Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt ,,Nawet wąż zrzuca skórę" - (anty)kryminał noir - cz.VII  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/2/28
Przeczytano: 563 raz(y)
Rozmiar 20.05 KB
2

(+2|-0)
 
Fabryka leżała poza miastem, tuż obok starej sześćdziesiątki ósemki. Adres znalazłem sam, skoro informator zawodził, w książce telefonicznej. Wielki przemysłowy kompleks stworzony za kilkadziesiąt milionów zielonych złożony z paru hut i piaskownic. To było niemal małe miasto. Sześć tysięcy pracowników – czarnych, Azjatów, innymi słowy, wszystkich biedaków pozostawionych przez skarbówkę na bruku. Niedługa sam się tam znajdę, jeśli nie rozwiąże tej sprawy. Wiązałem koniec z końcem. Wprawdzie nie posiadałem samochodu, ale radę sobie dawałem. Tylko te drogie taksówki!

Byłem pewien, że tam właśnie znajdę kolejne clue.
Całość kompleksu otaczał gruba zapora drutu kolczastego. Dobrze, że wiązałem akurat rękawiczki robocze. Wolałbym nie opowiadać jakim cudem zdobyłem ten ważny przedmiot do kontynuowania dochodzenia. Powiem jedno – było ciężko i włamanie do znajdującego się obok magazynów robotniczych nie ma z tym nic wspólnego.

- Auuuu!- Za bardzo liczyłem na gumę trzeciej kategorii. Za pierwszym podejściem nie sprawdziłem, czy ogrodzenie jest pod napięciem. To był błąd. Poczułem pierwszą iskierkę. Trzasnęło równo. Całe ciało przeszył elektryczny dreszcz ściągający mnie w dół. Tymczasem fart mnie nie opuszczał i spadłem obok wystającego z piasku śrubokrętu. Jedyną stratą była spieczona końcówka ogona.
- Boże, czy ty istniejesz?- patrzyłem na popołudniowe niebo, leżąc na plecach.
- Ey, wilczku!- zawołał ktoś piskliwym głosem.
Podniosłem głowę. W moją stronę szło dwóch typków spod ciemnej gwiazdy, znaczy spod ciemniejącego nieba. Niewysoki skunks-anorektyk, choć za jego ubranie nie dałbym złamanego grosza – a tylu nie mam – i opasły opos w typie mięśniaka. Ich widok mnie nie przepłoszył, bardziej wywołał śmiech. Różne pary chadzają sobie na romantyczne spacery po odległych zakątkach miasta, a co ze mną? Jestem tolerancyjny!
- Wilczku!- Powtórzył cienkim głosem skunks. Cały czas machał czymś trzymanym w prawej dłoni. Gdyby nie była to marionetka przedstawiająca jego samego, uznał bym jego za wariata, skoro jednak ta lala mówiła za niego…
- Co jest, wilczku?! Teren prywatny!- wrzasnęła lalka.
Miałem ogromną ochotę kogoś udusić. Tylko nie wiedziałem kogo. Braci syjamskich czy grubasa?!
- Matka was więcej nie miała?- spytałem głupkowato.
Kukiełce nie spodobało się takie pytanie.
- Zaraz zobaczymy, czy będzie ci do śmiechu!- Szczerze powiedziawszy glos brzuchomówcy bardziej śmieszył niż groził. W dzisiejszych czasach i gangsterów dotyka kryzys. Wynajmują bezrobotnych cyrkowców albo wariatów i potem po mieście szwendają się dziwacy z gaciami na wierzchu. Nie żartuje!
- Już mi się chce śmiać.- Odpowiedziałem krótko.- Co wy? Bracia Marx?
Tymi błyskotliwymi słowami zgasiłem skunksa i oposa. Obydwu gęby poszły w dół. Prócz pacynki.
- Ależ żeś walnął suchara, wilczku!- krzyknęła skarpeta.
I na nią znalazłem sposób.
- Przynajmniej mam obie stopy całe.
Wzbudziłem gniew w tej workowatej istocie. Nadymiła się i ,,zaczerwieniła’’, albo wyglądała, jakby chciała beknąć. Zabawnie było patrzeć jak skarpeta wzbiera w sobie powietrze. Gdybym chciał, sprawdziłbym zegarek. Ta poczwara wstrzymywała oddech od dobrych paru chwil. Przeczuwałem, że pacynka miała błysnąć czymś interesującym. I nie pomyliłem się.
- Ty, oślizgły…. – zaczęła. O tak, dopiero się rozkręcała. Takiego potoku wulgarnych określeń nie słyszałem nawet od Weroniki. Zresztą, od niej usłyszałem jeszcze gorsze. A może jednak kukiełka umiała lepiej ubliżać? Ten piskliwy głosik i wyłupiaste guziczki miast oczu. Takie hobby przyprawia o mdłości. Jedni podcinają sobie żyły, zbierając znaczki, inni dławią się gliną, kiedy tworzą wazę… A ja dalej żyje.
Miałem już serdecznie dosyć wysłuchiwania skarpety. Użyłem wobec niej taktyki denerwowania karłów. Wiem, wiem, brzmi to bardzo niemile dla niskich. Sam ledwie mierze metr siedemdziesiąt. W obecnej sytuacji to nieważne!
- Skończyłeś, Frodo?
Teraz całą trójka miała spuszczone gęby w dół. No, teraz to mogę wykonać taktyczny odwrót, znaczy dać dyla. Mimo wszystko należało wpierw wstać i zamydlić ten trójkącik dziwaczną gadką
- Szanowni panowie… i skarpetko, wiem że całe zamieszanie sprzed kilku chwil jest poczuciem waszej wstrzemięźliwości seksualnej. Będąc osobą tolerancyjną i nie mająca nic przeciwko waszemu związkowi. Teraz udam się w przeciwną stronę i puścimy w niepamięć nasze spotkanie, okey?
Chyba byli za tępi, żeby zrozumieć proste słowa.
Spróbowałem ponownie.
- Ja iść, wy tu zostać.
- Masz nas za tępaków, wilczku?!- ryknęła skarpeta.
Marionetki, jak zresztą niektóre kobiety, potrafią zniszczyć wielkie chwile i zamienić je w beznadziejną… Nieważne! Ważne, że skarpeta znowu mi dogryzła zamiast skończyć z innymi brudami w pralce. ,, Ten gość jest bardziej walnięty na łeb ode mnie!”- pomyślałem. Ciężko gadać z częścią garderoby, która robi za mózg dwóch drabów.
- Szczerze?- Zapytałem, żeby mieć pewność, co do ogólnego braku tych ,,goryli”. Niczym nie zabłysnęli. Chyba rzeczywiście skarpeta zjadła wszystkie rozumy obydwu.
- Uważaj, wilczku! Ostatniemu patafianowi odgryzłem jajca!
- Przynajmniej raz poczułeś się prawdziwym mężczyzną.- Źle odpowiedziałem. Opos i skunks-brat skarpety skapnęli się, że zamierzał opuścić towarzystwo. Pochwycili mnie zanim zdołałem wyjść cało stamtąd. Opasły unieruchomił mi ręce od tyłu, gdy chuderlak walił wolną dłonią brzuch przy dopingu pacynki. Stękałem, co rozbawiało całą trójkę. Jedna szczęśliwa myśl przemknęła mi wtedy przez głowę: ,,Zawodowcy! Cholernie dobrzy zawodowcy! Dałem się zwieść intuicji i skarpecie! Nigdy przenigdy nie zaufam marionetkom, lalkom i skarpetom! W sumie bez skarpet obejść się nie…”

Trwało to bynajmniej pół godziny i tak dobrze, że dzisiaj nie zjadłem niczego ciężkostrawnego.
Przedostatni cios skunksa-brata skarpety sprowadził mnie pod fabrykę. Skąd wiedziałem, że ten był przedostatni. Po nim był ostatni i tyle. Mięśniak puścił ramiona. Przy upadku cieszyłem się z tego koszmarnego położenia. Gdyby nie było tutaj piasku, tylko beton, nie wiem, czy zachowałbym wszystkie zęby. Boże, dzięki ci za kryzys! Betonu nie starczy nawet na rozbudowę dzielnic przemysłowych.

Żeby mi jeszcze dopiec, skarpeta powtórnie się odezwała.
- Myślisz pewnie, żeśmy skoczyli zabawę, co nie, wilczku?
,,Słysząc twój głos nic gorszego nie może mnie spotkać”- wymyśliłem naprędce odpowiedz. Akurat musiałem zareagować bardziej idiotycznie:
- A macie jeszcze skakankę?
Wstałem. Jakoś dałem radę po tylu kuksańcach. Cholercia, mam tylko nadzieje, że wewnątrz organy są nieuszkodzone. Po aferze z przeszczepem mózgu prawo lekarskie przestało być liberalne dla organów powyżej poziomu szyi. Na razie miałem tylko nadzieje na odpuszczenie dalszej części tego spotkania.
Ale oni nie chcieli odpuścić.
- Panowie, bądźcie racjonalni. Innym razem.
- Co robimy?- Zapytał znienacka opos grobowym głosem. Wreszcie dosłyszałem porządny głos wydobyty z zakamarków tej wstrętnej gęby. Zawsze to jakaś miła odmiana, ale skarpeta musiała dopowiedzieć swoje.
- Jak co robimy, kretynie?!- Zrugała oposa.- Dalej mu obijamy mordę, aż zmięknie!
- Ustalmy, że był remis – powiedziałem.- Powiecie szefostwu o daniu delikwentowi nauczki, a ja obiecuje, że nigdy więcej tu nie wrócę, zgoda?
- Zamknij ryj, wilczku!- krzyknęła.
- Nudzisz, skarpeto.
- Zamknij ryj, wilczku!
- Nuuuuuuuudisz.
- Zamknij ryj, wilczku!
Tępy wyraz twarzy oposa mówił sam za niego: ,,Ale o co chodzi?”.
- Bijemy dalej?-zapytał opos.
- Nie!- Przy akompaniamencie głosu kukiełki skunks-brat skarpety grzebał wolną dłonią po kieszeniach marynarki.- Użyjemy znacznie bardziej subiektywnego sposobu!
- Mówi się ,,obiektywnego” miast ,,subiektywnego”. - Jedna chwila musiała mi starczyć na wymyślenie sposobu uratowania ogona albo pozbycia się tej dwójki. Rewolwer ukryty w pięcie buta mam… nienaładowany. Cholercia, skoro broń staniała, naboje winny zrobić podobną rzecz! Chcieli w ten sposób rozbroić bandytów, czy jak?
Wtem skunks, wykorzystując mą nieuwagę, spryskał mi czymś oczy. Cholercia, jak to paliło! Jakby wlali do moich oczu kwas lub inne żrące świństwo! Tarzałem się jak głupi w piasku, byleby tylko złagodzić ból. Popełniłem większą głupotę, bo piasek tylko pogorszał sprawę.
- Kurwa! Kurwa! Kurwa! Kurwa, jak to piecze!
- Nic ci nie będzie, wilczku.- Skarpeta triumfalnie obeszła mnie na skunksiej dłoni.- To zwykły gaz pieprzowy połączony z wodą morską w stanie gazowym. Za godzinę wszystko wróci do normy. Ale to było tylko ostrzeżenie. Następnym razem wygrzebiemy ci je… łyżeczką do lodów.

Miałem gdzieś, co pacynka mówiła. Pieczenie oczu nie pozwalało mi myśleć. Jak to paliło! Ostro i mocno! Odpowiedziałem zwięźle na jej słowa:
- Kurwa, zamknij ryj! Wiesz, jak to pali spojówkę?! Kurwa! Kto was wychował?! Freddy?!
Takiego mnie zostawili. Wyjącego oraz wijącego się z bólu wilka tuż obok fabryki. Z trudem wytrzymywałem ból, a oni mnie tak zostawili!
Ostatnie zdanie skarpety, jakie zapamiętałem:
- Pamiętaj, że to było tylko ostrzeżenie.
Chyba tak powiedziała. A z resztą, zbyt dobrze, to ja tego nie pamiętam. Tarzałem się w piachu i krzyczałem. Tamta dwójka odeszła bezczelnie, złośliwie rechocząc.

,,Cholercia, czyżby opatrzność karała mnie za wyrzucenie wiatraka? - pomyślałem.- Coraz bardziej radiowa teoria, wysłuchiwana nieraz po barach, o umysłach zmarłych uwięzionych w domowych sprzętach zdawała się być prawdą? Musze przestać słuchać ty bzdur! Mam ważniejsze rzeczy na głowie! Dochodzenie musi trwać! Ale mnie oczy piekły! Auć! Auć! Auć! Auć! Jak o tej porze znajdę dobrego okulistę?!'

***

Do mieszkania wróciłem krótko po północy. Fart, że taksówki kursują do tak dalekich budek telefonicznych. Jedną znalazłem blisko fabryki. Ból oczu przeszedł, co niezmiernie mnie cieszyło. Czucie beznadziejności biło mnie gdzie popadnie nie gorzej od tamtych dwóch dziwaków.

Wredna dziatwa z klientki! Na Marsie żyje trzy miliardy cywilizowanych ssaków, a ona wybrała akurat takiego przypadkowego gościa. Chyba przez to, ze jestem jedynym detektywem. Żyje ledwo kilkadziesiąt lat i nie mam grosza przy duszy. Wiem, wiem, nie powinienem wracać na miejsce zbrodni niczym… Jakiej zbrodni? Dlaczego oskarżam sam siebie?! A co ja takiego zrobiłem?! Takie są skutki przedawkowania Dostojewskiego i pulpów! Za dużo działania, za mało myślenia. Cholercia, to powinno być na odwrót! Za dużo myślenia, za mało działania! Znowu za dużo zjeżdżania na pobocze! Trzeba jechać cały czas przed siebie i mieć oczy szeroko otwarte na nowe możliwości! Naprawdę powinienem przestać czytać Dostojewskiego.

Mam tylko cicha nadzieje, że pani Jefferson po otrzymaniu należności zaprzestała wyczekiwać na mnie z wałkiem do ciasta (nim władała równie sprawnie jak tasakiem) . Taaaaa, szalona strażniczka domowego ogniska, co koczuje pod moimi drzwiami czekając, aż przyjdę. Wydusi ostatni grosz i koniec. Skrzypnęło. Ups, spróchniała deska. Ten zeszłoroczny remont mogli poszerzyć o wnętrze. Kiedy coś się wykonuje, nie wolno pomijać szczegółów!

A właśnie, dlaczego, prócz samej mistyfikacji ciała, nie zdobyłem lepszych dowodów. A ten kostny? Jakiś taki dziwny, nieogarnięty. Spacer i ból oczu pozwolił skupić cały pomyślunek nad jego osobą. W kostnicy zazwyczaj siedział Nikodem albo Boris. Nikodema w mundurze spotkałem na korytarzu, więc odpada.

- Zobaczmy, co mam… Przeterminowany bilet tramwajowy, resztki po batonikach, kupon na loterię… Gdzie moje klucze? - Grzebiąc w kieszeni marynarki, chwyciłem za klamkę. Drzwi były otwarte. U, ostrożność przy takiej sytuacji jest podstawą przeżycia. Nie wiadomo kto się włamał do mojego domu i kto stoi za progiem. Złodziej? Chuligan? Poborca podatkowy? Dobra, ostatni przykład zmyśliłem, niemniej każda możliwość jest możliwa w takiej możliwości. Zwłaszcza poborcy podatkowi, gdy zapomniało się podpisać odpowiednich faktur. Co ja wygaduje?! Ta kukiełka zbytnio mi namąciła w głowie!
Ten świat schodzi bardzo, bardzo, bardzo nisko.

W mieszkaniu panował głęboki półmrok. Z trudem dostrzegałem zarys mebli. Wszystkiemu winien mój słaby wzrok i te dwa głąby. Pies sobie posiedzi za długo na ciekawym seansie i dostaje zapalenia spojówek!

Przyczyną jest wysoki wybór filmów. Trzy w cenie dwóch! A ja nie mam co robić wieczorami, chodzę sobie na nocne seanse w tanich kinach. To jest to! Sala wypełniona do jednej setnej, siedzenia obite tanim papierem, szkodniki biegnące pomiędzy rzędami. To jest to! Wpatruję się głęboko w poplamiony ekran, na którym wyświetlają ciężki do zrozumienia film bez napisów. Nic nie rozumiem i siedzę tak sobie cztery- osiem godzin, wsparty nogami o przednie siedzenie i oglądam. Tylko i wyłącznie oglądam. Czasem dzieje się coś ciekawego, ale odejmując z akcji ,,sceny tylko dla dorosłych” dostajemy wyłącznie gadanie oraz rozbijanie naczyń kuchennych. Nie żartuje. Ostatni seans był jedynie o rozbijaniu naczyń kuchennych. Jaki jest cel kręcenia takich obrazów? Poradnik ,,Jak gospodyni domowa może wymusić rozwód w pięć minut niszcząc naczynia”. Nie, to by było po prostu żart reżysera. Ten świat jednak schodzi na kundle! Każdy pies, każdy kot wybiera nocny seans wyłącznie jako czas odprężenia! A oni dają tłuczenie naczyń kuchennych! No żeś, tych cenzorów popierniczyło do reszty?! Chcą odpowiedniej kategorii wiekowej?! Proszę bardzo! Dajcie tylko spokój wykończonym średniakom!

Wracając do tamtego feralnego wieczoru…
W mieszkaniu panował półmrok i z trudem dostrzegałem zarys mebli. Wszystkiemu winien mój slaby… Cholercia, to już powiedziałem! Więc z zupełnie innej beczki. Stoję w drzwiach. Brak pewności, czy kogoś ni ma wewnątrz. Półmrok w mieszkaniu pozwala dostrzec jedynie zarysu mebli. Coś mi nie pasowało.
- Kto tu?- spytałem cicho. Bardziej bym powiedział: Nie mam pieniędzy i nic po za tym. Proszę sobie wziąć całą moją bidę! albo: Na dole jest gospodyni. Można ją zastrzelić zamiast mnie. No co?
- Czekałam na pana, panie Kurkoff.- Wysoce przyjemny kobiecy głos. Wiedziałem, że to może być urzędniczka skarbowa lub bibliotekarka. Najgorsze demony kryją się za najładniejsza zasłoną dla ukrycia prawdziwych celów. Przestanę chyba czytywać pulpowe opowiastki. Używają dziwnych oraz zawiłych gierek słownych.
- Jeżeli chodzi o zaległe książki z biblioteki, nie posiadam takowych. – Podjąłem ostrą próbę obrony. - W ogóle nie chodzę do biblioteki. Nie potrafię czytać! I nie mam kciuków przeciwstawnych! - Kłamałem… w dobrej wierze. W swojej wierze, czyli dobrej. Nie wiedziałem, po co to powiedziałem. Każdy na moim miejscu postąpił by podobnie. Nikt przecież nie lubi płacić podatków i oddawać ciekawych książek do biblioteki.
Czy znowu wybiegłem myślami wstecz miast zając się obecnymi sprawami? Kobiety zawracają facetów z obranych wcześniej drogi. Ulissesa baby też gnały całe dziesięć lat! Helena, Kirke, Kalipso, Mamuśka, Syreny, Scylla, Penelopa! Gość prządł o wiele lepiej niż współcześni nocni kowboje.
Kobieta, gdyż innej osoby nie posądzałbym o posiadanie takiego głosu (o transwestytach nie wspominając), zapaliła lampkę na biurku. (To tam ją położyłem?!) Pokój natychmiast przestał być skryty w mroku.
,,Niczym wypłynięcie z tunelu obrzydliwego robaka śmierci.” - pomyślałem.
Koło lampki stałą Angel. Znów była ubrana w jednoczęściowa suknię z ramionami. A wycięcie świetnie dodawało urokowi jej czarnym rajstopom. Widok uprzyjemniający wieczór. Nie ma co.
Nie przeraziłem się. Przybycie klientki oznaczało bynajmniej kłopoty… albo przyjemność. Na wszystko muszę być odpowiednio przygotowany. W lodówce na takie momenty chłodzę wódkę zakoszoną gospodyni.
- U, to pani?
- Przyszedłem do pana w pewnej sprawie
- Powiem to samo, co przed komisariatem. Nic. Na ten moment wszystkie poszlaki wskazują na fabrykę i ...
- Był pan żonaty? - Wzięła z biurka zdjęcie Weroniczki. Jedyne jakie zdołałem zrobić i to w pięknych okolicznościach przyrody. He, he, he.
- Trzy dni – odpowiedziałem z dumą. - I to były moje najszczęśliwsze dni w życiu.
- Pan czy ona zrobiła pierwszy krok?
- Do czy z łóżka?- odpowiedziałem ironicznie.
Zachichotała.
– Dowcipniś z pana.
- Ona nie uważała mnie za kogoś Dowcipnego.
- Wielka szkoda – pogłaskała mnie po głowie. Naszyjnik odwracał chwilową nieuwagę od jej dekoltu. - Kobieta musi dostrzegać zalety w swoim partnerze, inaczej cała miłość pryśnie.
,, Żeby choć raz w ten sposób powiedziała Weronika - pomyślałem. - Wtedy moje życie nabrałoby rumieńców i nie musiałbym harować pozbawiony przyjemnych perspektyw.”
Chwilowo zabawiała się własnym ogonem. Długi, ognistorudy wąż owijał się wokół lisiej szyi z dziką gracją. Cholercia, jakie to podniecające! Na moment odwróciłem się, by zamknąć drzwi. Ktoś jeszcze wejdzie i będzie afera na całą kamienicę.
- Zechce pan wsiąść resztę należności?- spytała z tyłu.
- Umawialiśmy się, że dopiero po zakończeniu spra…

Spojrzałem na nią i szok. Szczerze. Przeżyłem szok. Na łóżku, dobrze, szczęście, że dzień wcześniej je sprzątnąłem, moim łóżku, leżała ONA. No, klienta leżała nago na pościeli, za to w jakiej pozycji! Nogi rozstawione szeroko na boki, dłonie zasłaniają łono, włosy rozpuszczone, rozlewały się na poduszce. Coś podobnego! Obok , na krześle leżą jej rzeczy – sukienka , bielizna, pończochy. Nic jeszcze nie wziąłem, poza tabletkami na oczy, a tu takie marzenie się spełnia! Gdyby to jednak była zamiast niej Weronika, to byłbym najszczęśliwszym wilkiem na Marsie! Cholercia, następnym razem wezmę sprawę skunksiczki (ta ma czym oddychać!) z kamienicy naprzeciwko. Stałem osłupiony, lecz uradowany takim widokiem.

- To wskakuje pan czy nie? - zapytała Angel.
A ja dalej osłupiony otwieram gębę.
- Eeeeeeee….
- Obiecałam panu masaż, jako cześć zapłaty, prawda?
- Eeeeeeee.... Słucham?
- Zapomniał pan? Masaż.- Miast na słowach o masażu, skupiłem uwagę, jak ona sama masowała, bardziej pasowałoby słowo pieściła, piersi. Noż… mam przed sobą okazję spędzenia uroczego (w takiej chwili lepsze określenie nie błysnęło mi w głowie) wieczoru... I to z kim!
Zdjąłem koszulę, skarpetki i rzuciłem wszystko na bok.

,,W spodniach czy nie? Myśl szybciej, stary! Taka dziewczyna przed tobą! Weź się w garść! Zrób to!”

,,Żadnych wątpliwości! - Rozpiąłem spodnie.- Wreszcie sobie odbije na Weronice! Niech suka żałuje, że mnie porzuciła! Ale się zabawię!"
Nagle dostałem mocno w tył głowy.
- Ałaaaa... – stęknąłem cichaczem, padając wprost na twarz. Jedynym pocieszeniem było położenie mego upadku. Nosem spadłem na mięciutki dywan. Zero stłuczeń i krwi.
Ale że zabrano mi chwilę przyjemności i odprężenia… Nie daruje, gnidom! Co za świat! Zapowiadał się miły wieczór we wspaniałej aurze, a jakiś cham jeszcze mi tu przerywa!

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.