Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Blue Kitty - cz.IV(ostatnia)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/6/28
Przeczytano: 606 raz(y)
Rozmiar 23.60 KB
1

(+1|-0)
 
Bart wiedział, że nie będą martwić się o niego. Tym lepiej. Wyszedł na swoim, bez wyjaśnienia czegokolwiek. Znowu. Bycie samotnym i wyklętym poza przepełnione błogosławioną furią rozbawionego tłumu ulic miał we krwi. Miał swoje interesy i nie lubił, gdy ktoś mu przeszkadzał.

Dziwny był i bez tych samotnych wędrówek. Nie marnował pieniędzy na alkohol, chociaż ten mógł mieć za nic i to całymi litrami. Nie znosił czyjegoś towarzystwa poza zgrają z Blue Kitty, a i oni byli wyjątkiem umacniającym jego samotność. Po występach pozostali siedzieli wesołą gromadką, on wolał znikać wszędzie sam. Nigdy w towarzystwie kogoś z zespołu. Może poza Jay’am. Czasem zawędrowali do sklepów po dobry tytoń albo zagadywali żartobliwie do gazeciarzy, by podnieś młodzików na duchu. Ośla twarz wydała mu się dziwnie znajoma. Dawniej jeździł po wielu miastach (raz pojechał po towar do Meksyku) i nigdzie nie spotkał osła. Ale skądś go znał. Tylko skąd? Z pewnością pierwsze spotkanie musiało mieć miejsce w Blue Kitty.

Załatwiał z panem Vladkiem zakup sporego zapasu spirytusu.
- To kupi pan?
Żubr zamoczył palec w płynie, oblizał i zacmokał.
- Jakiś słodki. Nie przecukrzony odrobinę?
- Ostatni gość, który o to pytał, skończył w betonowych pantoflach na...

Do baru weszło dwóch policjantów. Musieli szukali towaru. Mieli go tuż przed samym nosem. Tego był pewny. Dwóch gliniarzy nie przychodzi od tak do podrzędnego baru. Przychodzą, żeby szukać i węszyć. W pogotowiu trzymał pod płaszczem naładowany rewolwer. Co innego mu pozostało? Dochodzenie po awanturze na obrzeżach miasta przeboleje. Tam nie potrzebował rewolweru. Wystarczył kastet. Tu będzie jatka.

- Serwus, panie Vladziu – zagadał jeden z nich, koń wyglądający na dalmatyńczyka.- Jak interesy?
Żubr postawił na ladzie dwie butelki.
- Nie narzekam. Byle dożyć swoich dni.
Drugi policjant, zając o nieco lwim pysku, odkorkował butelkę i powiedział:
- I słusznie.
Popatrzył na Barta. Ten nie przestawał na nich patrzeć.
- To nieładnie się gapić – powiedział zając.
- Prawo tego nie zabrania.
- Podobnie picia.
Terier odwrócił wzrok. Obok siedział osioł. Szary kapelusz przesłaniał jego oczy.
- Nie lubię, kiedy ktoś wtrąca swój pysk do nieswojej rozmowy – warknął.
- Dziwne to usłyszeć od kogoś, kto nie przestaje patrzeć.
- He, dobry tekst – powiedział koń. Pociągnął łyka i odstawił pusta flaszkę.
- Można prosić o spokój?!- Zawył pan Vladek.- To jest porządny lokal i nie zamierzam tolerować bójek.

Policjanci wstali.

- To my już pójdziemy. Do widzenia.
Po ich wyjściu w barze zalęgła cisza. Terier i osioł patrzyli na siebie. Żubr zostawił ich samych na ringu. Od pilnowania tych dwóch miał lepsze rzeczy do roboty.
- Czy myśmy się wcześniej nie spotkali?- zapytał osła.- W Nowym Jorku?
- Dawno temu.- odwrócił od Barta oczy.- Bardzo, bardzo dawno temu. A czemu pytasz?
- Bo z rzadka spotykałem tam osła. Czasem jakaś ośliczka się przypałętała.... Sam wiesz. W Brooklynie często je spotykałem.
- W Brooklynie nie byłem. Pracowałem niedaleko. Na... Jak to się nazywało… – podrapał się za uchem.– Zapomniałem. Pamiętam, że był to elegancki lokal. Miał egzotyczny wystrój.
Zwrot egzotyczny wystrój wzbudziła ciekawość Barta.
- Pamiętasz nazwę? - zapytał.
Ośla głowa osunęła się nieco do tyłu. Kapelusz upadł na podłogę.
- Niestety nie.

Teraz spostrzegł, że osioł wcześniej wypił. Powieki przesłaniały przekrwione od zmęczenia i alkoholu oczy. Nie czekał długo, aż zaśnie. Kiwał głową, pukał nerwowo palcami o blat i oddychał powoli. Zaśnie. Terier zastanowił się, czy nie pogmerać po jego kieszeniach. Znalazłby drobne lub inne suweniry – gumę do żucia, karty bejsbolowe (je można sprzedać), pocztówki z dziewczynkami (je można zachować). Po namyśle zrezygnował.

Coś mu nie dawało spokoju. Widział kiedyś tego osła w Nowym Jorku. Tylko gdzie? Do twarzy nie miał pamięci. Ale ten pysk, ten ośli pysk pamiętał od... Sam nie wiedział. Kiedy był w Nowym Jorku? Dwa lata temu? Trzy lata? Pół roku?

Dobrze pamiętał jedną z tamtejszych akcji. Tą najlepsza i ostatnią. We trzech spokojnie wnieśli do lokalu schowaną w futerałach na skrzypce broń. Właściciel nie rozumiał znaczenia słowa uczciwa umowa. Kto uczciwie nie współdziała, ten marnie kończy – brzmiała zasada. Trzeba mu było to wytłumaczyć w odpowiedni sposób.

,,Co było dalej?- Popatrzył badawczo na śpiącego.- Poszliśmy i zaraz przy wyjściu zaczęliśmy strzelać. Jeden z nas rzucił parę wiązek dynamitu. Co było dalej? Krzyki i wrzaski, odgłosy pękającego szkła i rozrywanych ciał”.

Ze wszystkich stron słyszał krzyki i wrzaski. Wieczorem lokal był pełen gości. Patrząc z perspektywy czasu, wybrali złą porę na wybicie z głowy opornego właściciela poglądu, że nie ładnie jest donosić kundlom z policji na szefa. A czy oni odpowiadali za cudzy błąd?

Bart zajął hol główny i sale bankietową, pozostali dwaj pognali do kuchni. Usłyszał stamtąd trochę krzyków zmieszanych ze strzałami. Potem nic nie słyszał, poza błaganiem jednego jelenia. Frajer wyskoczył znienacka., Bart poprawił nieuwagę kolegów, przerabiając jelenia na sito. Nie puszczał palca ze spustu nawet przy ładowaniu. Gdyby jak dziś, umiał się pohamować, pewnie oszczędzałby kule. Wtedy nie umiał się pohamować. Strzelał w każdy, najmniejszy ruch Kiedy wystrzelał cztery bębenki (gdy to trwało, nie liczył zmiany magazynków), wyciągnął z kieszeni prochowca rachunek za złamanie umowy. Łącznie dwieście tysięcy. Tyle naliczyli za zdradę.

Wtedy coś przykuło jego uwagę. W gąszczu roztrzaskanych mebli, zabarwionych krwią perskich dywanów, powystrzelanych ciał, trudnymi do rozpoznania z powodu odniesionych ran od postrzałów i eksplozji, zobaczył czyiś kontur. Żywy, poruszający się kontur kogoś.

Odbezpieczył rewolwer. Szef kazał im nie zostawiać świadków. Należało załatwić każdego. Podszedł. Koło zniszczonego stolika, na podłodze, leżał osioł w źle dopasowanym i znoszonym fraku. Z głowy ciekła mu krew. Spływała po jego czole, pysku i skapywała na granatowe spodnie. Oddychał. Obok leżał ktoś jeszcze. Terier nie był pewien, czy ten ktoś był kiedyś kotką. Wskazywał na to ogon i stopy. Z klatki piersiowej, ramion, głowy i ubioru została miazga. Granat.
,,Zdarza się”
Wycelował w osła.
- Wybrałeś złą porę na dancing, przyjacielu.
- Musimy iść, Bart!- zawołali na niego.
Popatrzył na osła. Końcówką lufy rewolweru uniósł jego pysk. Ze strzaskanych przednich zębów leciała krew.
- Będziesz miał szczęście, frajerze, jak przeżyjesz.

Wstał. Nim przyjechała policja, zniknął wraz z pozostała dwójką.
Rzeź niewiniątek, jak nazwały tą akcje gazety, dała wystarczający argument policji do podjęcia działań. Dniem i nocą organizowano obławy i zaciskano wokół pętle kapusiów. Aresztowania przybrały masowy charakter. Po miesiącu cała rodzina znalazła się za kratkami. Cała, prócz niego.

Kompan z tamtej akcji dał mu bilet do Chicago i słowa na pożegnanie:
- Spierdalaj stąd. Kundle mają wszędzie wtyki i niedługo nas znajdą.
Niedługo po przyjeździe dowiedział się, że zginął w obławie policyjnej. Szkoda chłopa. Wyuczył Barta paru sztuczek na przetrwanie w śmietnikach wielkich miast. Zachował jego rady i wstąpił do odpowiedniej rodziny. A potem, w Chicago, usynowił go kuzyn ojca z Nowego Jorku.

Nie zmienił profesji. Był zarówno bootleggerem (przemytnikiem) na granicy kanadyjskiej i meksykańskiej, dostawcą, kupcem oraz soldato (żołnierzem). Rzadko assasino (zabójcą). Każdą z tych ról odgrywał bez szemrania. Dalej kupował i sprzedawał lewy towar, odzyskiwał i kradł na powrót. Wystrzelał w dwóch akcjach nieuczciwych handlarzy. Dzika walka o piedestałów wśród demonów nocy. Po czasie był tutaj uważany za jednego z najlepszych i szanowany. Dlatego był samotny – żeby nie stracić czegoś, co mógłby kochać. Co miał stracić, skoro był samotnym. Nic. Ani kogo, ani niczego. To się dla niego liczyło. Pustka. Pustki przecież nigdy się nie straci.
Blue Kitty jakoś wypełniła jego sercu, choć zostawiał ją, idąc w siną dal.

*

Jaguar nie kłamał. Szarołuski smok w czarnym prochowcu i w czarnym kapeluszu stał dokładnie obok wejścia do hotelu Europa. Terier podszedł. Tamten widocznie go znał. Na jego widok wypluł rozpoczętego przed chwilą papierosa i wyszczerzył kły.
- Czołem, Bart.
- Zamknij się.
- U, dzisiaj nie mamy humorku.
- Gadałeś z jaguarem, tak?- zaczął ostro.- Przeniosłeś go na balkon, tak? Do tej wilczki, tak? I patrzyłeś sobie jak się z nią zabawia, tak?! I nic nie zrobiłeś, tak?!
- Nnnnnieeeee.
- Nie kłam! Stoisz jak idiota pod hotelem całe dnie i noce i masz czelność łgać? To nie jest twoja bajka.
- Wiem – odpowiedział smok.- Nie uważaj mnie za kompletnego głupca, ale to miasto mi się spodobało. Cieszę się, że mnie tu przysłali. Ten jaguar również był w porządku. Chciałem dać mu cygaro. Odmówił. Wiedziałeś, że gra na bandżo?
- Przecież gram z nim w jednym zespole.
Bart spojrzał na zegarek. Dochodziła szósta wieczór. Tylu szedł Na smoka nie miał dużo czasu, a pytań sporo. ?! Myślami był w Blue Kitty. Naprędce wybrał te, które powinien.
- W Blue Kitty nie bywasz?
- Skądże znowu. Kazali mi pilnować to pilnuje. Nudna fucha.
- Widzę tego skutki – powiedział terier.
- Bart, posłuchaj, to był czysty przypadek...
- Przypadkiem była rozmowa z nim – warknął i chwycił gada za kołnierz płaszcza.- Mogłeś nie zaczynać rozmowy.
Gad chwycił dłoń i ścisnął. Terier mógł bezradnie patrzeć jak smok gniecie mu palce. Czuł ból, ale go nie okazywał.
- Samo jakoś wyszło.– Puścił psią dłoń.- Postój sobie sam na ulicy to zobaczysz. Zaczepisz paru gości albo panienki i rozmowa sama idzie. Temat dowolny. Najważniejsze, że dotąd nie powariowałem od tego stania.
- Jakbyś miał od czego.– Rozmasował posiniaczone palce.
- A ty nie?- spytał smok z uśmieszkiem krętacza.

Bart wolał nie odpowiadać. Po czasie spędzonym w Chicago miał serdecznie dosyć spotykania tylu wariatów. Gdzie nie poszedł, do knajpy, do restauracji, do kina, tam natrafiał na samych błaznów. Nie dawali mu odetchnąć, złapać tchu. Przeszkadzali w byciu miejskim cieniem wędrującym po zakamarkach i stroniącym od wszelkich pokus. Pod postacią tanich dziewek kleiły się do niego. Wymalowane i poprzebierane w bajkowe ubranka gwiazdeczki łaknęły jego towarzystwa. Dlaczego? Na pewno chodziło o niego. Bo o kogo innego? Przed i po poznaniu Blue Kitty wybierał inne bary. Robił to z powodu interesów. Albo ze strachu. Bliska obecność nieznajomego głosu zmuszała teriera do działania. Odstawiał na bok rozmowę. Nie wiadomo, kogo kupiła policja. W Nowym Jorku było podobnie, tyle że drożej.

Z drugiej strony doskwierała mu samotność. Brakowało czyjegoś ciepła i zrozumienia. Kogoś, o czyje ramię mógł iść podparty dalej. ,,Czy nie lepiej by było pozostać do samego rana?, pytał, Spotkać kogoś interesującego, z kimś zagadać, pogadać. Nawiązać krótki flirt. Popić kilka głębszych. Poznać prawdziwe życie nieskute łańcuchem zbrodni. Czy naprawdę w całym Chicago tylko ja nie umiem odnaleźć przyjaciela, kochanki, bratniej duszy na jedną noc?! Czy nie mogę usłyszeć choćby jednego prawdziwego słowa wsparcia?! Blue Kitty! Przecież o niej myślałem, idąc tu! Nie mogę zapomnieć o jedynej przyjaciółce”.

Taka melancholia wzbudziła w nim odrazę do poprzednich słów. ,,Nie!, krzyczał, Co za bzdury wygaduje! Za dużo wycierpiałem przez chciwość i głupotę! Chcieli mnie takiego, niech mają! Żadnej litości! Mam dziękować wymalowanej dziwce za co?! Za nic ?! Pustka wypełniła inną pustkę! Nic więcej! Uważali mnie za słabego, będą się mnie bać! Wszyscy mnie popamiętają!”.
Smok od kilku ładnych chwil pochwycił dziwną mimikę teriera. Początkowa melancholia kwaśnego uśmiechu przeszłą w twarz dygoczącego z zimna szaleńca.

- Bart, dobrze się czujesz?
- Ja?.... Tak. Wróciła pamięcią do wiadomości o masakrze w dniu świętego Patryka.
- Taaaa…. To był kawał dobrej roboty. Kto by pomyślał, że Irlandczycy stracą swoich w swoje święto. Byłeś tam?
- Na szczęście nie. Na dzień przed samochód jednego kretyna przejechał mi stopę.

Bart kłamał. Smok za dobrze go znał. Wiedział, co porabiał w Dniu Świętego Patryka. W końcu byli razem w grupie wykonawczej. Oni dwaj i czterech innych zaskoczyło Irlandczyków w dobrym momencie w barze. Zieloni siedzieli ściśnięci w jednym koncie. Nie potrzebowali używać broni maszynowej. Poszło gładko i bez zmiany magazynków. Wystarczyła jedna wiązka dynamitu. Po akcji poszli zwyczajnie na bilard. Bart odpuścił sobie grę. Później nie spotkali się nigdy więcej. Do czasu…

Bart przeczuwał smocze myśli. Następny znajomy z Nowego Jorku zamieszkał akurat w Chicago. Te miasto będzie go prześladować do śmierci? Zostawił je, niech więc ono zostawi jego. Uspokoił nerwy. Starczy na jeden dzień agresji i wściekłości. Miał ważniejsze pytania do zadania.

- Widziałeś Giussepa?- zapytał.
- Przyszedł wcześnie rano i pokłócił się z szefem. Gadał same pierdoły o nieistotnych sprawach. On chyba na coś cierpi. Nie chce wyjść na chama, ale ci Włosi na coś cierpią.
- Na olewanie wszystkiego. Prawdę mówiąc to nie problem samych Włochów. To choroba naszych czasów. Każdy, kogo spotkam, ma oznaki, że jest zmęczony. Cholerni zabawowicze. Nic, tylko się bawią całe noce. A ja haruje na nich wszystkich. Skurwysyny i córki suk. Żeby ich jaka cholera wzięła.

- Przestań tak mówić – powiedział smok.- Sam mógłbyś się rozerwać.
- Nie mam czasu na błazenady! A wracając do naszego szczurka. Co innego przeskrobał?
- Tylko tyle, ile ci powiedziałem. Przyszedł, pokłócił się z szefem i poszedł. Acha, poszedł z jakąś paczką pod pachą.
- Mówisz z paczką?
- Tak. Mała, zawinięta w papier i obwiązana sznurkiem. Jak spytałem dla kogo, odpowiedział, że to niespodzianka.
- Mały gówniarz bez doświadczenia.
- Nie przesadzaj. Każdy zaczynał od bycia gońcem. Jako smok miałem skrzydła to nie męczyłem zbytnio nóg.
- Jesteś jedynym smokiem w Chicago, więc się ciesz.
- Na południu, w Teksasie i w Meksyku, żyje dużo smoków. Chyba się tam przeprowadzę.
Rozmowa ze smokiem zabrała trochę czasu. Skapnął się, ile stracił, patrząc na zegarek. Zapytał raz jeszcze o paczkę, którą niósł szczur. Domyślał się, co w niej było. Ruszył w drogę powrotną.
- Dokąd idziesz?!- zawołał za nim smok.
- Po Giussepa. Wiem dokąd poszedł i z czym. Dorwę go i zabije.
- Jak go znajdziesz, to przedtem powiedz mu, żeby przestał wszystkim wypominać wokoło o swojej siostrze. To, że jest niezła, nie znaczy, że jest łatwa! A przecież nie jest do wzięcia!
- Okay.

*

Na głównej ulicy poczekał, aż przejedzie policyjny patrol. Nie zamierzał stracić cennego czasu. W takim momencie wolał uniknąć prawdopodobnego aresztowania i przesłuchanie.
Psa bolały nogi, płuca odmawiały posłuszeństwa. Kuśtykał. Mimo to szedł naprzód.
,,Nie. To nie możliwe. Jeżeli ten kretyn wziął paczkę, muszę zdążyć przed nim do Blue Kitty”.
Chciał zapłacić rachunek sumień za grzech przeszłości. Czyn będzie jego spowiedzią. Poczuł nagle taką chęć. Rzucił wszystko na jedną szale. Nic nie mogło go odciągnąć od tego zamiaru. Wygra albo on, albo śmierć. Ponownie.

*

Nie zdążył. Z samego końca ulicy dostrzegł unoszącą się nad budynkami łunę. Kiedy dobiegał, ogień dogasał. Z budynku niewiele zostało. Ceglane ściany, sczerniałe od żaru, stały zwyczajnie z wybitymi oknami. Wyglądały, jakby otwarto naraz wszystkie okna, żeby przewietrzyć.

Wokoło ruin kłębiło się od gapiów. Bart niektórych rozpoznał. Ci niektórzy mieli towarzystwo. Douglas stał z tą swoją wilczką (Szef nie będzie specjalnie zawiedziony), a Ernest zatopił płaczącą głowę w dekolcie Anity. ,,Cholerni farciarze” – burknął w myślach, patrząc na nich. Obaj znaleźli ukojenie w chwili śmierci. Ocaleli z czymś. A on? Ponownie sam na ubitej ziemi w środku mroku.

Ze środka wychodzili strażacy. Wynosili spopielone resztki, tego, co pozostało z Blue Kitty.
- Nic tu po nas!- zawołał jednej zając. Twarz i uszy miał umorusane popiołem, jak większość gapiów.- Wewnątrz wszystko spłonęło.
- Co się właściwie stało?- zapytał żubr.
- Niedbałość – wyjaśnił.- Trzeba częściej czyścić zaplecze, panie Vladek. Tyle tych pustych skrzynek z trocinami i słomą zostało, że nie trzeba było długo czekać na ogień. Materiały łatwopalne to kiepski wypychacz skrzynek. Nie było czego gasić. Panie Vladek – zając zniżył głos – ja na pana nie doniosę, ale proszę nie kupować tyle alkoholu, i to jeszcze w takich marnych skrzynkach. Aha, i ilość. Bimber i wszelki alkohol jest niekiedy bardziej łatwopalny od drewna. A takiej ilości, jaką widziałem u pana, nigdy wcześniej nie widziałem.
- Pierdolić alkohol! Szkoda budynku! Takie piękno ginie na stosie, a pan mi tu pieprzy o tanim bimbrze!
- Przepraszam.

Bart nie słuchał rozmowy pana Vladka z zającem. Wpatrywał się w żarowisko. Chciał zapłakać. Nie umiał. Umarło jego ukojenie, rozgrzeszenie od przeszłości. Dotąd uciekał przed nią z sukcesem. Teraz go dopadły i odebrały drobny uśmiech losu. Ogień pomógł im w tym. A przyczynę ognia doskonale znał.

,,Nie daruje tobie, Giussepe!- krzyczał prosto z serca pełnego gniewu.- Módl się, żebym ciebie nie dostał! Poza tobą, nikt nie usłyszy twego krzyku, gdy będę ciebie wykańczał”.
Czy odnajdzie szczura? W całym zamieszaniu, mógł zwiać, ukryć się lub zginąć. Niepostrzeżenie poszedł na tyły.

*

Osioł doznał poczucia przegranej. Wraz z pożarem Blue Kitty odeszła wierna przyjaciółka. I kochanka. Powtórnie został sam, bez nikogo, dla kogo biło by jego serce.

,,Nie, to nie jest prawda! – bił się z myślami.- Mam ponownie przeżywać tą samą stratę?! Nowy Jork zostawiłem za sobą! Wszystko zostawiłem za sobą! Za jakie grzechy znowu to do mnie wraca?!”.

- W porządku, Jay? - Pan Vladek położył po ojcowsku dłoń na jego barku. - Wyglądasz, jakbyś chciał zapłakać.
- Smutno patrzeć na taka katastrofę.
Żubr poklepał go po plecach.
- Nie załamuj się! Dobrze, że zechciało się wszystkim zabawy na świeżym powietrzu. Prawda, budynek straciliśmy bezpowrotnie, ale najważniejsze, że… Widzisz to?
Nie wiedział, co stary barman ma na myśli.
- Niezwykłe – szepnął żubr.- Cóż za niezwykłe zjawisko. Aż mam ochotę… tańczyć!

Jay zauważył, że pan Vladek czegoś wypatrywał. Nie tylko on. Wokoło setki par oczu wypatrywały czegoś na niebie. Spojrzał. Co takiego niezwykłego ujrzy na niebie? Prócz zwykłego nocnego nieba, niczego nie zobaczył. Gwiazdy zwyczajnie świeciły, choć utraciły dawny blask. Inni widzieli pewien obraz, który osioł starał się ujrzeć na marne.

- To piękny widok – usłyszał.
Obok Bart otrzepywał kapelusz z popiołu. Nie odrywał wzroku od nieba.
- Znowu jakieś interesy?
- Szukałem Giussepa cały dzień - odpowiedział.- Fantastyczne.
- Odnalazłeś go?
- Nie – odpowiedział uśmiechnięty.

Pierwszy raz zobaczył uśmiech u teriera. Zwyczajny i prosty uśmiech cieszenia się z czegoś. Pamiętał z każdego wieczoru ponury wyraz pyska i charakter psa. Na gitarze wygrywał piękne nuty. Jedynie na gitarze. Po zakończeniu gry z nikim nie zamieniał słowa. Czasem wszczynał drobne kłótnie. Z rzadka. Tymczasem widział szczery uśmiech.
- Bart, na co się właściwe patrzysz?
Pies odwrócił ku niemu uszczęśliwiony wzrok.
- Na coś, co mówi mi, że ta noc będzie wieczna.

*

Następnego dnia całe Chicago opowiadało o pewnym nocnym pochodzie. Przypominał niby kondukt pogrzebowy przeplatany z radosną muzyką. Nie pomijał żadnej ulicy, żadnego zaułka, żadnego klubu, miejsca zwycięzców i przegranych. Gdziekolwiek doszedł, kogokolwiek spotkał, tego porywał w dalszą drogę. Ciekawe, że nikogo nie zadziwiał niecodzienny widok grającego na gitarze teriera oraz jaguar bandżoinista, pchający pianino, na którym siedziały śpiewające szczurzyca i wilczyca, i na którym grał szop. Szli na czele i mówili, że oddają cześć utraconej bogini. Za nimi szli inni, grając, pijąc, bawiąc się, tańcząc, śmiejąc się.

,,Takie coś zobaczycie w Nowym Orleanie” - gadali zawistni, widząc to niecodzienne zdarzenie. Potem z nudów hipokryzji sami przyłączali się do zabawy. Takich pochód napotkał niewielu na swej drodze. Częściej trafiał na tych potrzebujących magicznego przebudzenia. Samotnych, siedzących na gankach, z wiernym pechem na barkach. Gdy ich mijał, zrzucał z ich barków tego bezwstydnika i brał pod swe opiekuńcze skrzydła.

Mówiono też o niezwykłej postaci – błękitnofutrej kotce. Szła za całym pochodem. Różnie ją widziano. Jedni opowiadali, że szła naga bądź lekko odzianą, inni, że miała przepieknąsukienkę. Ci, co ją dostrzegli, czuli pragnienie przyłączenia się do muzycznego pochodu. Czynili to. Wiedzieli kim była i szli wraz z nią dalej. W czasie zabawy zapominali, że ujrzeli owa nieznaną i niezwykłą błekitnofutrą kotkę. Podobnie zapomnieli o niej grający na przedzie.

http://www.youtube.com/watch?v=IQ0zD0MZ6OA

Jay ujrzał ją jako ostatni. Nie zapomniał kim była. Zatrzymał się i poczekał, aż pozostali go minął. Wtedy się spotkali. Zanim ktoś się zorientował, opuścili we dwójkę pochód. Ponoć widziano ich wczesnym rankiem nad brzegiem Michigan. Nikt nie pytał , co tam robili. Byli we dwójkę i to im wystarczyło na tą jedną noc.

Tego wieczoru narodziła się Blue Kitty. Jeden ktoś powiedział by, że tak naprawdę odrodziła się, lecz odrodziła się wolna. Z więzienia wyzwolił ją grzeszny występek nieznanego nikomu nieszczęśnika. Wybaczyła mu, nie znając jego imienia. Wybaczyła każdemu, kto popełnił grzech w tym nieszczęsnym Chicago.

W tych, jakże szczęśliwych, czasach wypełnionych zabawą, od których traciło się rozum, miłość, namiętność i przyjaźń rozkwitały pośród nut jazzu. Jego nuty wzlatywały w gwieździstą noc nad serca kochanków i grzeszników. Błogosławił ich jednocześnie przeklinając.
Te piękne szaleństwo trwało całą noc i kilka lat dłużej.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.