Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: BednarPL - Najmita cz.3  
Autor: BednarPL
Opublikowano: 2014/8/5
Przeczytano: 785 raz(y)
Rozmiar 29.48 KB
1

(+1|-0)
 
Rozdział 3

W nieznane

Telefon leżący na blacie szafki nocnej zadzwonił głośno i wyrwał odpoczywającą lisicę ze snu. Ziewnęła rozdzierająco, krzywiąc się w irytacji. Który to już raz ci wszyscy idioci budzą ją tak wcześnie? Spróbowała dosięgnąć aparat dłonią lecz nie dała rady. Skutecznie przeszkadzało jej w tym wielkie, samcze ramię jenota, które obejmowało ją wpół i uniemożliwiało jakikolwiek ruch.
- Wo! Zabieraj te łapy! - Warknęła Giuss wściekle, ale samiec w dalszym ciągu spał jak zabity.
- Rusz dupsko! - Zdzieliła go pięścią po ramieniu i dopiero wówczas jenot poluźnił chwyt, mrucząc coś niezrozumiałego pod nosem. Samica rzuciła się do telefonu i odebrała w ostatniej chwili.
- Halo? - Rzuciła zdyszana. Szóstym zmysłem przeczuwała, że to może być coś ważnego.
- Zdrastwujtije Giuss! - Odpowiedział głos w słuchawce. - Mam już to czego chciałaś.
- To znaczy? - spytała zamotana, odganiając się od spragnionych drobnego ciałka, wielkich, spoconych łapsk samca, który nagle ocknął się i dostrzegłszy gołe cycki po raz wtóry wpadł w swój żywioł.
- Mam już tą snajperkę. Ciężko było, ale załatwiłem. Odbiór dziś o dziesiątej rano, ok?
- Bladź, kakaja godzina? - parsknęła i zerknęła na cyferblat budzika. Była szósta rano. – No dobra. Może być… Wo, spierdalaj!
- Szto?
- Izwinitje, to nie do pana!
- Wisisz mi jeszcze 200 dolców, Giuss.
- Wiem… I tym razem zapłacę! - Samica uśmiechnęła się triumfalnie, po czym zakończyła połączenie. Rzuciła telefon, westchnęła z ulgą i pozwoliła by Wo ponownie przygarnął ją do siebie. Poplamiona, biała kołdra zsunęła się na skraj łóżka, sprawiając, że byli doskonale widoczni przez otwarte na oścież okno pokoju.

Poranne słońce nieśmiało wynurzało się z ponad szczytów obskórnych blokowisk bastionu, nadając im połyskliwą, żółtą poświatę. Portowe mewy darły się zawzięcie, krążąc nad zalegającymi betonowe nadbrzeże górami odpadków. Gdzieś tam w dole, w zaułkach zabłoconych uliczek słychać było przeciągłe jęczenie marcujących, bezpańskich kocurów, które ciągle chodziły na czterech łapach.
- Kto to był? - Spytał samiec, monotonnie gładząc dłonią sierść na brzuszku białej lisicy.
- Handlarz. - Mruknęła Giuss, po czym ziewnęła, przeciągając się leniwie. - To już dziś, wiesz?
- Dziś? - Jęknął z wyraźną niechęcią.
- Tak dziś, tygrysie. - uśmiechnęła się wrednie. - O dziesiątej odbiorę zamówioną spluwę, zbiorę ekipę, pozbieram klamoty i stawię się na zbiórkę w obozie pod bastionem.

Samiec jedynie pokiwał smętnie głową w odpowiedzi. Po raz wtóry ogarnął wzrokiem, drobne lecz wyjątkowo hojnie obdarzone przez matkę naturę ciało lisiczki. Oblizał się nerwowo, wzdrygając się na myśl, że może utracić to jakże cenne dla jego chutliwego, samczego Ja niewyczerpane źródełko rozkoszy.
- Mamy może jeszcze trochę czasu? - uśmiechnął się służalczo.

Giuss poprawiła się na łóżku i spojrzała na jenota spod długich rzęs. Wo z napięciem, graniczącym z szaleństwem czekał na werdykt jego pani. Wreszcie pokręciła wymownie głową.
- Da, chciałbyś. – Parsknęła, wysuwając na widok końcówkę języka z kolczykiem. Lubiła się bawić się tą posrebrzaną kulką, jeżdżąc nią po zębach. Był to charakterystyczny dla niej tik i zdarzało jej się to robić również w momentach zdenerwowania.
- Nie za dużo już tego dobrego? – Zerwała się z łóżka i ruszyła chwiejnie do łazienki, nie zważając na słowa protestu napalonego anthrena.

Jednak spożyty wczorajszego dnia alkohol i połowa nocy spędzonej na miłosnych igrach zrobiły swoje. Biała lisica nieporadnie wdziewała na siebie wojskowe spodnie moro i czarne kamasze. Mimo, iż przed chwilą wzięła zimny prysznic i porządnie wypucowała wszystkie części ciała (w tym również tą najbardziej wymęczoną), nadal nie do końca doszła do siebie.

Mimo wszystko nieco żal jej było opuszczać to miejsce. Siedziała w sumie na swoim. Nieco udobruchany szumnymi obietnicami Wo Pai Li właśnie smażył swojej n' corazon jajecznicę na boczku, która tak lubiła. Na sam zapach najemniczce ciekła ślinka. "Zarobię tą forsę i wrócę" - Obiecywała sobie. - "Jak wrócę, będę bogata." - Prócz obiecanych 14 000 baksów liczyła jeszcze na całe morze fantów, zdobytych po drodze. - "Może nawet się ustatkuję? Kupię sobie chałupę pod Paryżem, otoczę palisadą. Założę własną firmę łowiecką albo najemniczą. Wyjdę za mąż za tego idiotę."

Stwierdziła, że Wo owszem jest idiotą, ale pożytecznym. Już owinęła go sobie dookoła małego palca. "Wystarczy od czasu do czasu udzielić mu pupci, a będzie wierny jak pies." - Pomyślała. By było lepiej, chińczyk całkiem nieźle gotował, a do tego nie był ułomkiem i odpowiednio przyuczony bez problemu mógł pełnić funkcję ochroniarza. Tak, to mogło się opłacać. A tymczasem lisica dalej będzie sobie swobodnie skakać z kwiatka na kwiatek.

Skończyła dywagacje w momencie, gdy śniadanie zostało podane do stołu. Wstała i przechodząc do krzesła cmoknęła jenota w policzek. Uśmiechnął się dumnie, gdy jego wybujałe ego zostało dodatkowo ugłaskane. Jedząc przeliczyła gotówkę otrzymaną dnia minionego poprzez pośrednika. 1000 dolarów amerykańskich. Pokaźny kawał gotówki, nie mówiąc już o pozostałych czternastu. Gangster Kim również płacił jej 1000 dolarów, lecz hongkońgskich, o znikomej wartości, prawie dorównującej ruskiemu rublowi.

Giuss uśmiechnęła się wrednie. Jedną z wielu jej przywar, a już na pewno najbardziej poważną była ogromna wręcz słabość do pieniędzy. Za stosowną zapłatę była w stanie posunąć się do naprawdę nieciekawych rzeczy, o czym świadczyła już niedawna, niesławna masakra w domu publicznym. Wymuszenia, porwania a nawet zabójstwo - wszystko to było jedynie kwestią zależną od grubości wręczanego do samiczej łapki pliku banknotów. Co prawda, mogłaby bać się ognia piekielnego, niestety była jednak ateistką, jak wielu postsowieckich Rosjan.

Na szczęście dla siebie i innych jeżeli lisica otrzymywała diengi zgodnie z umową, zawsze ale to zawsze pozostawała wierna swojemu pracodawcy. Było to kwestią najemniczego honoru i jakakolwiek próba przekupstwa nie wchodziła w grę. Mogła się ona skończyć co najwyżej kulką w łeb dla przekupującego.

To nie było tak, że Giuss mordowała wszystkich bez żadnych refleksji. Sumienie biło się w niej z ogólnym zepsuciem (czego przejawem była choćby litość wobec pozbawionej perspektyw narkomanki), ta walka była jednak nieśmiałą wojną podjazdową, z wyraźną przewagą ciemnej
strony natury lisicy.

Giuss skończyła śniadanie i po raz ostatni pożegnała się z Wo. Prawie wybiegła do samochodu, w ruchu zapalając papierosa. Zaparkowana Toyota czekała na nią w zamkniętym, dobudowanym do bloku garażu. Giuss wrzuciła na tylne siedzenie skrzynkę z całym swoim sprzętem i dobytkiem, po czym wskoczyła za kierownicę, odpaliła silnik i czym prędzej pognała na drugą stronę bastionu, odebrać narzędzia pracy.

***

Sklep znajdował się na rogu jednego ze skrzyżowań głównej arterii Chèng Zhai. Dostawało się doń schodząc schodami do piwnicy narożnej, dziesięciopiętrowej "Wielkiej płyty". Sam przybytek zajmował kilka podziemnych pomieszczeń, których ściany, jak całe podpiwniczenie bloku, wykonano z żelbetonu. Strop miał ze 3 metry grubości i zapewne można by tam przeżyć wojnę jądrową.

Giuss wkroczyła po schodach do pierwszego pomieszczenia, wyglądającego jak dosyć nietypowa recepcja. Za biurkiem, ustawionym na betonowej wylewce rozwieszono zielono-żółtą, płócienną siatkę, która była kiedyś zapewne elementem maskującym jakiegoś pojazdu opancerzonego. W ścianę wbito kilka par metalowych haków, na których powieszono różnorakie giwery, głównie radzieckie, albo chińskie klony zachodniej broni. W rogu pokoju stało kilka stalowych szafek, w których za szkłem pancernym eksponowano amunicję, granaty i inny przydatny ekwipunek.

Lisica podeszła do porysowanego, drewnianego blatu. Niedaleko starej, wyeksploatowanej kasy znajdował się metalowy dzwonek, który zadźwięczał głośno, gdy Giuss uderzyła go dłonią. Samica oparła się wygodnie łokciami o ladę, znowu bezwiednie stając na palcach z racji niskiego wzrostu. Po chwili w zasłoniętych brudną kotarą drzwiach naprzeciwko pojawił się sprzedawca.

Był to wysoki i masywnie zbudowany syberyjski tygrys, aczkolwiek nieco podeszły w wieku. Jego trwale zmarszczony nos, ozdobiony okularami ze szkłami jak denka, przywoływał wrażenie, iż staruch ciągle się nad czymś usilnie zastanawiał. Był ubrany we flanelową koszulę z rękawami zakasanymi powyżej łokci, oraz biały, brudny, umazany smarem fartuch. Całości dopełniały żylaste łapska jak bochny, przywodzące na myśl dłonie stereotypowego kowala.
- Zdrastwujtje Siergiej! – Rzuciła Giuss znad lady. Tygrys po sekundzie poznał z kim ma do czynienia.
- Zdrastwujtje Giuss! – Odparł i uśmiechnął się szeroko, eksponując wybrakowane i pożółkłe kły weterana tanich szlugów z machorki. – Przyjeżdżasz jak mniemam po odbiór giwery?
- Ma się rozumieć. – Mruknęła lisica triumfalnie. – I tym razem mam zapłatę. – Rzuciła na stół kilka studolarowych banknotów z podobizną amerykańskiego prezydenta. Widząc je tygrys gwizdnął z cicha.
- Za tyle to i dorzucę lunetkę, oraz zapasowy magazynek. – Zatarł z uciechą łapy i zniknął na zapleczu.
- Paczkę pestek też dodaj! – Krzyknęła za nim lisica.

Chwilę stała i ze zniecierpliwieniem nerwowo bębniła palcami dłoni o twarde drewno. Gdyby miała ostre pazury jak część innych Anthrenów, mogłaby pociąć teraz tę starą ladę w drzazgi.
Oksydowane kałachy i sajgi połyskiwały prowokująco ze ścian a pojedyncze, czarne muszysko monotonnie patrolowało przestrzeń dookoła wiszącego pod sufitem żyrandola. Nie licząc świszczącego oddechu, słyszalnego gdzieś zza ściany, w betonowej piwnicy było zupełnie cicho.

Po krótkim, aczkolwiek ciągnącym się w nieskończoność czasie, sprzedawca ponownie pojawił się przy ladzie. W łapach trzymał długi pakunek, owinięty w gazety ściśnięte sznurkiem, oraz kilka pudełek.
- Dorzuciłem trochę pocisków. – Mruknął. – Prezent od firmy.
- Jakiś rabacik za drogie zakupy?
- I tak już dostałaś ulgę po znajomości. – Parsknął. – Jeszcze chwila i wyjdę tą transakcją na minus!
- Tylko zerknę na to i owo. – Stwierdziła lisica.

Otworzyła jedno z pudełek i wyciągnęła z niego mniejszą paczkę, opisaną cyrylicą. Był to radziecki przydział naboi 7,62 x 54mm R, wersji snajperskiej 7N14. Dwadzieścia pocisków, samych przydziałów samica otrzymała kilka. „Ponad 100 pocisków” – Pomyślała. W Pudełku znajdowały się również naboje przeciwpancerno-zapalające BS-40 z rdzeniem wolframowym, oraz wskaźnikowo-zapalające ZP, tak na wszelki wypadek.

Giuss wzięła w dłoń jedną z łusek i obejrzała ją pod światło. Przeczytała bicia na spłonce, po czym wrzuciła nabój ponownie do pudełka.
- Wyglądają na oryginalne. – Stwierdziła, po czym zajęła się rozwijaniem broni z zabezpieczających ją gazet. Kiedy skończyła ujęła pewnie w łapy nieco odrapany, radziecki karabin wyborowy SWD.
- Prawie nieużywany. – Pochwalił się tygrys. – Rozkładałem i osobiście sprawdzałem wszystkie bebechy pod kątem zużycia.
- A to? – Spytała samica, wskazując na poczerniałe, drewniane okładziny broni.
- A co myślałaś? – Burknął tygrys. – Broń leżała w magazynie na Kamczatce dobre kilkadziesiąt lat. Najważniejsze, że mechanicznie wszystko chodzi jak w zegarku. Wyczyściłem, nasmarowałem a ty mi tu jeszcze wybrzydzasz, co?
- Tak się tylko pytałam. – Na twarz białej lisicy wystąpił dorodny banan. Oparła kolbę o ramię i na próbę złożyła się do strzału. – Sama broń jest boska.
- Mam jeszcze coś. – Sergiej wydobył spod blatu biurka owiniętą w folię bąbelkową lunetę. – Białoruska, 8-krotne powiększenie.
- Trochę przydużo jak na ten kaliber. – Lisica zastanowiła się. – Jakby to był OSW , to miałoby to rację bytu. Wolałabym coś między 4 a 6x, nie wiem, może PSO-1.
- To gówno. – Stwierdził sprzedawca. – Ale mam coś lepszego. – Wydobył z zanadrza podłużne pudełko i otworzył je, ukazując zawartość.
- 1P21. – Zamruczał z dumą. – Obiektyw 42mm, regulowany zoom od 3x do 9, dwie siatki celownicze, podświetlane. Dorzuć stówkę i jest twoja.
- Długawa. – Giuss skrzywiła się. - A noktowizję też to ma?
- Pogięło? – Tygrys najwyraźniej nie zrozumiał ironii. – Wiesz ile każą sobie płacić za NSP-3 w dobrym stanie?
- No ile?
- Więcej niż zarabiasz i ty i ja. Bierz jak proponuję, bo gwarantuję, że nigdzie indziej tego nie dorwiesz. A i u mnie to ostatnia sztuka.
- Dobra tam! – Lisica machnęła łapą. I rzuciła na stół dodatkowe 100 dolarów. – Poczułam się jakbym znów była w wojsku, to niech już będzie. – Mruknęła bardziej do siebie, niż do tygrysa. Ponownie zabezpieczyła wszystkie zakupy, wzięła pod pachę i objuczona niczym wół opuściła sklep.

Giuss udała się na parking, do swojej Toyoty. Otworzyła bagażnik i ostrożnie umieściła tam wszystkie klamoty. Następnie wyjęła z kieszeni komórkę i oparłszy się o drzwi auta wybrała numer. Po kilku chwilach oczekiwania po drugiej stronie odezwał się jej towarzysz Wasylij.
- Halo?
- Zdrastwujtje, to ja. – Mruknęła Giuss. – Słuchaj, wszystko już załatwiłam.
- I jak?
- W porządku… Teraz słuchaj! Zabierz Borysa i stawcie się tym twoim vanem pod główną bramą bastionu. Dołączę do was i zabiorę ze sobą zgodnie z umową.
- Co mamy zabrać? - Spytał się Wasyl po dłuższej pauzie. – Wiesz, zaopatrzenie, itepe.
- Wszystko co potrzebne do przetrwania! – rzuciła samica.
- Aa… Czyli mam rozumieć namiocik, konserwy, pudła pestek wraz z gnatami, różne duperele no i oczywiście skrzyneczka gorzałki? – Po tonie głosu można było wywnioskować, że lis uśmiechał się.
- Nie zapomnij o worku z kawusią!
- Będzie i kawa. Dorzucę karton szlugów prosto z Soczi.
- Ty to wiesz co lubię, tygrysie. – Uśmiechnęła się na moment do siebie.
- Jak to obmyśliłaś? – Wspólnik nagle zmienił temat. – Chodzi o tą forsę.
- Cóż… – Giuss westchnęła ciężko, po czym skrzywiła się zirytowana. Tylko nie ten cholerny temat zapłaty. Wszystko to się jakoś ugładzi, ale cholera nie w tym momencie!
– Na kasiorę za bardzo liczyć nie możecie, ale fantami podzielę się z wami po równo. - odparła.
- Nie zapłaci nam? – W głosie lisa dało się usłyszeć rozczarowanie.
- Jesteście tam jako moi ludzie, a nie jego. – Stwierdziła Giuss chłodno. – A żołd jest tylko mój.
- Ale oddasz nam część za robociznę? – Obruszył się biały lis.
- Odpalę wam po pięćset na głowę. – Rzuciła prędko, pragnąc szybko uciąć niewygodny temat.
- Kpisz sobie?! Już Kim nam zapłaci więcej!
- Da. Na pewno! – Samica parsknęła, w złości przegryzając język.
- Zapłaci, zapłaci! Zwłaszcza jak zaraz ogłosi tu nagrodę za twoją głowę.
- Piecow, uważaj na słowa!! – Wrzasnęła do słuchawki, wyprowadzona z równowagi. Wtedy i tylko wtedy zdarzało jej się zwrócić do niego po nazwisku. – Dam po osiemset. I ani słowa więcej bo znajdę jeszcze czas by się wrócić i zaoszczędzić forsę za cenę dwóch naboi!
- Po tysiąc. – Zaryzykował Wasylij. – Inaczej szukaj sobie kogoś innego by go ciągać za sobą po połowie świata!
- T-Y-S-I-Ą-C… – Lisica zmięła w pysku wyraz jak najgorszą truciznę. Wydobyła z gardła głuchy bulgot i zrobiła się niemalże purpurowa na pyszczku. Chwilę po obu stronach słuchawki zaległa niezręczna cisza.
- Niech… będzie… tysiąc… - Wycharczała do słuchawki lisica. – Przed bramą w południe! – Rozłączyła się. Po czym wściekle wrzuciła telefon do samochodu przez otwarte okno i grzmotnęła pięścią w dach.

Dobry kwadrans i dwa szlugi później Giuss wreszcie doszła do siebie. Westchnęła ciężko i zajęła miejsce za kierownicą swojego wehikułu. Ładnie ją oskubią, nie ma co! „W sumie to zostanie mi jeszcze 12 tysięcy.” – Pomyślała. – „A drugich takich dwóch ze świecą szukać.” Po głębszym zastanowieniu się musiała w końcu przyznać przed samą sobą, że oferta samców jest dość korzystna. Mogli przecież zażądać połowy zapłaty i co wtedy? „I tak te dranie mogą zatrzymać sobie to co zdobędą, znajdą lub ukradną.” – Burknęła i ruszyła samochodem na przedmieścia, zapuszczając przy okazji w głośnikach jakiś ruski hardbass.

***

Główna brama bastionu Chéng Zhài składała się na parę stalowych, przerdzewiałych skrzydeł o wysokości kilku metrów każde. Po obu bokach futryny z grubych belek znajdowały się dwie nieco wyższe od reszty strażnice, będące w zasadzie umocnionymi gniazdami karabinów maszynowych i szperaczy. Stanowiska były umocnione workami z piaskiem oraz drutem kolczastym i wyglądały na gotowe do odparcia szturmu małej armii. Naprzeciwko ryglowanego od środka wejścia rozpoczynała się stara, spękana asfaltówka, przecinająca na pół kilkudziesięciometrową polanę wydzieloną w dżungli. Zazwyczaj zalegały na niej złom, śmiecie i inne odpadki, tym razem jednak wszystko uprzątnięto.

Gdy Giuss dotarła na miejsce pierwszą rzeczą, która rzuciła jej się w oczy było sporej wielkości obozowisko, które nie wiadomo kiedy wyrosło na miejscu codziennego, brudnego nieużytku. Prawie dziesięć pokaźnej wielkości namiotów sterczało rozrzuconych tu i ówdzie po terenie. Pomiędzy nimi tkwiły zaparkowane terenówki oraz różne, walające się wszędzie bezładnie skrzynki, torby i pudełka.

„Chyba się już zbierają.” – Pomyślała lisica. Zaparkowała swoją Toyotę niedaleko dwóch starych, radzieckich ciężarówek, które wydawały się stanowić centrum obozu. Dookoła nich krzątało się kilkoro anthrenów, dobrze zbudowanych samców w ubraniach moro. Giuss wysiadła z samochodu i dobyła szluga, opierając się wygodnie. Zastanawiała się czy powinna podejść zagadać, czy może czekać. Jednakże po chwili wyręczył ją jeden z samców, wysoki szakal ubrany w szary dres i wojskowe, wysokie buty.
- Nowy pysk z drużynie! – Rzucił po rosyjsku, podchodząc do samicy. – Pani od szefa, jak mniemam? – Uśmiechnął się tajemniczo. Miał intensywnie bordową sierść i głęboko szafirowe, piękne oczy. Całości dopełniały gęste blond włosy, zaczesane na jedną stronę głowy. „Ale ciacho!” – przemknęło Giuss przez myśl.
- Tak. Ja od szefa. – Stwierdziła, odwzajemniając uśmiech.
- Jestem Igor Pawłowicz Sulicyn, dowódca drużyny drugiej. – przedstawił się. – Ty jesteś zdaje się Giuss, da?
- Da.

Pozornie wyluzowana najemniczka, zdawała się być pochłonięta jedynie obracaniem w palcach tlącego się peta. Tymczasem szakal uważnie oceniał z kim ma do czynienia. Ogarnął wzrokiem całą postać samicy, szczególną uwagę poświęcając rozległym tatuażom na obu ramionach i przedramionach, oraz piersiom, od czego nie dał rady się powstrzymać. Gwizdnął z cicha.
- Wojskowa przeszłość? – Udał niewtajemniczonego i wskazał palcem na zwisające nieco powyżej dekoltu tarczki nieśmiertelnika.
- Da. Swego czasu aspirowałam na zwiadowcę Specnazu. – Musiała się pochwalić.
- Muszę cię ostrzec, że nowi nie mają tu lekko. – Igor rozejrzał się pośpiesznie dookoła. – Zwłaszcza Pyskacz nie przepada za wami.
- Kto taki?
- Nasz dowódca. Poznasz go na zbiórce.
- Ilu tu nas jest?
- Wraz z tobą trzydziestu, nie licząc dowódcy. Jak dotarłaś osiągnęliśmy pełny skład. – Stwierdził Igor. – A zresztą, na pytania przyjdzie jeszcze pora, teraz jest robota do zrobienia. – Skinął ręką, by biała lisica udała się za nim.

***

W jednym z namiotów Giuss została przedstawiona pewnemu ponuremu, srebrnemu tygrysowi w rosyjskim mundurze "Flora" i czapce garnizonówce. Facet nazywał się Rostov i był dowódcą Trójki, czyli trzeciej grupy dziesięcioosobowej do której dopisano także lisicę. Był to anthren oschły, bezwzględny i całkowicie wyprany z poczucia humoru. Niestety najemniczka szybko przekonała się, że nie dostanie u niego taryfy ulgowej i będzie musiała zapierniczać po równo razem z całą resztą bez względu na płeć. By było gorzej odkryła, że dowódca traktuje tu nowych jak chłopców (lub dziewczynki) na posyłki i pierwszym zadaniem w jej dumnej karierze najemnika Achmetowa będzie noszenie skrzynek z duperelami na pakę ciężarówki. Nie obyło się bez zgrzytania zębami jednakże samica więcej nie oponowała, nie chcąc wywoływać konfliktu z przełożonym już podczas pierwszego dnia pracy. Pomimo to, kłopoty zaczęły się szybko.

Kiedy Giuss dotarła do zgrupowania gotowych do przeniesienia tobołów, miało dojść do zapoznania się z resztą jej nowych współpracowników. "Tymczasem, tych dwóch idiotów powinno już dotrzeć na miejsce" - pomyślała lisica i podeszła do dużej grupy anthrenów, którzy pojawili się nie wiadomo skąd. Masywnie zbudowani samce psowatych, kotowatych i łasicowatych (choć widać było wśród nich także kilka ewenementów) krzątali się dookoła świeżo wygaszonego ogniska. W pewnym oddaleniu od reszty grupy stał niczym indiański totem wysoki, masywnie zbudowany samiec, który doglądał roboty. Krzyżował umięśnione ramiona na szerokiej piersi i podobnie jak Giuss był cały w tatuażach. Jednakże rzeczą, na którą samica najbardziej zwróciła uwagę był metalowy hełm z maską w kształcie psiego pyska, przywodzący na myśl nakrycia głowy rzymskich gladiatorów. Szczelnie zasłaniał on głowę i szyję anthrena, co sprawiało że trudno było określić jego rasę. Jedynie srebrzysta sierś i gęsty, długi ogon kazały Giuss domniemywać to, że samiec jest wilkiem.
- Co to za koleś? - Spytała się Igora, który zaczął już pełnić dla niej rolę przewodnika.
- Nasz dowódca, Pyskacz. - Odparł szakal. - Zaufany "człowiek" Achmetowa.
- Ciekawa ksywa. - Zauważyła.
- Wszyscy nowi sądzą że zawdzięcza ją ostremu językowi, choć w rzeczywistości jest niemy jak ten pień.
- Nie umie mówić? - Giuss uniosła brew w zdziwieniu.
- Tego się tutaj głośno nie gada - zastrzegł Igor - ale każdy wie, że lata temu facet poważnie oberwał.
- Co mu się stało? - Spytała lisica, ukratkiem ciągle uważnie obserwując samca w masce. Igor rozejrzał się i pośpiesznie szepnął do jej ucha:
- Podczas potyczki z konkurencją kula snajpera trafiła go w głowę. Urwało mu całą górną szczękę razem z nosem.
- Trochę kiepsko. - Giuss aż wzdrygnęło.
- Faktycznie, perspektywa odżywiania się resztę życia przez słomkę jest niezbyt miła.
- Do tego na zawsze będzie odpychający dla samic... - Najemniczka urwała, ponieważ Pyskacz w końcu zwrócił na nią uwagę. Wilk powoli zbliżył się do samicy, opuszczając resztę zgromadzenia. Towarzyszył mu ciemnobrązowy lis w starym mundurze Republiki Białoruś.

Giuss zastanawiała się nad tym, co stanie się teraz, kiedy dowódca wraz ze swoim kompanem stanęli przed nią na odległość ramienia. Z tej odległości dokładnie słyszała ciężki, świszczący oddech Pyskacza gdzieś pod blachą hełmu. Wilk nagle uniósł dłoń na wysokość swojego metalowego pyska i (ku lekkiemu zaskoczeniu samicy) zaczął czynić jakieś nieokreślone ruchy palcami, czasami unosząc łapę w górę i dół, oraz na boki. Towarzyszący mu lis bacznie obserwował tą dziwną gestykulację, po czym zwrócił się do Igora poważnym tonem:
- Czy to jest ta nowa?
- Tak jest! - Odpowiedział szakal. Pyskacz ponownie zaczął coś gestykulować.
- Wobec tego, niech zapozna się z resztą grupy. Wyruszamy w drogę punkt trzecia po południu. - Powiedział lis, po czym odwrócił się w ślad za swoim szefem i oboje odeszli w kierunku namiotów.
- Co to miało być? - Giuss podrapała się z zakłopotaniem po swoich krótko ostrzyżonych włosach.
- To jest Jurij Sobolow, pierwszy oficer, od "jedynki", a także prawa łapa Pyskacza, oraz jego tłumacz. A to jest reszta paczki. - Igor wskazał na spory tłumek, który nagle wyrósł przed lisicą zwabiony zamieszaniem. W jej głowie znowu zapaliła się lampka oznaczająca kłopoty.

Gromada składała się w znacznej mierze z anthrenów, których Giuss widziała już w knajpie, chociaż zdarzały się nowe pyski. Wszyscy patrzyli na nią z nieprzyjemną mieszanką zainteresowania, politowania i drwiny.
- To jest ta nowa? – Spytał się ktoś stojący z tyłu.
- Najwyraźniej. – Stwierdził samiec hieny w plamiastym maskałacie.
- Co to za chuchro? – Warknął zbulwersowanym tonem śnieżny tygrys, który wyrwał się naprzód i stanął naprzeciwko w dalszym ciągu spokojnej lisicy. – Potrzeba nam twardzieli a nie takich mikrusów jak ta, o!

Giuss spokojnie oceniła śmiałka. Był wyższy od niej o dwie głowy i co najmniej dwa razy szerszy w barach. Pysk tygrysa inteligencją nie zionął.
- Jak się pan nazywa? – Spytała samica, przywołując na pysk tajemniczy uśmiech.
- Gregoricz. – Parsknął oponent. – A tobie co w ogóle do tego?
- Bardzo mi miło. – Stwierdziła samica, po czym nagle znienacka chwyciła zaskoczonego samca za łokieć. Żaden z obecnych nie spodziewał się tego, liczyli prędzej, że lisica, jak to typowa panna przykopie go w jaja.

Ona wiedziała jednak, że atak poniżej pasa nie przystoi porządnemu najemnikowi. Ścisnęła z całej siły łokieć Gregoricza i z satysfakcją wymalowaną na pyszczku obserwowała jak tygrysowi oczy wyszły z orbit. W krótką chwilę sprowadziła go do parteru.

Kilkoro zaskoczonych najemników chciało rzucić się na pomoc tygrysowi, reszta jednak chwyciła ich pod ramiona i powstrzymała w miejscu. Pyskacz, który od początku obserwował całe zamieszanie odwrócił głowę i najwyraźniej stwierdził, że to nie jego sprawa. Tymczasem Giuss odezwała się, na tyle głośno, by słyszeli to wszyscy.
- Wyjaśnijmy coś sobie. – Przewierciła Gregoricza lodowatym spojrzeniem. – Ty i Ja nie jesteśmy na „ty”. Da? – W łokciu tygrysa coś chrupnęło. Przegryzł wargę do krwi, byle tylko nie drzeć się jak małe dziecko.
- Po drugie. – Kontynuowała lisica. – Nie należy oceniać nikogo po wyglądzie. Podstawowy błąd, który może kosztować najemnika więcej niż przetrąconą łapę. Sporo więcej. Ponimajesz? – Ścisnęła jeszcze mocniej. Nieborakowi łzy popłynęły po policzkach. Prędko pokiwał głową w geście potwierdzenia. Wówczas Giuss puściła go. Tygrys padł na ziemię jak długi, trzymając się kurczowo za łapę, niemalże gryząc glebę z bólu.

„To dobrze.” – Lisica najzwyczajniej w świecie odeszła by zająć się gotowymi do przeniesienia pakunkami. Ze stojącego w konsternacji tłumu wyłączyło się kilku najemników, by jej w tym pomóc. Tymczasem reszta dalej tkwiła w swoim miejscu jak kołki, gapiąc się na przemian to w samicę, to w Gregoricza, który nadal nie mógł pozbierać się z ziemi. Giuss pomyślała, że przynajmniej zrealizowała jeden ze swoich celów. Od teraz ma świadomość, kto awansował na jej nowego wroga. Pojawiło się też kilkoro potencjalnych sojuszników. „Najważniejsze, by wszystko dobrze rozegrać.” – Stwierdziła.

***

Dwaj kompani Giuss dotarli do obozu dosłownie na parę chwil przed odjazdem. Wszystkie namioty były już zwinięte, toboły pozbierane i poupychane na pakach ciężarówek. Samica nie była specjalnie zadowolona z punktualności jej wspólników, tym bardziej, iż ani ona ani tym bardziej oni nie mogli zebrać w podróż swoich pojazdów. Nikt nie miał zamiaru dzielić się z nikim cennym paliwem, dowódca zdecydował zatem o redukcji ilości pojazdów do niezbędnego minimum. Lisica z dwoma kompanionami miała mały problem, wobec tego, gdzie mają podziać swoje wehikuły. W końcu rozwiązała go, dzwoniąc do Wo z prośbą by pofatygował się na miejsce i oba przechował na czas jej nieobecności. Pomysłowo, aczkolwiek ryzykownie schowała dla niego kluczyki pod kamieniami niedaleko miejsca, gdzie zaparkowała swoją Toyotę.

W końcu załadowała się wraz z resztą ekipy na pakę i kolumna rosyjskich pojazdów wyruszyła w nieznane. Ekspedycja została oficjalnie rozpoczęta.



 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.