Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt ,,Nawet wąż zrzuca skórę" - (anty)kryminał noir - cz.VIII  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/3/1
Przeczytano: 607 raz(y)
Rozmiar 14.97 KB
2

(+2|-0)
 
,,Czyżbym doznałem wstrząsu mózgu? - Dla pewności policzyłem w myślach do dziesięciu. - Jeden, dwa, cztery, siedem, dwadzieścia.” Wszystko było ze mną w porządku. Teoretycznie. Z trudem zmusiłem mięśnie do wstania. Po takim uderzeniu można sobie nadgodzinnie poleniuchować.
„Dobrze, że znalazłem sobie doborowe towarzystwo na czas wypoczynku. Najpierw przyjemności, potem obowiązki. He, he, he, he. Zaraz, to było w odwrotnej kolejności! Mniejsza z tym! Pora się odprężyć! Podnoszę ciało z trudem i nic. Co jest?!”

Byłem obwiązany łańcuchem. Kilkumetrowe, grube cięgno wiązało mnie do drewnianej kłody. Brakowało mi jeszcze, żebym jechał wprost do piłowni. Wypowiedziałem to w złym momencie, gdyż jechałem prosto w paszcze maszyny piłującej.

,,Przesadziła dziewczyna z sado-maso czy co? Lubię ostre gierki, ale to szczyt wszystkiego! Należy mieć jakieś zahamowania!”
- Halo?- szepnąłem, warkot maszyny piłującej celnie gasił płomyczek nadziei na ratunek.
- Halo?- powtórzyłem.
Znów to samo.
- Do kurwy nędznej!- Spróbowałem przebić się poprzez hałas maszynerii.- Czy ktokolwiek mnie słyszy?!

Odpowiadał jedynie hałas maszyn.

,,Więc tak zakończę żywot?- pomyślałem, zgadzając się tym samym na śmierć.- Przekrojony równiutko, umorusam całą halę własną krwią. Ciekaw jestem, jak śliczne wzorki z tego wyjdą? Półkoliste, zygzakowate szlaczki? Okrągłe plamki?”

Nie doznałem (jeszcze) podziału ciała, a podziału jaźni.

Rozum mówił:,, To koniec i należy się z tym pogodzić". A serce na to: ,, Wolności! Sprawiedliwości! Seksu!”

Oddam głos zewnętrzny sercu:
,,Nie, nie, nie, nie, nie, nie mogę skończyć przekrojony na pół w pionie! Dlaczego nie mogli mnie związać w pasie? Łatwiej byłoby wtedy mnie złożyć do kupy! Świat jest okrutny i pełen dzikich pomysłów! Boże, jeśli się wykaraskam, pójdę na pustelnika! Złożę śluby czystości, ubóstwa oraz milczenia, tylko mnie uratuj z tej degrengolady! O, Boże, wyrzucę wszystkie pisemka i plakaty, tylko daj mi przeżyć! Poszedłem na całego i się poryczałem. Więc zginę w ten sposób?! Rozpiłowany?! Ciekaw jestem w jaki wzorek ułoży się tryskająca krew? Co mi te wzorki łażą po głowie, gdy patrzę śmie… ostrzom w oczy?!”

Spojrzałem ostatni raz w kierunku pił. Ostrza były coraz bliżej i bliżej, tłamsząc me rozpaczliwe wrzaski oraz rozterki. Kilka centymetrów i po bólu! Za moment odnajdę wieczny spokój. Ciekawi mnie, która religia ma tam znaczące udziały.. Buddyzm? Islam? Jedaizm? Dlaczego akurat musiałem olać Jechowych? Może to oni mają jako jedyni rację? Ach, niekiedy śmierć zmusza do głębszych refleksji nad sensem istnienia. Szkoda, że nie dane mi było zobaczyć, jak życie przelatuje przed oczami. W sumie… nic ciekawego.

- Ale bez Weroniki nie odejdę!- wrzasnąłem u bram zejścia.- Ja chce się z nią jeszcze przespać! Chce, żeby mi obciągnęła! Chce ostatni raz ją przelecieć! Boże! Boże! Boże! Boże, słyszysz mnie?! Chce żyć! ŻYĆ!

I stał się cud! Kącikami uszu dotknąłem koniuszka ostrzy. Ostrza zatrzymały się właśnie na koniuszkach uszu! Właśnie na kąciku , a nie na głowie albo na pasku. Byłem wniebowzięty i doskonale zachwycony zachowaniem życia, że nie doszło do mnie ten szkopuł. A mianowicie, ktoś wyłączył maszynę.

Nie myliłem się. Zza maszyny wyszedł zgarbiony szczur. Cholercia, ubranie było starsze od niego! Te połatane dziury, te pocerowane szelki sprzed lat stu! A on sam w nie lepszym stanie! Uszy oklapłe, oczy na wierzchu, garb rozmiarów Mont Blanc z tyłu. Jak mu współczuje, że nie umarł.

- Co pan tuta roby?- spytał stary dozorca. Strasznie seplenił, czego powodem musiała być zapewne źle dopasowana sztuczna szczęka.- To je telen pywatny! Wynocha! Wynocha!
- Ależ pan miły dla uratowanego wilka – oznajmiłem mu. Staruszek nie był zbytnio przyjacielski. Przez cały czas uderzał, czy próbował uderzyć, mnie metalową laską. Na szczęście laska była nieco przerdzewiała i czułem wyłącznie uderzenia czegoś miękkiego. Śmiać się, czy nie śmiać się? Oto jest pytanie, pomyślałem parafrazując Williama. Poczucie wyśmiania starszego dozorcę nie przypadłaby mi do gustu. Był stary i schorowany. Dałem sobie spokój z fabryką i ze staruszkiem i po prostu zmierzałem ku wyjściu. A stary nie odpuszczał:
- Poze stod wysc!- wyseplenił.
- Już, już, już idę sobie. Idę.
- Wynocha!
Nie poprzestawał mnie tłuc.

Wstawał świt.
Dopiero przy wyjściu poznałem gdzie byłem. Ledwie parę godzin wcześniej, niedaleko ogrodzenia, dwóch pseudo-cyrkowców dało mi do zrozumienia, co sądzi o bezczelnym wkradaniu się na cudzy teren.

Odpowiednio podsumowałem ciąg przyczynowo skutkowy oraz przegranych i zwycięstwa podniesionych w trakcie dochodzenia. Na domiar złego nie byłem w przyjemnym miejscu do myślenia. Głębokie przemyślenie całej sprawy wymagało odpowiednich warunków terenowych. Wśród hałd piachu miałem nieodparte wrażenie bycia obserwowanym z ukrycia przez kogoś.

Uznałem, że najrozsądniej będzie wrócić do mieszkania, ubrać się normalnie i brać ogon w troki. W sumie, chciałem wykonać taktyczny odwrót i zaszyć się gdzieś na kilka dni, aż sprawa przycichnie. Wracając czułem chłód asfaltu.

Wszystko układało się w nielogiczną całość.
Co aktualnie posiadałem:
Nic, nic, nic prócz przekrwionych oczu, poobijanego ciała, przetartego prawie do gołej skóry ogona, nic.

- Cholercia, musze się napić albo… Dlaczego jestem prawie goły?! Dlaczego mam na sobie wyłącznie bokserki i koszulę?! Co tu się dzieje, co jasnej cholery?! Au! Szkło! Au! Au! Au! Sami skąpcy! Starego pryka trzymają i jeszcze nie zatrudnią sprzątaczki.

***

Obserwacje:
O ile się nie myliłem, a w kwestii geografii zawsze się nie mylę, aktualnie stałem przy drodze, pomiędzy miastem a fabryką. Jestem pół nagi, w kapeluszu, nie mam forsy ani zegarka. Wczesnoporonna mgła pomalutku znika w promieniach wschodzącego słońca.

Wniosek:
Jestem w głębokiej agonii. Wszystko się poplątało, pomyślałem. Ta sprawa mnie wykończy. Muszę się po prostu zdrowo napić! Tylko kto mi w takim stanie sprzeda flaszę?
Jedną chwile! Flaszkę przecież mam w lodówce! Dzięki, że choć ten jeden raz Stwórca nie dał mi do wiwatu.

***

- Ola Boga! Kto pana tak urządził?!- Wykrzyknęła na mój widok pani Jefferson. Zamiatała przed klatką i zapewne również i mnie by zmiotła, jakby chciała. Nie dziwię się hienie. Niecodziennie można spotkać wilka w bieliźnie oraz w kapeluszu na porannym spacerku. Dziwne, że nikt nie zwracał najmniejszej uwagi na mnie, gdy tu szedłem. Mniejsza z tym, zrobiłem niezły spacerek. Na oko od fabryki jest ze czterdziestu kilometrów (w najlepszy razie).

- Kobieta, szanowna pani – odpowiedziałem – kobieta. To przez kobietę.
- Szkoda, że skończyła – burknęła gospodyni. ,,Stara kwoka” - pomyślałem.- Pan nigdy do nich nie miał szczęścia, podobnie zresztą jak i do pieniędzy. Ogólnie pan nie masz szczęścia.
- Zapłaciłem.- Minąłem dozorczynię mizernym krokiem zmarnowania. Wszystko poszło w zaparte. Mile zapowiadający się wieczór zmarnowany, otarłem się ledwie o śmierć i jeszcze ona mi dopieka. Coś jakoś wszyscy się na mnie uwzięli na ten czas.
- Zapłacił pan, a jakże. Wciąż jednak zwleka pan ze śmieciami.
- Jakimi śmieciami?- powoli wchodziłem na pierwszy stopień schodków.
- A to nie pan?- otworzyła oczy ze zdumienia.- Pewnie chodziło o rodzinę Yansów spod piątki. Oni wywalają śmieci na podwórko i potem się gnieżdżą prusaki. Nie zamierzałem rozmawiać na szkodliwe tematy. Czym prędzej zmieniłem temat na mniej nienormalny.
- Czy załatwiła pani sprawę mojej szafki?
- Mąż wkrótce naprawi
- Znowu ożył?- Ze zdumienia otworzyłem szeroko oczy. Bynajmniej usłyszenie słowa ,,Mąż” ruszyło umysł do przodu. Ponowne cudowne ,,zmartwychwstanie” pana Jeffersona oznaczało, że urzędowi skarbowemu, bankowi, mafii albo służbom zakładu dla umysłowo chorych znudził się pościg za podstarzałym rastafarianinem.

Znikał niespodziewanie, nie pozostawiając żadnego pożegnalnego listu (gdybym był mężem pani Jefferson, też bym nie zostawiał listu) na pewien czas. Raz był to tydzień, innym dwa, a najlepiej mu wyszła dwuletnia przechadzka do sklepu( miał kupić tylko gazetę radiową). Taaa, pan Jefferson bym kimś pomiędzy Odyseuszem a Obieżyświatem. Łaził wszędzie z nieodzowną paczką marychy.
Cholercia, chyba się zapiszę do tego klubu. Sam bym sobie popalił dobre zioło.

***

Dopiero co naprawiał, powinien to zrobić pół roku temu, zepsuty włącznik światła na klatce schodowej. Nie sposób było przegapić tej włochatej, odzianej trójbarwnie i zdredowanej postaci. Łaził z kąta na kąt i nucił melodie niewolniczych przodków, nie bojąc się własnej przeszłości.

- Yo, bracie – przywitał mnie hien. Poszarzałe dredy nadawały mu wygląd Boba Marleya albo kogoś podobnego.
- Yo – zacząłem luzacko - gdzież się pan teraz skrywał?
- W krainie wiecznej miłości, wiosny oraz szczęścia, bracie. Tam kobiety są młode przez wieki i – te słowa powiedział z natchnieniem - mężczyznom nie potrzeba tej toksycznej viagry, która niszczy prawdziwą miłość.
- Też chciałbym się tam znaleźć – powiedziałem. Odgadłem, że znowu za mocno wypalił towaru, czyli przedawkował, i latał po ustronnych miejscach nago. Hipis i tyle.
- Użyj tych świętych ziół, bracie – wyjął z kieszeni koszuli jedną machorkę i mi ją podał.- Dzięki nim doznasz oświecenia.
- Myślałem, że narkotyki są nielegalne.
- Święte zioła WH nie są paskudztwem niszczącym umysł.
Nazwa nic mi nie mówiła.
- WH?
- Wielki Hendrix – odrzekł głośno, wyciągając język, po czym odchodząc, śpiewał:

,,If you want to hang out, youve got to take her out, cocaine
If you want to get down, get down on the ground, cocaine
She dont lie, she dont lie, she dont lie, cocaine
If you got bad news, you want to kick them blues, cocaine...”


Dlaczego tacy porządni wariaci są zazwyczaj zamykani? Nikomu krzywdy nie zrobią, dzieci popilnują… Życie to jednak nic nie warte gówno. Możesz robić na co masz ochotę. I tak potem przyjdzie rachunek za wszystko. Szlag niech wszystko i wszystkich trafi! Pracować każą, ale do zabawy nikogo nie zaproszą. Gnidy!
Co to?! Drzwi zamknięte? Chyba były otwarte.
- Panie Jefferson! - Wychyliłem głowę zza balustrady.
- Słucham, bracie?- usłyszałem z dołu jego głos.
- Drzwi se zacięły! Toż trzeba coś zrobić!
- To zrób, bracie! Miej wiarę we własne siły!

,,Miej wiarę we własne siły?! No mam! I co z tego?! Wiara to nie wszystko! Trója z wf-u dosadnie przysłania wiarę. Ale spróbować nie zawadzi.”

Pierwsza próba nie wyszła, o drugiej bez słowa, a trzecia... niechcący stłukłem sobie ramię.
Godzina męczarni, przy słowach otuchy pana Jeffersona ( Jak go nie lubić?), przyniosła długo wyczekiwane rozwiązanie.

,,Dzięki za pomoc, panie Jefferson.”

Wszedłem. Uff, obawiałem się najgorszego. Mieszkanie zastałem nienaruszone. Jakoś nie przedstawiało obrazu nędzy i rozpaczy. Wręcz przeciwnie. Wszystko było posprzątane, poza łóżkiem. Nic nowego.

Paląc zioła WH i pijąc Sobieskiego (przeterminowanego, acz dalej smakowitego), rozmyślałem nad dalszymi krokami.

,,Fabryka stanowiła pewną spinkę łączącą wszystko w jedną całość – zaciągnąłem się głęboko. - Dwukrotne wtargnięcie, osobiste i wymuszone, były klęską. Pobito mnie, omal nie straciłem wzroku, kobieta wystrychnęła mnie na dudka… Za dużo na raz. Ale wszystko bezsprzecznie wskazywało na fabrykę. Ta, to był główny punkt. Jak tam wejść za trzecim razem?

Może to nie fabryka jest odpowiedzią? Może powinienem patrzeć na samo opakowanie? Staruszek ze środka zatem odpada. A co było na zewnątrz? – zaciągnąłem się głębiej. – Kogo spotkałem na zewnątrz fabryki. A, grubego chudego i Froda. Oni także mieli z tym coś wspólnego.

Pozostawała Angel. Ta babka coś knuła. Kryła wszystkie myśli za... „
Zaciągnąłem się ziołem do końca. Poskutkowało. Doznałem olsnienia.

,,Cholercia! Skoro zostałem ogłuszony w mieszkaniu, to musieli je zamknąć! To wyjaśnia moje stłuczone ramię, kiedy wywarzałem drzwi! Ogłuszali mnie, przenieśli i zostawili na niechybną śmierć. Czyli ktoś pomagał Angel w załatwieniu mnie! I chyba się domyślam kto! Skarpeta, jej brat i opos.”

***

- Pani Jefferson!- Wpadłem poobijany do lokum gospodyni. Obierała właśnie kukurydzę nad wiklinowym koszem. Wytrzeźwiałem w dobrym momencie. Połączenie zioła z alkoholem nie było za dobrym pomysłem. Pierwszy krok i spadałem ze schodów jak nieudolny skoczek narciarski. Znowu! Tylu stłuczeń nigdy wcześniej jeszcze nie zaliczyłem. Ale nieważne!- Pani Jefferson!
- Czegoż pan wrzeszczy?
- Kto był u mnie w nocy?
- Pan sam powinien o tym doskonale wiedzieć.- Odłożyła kosz.- Jakaś kobieta i dwóch panów, którzy pana nieśli. Ci dwaj idealnie do pana pasowali. Jeden gruby, drugi chudy i ta idiotyczna kukiełka na dłoni chudego. Cały czas jęczała i przeklinała. Boże, wy, młodzi, nie macie za grosz przyzwoitości. Żeby po nocy łazić z kukiełką! Jestem tolerancyjna wobec nieszkodliwych dziwactw, ale to dziwactwo nad dziwactwami, panie Kurkoff.
- Ten z kukiełką był skunksem? - zapytałem dla większej pewności.
- O, czyli pan ich zna?
- Aż za dobrze.
- Świetne, wiem już, komu wystawić rachunek za awantury. Pijackie burdy są zakazane po dwudziestej drugiej. – Pogroziła mi wałkiem do ciasta. Czy ta baba nie rozumie mojej pracy?! I wyskakuje z wałkiem do ciasta! Na to musi być paragraf!

W mieszkaniu czekałem, pogrążony myśleniem, aż dotychczas pustka karta umysłu zapełni się.

Był tylko jeden możliwy scenariusz - Angel wszystko uknuła. Chyba, nie mam całkowitej pewności, a lepszego kandydata na zbrodniarza nie miałem. Fałszywe zabójstwo, fałszywe dochodzenie, prawdziwi dziwacy. Razem nie mato głębszego sensu, ale cóż tego?. Majsterkowała przy trupie. Ale po co? Ostatni łyk nim pójdę w dalsze tango. Nadeszła pora wszystko dosadnie wyjaśnić.

,,Tylko gdzie ja posiałem tamtą wizytówkę?”
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.