Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Blue Kitty - cz.I  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/5/10
Przeczytano: 708 raz(y)
Rozmiar 23.06 KB
2

(+2|-0)
 
Kiedy przyszła do Blue Kitty, jazzband, w którym grywał na bandżo, kończył ostatnią zwrotkę charlestona. Jakby właśnie ta piosenka zapowiadała jej przyjście.

http://www.youtube.com/watch?v=F5y0hSqO48U

Zdołał ją wyłapać wzrokiem z całej publiki. Nie było to wcale takie trudne. Nie licząc zespołu i właściciela za ladą w lokalu siedziało z parędziesiąt osób. Oprócz stałych bywalców, tutejszych i swoich, do Blue Kitty przychodził czasem ktoś spoza dzielnicy. Głównie turyści i wczasowicze, a nieraz też bawiące się grupy, uciekające przed klubową nudą z serca Chicago. Ale w jego oczach wyróżniała się spośród nich swoim wyglądem. Młoda wilczka w czerwonej sukience, skrojonej w sam raz do charlestona, z krótko obciętymi włosami o barwie dojrzałych jeżyn z doczepionym do nich kwiatem białej róży.

Takie dziewczynki widywał wcześniej w rodzinnym Los Angeles. Chodziły w krótkich i luźnych sukieneczkach pod czujnym okiem opiekunów i czekały na innego, chwilowego, anioła stróża. Do tego piórka lub kwiaty zapięte we włosy i zapach najlepszych perfum oraz biżuteria, najlepiej bransolety i diamentowe opaski, z domów towarowych braci Stranserów, gdzie na sto dolarów patrzono jak na sto centów. Czy Wschód czy Zachód, bez różnicy. Dlatego poczuł powiew rodzinnych strony. Duchy purytanizm i pustelniczego żywota i tu poszły w odstawkę.
Do szczęścia niewiele mu było potrzeba. Podobnie zespołowi. Wszyscy przecież chcieli tego samego - alkoholu, który można nieustanie pić, i pieniędzy, które można łatwo zdobyć, albo szybko wydać.

Z tym pierwszym nie było problemu. Przyszła prohibicja i alkohol zamiast przestać zaczął się lać dzikimi strumieniami. Całe fontanny płynnej ambrozji strzelały ku górze pod wpływem mocy uniesień. Nieraz pan Vladek wyjmował przywieziony z zamorskiej ojczyzny czysty spirytus i wznosił toast za ustawę prohibicyjną z 19-tego roku. Wówczas ten podstarzały żubr z małym garbem, wiedziony urokiem chwili, mawiał: ,, Zdrowie ustawy antyalkoholowej za zrobienie ze wszystkich szczerych pijaków!". Nie sposób było odmówić kolejnej kolejki, przy której dodawał: ,,Kiedy są kłopoty, trzeba se napić! Tylko kompletny dureń zakazuje obywatelom picia!”.
I pili te pierwsze dwadzieścia kolejek. Kończyli na setnej, bo to okrągły wiek.

A pieniądze? Owszem, było ich mało, czasem za mało albo dużo, nigdy za dużo, lecz dało się zarobić. Nadeszły nowe czasy. Wszyscy chcieli się zabawić. On również. Trzeba było być głupcem, a może ślepcem, by nie skorzystać z takiej okazji po minionym, i niemal przypadkowym, koszmarze. Nie skończył na froncie i nie poczuł tego, co innymi kierowało podczas tych szalonych nocy – chęć odreagowania widoków zza oceanu. Nie zamartwiał serca wiadomością, że nie został bohaterem. Tych, którzy byli na froncie i walczyli, ich setki lub tysiące, mógł policzyć na palcach obu dłoni.

Douglas chciał się bawić. Pobyt w wojskowym obozie uznał za dostateczny wkład do zwycięstwa ojczyzny. Co najważniejsze, dostał mundur. Dziewczyny na sam jego widok rzucały mu się na szyje i całowały dzielnego wojaka. Nie bronił się przed tym. Znał takich, którzy wygadywali większe bzdury o walkach w Europie. Coś zamruczał, wymsknął i po sprawie.
Chciał tylko przeżyć prawdziwą przygodę.
- Skoro gram na bandżo – powiedział rodzicom ostatniego wieczoru przed wyjazdem – jadę do Chicago zarobić grą.
Dostał błogosławieństwo.

Pracę w Blue Kitty dostał dziwnym trafem. Poszedł wprost z przystanku tramwajowego, na ślepo, w najbliższą uliczkę, szukając stałego miejsca pobytu. Stało się na odwrót - miejsce stałego pobytu odnalazło jego.
- Mam rozumiem, że potrzebujecie bandżolisty albo mandolinisty? - Ściskał nerwowo swoje bandżo, czekając na odpowiedź.
- Jak grasz dobrze, możesz do nas dołączyć - powiedział siedzący naprzeciwko osioł. Popijał szklaneczkę martini z zanurzoną weń wisienką.- Potrzebujemy kogoś z opanowaną grą tylko z tej dwójki. W sumie, to nowy pianista też był by mile widziany.- Kątem oka wskazał strojącego pianino szopa o przekrwionych oczach.- Ernest za dużo pije. Nie chce go wywalać.
- Klawiszowe to nie moja działka.
Jay uścisnął Douglasowi dłoń.
- Zatem witaj w załodze, młody.
- Miałem sporą konkurencje?- spytał osła.
- Niedużą. Większość pojechała do większych miejsc w centrum bądź do Nowego Jorku .
- Sam też chciałem tam jechać, ale pomyślałem sobie, że lepiej będzie znacząc od czegoś mniejszego.
- Od mniejszego?- Zapytał zaciekawiony osioł. Na pierwszy rzut oka kocur uznał, że oto uraził nowo poznanego przyjaciela taką słowna błahostką i zaraz każą mu się stąd wynosić.
- No... te miejsce jakoś nie umywa się do tych z centrum.
- Trochę prawdy w tym jest.- Jay podrapał się po nieogolonej twarzy.- Jak przyjechałem tu pierwszy raz, też zacząłem od czegoś małego. Najlepiej od takiej knajpki. I wiesz – uśmiechnął się - długo nie mogłem znaleźć odpowiedniego miejsca.
- To jak tu trafiłeś?
- Jak mówiłem, nigdzie mnie nie chcieli.- Strzepnął resztki popiołu do popielniczki. - Wszędzie, nawet w podmiejskich norach Michigan, komplet. Żadnego saksofonistę, żadnego trębacza, żadnego strunowca. ,,Przykro nam, ale mamy komplet” – mówili. Szukałem dalej. Co zrobić? Pamiętam tamten jesienny dzień. Wiało, przewiało mi uszy, nogi bolało po kilkudniowym marszu bez odpoczynku. W gardle sucho, w brzuchu czułem wiercenie od głodu, w kieszeni ostatnie dwa dolary na czarną godzinę. Umrę albo i nie. I wiesz, młody, kto wtedy wskazał mi drogę do upragnionego szczęścia?
- Blue Kitty?- jaguar zapytał niepewnie.
- Dobrze. Umiesz słuchać. Słuch w zawodzie muzyka to ważna umiejętność. Bym powiedział... najważniejsza.- Dokończył napój i mówił dalej.- Więc, jak mówiłem, miałem ostatnie dwa dolary. Pogrążony w smutku i nie mając dokąd iść... Wtedy spotkałem ją. Była piękna i nadal taka jest. Jej imię brzmiało Blue Kitty.- Popatrzył na kocura.- Tak, pamiętam te pierwsze spotkanie. Wtedy jeszcze nie zamontowali neonów. Pamiętam ją namalowaną nad wejściem w całej okazałości. Nagą i piękną. Zobaczyłem ją i już wiedziałem, że znalazłem swoje miejsce. Wtedy też zrozumiałem, czemu Włosi kochają Madonnę.- Uśmiechnął się do kocura.- Jest podobnie wspaniała.
Douglas nie potrzebował słuchać Jay'a. Sam zakochał się w Blue Kitty. Nieczęsto nad brzegami Michigan mężczyzna spotyka taką nimfę, błękitnofutrą boginię, zaklętą w świetle neonów nad wejściem pośród nocy.

Raptem ją zobaczył, zaraz zrozumiał, że miała w sobie magię jego epoki, epoki jazzu i niekończącej się zabawy. Od tamtej pory jaguarowi nieraz się wydawało, że mówiła do niego czułe słowa. Niczym syrena wyśpiewywała mu zapomniane i zatarte opowieści i ballady pozostawione daleko, na zachodnim wybrzeżu, wraz z dzieciństwem.

Można by powiedzieć, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia równa tej do wilczki. Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście kochał Blue Kitty. Mogło to być jedynie zauroczenie i niewinne igraszki, pokusy losu. Niewiele warte zaloty.

Douglas uznał ostatni argument za najlepsze wyjaśnienie i dał sobie spokój z domniemaną miłością do bogini. Oto ujrzał prawdziwą, nie zmyśloną z jednego obrazu, piękność, której ciało, gesty oraz słowa były prawdziwe.

Wilczka słuchała. Wyłapywała jego grę, jego nuty i jego muzykę. Dla niej nie było zespołu, był tylko on. Czy zasługa leżała w ubraniu? Przecież w zespole wszyscy nosili podobne ubrania – czarne spodnie i kamizelki i szare koszule. Wdzianka jak nówka – wyprasowane i wyprane przed nocnym pijaństwem. Pan Vladek już o to zadbał. Tylko Jay nosił kapelusz. A może to jego ruchy przyciągały jej uwagę? Chociaż grający na pianinie Ernest zaczął szaleńczo podskakiwać na krzesełku bez odrywania dłoni od klawiatury, czym wprawił w zachwyt siedzącą niedaleko szczurzyczkę , to wilczka wciąż patrzyła tylko na niego wsłuchana w jego grę.

Wstała od stolika. Serce zabiło mu mocniej. Kropelki potu spłynęły mu po ogonie. Czy go zapyta? Może to on powinien zrobić pierwszy krok i zaprosić ją do tańca? Pan Vladek pewnie szykował płytę z muzyką. Grali nierówno. Gorzej, darli nuty i melodie od samego początku. Ale kilka par tańczyło do końcowej zwrotki.

Podeszła do baru. Nastawił ucho z przeczuciem, że zapyta o niego.
- Daleko stąd do hotelu Europa?- zapytała stojącego zza ladą pana Vladka.
- Tramwajem pół godziny, piechotą dwie – odparł żubr.
- Dzięki wielkie.
Skierowała kroki ku wyjściu. Patrzył na nią jeszcze przez moment zanim wyszła.

Tyle usłyszał jej głosu. Zgasiła jednym pytaniem ten zrodzony w mgnieniu oka żar uczuć.
,,Nie wszystko stracone''– zszedł ze sceny. Usłyszał przecież dokąd, tak przynajmniej sądził, pojechała. Czy mógł być pewny adresu? Jedna szansa na milion, że w ogóle ją odnajdzie. ,,Ale czy miłość nie jest właśnie poszukiwaniem ?” - powiedział dla dodania otuchy.

Zza baru dojrzał go pan Vladek.
- A ty gdzie?
- Spacer nikomu nie zaszkodzi - odpowiedział jaguar.
- Nie polecam – żubr wyjął z pyska wykałaczkę.- Za wysoki progi.
- Dla takiej warto je przeskoczyć.
- Ale z nią jest inaczej – powiedział pan Vladek.- Jest dla nikogo.
- Jej opiekun nie pozwala?
- Jej ojciec. To gruba ryba i lepiej, żebyś nie wiedział jego nazwiska. Inaczej stracisz uszy i ogon.
- U, rzeczywiście wysokie progi – powiedział Douglas.
- Mówiłem.- Pan Vladek spojrzał na niego smętnie, kiedy to powiedział.
- Na moje nieszczęście lubię wyzwania. Pożyczy pan na bilet?
Żubr nic nie odpowiedział. Westchnął, wyciągnął z kieszeni parę centów i wręczył Duglasowi. Ten podziękował i wyszedł.
- Latać za ogonkami i spódniczkami. Tylko to se chce takiemu.
- Podobnie nam wszystkim.- Obok baru stanął Jay. Zwyczajowo papieros trzymał pomiędzy środkowym a małym palcem. Palec serdeczny serdecznie ustąpił miejsca tytoniowi. Dym z końcówki uchodził ostatnim tchnieniem gdzieś wysoko i znikał pomiędzy zwisającymi z sufitu kolorowymi światełkami.
- A co ty możesz o tym wiedzieć? - burknął żubr.- Młody jesteś. Gdy ja byłem młody, ciężko harowałem na bilet tutaj. Co mi przyszło? Żona umarła, starszy wyjechał do Meksyku. Za dużo smutków. Tylko młodszy dobrze zrobił i pojechał do Lwowa, a i tam ponoć nie łatwo. Bądźmy szczerzy, jedynie alkohol jest naszym przyjacielem.
- Zaraz się pan przekona, panie Vladku - zgasił zaślinionym kciukiem papierosa.
- Znam ja te twoje opowieści z Nowego Jorku. Pewnie znów ciebie wzięło przeczucie, że ktoś zaraz wejdzie?
- Pan dobrze mnie zna. Na pewno za moment ktoś tu wejdzie. Mogę się wręcz założyć o nic, że będą to dwie urocze damulki. Nie jestem tylko pewien jednego, czy będą to suczki czy koteczki.

Jay wiedział, co mówi. Osioł, gdyby żył w czasach antyku, mógłby być synem samego Bachusa i wszelkich muz, bo umiał się zabawić. Co dziwne, z rozwagą. Swego czasu mieszkał w Nowym Jorku. Po pobycie we Francji, w tej przeklętej Francji, gdzie walczył za nie swój kraj, nie miał dokąd wracać. W porcie schodził donikąd. Nikt na niego nie czekał. Pozostawała przed nim ta ziemia obiecana, zachwalana od zawsze - Nowy Jork.

Jakoś szedł przed siebie. To tu, to tam był saksofonistą, z czym było krucho. Widział to inaczej niż inni by chcieli. Dusił go gąszcz ulic i nadmierny blask nocnych klubów. Innych ten blask przyciągał. Z ćmami jest podobnie. Lecą do światła. Lecą, aż światło je spala. W Nowym Jorku światło spala powoli, dopóki ostatnia iskierka serca nie jest spalana w ogniu dzikich cór tego miasta. Broadway, Manhattan wraz z innymi miejscami trzymały go w uścisku i nie chciały puścić. Uwolnił się ostatkiem sił i wolał wyjechać daleko i zamieszkać gdzie indziej zanim Nowy Jork dokończy z nim porachunki i pochłonie do końca, spali go, jak zrobił to z innymi, ślepymi głupcami.
Ale były też i inne powody .

Niektórzy dalej męczyli osła i pytali, dlaczego wyjechał z tego cudownego Nowego Jorku, gdzie, jak mawiali prorocy oraz poeci, spełniają się sny i przyjechał do tej dziury. Jay zwlekał zwykle z odpowiedział do czasu, aż zapali papierosa. Gdy wypalił trzeciego, mówił: ,,Bo tam nie miałem niczego. Tu mam wszystko, czego potrzebuje". Czasem sam, bez żadnej zachęty, popijając ulubionym drinkiem – martini z wisienką – snuł opowieści o czasie minionej, dziwnej i nic nie znaczącej dla niego chwały.

- Był taki klub- zaczął pewnego razu po zakończeniu występu w dużym gronie. Ba, nikt nie śmiał mu przerywać. Pan Vladek też słuchał. Opowiadał nieprzerywanie godzinę, dwie, całą noc do wczesnego rana. - Nikt nie znał dokładnie jego nazwy. A to było dziwnie, bo miał taką renomę, że już około piątej po południu nie znalazłeś wolnego miejsca. Nająłem się z czystej ciekawości i nie żałowałem tego W porównaniu z innymi miejscami był istnym Edenem. Jaskrawo kolorowe lampiony, elegancka, posrebrzana zastawa na stołach, muzycy w skrojonych na miarę strojach, przebrane za kurtyzany wschodnich haremów tancerki... Tak, miejsce to było edenem. Jedynym w tym mieście, w kraju, w świecie… Tam właśnie nauczyłem się porządnie grać na saksofonie i przeżyłem swe zwycięstwa na polu chwały i miłości. Opowiadałem wam o Sandrze? Pewnie, że nie. Nigdy nie opowiadałem. Zatem posłuchajcie.

I opowiadał. Nie umiał kłamać. W Nowym Jorku tego go nie nauczyli. Był szczery do bólu. Niczego nie pomijał – chłodnych nocy spędzonych samemu na ulicy lub w podłych dziurach Manhattanu, ciepłych nocach spędzonych w ramionach Sandry, starszej o 5 lat od niego łasiczka albo kotki, sam nie pamiętał, o złotym sercu i o szarych, przechodzących w błękitne, oczkach. Jak nie mógł o niej zapomnieć. Wędrówki u jej boku po nowojorskich restauracjach przypominały wędrówki Odyseusza. Wpadali do kina, odwiedzali rewie, kabarety…. Wówczas kończył. Dalszego ciągu nikt nie usłyszał.

- I nadal sądzisz, że dobrze postąpiłeś przyjeżdżając tu?- pytał ktoś.- Mówiłeś, że pracowałeś w klubie o nieznanej nazwie i mówiłeś, że to Eden.
- Mówiłem przecież, że był Edenem. Przestał nim być. Co się właściwie stało? Znalazłem się w złej porze i w złym miejscu. Po nim i po Sandrze pozostał mi saksofon i jedna walizka.

I poza tą jedną walizką i instrumentem zabrał ze sobą wyuczone wyczucie momentu. Wiedział kiedy i kto przyjdzie. Taki zabawny nawyk nabyty po nowojorskim chrzcie.

Nie pomylił się. Chwilę po wyjściu przyjaciela weszła para uroczych młodych wiewióreczek – ruda brunetka oraz szara z kasztanowym odcieniem włosów. Sukienki, ruda w czerni, szara w bieli, sięgające nieco powyżej kolan i za lekkie na zimny wieczór. Biła od nich dziecinna beztroska. Na pewno przyszły potańczyć dla rozgrzania nóżek i serc. Noc podobnie była im równa wiekiem. Była młoda. Ciągnęło ją i je i każdą damulkę do ciepłych miejsc.

- Widział pan?- Opuścił wzrok, niby ze zmęczenia, chowając oczy pod kapeluszem. - Mówiłem. Trzeba mieć szósty zmysł.
Żubr machnął ręką.
- Mi tam wszystko jedno. Ważne, by interes szedł. Takie to czasy nastały, że uczciwym i trzeźwym ciężko żyć.
- Dzisiaj też pan wzniesie toast za prohibicje?- Osioł uśmiechnął się spod kapelusza.
- Trzeba oszczędzać. Ponoć hycle zrobili gdzieś nalot. Nawet szef za wiele nie zdziałał.
- U nas tego nie będzie.- Stuknął się z barmanem naparstkami. Wypił cały.- Policja lepiej na tym zarabia niż my wszyscy. Tradycje należy uszanować.
- Interes to interes, Jay. Chciwości nie przekupisz. A z tradycją można czasem przystopować.- Żubr odszedł na zaplecze, pozostawiając osłowi zajęcie się klientkami zgodnie z zasadą, by taką dziurę reprezentował ktoś elegancki. A kimś takim był właśnie Jay.
- No i co teraz mam z wami zrobić, dziewczynki?
Chichocząc podeszły do niego.
- Cześć.– Zaczęła wiewiórka w czarnej.- Słyszałyśmy, że to ponoć najlepszy klub w tej części Chicago.
- Czy najlepszy, tego nie wiem. A skąd to niby wiecie?
- Wszyscy znajomi nam mówią o Blue Kitty – powiedziała wiewiórka w bieli.- Macie ciepły klimat, dobrą muzykę i wyśmienity alkohol.
- Tylko się tak zdaje – odpowiedział.
- Zatańczymy? - Wiewiórka w czerni zamrugała. Zauważył, że nosiła kolczyki o kształcie gwiazd.
,,Ironia, pomyślał. Z taką pięknotką tu przychodzisz, mała? Nie szkoda ci będzie tej straty? Jeszcze cię napadną i stracisz ten blask”.
- Z miłą ochotą – Oznajmił łobuzersko, czym wprawił dziewczyny w dalszą słodycz chichotu.

Skoro Jay i chłopaki przestali grać, pan Vladek włączył trzymany specjalnie na takie chwile gramofon. Wybrał odpowiednią płytę, nastawił igłę i ustawił przodem do klienteli, choć najchętniej sam by posłuchał. Cóż, goście są klientami. O nich trzeba zadbać.

http://www.youtube.com/watch?v=2RrCLj-2Da8


Losem muzyków nie zamartwiał głowy. Każdy znalazł odpowiednią wymówkę na przelotne rozwiązanie zespołu - Jay tańczył z wiewiórką, Douglas pobiegł za wilczką, Erneest zniknął na zapleczu w towarzystwie znanej żubrowi szczurzyczki, a Bart wyszedł w objęciach samotności.

- Znowu ten kundel gdzieś polazł.– Żubr odkorkował butelkę whisky i dla poprawy nastroju wypił całą.

Na parkiecie zaczęło się robić tłoczniej. W końcu poleciała czysta nutka i zachciało się tańczyć. Wiewiórka w czerni pozwoliła osłowi trzymać się za talię. Jemu było bez znaczenia. Bądź co bądź taniec z zupełnie obcą kobietą wymagał pewnej nachalności. Przesunięcie dłoni z tali na biodra, a nawet niżej wzbudził by zaledwie śmiech otoczenia.

- Mam na imię Edith – powiedziała niespodziewanie.
- Ładnie. Ja nazywam się Jay.
Wtuliła głowę w jego ramie, zaraz jednak uniosła wzrok. Miała oczy w barwie zorzy polarnej. Osioł pierwszy raz zobaczył zorze polarną.
- Słuchaj... Jay, tylko nie myśl, że jestem łatwa.
- Nawet o tym nie pomyślałem. Skąd ci to przyszło do głowy?
- Gdy zapytam jakiegoś faceta, zwykle sądzi, że odwdzięczę się w wiadomy sposób. Uważają, że jestem łatwa. Dzisiejsi faceci myslą tylko o jednym. Nie pomyślą nawet, że mam uczucia.
- Nawet o tym nie pomyślałem – powtórzył. Wobec kobiet Jay nigdy nie używał resztki kłamstwa, jaką posiadał przed Nowym Jorkiem, zresztą tam znienawidził kłamstwa i oszustwa.- Ja zawsze wolę porozmawiać. Wtedy łatwiej nawiązać...
- Cześć, przystojniaku!- Niespodzianie szara wiewiórka zamieniła się miejscami z rudą, która teraz tańczyła z jakimś owczarkiem. Oszołomiło to osła, że zdążył zapytać:
- Co tak szybko?
Tańczyła szybciej od poprzedniej. Jay miał spore trudności z dopasowaniem kroku do niej.
- Noc dopiero się zaczyna!- zawołała.- Zdążysz potańczyć z każdą z nas kilkadziesiąt razy!
Nie kłamała.

Ostatnie promienia wieczoru dochodziły do środka przez pomalowane okna. Wraz z nadejściem wieczoru przybywały całe tabuny niebieskich ptaszków. Niby zakurzony, nie nadarzający nieco za obecnymi dniami, prosty wystrój Blue Kitty nie odstraszał, a przyciągał tłumy gości. Łaknąc zakazanego owocu – alkoholu – szli z dziupli do dziupli, z dziury do dziury, z baru do baru w poszukiwaniu jego. Przychodzili prowadzeni płomyczkiem nadziej, że to będzie tutaj. Gdy tego nie odnaleźli, zostawali. Zakurzone stoliki i niewytarte, lepkie od brudu szklanki nie przeszkadzały im. Zostawali i siadali. Ktoś wstawał i wychodził. Zdarzali się tacy. Na jego miejsce pojawiali się inni. Blue Kitty przygarniała każdego. Nie zważała na blizny przeszłości.

Tego wieczoru przyszło znacznie więcej osób niż zazwyczaj. Spośród nich dało się zauważyć pewnego szczurka. Jego prochowiec był zakurzony i zgnieciony. Podobnie ogon. Z kapeluszem nie było lepie. Przetarty.

Nazywał się Giuseppe. Imię za śmieszne dla Amerykanina, i za twarde dla Włocha. Co innego ten mizerny chłoptaś, Amerykanin w drugim pokoleniu, z takim imieniem i kaleczącym angielskim mógł robić, prócz bycia pchłą w czyimś futrze? Sama prawda o Chicago. Na dole muszą być ci pechowi i przegrani na całe życie pchlarze, by na górze zasiedli ci, którzy trafili w odpowiednim momencie na szczęśliwą gwiazdkę z nieba zsyłana przez boginię fortuny.

- Buongiorno, singore Vladek!– wykrzyczał szczur na widok pana Vladka. Szczęśliwie jego głos nie przerwał nuty.
Wściekły żubr zmarszczył brwi. Przybycie Giuseppa zwiastowało dwa nieszczęścia – wysłuchiwanie łamanej angielszczyzny tego włoskiego gryzonia i prawdopodobną bójkę z błahego powodu.
- Czego chcesz, Italiano? Wiedz, że kredytu już tobie nie udzielam. Czego chcesz?
Szczur był przejęty i nietrzeźwy. Usiadł niezgrabnie na stołku, próbując z niego nie spaść. Zanim usiadł, cztery próby poszły na marne.
- Ja arrivare(przyjść).... do singore Vladek... w sprawa me sorella(siostra).
- Mów po angielsku, inaczej zwariuje od twojej kloaki.
- Ragione, singore Vladek.- Włoch wziął głęboki wdech.- Ja podejć do singore Vladek w moja siostr. Jest ona?
- Pewnie jest z Ernestem na zapleczu. Ale zara, zara. Giuseppe, ty chyba nie zamierzasz znowu bronić jej honoru, co? Są bezpieczni w swoich ramionach. A powiedziałem, że nie chce żadnych awantur z tego powodu.- Pogroził palcem.- A jak coś nagrabisz, sam wiesz do kogo pójdę. A poza tym ona...
- Ja musieć uno bronyć honoru – trzasnął otwartą dłonią o bar.
Chcąc uciszenia Włocha Pan Vladek nalał mu szklaneczkę.
- Pij, Giuseppe.
Szczur wypił pierwszy kieliszek, następnie drugi. Przy ósmym wrócił do głównego tematu.
- To gdzie moja sorella?
- Już mówiłem. Jest z Ernestem na zapleczu.
Włoch wstał, skinął kapeluszem na pożegnanie i chwiejnym krokiem poszedł. Pan Vladek nie próbował go powstrzymać. Unosząc szklankę whisky rzekł: - Dzięki Bogu, że można się napić.
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: trajt - Blue Kitty - cz.I
Wysłano: 10.05.2014 23:05
husky / wilk
Anthro
Mam nadzieje, że moje opowiadanie dziejące się w czasie Jazz Age będzie się wszystkim podobało :-Dk