Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział III cz.2  
Autor: MFarley
Opublikowano: 2014/6/26
Przeczytano: 589 raz(y)
Rozmiar 19.81 KB
1

(+1|-0)
 


− I co teraz?
Księżycowy blask przebijał się gdzieniegdzie przez korony drzew, lejąc się spokojnie w gęstwinę czarnych pni i krzewów. Chłodna ściółka szeleściła pod łapami. Dziwnie się czuł krocząc w ciemnościach obok ojca po tym, co mu wyznał.
− Co masz na myśli? − odpowiedział mu pytaniem starszy Wilk.
− Nooo… co zrobisz teraz? Co zrobisz… Co zrobicie z mamą?
− Nie wiem. Pewnie zerwiemy układ…

Finn nie odzywał się po tym przez chwilę. Wiedział, że w jakiś sposób zawiódł. Zawiódł ojca, którego zawsze podziwiał. Ten Wilk poświęcał tak wiele dla niego i jego braci. Dla matki. Dlaczego ja jestem tak słaby?

− Co cię trapi, synu? − Ojciec wyrwał go z zadumy. Jednak to pytanie tylko ścisnęło go mocniej za gardło i nie mógł już przełknąć odpowiedzi. Oparł się o drzewo i z szarpanym oddechem zdołał stłumić niebezpiecznie wyrywający mu się spod kontroli szloch. Mały sukces w ratowaniu resztek godności.
− C−co mnie trapi? − Finn zamaskował chwilę słabości gorzkim śmiechem. − Nie rozumiesz, prawda?
− Finn… − westchnął Daven nieco zrezygnowany. − Powiedziałem ci przed chwilą, żebyś się nie martwił. Kocham cię, matka również. Twoi bracia też. Powiedziałeś Jorgowi, widziałeś jak to przyjął. Jak jeszcze mogę cię zapewnić…
− Nie o to chodzi… − wpadł mu w słowo Finn. − Ja… nie zrozum mnie źle, ale… t−to jest właśnie problem…
Oczy Davena rozszerzyły się w zdumieniu dokładnie w tym samym momencie, w którym Finn osunął się na ziemię i przykucnąwszy plecami do drzewa, spuścił głowę pokonany.
− Synu… − Daven przyklęknął tuż przed nim i położył dłoń na ramieniu młodego Wilka. − Jestem po długiej podróży. Tkwimy w środku lasu w pełną noc. Widzę, że jest ci teraz ciężko, więc proszę… dokończmy to jutro. Obaj chcemy chyba wrócić już do domu, prawda?
Biały Wilk westchnął i po chwili zdobył się na to by spojrzeć w oczy swego ojca, tak różne od jego własnych. W tym momencie noc dmuchnęła nieżyczliwie między drzewami i obaj otrząsnęli się. Finn poczuł jak ten chłód studzi jego emocje. Wraz z nim przyszedł jednak następny dreszcz.
− …masz rację, ojcze. Powinniśmy wracać.
Nie mógł oszukać sam siebie − był wdzięczny za tę propozycję.
− Wstawaj − rzekł Daven dziarsko podając rękę synowi. − Zbierz swoje myśli. Poznaj emocje, jakie ci towarzyszą. Z bólem patrzyłem jak marniejesz w tym roku. Mam nadzieję, że jutro znajdziemy… jak wy to ze Slainem mówicie… remedium? …na twoje troski.
− Czekaj! − Finn prawie krzyknął, zmieszany. − Wiedziałeś, że… coś się dzieje? Dlaczego nawet nie zapytałeś?!
− Finn… − ojciec uśmiechnął się trochę z politowaniem, objął go ramieniem i tak ruszyli w stronę domu.
− Jorg miał mnie i mamę na każde wezwanie. Boli paluszek, brzuszek… pszczółka użądliła, mróweczka ukąsiła… z każdym takim zdarzeniem biegłem ja, albo mama jak do pożaru… i widzisz co się stało?
− Mówisz o incydencie z Suzette…?
− O tym również. Pewnie nie powinienem tego mówić, ale… Jorg jest mało samodzielny. Zgrywa twardziela − Daven powiedział to ciężkim basem i grzmotnął go w ramię dla zabawy − ale już dawno powinien ułożyć sobie życie. Nie mówię tego, bo jest gorszym synem od ciebie i Hogana. Mówię to, bo to nasza wina. Moja i mamy. Przyrzekliśmy sobie już dawno, że damy wam obu większą swobodę. Sparz się raz i drugi, ale naucz się czegoś. Dlatego o nic nie pytałem. Wierzyłem, że kiedy będziesz gotów, sam nam powiesz.
− Cóż... to ma sens − przyznał Finn. − Jednak zrobiła się z tego mała awantura. Niezupełnie to miałem na myśli wyobrażając sobie tę rozmowę…
− Nie możesz wszystkiego zaplanować, synu. Nigdy się nie przyzwyczajaj do niczego, bo czas przynosi tylko zmiany i wyzwania. A my walczymy lub poddajemy się.
Przyjdzie moment w twoim życiu − wyszli z lasu i ujrzeli światła wioski za morzem kłosów, a Daven spojrzał na niego z pełnym otuchy uśmiechem − że twoja rodzina i przyjaciele będą cię potrzebowali… I poddadzą cię próbie. Przyjdzie czas, że to ty będziesz w potrzebie… Prawdziwe więzi ujawniają się nie w czasach spokoju, a w czasach burzy. W czasach zmian. Jeśli czujesz, że powinieneś spędzić swoje życie u boku innego mężczyzny, ja ci wierzę synu. Dzięki bogom, czasy zabobonów odeszły.
− Ale to wciąż jest… różnie postrzegane.
− Trzeba czasu, jak z każdą wielką zmianą. Bądź jednak pewien, że nie zmuszę cię do małżeństwa z żadną kobietą, jeśli tego nie zaakceptujesz.
Finn przełknął głośno, nim wzruszenie znów w nim wezbrało.
− …a−ale co z rodziną?
− Jaka rodzina skazuje swojego członka na nieszczęście, tylko po to, by powiększyć majątek? Jest granica poświęcenia, za którą zaczyna się szaleństwo. Czasem bardzo zatarta.

Młody Wilk wiedział, że ojciec mówi szczerze. Jednak nie czuł się lepiej patrząc na tę chatę, do której się zbliżali. Wszyscy myśleli, że będzie to dla niego wspaniały podarunek… tymczasem on odrzucał tę okazję… okazję, która wcześniej tyle znaczyła dla Jorga; która była owocem wspólnej pracy ojca i matki…
Wciąż był wściekły, że nawet nie zapytali go o zdanie, lecz nawet w złości dostrzegał intencje rodziców i po prawdzie… przerażała go niepewność. Czy pragnął małżeństwa z Suzette? Za nic w świecie. Lecz czy jego powody były właściwe?

Te pytania, jak i wiele innych, musiały jednak zaczekać. Rodzina znów była razem, pod jednym dachem, dzieląc ciepło kuchennego paleniska. I ten jeden raz wszyscy zrozumieli, by nie poruszać tematu przykrych wydarzeń tego wieczoru. A może po prostu górę wzięły radość, śmiech i ciekawość opowieści ojca o nowinach ze świata?

Niezależnie od przyczyny Finn był wdzięczny za taki obrót spraw. Patrzył w płomienie tańczące na parkiecie z drew rzuconych do paleniska. Nad ogniem wisiał kocioł pełen wody, a z dna ulatywały już kaskady malutkich bąbelków rozpryskujących się na powierzchni.
W przerwach między kęsami solonej wołowiny i chleba, Daven opowiadał o przebiegu tegorocznej wyprawy. Trójkątne uszy całego stadka stały na baczność, chłonąc każde słowo z zainteresowaniem.

Jak na człowieka interesu przystało, Daven z dawna wiedział, że zbliża się wielkie wydarzenie z okazji dwudziestych urodzin księcia. Mówił o tłumach kupców, trupach kuglarzy i honornych pocztach panów szlachciców ciągnących do Dalarenz. Karnawałowe nastroje zawsze kroczyły w parze z rozrzutnością i sprytny Wilk, wraz ze swymi partnerami, postanowił tę okazję wykorzystać. A nie było okazji nad turniej rycerski.
Ekscytacja Hogana niczym nie ustępowała tej, którą ojciec chłopca zapamiętał z kolorowej metropolii. Wydawało się wówczas, że całe miasto przywdziało barwy książęcego rodu. Karczmy pękały w szwach od bywalców i przyjezdnych, a tak ogromny ruch naturalnie sprzyjał interesom.
Daven jednak dobrze wiedział, że nie o zyskach powinien mówić. Nikt w domu nie zaznałby snu tej nocy, gdyby Hogan nie usłyszał opowieści o finałowym pojedynku na turnieju. Tak więc ojciec, zmęczony czy nie, opowiedział o starciu młodości i siły hrabiego Wenzela z doświadczeniem i przebiegłością czempiona jego siostry, kawalera Lowella.
Sir Lowell, jak głosiła fama, przeżywał swą drugą młodość i pojedynek zapowiadał się naprawdę interesująco. Wedle słów Davena, miażdżące ciosy hrabiego szybko pozbawiły publikę złudzeń, a sir Lowella jego młodości.

− Myślisz, że dałbym mu radę na rękę? − zastanawiał się Jorg patrząc na swoje silne dłonie i przedramiona.
Daven roześmiał się tylko.
− Cóż, wygląda na to, że będziesz miał szansę to sprawdzić.
− Jest tutaj?! − prawie krzyknął Hogan.
− Zatrzymał się w gospodzie − oznajmił ojciec, ku jeszcze większej egzaltacji młodego Wilczka.
− Muszę go spotkać!
− Co miałby tu robić? Zatrzymał się po drodze do Carrosh? – zapytał Finn.
− Nie sądzę − powiedział ojciec. − Wczoraj droga obsunęła się pod wozem i wylądowałem w rowie. Miałem szczęście, że się nie przewrócił, ale jedno z kół uderzyło o głaz i pękło.
Tu przerwał na chwilę, by oderwać wielki płat suszonej wieprzowiny, którą zagryzł pajdą chleba i popił winem.
− Zostałem oczywiście na miejscu licząc na innych podróżujących traktem. Po kilku godzinach usłyszałem wreszcie hałas. Wyobraźcie sobie, że w samym środku lasu jak spod ziemi wyrosła grupa zbrojnych eskortująca nikogo innego, jak samego Wenzela Dormera.
− O rany! Ależ ci zazdroszczę! − wyznał Hogan z wielkimi oczami.
− O tak, muszę przyznać, że byłem nie lada zaskoczony. Oni również. A z początku to i nawet nieco podejrzliwi. Pomogli mi jednak naprawić wóz, a wicehrabia zaproponował wspólną podróż do wioski.
− Dowiedziałeś się co mogą tutaj robić? − zapytała milcząca do tej pory Ellin.
− Niewiele. Tylko, że zostaną tu co najmniej kilka dni.

Chwilową ciszę, która nastała po odpowiedzi ojca, matka wykorzystała z właściwą sobie przebiegłością.
− No dobrze − rzekła tonem ucinającym rozmowę − dosyć tego dobrego, porządni ludzie dawno śpią, pora do łóżek.
− A prezenty?! − zaprotestował Hogan.
Słuszne oburzenie zagrzmiało w jego głosie niczym dzwon, wzbudzając wybuch wesołości pozostałych członków rodziny. Biedny Wilczek mógł tylko z zażenowaniem spuścić uszy po sobie i posłać jadowite spojrzenie w stronę swoich braci.
− Sądzę, kochanie − rzekł Daven wstając od stołu i nie przestając rechotać − że nie sposób wydostać się z tych sideł inaczej, niż przekupując małego łowcę.
− Tato! − Hogan nastroszył się jeszcze bardziej.
Ale Daven jedynie poczochrał go po głowie i przeszedł przez izbę do dużej skrzyni czekającej pod ścianą. Spowijał ją półmrok drzemiący w kątach pomieszczenia, co tylko dodawało jej magii i tajemniczości. Kupiec uniósł wieko i wyjął z niej trochę siana chroniącego cenne podarunki.

− Ellin? − zawołał żonę.
Wilczyca wstała i z uśmiechem podeszła do męża. Ten z przesadną wręcz delikatnością rozwinął pakunek. Pozostałe Wilki wyciągały szyje, by zobaczyć co kryło się w płóciennym zawiniątku. Po westchnieniu zachwytu matki, bracia ujrzeli przepiękny naszyjnik w rękach ojca.
Ze srebrnej nitki łańcuszka z gracją zwisały starannie fasetowane bursztyny, swymi ostrymi krawędziami i stożkowatym kształtem naśladując biżuterię znamienitych sfer. Schodziły obustronnie do środka, każdy jeden osadzony trochę niżej od poprzedniego, odrobinę też od niego większy. Począwszy od skrajnych, jasnożółtych niczym kanarki, przez złociste i pomarańczowe jak zachód słońca, aż po środkowy, największy, rdzawoczerwony i żywy jak bijące serce.
− Chciałbym móc teraz powiedzieć, że wybrałem bursztyny, ponieważ to kamienie o mocy spełniania tego i tamtego… − wyszeptał Daven obchodząc ją − że oznaczają to, albo tamto… ale tak naprawdę… nic mnie to nie obchodzi − przyznał, kiedy łańcuszek chłodno pocałował jej szyję. − Kiedy go ujrzałem, pomyślałem tylko: "Cholera, to cudo godne jest, aby spocząć na twoich piersiach."
Jego ostatnie słowo idealnie zbiegło się z kliknięciem zapięcia, a Ellin zachichotała.
− Widzę, że miasto i trakt zbałamuciły mojego mężczyznę − spojrzała na niego filuternie. − Będzie cię trzeba naprostować, mości Davenie.
− Jakaż fortunna kombinacja słów.
− Dzieci, mężu. Dzieci − przypomniała mu Ellin. − A co do naszyjnika… jest piękny − zapewniła i złożyła słodki pocałunek na jego policzku.
− Już? − zapytał Jorg z cwaniackim uśmieszkiem, kiedy rodzice odstąpili od siebie.
− Patrzcie go, no! − zawołał ojciec przedrzeźniając osłupienie i biorąc się pod boki − Rozbestwiły mi się dzieci. Może sobie powinienem zatrzymać to, co mam dla ciebie, staruchu. Tak na wszelki wypadek. Chodź no tu − machnął łapą na rozbawionego Jorga.
Bez zbędnego nabożeństwa ojciec wyciągnął ze skrzyni długi, wąski przedmiot. Jorg natychmiast spoważniał i bez słowa wziął do łap swój podarunek. Zalśniła impregnowana skóra, z której wykonana była pochwa i pas. Oczywiście najważniejsze było to, co skrywała w środku.
Długi na stopę żelazny kordzik wysunął się z szeptem z pochwy i błysnął dyskretnie. Broń nosiła znak cechowy zamkowego kowala i znać było, że nowy właściciel jest pod wrażeniem. Przez głownię biegła wąziutka strudzina. Za grubym jelcem dobrze dopasowany trzpień ciasno opatulały paski skóry.
Daven doskonale wiedział co podarować synowi, by nie czuł się on skrępowany. Jorg ze swym dominującym charakterem nie lubił nikomu czegokolwiek zawdzięczać. Jednak prawdziwie męski prezent przebił prawdziwie męską dumę i barczysty młodzieniec wymienił z ojcem, jakżeby inaczej, prawdziwie męski uścisk.

Finna zawsze bawiła ta determinacja Jorga w udowadnianiu wszystkim swojej męskości i dominacji. Często graniczyło to z agresją. Był jednak podobny do ojca, a matka przy różnych wybuchach pierworodnego często powtarzała, że ma fantazję i charakter Davena, lecz źle je wykorzystuje.

Kiedy najstarszy z synów usiadł przy stole, zapatrzony w swój piękny sztylet, Daven skinął na najmłodszego i wydobył ze skrzyni następną, mniejszą i płaską. Ta była jednak kwadratowa, a gdy padło na nią światło, wyjaśniła się zagadka jej dziwnego kształtu i cała rodzina oniemiała. Drewno na wieku skrzynki zabarwiono w kratę tak, że na przemian z jasnymi polami pominiętych miejsc tworzyła…
− SZACHOWNICA! − Hogan prawie wyskoczył ze swojego miejsca. Zdawało się, że zapomniał o bożym świecie, kiedy niemal wyrwał szachy z rąk ojca i byłby nimi stratował wszystko co było na stole, gdyby nie interwencja domowników. Zaraz jednak chłopiec był z powrotem przy Davenie i zarzucił mu ręce na szyję.
− Dziękuję, tato! − wyszeptał poruszony chłopiec. − Nawet nie marzyłem…
− Figury domówię w przyszłym roku.
− …C−co? − Hogan spojrzał na niego z takim rozczarowaniem, że ten nie mógł powstrzymać śmiechu.
− Powinieneś widzieć swoją minę! No dalej, otwórzmy je.
Tego nie trzeba było szczeniakowi powtarzać.
Każda z figur była wykonana kunsztownie i ze starannością, naturalnie − odpowiednią dla swojej ceny. A było to wcale znakomite rzemiosło.

Hogan zaangażował całą rodzinę w pierwszą rozgrywkę, a na swą ofiarę wybrał Jorga. Finn z rozbawieniem skonstatował, iż nie było w tym przypadku, jako że biedak po prostu nie umiał grać w szachy i każdy jego ruch poprzedzony był instrukcjami udzielonymi przez przeciwnika.
Gra popularna wśród panów i rycerzy dla chłopów była prawdziwą ekstrawagancją. Hogan stał się właścicielem prawdopodobnie jedynego zestawu w promieniu wielu mil.

Kiedy czarne oddziały podrostka zmiatały z szachownicy białe niedobitki jego starszego brata, Finn poczuł silną łapę na swoim ramieniu.
Jego ojciec spojrzał na niego z uśmiechem i skinął głową, by odeszli od stołu.
− A teraz przytrzymaj wieko.
Wyciągnąwszy z samego dna skrzyni największy z pakunków, Daven polecił mu zamknąć kufer i złożył na nim wielki przedmiot. Obaj pochylili się nad tajemniczym podarunkiem.
− Po prawdzie… − zniżył głos ojciec, oglądając się na resztę domowników zajętych prezentem Hogana. − …po prawdzie to nie do końca wiem… co ci przywiozłem.
− To znaczy? − Finn zapytał niepewnie.
− Widzisz… miałem od dawna kilka pomysłów. Jako że wchodzisz w dorosłość, chciałem, żeby to było coś wyjątkowego, ale… jak ci to wytłumaczyć…
Ta niepewność zaintrygowała białego Wilka.
− Coś dziwnego zaszło w Dalarenz… − zaczął, zniżając głos − …coś, o czym zdecydowałem nikomu nie mówić i… zorientowałem się tuż przed wyjazdem, nie wiem jak to się stało, pewnie tragarz się pomylił… Na początku chciałem oddać − wyjaśnił − ale otworzyłem ją i odniosłem wrażenie… zresztą sam zobacz.

Kiedy wreszcie ojcowska łapa rozłożyła poły tkaniny w którą była zawinięta, Finnowi ukazała się ona w całej okazałości.
Czarna jak noc skóra błyszczała niczym smoła, a jednak księga wyglądała na starą. Srebrne okucia na rogach zaśniedziały już dawno, a w wytłoczonych w oprawie zdobieniach osiadł brud kilku wieków. Wręcz rozkazywała, by ją otworzyć.
− Nie ma tytułu… ani autora − zauważył Finn dotykając księgi. Biała wilcza łapa nienaturalnie mocno kontrastowała z czarną oprawą. Skóra pod poduszkami na jego palcach była gładka, przyjemna w dotyku. Wielkie tomisko roztaczało wokół siebie aurę tajemnicy. Wydawało mu się, że czuje wręcz mrowienie, to jednak złożył na karb własnej ekscytacji.
− Otwórz − zachęcił go Daven.

Finn słyszał o papierze, lecz po raz pierwszy widział go i dotykał. Różnicę dało się wyczuć zwłaszcza w fakturze. Był też bielszy i z pewnością lepiej przyjmował atrament. Sporo stron zawierało ryciny opisane jakimś starym, zupełnie nieznanym mu pismem. Na innych był sam tekst, a linijek tak dużo, że nie był w stanie zbyt długo skupić wzroku na obcych znakach. I pomyśleć, że kiedyś czytanie naszych wydawało mi się trudne − pomyślał.
− Nie rozumiem ani słowa… − przyznał. W jego głosie pobrzmiewało jednak zdumienie, nie irytacja.
Przekartkowując księgę ostrożnie, rozpoznawał niektóre rysunki, części ciała należące do ludzi różnych gatunków. Pełno także było obrazów różnych drzew, ziół oraz kwiatów. Po dziesięciu latach terminowania u Slaina, który był wspaniałym mentorem, rozpoznawał może dziesiątą część z nich!
− Jest… dziwna − stwierdził Finn, głaszcząc wiekowy papier. − I te kartki… strasznie grube. − Zmierzył w palcach jedną z nich. − Jakby…
− Sądzisz, że przyda się w twoim terminowaniu? − Ojciec wyrwał go z zadumy.
− Z pewnością! Muszę pokazać ją Slainowi. Zobaczymy co uda się z niej wyciągnąć. Jest ogromna… wątpię czy nawet on posiada choćby w połowie tak wielką wiedzę.
− Mam nadzieję, że będzie potrafił ją odczytać. Szkoda by było, gdyby okazała się nieprzydatna. A nie mam dla Ciebie nic innego.
− Ojcze, wiesz, że nie oczekuję żadnych podarków − zapewnił Finn, nieco poruszony tą troską. − A ten… choćbym miał latami pracować nad jego tajemnicą, jest wspaniały. Ale dziękuję ci za coś innego…
Daven kiwnął głową ze zrozumieniem, a potem objął syna.
− Nie martw się o to. Coś wymyślę. A co do księgi − powiedział to prawie szeptem, spoglądając z powagą w pomarańczowe oczy Finna − …nie chwal się nikomu, że ją masz. Nie chcę niepotrzebnych pytań.
Młody Wilk rozumiał tę potrzebę dyskrecji nawet bardziej niż ojciec.

Jest coś dziwnego w tej księdze… − pomyślał. − Najpierw powinien zobaczyć ją Slaine.


 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: MFarley - Karnawał Zdrajców - Rozdział III cz.2
Wysłano: 26.06.2014 23:54
Wilk
Anthro
Trochę dialogów, trochę tajemnicy.

Finn mi wyrasta na najbardziej irytującego bohatera, jakiego stworzyłem. Jestem z niego dumny ;]