozmiar 29.54 KB
1

(+1|-0)
 
Skończyła się kolejna noc, choć świat dalej pozostawał w mroku. Czarne chmurzyska znów nabrały na mocy, prósząc gęsto drobnym śniegiem, a co jakiś czas potężna błyskawica przecinała niebo, grzmiąc gniewnie nad walczącymi zawzięcie smokami. Źwiszal odskoczył do tyłu, wybijając się wysoko ponad pole bitwy. Nie dawali rady. Już trzeci raz słońce budziło się ze snu, a Diabelskie ciągle nie mogły złamać oporu swych pobratymców. Był wściekły. Muszą to skończyć przed kolejnym zachodem. Ich wolność nie może dłużej czekać!

Ryknął z furią, machnął mocno skrzydłami, chcąc znów zatopić się między walczących. Ale coś nagle dostrzegł, coś złotego. Wyhamował ostro. To on, Zabivzzlg! Krew zawrzała mu w żyłach, warknął wyzywająco. Złotołuski jednak nie okazywał po sobie żadnych emocji. Leciał szybko, zdecydowanie, prosto na swojego rywala. Mimo okulawionego skrzydła z jego oczu bił zimny spokój
i pewność. Diabelski przygotował się na cios... Prychnął, Niebiański nie miał szans.

Zderzyli się, czarnołuski od razu chciał dobrać się do krtani wroga, lecz ten przytrzymał mu pysk szponami. Zabivzzlg zablokował również jego skrzydła swymi własnymi. Źwiszal próbował utrzymać rozpaczliwie nośność, ale miał za mało swobody. Zaczęli spadać spleceni w uścisku. Diabelski szarpał się wściekle, jednak złotołuski trzymał mocno. Nabierali coraz większej prędkości, przebili się przez pole bitwy, odtrącając kilka smoków. Ziemia zbliżała się szybko.
- Zabijesz nas obu! – ryknął czarnołuski.
- Masz mnie wysłuchać! – odwarknął mu Niebiański.

Kilka smoków ruszyło w pogoń za swymi przywódcami. Źwiszal znów spróbował się uwolnić. Nie dawał rady. Przeciwnik zablokował go w każdy możliwy sposób!
- Zdradziliście nas! Przeszliście na stronę wroga! – syknął Diabelski wściekle i machnął głową, chcąc ją oswobodzić.

Bez powodzenia. Złotołuski zaparł się mocno. Lada moment mieli się rozbić.
- Ostatnia szansa! Masz! Mnie! Wysłuchać!

Zabivzzlga zaczęło ogarniać przerażenie, serce biło mu jak szalone. Instynkt kazał oswobodzić skrzydła, ale zablokował naturalne odruchy, stawiając wszystko na jedną kartę. Tak czy owak, przerwie bitwę, kiedy zginie ich dwójka. Diabelski przyglądał się w panice jak zbliża się ziemia. Instynkt walczył z dumą.
- Zgoda! Zgoda! – przełamał się Źwiszal w ostatnim momencie.

Niebiański natychmiast wyszarpał zaklinowane skrzydła, rozpostarł je szeroko. Czarnołuski wił się przez chwilę w powietrzu, próbując odzyskać orientację. Złapał nośność, zaczął wyhamowywać. Za późno! Uderzył twardo w śnieg, wzbijając pióropusz śniegu. Niebiański opadł kawałek dalej.

W tym momencie po stronach swoich przywódców wylądowało twardo kilkanaście smoków, tych, które pognały za spadającymi. Wszystkie były gotowe do ataku, choć oczekiwały na ruch Zabivzzlga i Źwiszala. Czarnołuski zaczął się podnosić wolno, oszołomiony upadkiem. Jego rywal przyglądał mu się uważnie. Zagrzmiała błyskawica.
- Mieliśmy się trzymać razem. Mieliśmy być siłą... – syknął słabo przywódca czarcich smoków. – Ale wy nas zostawiliście.
- To zdrajca zawiódł, nie my wszyscy! – krzyknął złoty smok, rozpościerając skrzydła nieświadomie.

Syknął z bólu, kiedy nadwyrężony staw upomniał się o swej niedyspozycji. Po niedawnym wysiłku bolał jak nigdy.
- Nieważne, kto zdradził! – Czarnołuski zrobił krok naprzód. – Wiedzieliście, że nie wszyscy uciekli. Ale i tak nas zostawiliście! On wyprał nasze dusze przez te czterysta lat! To nasza ostatnia szansa, żeby odzyskać własną świadomość! Nie poświęcimy się dla was!
- Próbowaliśmy! – ryknął złotołuski. – Próbowaliśmy! Myśleliśmy, że Bóg was uwolni, ale on sam nie ma takiej siły! Mogliśmy TYLKO patrzeć!

Źwiszala zaśmiał się ironicznie. Dwójka zbliżała się coraz bardziej, w każdej chwili gotowa do ataku.
- To was nie usprawiedliwia! Nie odlecimy tylko dlatego, że nie daliście rady! Daj mi konkrety albo kończmy to!

Zabivzzlga westchnął. Zamknął oczy, nie będąc samemu przekonanym do własnego pomysłu.
- Jest sposób – powiedział cicho. – Tak mi się wydaje...
- Jest? – syknął zaskoczony Diabelski, stając w miejscu.

Niebański rozejrzał się dookoła. Już kilkadziesiąt smoków przysłuchiwało się dyskusji. Reszta ciągle zażarcie walczyła ze sobą wysoko nad nimi.
Wszyscy nienawidzimy Szatana. Z całego serca, całą duszą. Wykorzystajmy ten gniew, walczmy z nim, nie między sobą!
- Gdybyśmy mieli własną wolę! – Źwiszal zrobił agresywny krok do przodu.

Złotołuski stanął w gotowości, będąc pewnym ataku. Otaczające ich smoki niemalże skoczyły sobie do gardeł. Nic się jednak ostatecznie nie wydarzyło.
- Źwiszal, obiecałeś słuchać więc słuchaj! – warknął Zabivzzlg wściekle.

Krew zapulsowała mu w żyłach. Przez moment myślał, że to już koniec rozmowy. Czarnołuski opanował się jednak trochę. Cofnął się o krok.
- Pamiętam o tym! Pamiętamy! Żeby sforsować Niebiańską Bramę, potrzebujecie klucz. My go mamy. Podzielimy go na części i schowamy w różnych światach. Będziecie mogli bezkarnie po nich podróżować, szukając fragmentów.

Czarnołuski zatrzymał się. Wyraźnie go zainteresowały słowa wroga.
- Co nam to da? – zapytał szybko.
- Czas. Skupimy nasz gniew w jednej duszy, a kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, uwolnimy furię, uderzając nią w naszego stwórcę. Nawet on nie zdoła się oprzeć.
- Sam gniew... my nie złamiemy rozkazu... A żeby szukać klucza, Szatan będzie musiał oddać nam część naszej woli – Źwiszala zamyślił się na moment.

Było to znacznie bardziej skomplikowane i trudniejsze do wykonania, niż po prostu pokonanie Niebiańskich i zabicie Boga, ale przywódca Diabelskich dostrzegł w tym pomyśle swoją szansę... okazję na realizację planu, który pragnął wypełnić wieki temu.

Spojrzał złotołuskiemu prosto w oczy. Niebiański nie spuszczał wzroku. Oboje mierzyli swoje spojrzenia długie sekundy... Nagle czarnołuski wyskoczył w niebo i ryknął głośno na walczących, odwołując swoją armię. Jego straż poleciała za nim. Zabivzzlg patrzył za nimi chwilę, lecz w końcu opuścił głowę, biorąc głęboki oddech. Uczucie ulgi wypełniło całą jego duszę. Potrząsł głową i sam wzbił się do góry mimo bolącego skrzydła. Ryknął na Niebiańskie.

Trzydniowa potyczka zakończyła się nierozstrzygnięta. Wielka chmara smoków rozdzieliła się na dwie części, choć kilka par dalej ze sobą walczyło, traktując swojego adwersarza bardziej osobistymi emocjami, niż tylko porachunki dwóch bóstw. Wkrótce jednak nawet i one przerwały walki. Niebiańskie cofnęły się w góry, gdzie pozostawały w gotowości, a Diabelskie rozłożyły się na śniegowej równinie, niedaleko pola bitwy. Nieliczni z obu armii zgłosili się na ochotników i zaczęli wspólnymi siłami znosić zwłoki poległych jaszczurów na ocean trawy, rosnący dokładnie w połowie drogi między Smoczą Wieżą a Portalem. Miał być to symbol. Dla nieżywych nie miało już znaczenia, czy należały do armii Boga, czy Szatana.

Kiedy po kilku godzinach przygasły płomienie wściekłości, wielu zaczęło zdawać sobie sprawę z własnego okrucieństwa. Docierało do nich, że podczas bitwy nie byli niczym więcej, jak żądnymi krwi, bezlitosnymi bestiami. Smok mordował smoka, a w niepamięć poszło braterstwo ich krwi, które kiedyś znaczyło przecież tak dużo. Sachxighere oraz Wzedxqsxdz również to sobie uświadomili. Obu dopadło sumienie, wypełniając ich duszę żalem i wstydem. Szczególnie fioletowołuską. Nie mogła zapomnieć, ile przyjemności i satysfakcji przynosiło jej pokonanie każdego wroga. Nie... Nie pokonanego. Zabitego.

Spojrzała smętnie przed siebie. Leżąc tak na szczycie którejś z gór Portalu, widziała Diabelskich, czekających w oddali. Jeżeli zaatakują, nie potrafiłaby znów z nimi walczyć. Czy w ogóle powinna? Czuła się beznadziejnie.
- To jego iskra... – mruknął nagle zielonołuski, czując rozterki partnerki.

Sachxighere spojrzała na partnera. Zamyślony dalej skrobał pazurem po kamieniu, nie spojrzawszy nawet na smoczycę.
- Ta żądza krwi. On nas stworzył, nasza dusza jest podobna do jego zła... Sachxighere. Jesteśmy tacy sami jak ten, którego tak bardzo nienawidzimy – dokończył zrezygnowany, spuszczając głowę.

Towarzyszka nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zielonołuski miał rację, ale ona nie chciała tego zaakceptować. Nie potrafiła...
- Lećmy do małej – powiedziała tylko.
- A jak Diabelskie znowu zaatakują? – mruknął Wzedxqsxdz.
- Nie obchodzi mnie to już... – szepnęła cicho smutna.

Zielonołuski podniósł się z ośnieżonej skały, patrząc po swoich towarzyszach. Niebiańskie obsiadły gęsto skały dookoła. One również wyglądały na przygnębione. Ciekawe, czy Diabelskie czuły się tak samo, myślał.
- Lećmy – zaaprobował smok.

Fioletowołuska nie czekała. Od razu wyskoczyła w niebo, kierując się szybko do kryjówki ich dziecka. Wzedxqsxdz westchnął. Ruszył za towarzyszką. Sachxighere biła szybko skrzydłami, najszybciej jak potrafiła. Ona uciekała. Uciekała przed rzeczywistością, która rozciągała się za jej grzbietem. Ale zatrzymała się nagle zerkając za siebie. Zielonołuski zrównał się ze smoczycą, obserwując ją uważnie. Niebiańska obróciła się całkiem, ku Diabelskim. Nie mogła uciec. Tam był jej syn.
- A Tsavakil? – zapytała.
- Walczył ze mną – odparł smok, smutniejąc nagle. – Potem uciekł, w stronę Portalu.
- Ale nic mu nie jest? – zapytała z utęsknieniem.

Wzedxqsxdz zaśmiał się trochę na siłę.
- Jest najszybszym smokiem, jakiego kiedykolwiek widziałem. Na pewno nic mu nie jest.

Smoczyca uśmiechnęła się nikle. Ruszyła dalej, tym razem lecąc znacznie spokojniej.
- Chciałabym, żeby poznał Sachzre... – mruknęła.
- Po bitwie poszukamy go – odparł raźniejszym tonem.

Góry pod nimi przesuwały się wolno, kiedy tak szybowali na błękitnym niebie. Zniżyli lot, niemalże muskając ciałem o zmrożony, górski śnieg. Po niedługiej chwili para wpadła w mały, dobrze sobie znany wąwóz. Moment sunęli wzdłuż niego, kiedy zatrzymali się nagle przy niewielkiej szczelinie u nasady stromego zbocza. Biały puch zawirował gwałtownie w powietrzu, gdy dwa smoki wylądowały twardo.
- Sachzra? – zawołała matka.

Nikt jednak nie odpowiedział na wezwanie. Smoczyca schyliła głowę, zaglądając do kryjówki. Zamarła. Nikogo tam nie było. Skoczyła nagle do tyłu, zaryczała głośno w przestrzeń:
- Sachzra!

Wzedxqsxdz rozglądnął się przestraszony. Zaczął kojarzyć fakty. Przecież Tsavakil leciał w tę stronę, kiedy uciekał przed Niebiańskimi. Wciągnął głęboko powietrze, zamykając oczy. Smoki miały słaby węch, ale wydawało mu się, że poczuł woń swojego syna... nie był pewien, mógł podświadomie oszukiwać samego siebie. Sachxighere patrzyła na zielonołuskiego pełnym nadziei wzrokiem. Czekała na jego słowa, ale one nie nadchodziły.
- Gdzie ona jest – sapnęła przerażona.

Zbierało się jej na płacz. Wspomnienia jak żywe stanęły przed oczami, kiedy nastąpił rozłam czterysta lat temu... Działo się jak wtedy.

Zastygła w bezruchu, spojrzenie fioletowołuskiej stało się dziwne, nieobecne.
- Sachxighere? – Wzedxqsxdz zaniepokoił się stanem partnerki.

Smocza Wieża. Była pewna. Dziwne przeświadczenie kazało jej lecieć do dawnego domu. Wyskoczyła nagle w powietrze, rzuciła się szaleńczym lotem. Zielonołuski natychmiast ruszył za smoczycą, ale choć bił skrzydłami najszybciej jak potrafił, nie mógł za nią nadążyć!
- Sachxighere! – zawołał, lecz ona nawet tego nie usłyszała.
- Nie, nie nie! – jęknęła

Nie miała zamiaru stracić kolejnego dziecka. Pruła do przodu, jak jeszcze żadnemu smokowi się nie udało. Nawet nie zauważyła, kiedy przeleciała przez obóz Dabelskich za Portalem. Czarcie smoki podniosły czujne głowę, nie bardzo wiedząc, czy to samobójczy atak, czy coś innego. Źwiszal jednak mruknął tylko, patrząc za pędzącą dwójką smoków. Słudzy szatana uspokoili się.

Nagle jednak czarnołuski ujrzał Zabivzzlga, próbującego nadążyć za fioletowym i zielonym smokiem. Na ten widok pobudził się znacznie bardziej. Zaczął się zastanawiać, co się stało.
- Czekajcie na mnie – zawołał do najbliższych Diabelskich i sam wyskoczył w niebo, ruszając w pogoń za uciekinierami.

Fioletowołuska gnała wyraźnie szybciej niż pozostała trójka. Wystarczyło jej zaledwie kilkanaście minut, żeby zostawić swoją pogoń daleko w tyle. Skrzydła jednak powoli zaczynały odmawiać jej posłuszeństwa i co kilka machnięć musiała odpoczywać krótką sekundę. Nie sądziła, że smoki mogą mieć własne limity, ale nie obchodziło ją to wtedy. nie miała zamiaru zwalniać, szczególnie, kiedy zaczęła dostrzegać w oddali niewyraźne zarysy gór otaczających Smoczą Wieżę.

Jej serce biło jak szalone, mięśnie drgały, zbliżając się do swojego kresu. A ona się bała. Bała się strachem, jakiego jeszcze nigdy nie doświadczyła. Sama w sumie nie wiedziała, czy chciała odnaleźć swoją córkę w jamie Diabelskich, czy nie mieć kompletnego pojęcia, gdzie ona jest. Obie opcje były beznadziejne. Jej przeczucie jednak dalej silnie pulsowało w umyśle, sprawiając, że Niebiańska nie mogła przestać snuć strasznych myśli. Wraz z kolejnymi metrami ona sama traciła resztki wiary na szczęśliwe zakończenie.

Wleciała między ostre wierzchołki szczytów, na milimetry omijając poszarpane skały i kamie, nieraz muskając je skrzydłami. Tak dawno nie była w tym miejscu, ale doskonale pamiętała drogę. Po kilki chwilach zza jednego ze szczytów wyłoniła się ona – Smocza Wieża. Najwyższa góra jak zwykle dominowała nad całą okolicą. W pierwszym momencie jej monumentalność przytłoczyła Sachxighere i choć serce podeszło jej do gardła, nie zwolniła. Nie wiedziała, czy jako Niebiańska może ciągle tak po prostu wlecieć do domu Diabelskich, ale nie obchodziły ją ewentualne konsekwencje. Tam było jej dziecko!

Zobaczyła szczelinę, wejście do wnętrza góry. Z trudem zwiększyła pułap. To był limit jej mięśni. Ostatkami sił wycelowała w przejście, po czym mogła już tylko szybować. Ale tyle wystarczało. Uderzył ją podmuch gorącego powietrza, przeleciała przez rozpadlinę. Nie mając sił na zawiśnięcie w powietrzu, zaczęła zataczać szerokie okręgi, opadając wolno. Rozejrzała się szybko. Nigdy nie widziała tego miejsca bez ani jednego smoka. Ta cisza była przerażająca... Otrząsnęła się. Zaczęła rozglądać się za srebrnymi łuskami.

Rozległ się pisk, Sachxighere zamarło na moment serce. Spojrzała w dół. Sachzra! To była ona! Fioletowołuska zapikowała. Tuż nad ziemią rozłożyła skrzydła, lecz zdrętwiałe mięśnie nie utrzymały ciężaru jej ciała i uderzyła twardo o kamienne podłoże. Oszołomiło ją, jednak podniosła się natychmiast. Wszystko ją bolało, ale mimo to, od razu skoczyła do swojego dziecka. Złapała srebrnołuską, przytuliła mocno do siebie, okrywając szczelnie skrzydłami. Sachzra znów zapiszczała, tym razem radośnie. Spojrzała swoimi wielkimi oczami na matkę. Sachxighere odwzajemniła uczucie. Dotknęły się głowami... I tylko lawa bulgotała monotonnie.

Po jakimś czasie do Smoczej Wieży wpadł Wzedxqsxdz, a zaraz za nim Zabivzzlg i Źwiszal. Zielonołuski od razu podleciał do swojej partnerki, rozkoszując się ulgą, jaka ogarnęła jego serce. Miał jednak wrażenie, że coś jest nie tak. Złotołuski i czarnołuski wylądowali kawałek dalej. Przyglądali się całej scenie z uwagą. Im też coś nie pasowało. Zabivzzlg podszedł nagle do srebrnołuskiej, przyglądając się smoczątku z uwagą. Sachxighere i Wzedxqsxdz spojrzeli na niego niepewnie.
- Co ono tu robi? – zapytała smoczyca.

Nastąpiła kompletna cisza, którą nawet bulgot lawy nie był w stanie zakłócić.
- Stała się Diabelskim – odparł nagle jak gdyby nigdy nic przywódca smoków Szatana.

Podszedł kilka kroków, patrząc na nowy nabytek. W jego mniemaniu zaczęło się robić coraz ciekawiej.
***

Minęło kilka dni od Wielkie Bitwy. Diabelskie, oczekując ciągle na kompromis ze strony Niebiańskich, dalej leżały nieopodal Portalu, niecierpliwiąc się coraz bardziej. Dla każdego jaszczura było jasne, że czarcie smoki nie mają nic do stracenia i ponownie przystąpią do szturmu, jeśli druga strona nie wymyśli jak ich uwolnić. Złotołuskiego natomiast rzadko ktokolwiek widywał. Gad przesiadywał w samotności, próbując ułożyć elementy układanki tak, żeby każdy był zadowolony. Dłużyło się to niemiłosiernie, ale Źwiszal nie ponaglał. Diabelskie i tak były na zwycięskiej pozycji, a jeżeli Zabivzzlg nie blefował, dostanie szansę nie tylko na zniszczenie znienawidzonego Szatana, ale i okazję na zdobycie własnego świata. Ta perspektywa napawała go dobrym humorem.

Lecz pozostawała jeszcze kwestia małej Sachzry i zdrady jej brata. Wieści szybko się rozniosły, szczególnie wśród Niebiańskich, którzy ze szczerym oburzeniem przyjęli wiadomość o sprzedaniu czyjejś duszy za swoją własną wolność. Od niejednego smoczego serca popłynęła szczera nienawiść, kierowana do sprawcy czynu, a nie trudno było się domyślić, że był nim właśnie Tsavakil. Srebrnołuski zniknął, a jego ciała też nie odnaleziono. Poza tym Wzedxqsxdz, który kojarzył najwięcej faktów, wyjawił je po długich namowach innych, choć zrobił to niechętnie. Sam zresztą, razem z Sachxighere, nie wiedział co o nim myśleć. Miał mieszane uczucia. Owszem, Niebiańskie i Diabelskie potrafiły się nawet zabić, żeby bronić własnej duszy, ale to, co zrobił jego syn... było złe, okrutne... Aż tak ich nienawidził? Aż tak bardzo chciał im zadać ból kosztem kogoś, kto nie miał z całą sprawą nic wspólnego.

Zabivzzlg zobaczył jednak w tej sytuacji pewną korzyść. Mała Sachzra była teraz połączona z ich twórcą bardziej, niż jakikolwiek inny smok. Jedynym ratunkiem dla duszy srebrnołuskiej było zniszczenie samego Szatana, a wychodziło na to, że właśnie ona ma największe szanse tego dokonać.

Złotołuski podniósł się ze śniegu, strząsając resztki białego puchu. Stał tak nieruchomo krótką chwilę, ale ostatecznie wybił się w niebo i poszybował do obozu Diabelskich, opuszczając swą kryjówkę w górach. Nie było to daleko i już po kilku minutach znalazł się nad śnieżną równiną, gdzie w wyrachowanym spokoju oczekiwała armia napastników. Czarnołuski momentalnie dostrzegł w oddali swego rywala. Wstał podniecony. Nurtowało go co Zabivzzlg w ostateczności mu zaoferuje.

Widząc swojego przywódcę, chmara Niebiańskich od razu wzbiła się z gór Portalu, zapełniając błękitne niebo. Ich nagły zryw nie spodobał się Diabelskim, którzy obawiali się niespodziewanego ataku ze strony pobratymców. Boże smoki nie zaczęły jednak ofensywy, a ustawiły się one murem za złotołuskim. Choć nie chciały walczyć, były gotowe do obrony Portalu.

Nastała kompletna cisza. Przed szereg Diabelskich wyszedł Źwiszal, stając w połowie między armiami. Zabivzzlg również ruszył wolnym krokiem na spotkanie swego wroga. Oboje mierzyli się przez moment spojrzeniami, powarkując cicho, kiedy nagle obok dwójki przywódców wylądowali Wzedxqsxdz i Sachxighere, trzymając w swych szponach swą córkę, Sachzrę. Wszyscy już byli w kompletnie.
- Więc, Zabivzzlg? – zaczął czarnołuski głośno, tak, żeby przynajmniej najbliższe smoki go słyszały. – Czterysta lat temu zostawiliście nas i nie mówię tu o opuszczeniu Smoczej Wieży. Każdy z nas chciał uciec. Ale nie zrobiliście nic, żeby uwolnić tych, którym się nie udało. Zapomnieliście o nas.

Kilkanaście gadów z każdej strony postanowiło wzlecieć nad rozmówców, żeby nie uronić ani słowa. Na ten czyn, ciekawskie jaszczury stojące ciągle na ziemi zawęziły mocno dystans do przywódców, otaczając ich szczelnym okręgiem. Istota niebędąca smokiem nie miała prawa rozpoznać, gdzie stoją Diabelskie, a gdzie Niebiańskiem.
- Skończyłeś, Źwiszal? – warknął złotołuski. – Dobrze wiesz, jak było. Podjęliśmy decyzję. Ucieczka okazała się błędem. Potem, do otwarcia Smoczej Wieży, nie mogliśmy wam pomóc. Ale teraz to się zmienia.

Czarnołuski prychnął.
- Jak? – syknął Diabelski.

Zabivzzlg wzbił się w powietrze na kilkanaście metrów. Widok dziesięciu tysięcy smoków, wypełniających powietrze i równinę, potrafił zrobić wrażenie. Przywódca Niebiańskich wziął głęboki oddech i przemówił donośnie.
- Zdobycie Portalu nie wystarczy żeby otworzyć przejście do Bram Niebieskich... do samego Boga. Potrzebny jest klucz, który my nazywamy Kamieniem Dusz. Został on ukryty i ten, kto nie wie, gdzie jest, nigdy go nie znajdzie. Ale my, Niebiańskie, możemy podzielić Kamień na części i rozsiać go po innych światach. Szatan będzie musiał pozwolić Diabelskim na podróżowanie po obcych planach. Da nam to wszystkim czas. Będziemy gromadzić nasz gniew, aż zwolnimy go z okowów i jednym uderzeniem zniszczymy naszego twórcę! Diabelskie zostaną uwolnione, a nasza posługa Bogu straci sens. Wszyscy odzyskamy własną wolę. Raz na zawsze. Takiego samego losu nie można oczekiwać po zabiciu Boga. Myślicie, że Szatan tak po prostu zostawi swoje zabawki!?

Zrobił krótką pauzę. Chciał zobaczyć reakcję smoków. Wszystkie gady zamarły w bezruchu, bojąc się zagłuszyć słowa Zabivzzlga nawet zwykłym szelestem łusek. Jedynie cichy sum skrzydeł niósł się w powietrzu.
- Wiem – kontynuował – że przepaść, która powstała pomiędzy nami, nigdy nie zostanie zasypana w całości, ale mamy szansę chociaż znów żyć w pokoju, jeśli tylko Szatan zginie.
- Jak chcesz skumulować nasz gniew? – zapytał Źwiszal.

Musiał przyznać, że Złotołuski mówił z sensem.
- Zbierzemy go w jednej duszy – odparł szybko Niebiański i wylądował zaraz obok Sachzry, przyglądając się smoczątku. – W niej.

Wzedxqsxdz i Sachxighere popatrzyli się na smoka z niedowierzaniem.
- Czemu ona?! – zaczął szybko zielonołuski.
- Ponieważ ma najlepszy kontakt z Diabłem – zaczął tłumaczyć głośno Zabivzzlg. – W momencie, kiedy Sachzra została sprzedana naszemu stwórcy, nie tylko straciła wolę, jak każdy Diabelski, ale i nawet duszę. Lecz dzięki niej możemy uderzyć w Szatana bezpośrednio. Prosto w JEGO duszę.

Skończył, patrząc prosto w oczy fioletowołuskiej.
- I to jedyna szansa, żeby ją uratować – dodał cicho.

Nastał gwar wśród smoków. Jaszczury porykiwały i mruczały, trawiąc słowa Niebiańskiego. Szczególnie Diabelskie miały dylemat. Już na wstępie tego planu dostałyby namiastkę wolności, ale sam fakt ustąpienia był nieco dyskomfortowy.
- To może zniszczyć jej duszę – zauważył czarnołuski po chwili.
- Wiem... – Zabivzzlg spuścił głowę smutny, lecz od razu podniósł ją zdeterminowanym ruchem, patrząc na rodziców smoczątka. – Dlatego was pytam o zgodę. Zaryzykujecie duszę własnej córki, żeby uratować i ją, i nas wszystkich?

Sachxighere przytuliła mocno srebrnołuską. Choć Sachzra nie rozumiała słów, które docierały do jej uszu, z pewnością wiedziała, że to o nią chodzi. Dziecko patrzyło po wszystkich smokach nieco przestraszone, czekając na dalsze losy. Jej matka zamknęła oczy, próbując podjąć najcięższą decyzję w swoim życiu. Wzedxqsxdz kiwnął głową. Nie chciał się na to zgodzić. Wszystko zaczęło się od porzucenia Tsavakila. Nie miał zamiaru popełniać drugi raz tego samego błędu. Już miał powiedzieć „nie”, kiedy nagle fioletowołuska go ubiegła:
- Zgadzamy się – mruknęła z wysiłkiem.
- Sachxighere?! – zawołał zielonołuski zaskoczony.
- Tak będzie lepiej – odparła cicho, wbijając wzrok w córkę. – Musimy wszystko odkręcić.
- Ale nie komplikując jeszcze bardziej! – syknął zły.
- A wiesz, co innego zrobić? – zapytała spokojnie, patrząc na niego.

Wzedxqsxdz nie odpowiedział.
- Zgadzamy się – powtórzyła Sachxighere.

Zabivzzlg kiwnął głową.
- Ja też coś mogę zaoferować! – odezwał się nagle inny głos.

Sporo jaszczurów umilkło, widząc tego smoka. To Savateriv pojawił się znienacka, dolatując do zgromadzonych. Złotołuski zastygł z zaskoczenia. Nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Z resztą nie on jeden.
- Słyszałem wszystko, co mówiłeś, przywódco Niebiańskich – kontynuował z przekąsem przybysz.

Szarołuski ciągle nie mógł znieść, że jego poświęcenie zostało tak zmarnowane. Wylądował pomiędzy przywódcami.
- Nie jestem ani Niebiańskim, ani Diabelskim. Moja wola nie została zniewolona, choć pierwotny zakaz Szatana dalej ciąży mi na duszy. Mogę jednak poprowadzić część tych, którzy mają już dosyć tej bezsensownej walki. Przygotujemy grunt w innym świecie dla Wielkiego Planu.

Nie czekał na odpowiedź. Wzbił się w powietrze, ponad inne smoki i ryknął głośno.
- Kto ma odwagę, niech leci za mną! – krzyknął. – Opuszczamy ten świat!

Zabivzzlg i Źwiszal przyglądali się, jak za szarołuskim momentalnie podążyło kilkaset smoków, głównie Diabelskich. To byli ci najbardziej zdesperowani, którzy nawet na ułamek sekundy nie zastanawiali się nad konsekwencjami ucieczki. Dla tych, co się zawahali, zabrakło miejsca. Grupa jaszczurów wzbijała się coraz wyżej w powietrze, aż w końcu znikła im z oczu, raz na zawsze opuszczając rodzinny dom.

Złotołuski westchnął.
- A mogliśmy tak zrobić na samym początku...
- CHCIAŁEM tak zrobić – syknął zimno przywódca Diabelskich.

Zabivzzlg zamyślił się na moment.
- Ostatnia kwestia. Tsavakil – mruknął zmęczony.
***

„On musi ponieść karę”.

Tsavakil otworzył oczy. Był słaby, zmęczony. Instynkt kazał mu się podnieść, desperacko podciągnął ciało do góry, ale momentalnie stracił równowagę i upadł na ziemię.

Dusza i umysł walczyły ze sobą. Nie potrafiły dojść do kompromisu. Kim on jest. Czym on jest?!

Znowu spróbował wstać. Zachwiało nim, ale rozkraczył cienkie nogi, zezując na ubitą ziemię pod nim. Wzrok miał inny. Wcześniej widział inaczej... Wcześniej? Było wcześniej? Rozejrzał się. Stał na jakimś niewielkim wybiegu, otoczonym drewnianym ogrodzeniem. Nagle mignęła mu postać po lewej. Zatrzymał na niej swój wzrok. Istota wpatrywała się w niego przyjaznym wzrokiem. Miała cztery, długie nogi zakończone kopytami i wielkie, silne cielsko. Gniade futro było posklejane i brudne, a czarne grzywa i ogon, dodatkowo ozdobione pojedynczymi źdźbłami siana
i słomy.

„Wolność, którą sobie wykupił, będzie jego przekleństwem”.

Tsavakil zrobił kilka niepewnych kroków. Kątem oka ujrzał swoje odbicie w kałuży. Spojrzał na nie. Zobaczył małe, słabe stworzenie, o karej maści i dużych oczach. Stał się czymś, co zwane jest w tym świecie „koniem”, drobnym źrebakiem, który dopiero co się urodził. Zbliżył pysk do odbicia. Jego powieki były białe.

Choć umysł bez problemu zaakceptował nowy wygląd, dusza szarpała się, nie mogąc zrozumieć, co się stało. To nie tak miało być. Tsavakil czuł, że to nie jest jego ciało, że brakuje mu czegoś bardzo ważnego.

„Urodzi się niewolnikiem, takim samym, jakim stała się Sachzra”.

Nagle źrebak usłyszał za sobą jakieś dźwięki. Odwrócił się znacznie pewniejszym ruchem. W jego stronę podążało kilka dwunożnych istot – „ludzi”, jak się miał szybko przekonać. Dzierżyli oni w rękach sznury i uprząż. Młode serce zabiło mu szybciej. Cofnął się kilka kroków. Nie było jednak dokąd uciekać.

To nie tak miało być! Czuł wolność! A teraz mu ją mieli zabrać?!

„Ale to nie jego wina. On myślał, że jest porzucony!”.

Ludzie złapali go i przytrzymali. Założyli na szyi pętle, związali sznurem. Tsavakil zarżał rozpaczliwie, patrząc w niebo. Dusza chciała latać! Ale czuł, że nie jest mu to pisane. Zrozpaczony opuścił głowę. Stracił wszelką chęć do walki.

Ugiął kark...

„Dlatego ma szanse odkupić winy. I dla niego znajdzie się rola w Wielkim Planie”.

KONIEC ROZDZIAŁU
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.