Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział II cz.1 (+18)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/9/1
Przeczytano: 1447 raz(y)
Rozmiar 15.70 KB
3

(+3|-0)
 
Rano czekam w barze. Właściwie na co? Szmat czasu za mną i nic. Żadnych śladów. Niech ktoś ruszy swoje cztery litery i przyjdzie. Żałosny skowyt głupiego. Zamiast pójść samemu i szukać zwierza, czekam na rozwiązanie. Jak ostatni śmieć i skurwysyn. Obok, na ladzie, leży mój kapelusz. Płaszcz mam na sobie. Chowam pod nim w kaburze visa wz.35. Z kolei w prawej kieszeni spodni czeka rewolwer S&W 27. Oba niezawodne. Wyczyszczone i załadowane. Jestem gotów. Mogę iść. ,,Mogę” nie znaczy ,,muszę”. Poczucie obowiązku nie jest mi obce. Ale nie będę niepotrzebnie nadstawiać karku. Obiecałem sobie czekać. Nie wiem na co, ale poczekam.

Czekając, trzymam łokcie na blacie. Rozpycham się. Bardzo, byle nie było awantury. Dwóch staruszków gra w kości. Towarzyszy im buteleczka żytniej. Nawzajem się kantują. Oni siebie, ona ich. Dzisiaj do nikogo nie mogę mieć zaufania. Również do siebie. Dlatego jest mi źle nawet ze sobą. Morfina nie wypełni pustki.

Nigdy więcej morfiny!

Co innego pozostaje? Alkohol. I seks. Jest lepszy od dwóch poprzednich opcji. Nie uzależnia, więcej pomaga i nic nie kosztuje. Rozluźnia. I mam na myśli seks wyłącznie z White. Taki nocny i przyjemny. Żaden ze mnie napalony erotoman. Nie ciągnie mnie do obcych, do burdeli nabrzeża i Yakuzy, do tanich prostytutek chorych na świństwa. W Mieście żyje wielu wariatów, których pociągają takie zakątki. Trafiają do najciemniejszych pod latarnią miejsc, nie żegnając się ze światem, i znikają. Wraz z nimi przepada ich forsa za uczciwą pracę. Normalka.

Stara zasada brzmi: ,,Nie właz nikomu do łózka, bo inaczej wszyscy będą włazić do twojego, żeby wyruchać ciebie”. Ile z niej skorzystało? Liczę na palcach jednej dłoni. Dobra, na obu dłoniach. Wychodzi dziewięciu. Jednym z nich jestem ja.

Że ktoś lubi się ruchać w taki, a nie inny sposób, i takich, nie innych, jego sprawa. Byle nie trzepał kapucyna na widoku. Obleśny widok.

Obok przechodzi White. Nie zauważam jej obecności. Oj, nieładnie. Nieładnie jest lekceważyć zebrę, która dała ci więcej szczęścia od ostatniej wygranej na wyścigach sprzed 3 miesięcy. Nieładnie. A dziś ubrała tą obcisłą dżinsową spódniczkę i równie obcisłą koszulę. Bez stanika. Oj, duży błąd, duży błąd, brachu.. Jak porusza bioderkami, jak macha rzęsami. Te ruchy niby kocie ruchy niepasujące do zebr. Mnie się podobają.

- White – zagaduję - czy dzisiaj też mi się trafi okazja?
- Chciałbyś, kojocie – odpowiada z udawanym nadąsaniem.-Nie licz na nic.

Stękam. Wiem, co ma na myśli. Pewnie ma za złe naszą nocną rozmówkę. Wieczorem wrócę i spróbuję pogadać.

Kiedy schyla się do niższej półki, patrzę na jej dupcię. Włoska koronka od ciotki. I świat nabiera uśmiechu.

Wracam do sprawy. Poza zaglądaniem do kieliszka czy pod spódniczkę wypada mieć inne zajęcie . Myślę o zabitych. Dreszcz. Spróbować nie myśleć o takich widokach to wyzwanie. Samo wraca. Trudno. Pamięć umie dowalić.

Wyścig trwa. Jestem w tyle za cosowcami. Sama Agencja niewiele zdziałał. Remis. I co, popaprańcy? Paragrafiki nie dają pełni swobód. Lepiej być samotnym strzelcem. Wolny od paragrafów i innych zboczeń biurokracji masz kontrole nad sobą. Ale stała forsa się przyda. Pieniądze to przeszkoda, z jaką trzeba żyć. Oni to wykorzystują.

Taki burdel urządzają i teraz. Organizują obławę na zwierza i zawiadamiają w gazetach, że szukają chętnych. W każdym miejskim szmatławcu to ogłaszają. Łapią na ogłoszenie. Piszą, że szukają młodych i zdolnych ochotników. Czemu nie skorzystać? Łatwa forsa. Po rozmowie z biurem kadr dostaniesz dwadzieścia pytań. Odpowiedz na jedno NIE i po robocie.

Wielu się zgłasza. Te miasto zamieszkuje sporo wariatów. Kręcą się po zaułkach i czekają na gwiazdkę z nieba. Trudno z nimi rozmawiać czy zaciągnąć języka. Jako weteran, wolę równych sobie.

http://www.youtube.com/watch?v=vba3OJwcJxA

Stojąca w kącie szafa grająca nuci smętną, acz przyjemną nutkę. Tańczy do niej ciekawa para – owczarek w białym uniformie marynarza oraz jeleń w szytych na miarę spodniach i jasnej marynarce. Dotykają nawzajem swoich tyłków. Całują się. Obrzydliwe. Panowie, trochę powagi. Macie swoje bary. Tam możecie sobie nawzajem obciągnąć. Pieprzę bzdury. Co ja gadam? Zaraz pukam się w głowę. Się czepiam niepotrzebnie. Obaj są w porządku. Żaden nie ubrał damskich ciuszków i żaden z nich nie podrywa mnie czy proponuje ,,kolacyjki”. Niech tańczą ile wlezie… Jedynie oni tańczą.

Każdy ma prawo do małego szczęścia.

Jelenia znam. Były ,,partner” Morrisa, Terence. Zerwał z palantem. Podobnie jak z CO. Weteran. Dość dobry gość, jeżeli mówimy o pozbywaniu się problemów. Gdy mówimy o koleżeństwie, nikogo nie zdradza. Prócz ścierw.

W barze nie ma wielu klientów. Za wcześnie. Poplamione, przypalone, zwyczajnie brudne, stoliki, poza zajętymi przez stałą klientelę, świecą pustkami. W dymie cudzych papierosów słyszę grę w bilard. Za moimi plecami kule mocno trzaskają o siebie. Pomiędzy uderzeniami są duże przerwy. Przyszedł poranny samotny strzelec. No i dobra. W ciągu dnia przyjdzie cała masa klientów. Na moment White zapomni o mojej obecności.

Sam wtedy zniknę. Spacer dobrze mi zrobi. Przewietrzę się. Poszukam śladów. Kogo chcę oszukać? Muszę znaleźć dilera od morfiny. Byle ogarniętego. Żadnego szczyla handlującego podejrzanym towarem. Straciłem mnóstwo sił, forsy i czasu na nich. Radzę nie kupować u nadwrażliwców. Mają nerwowy wzrok i nigdy nie spojrzą klientowi prosto w oczy. Przy Bunker Hill będzie z czego wybierać. Tyle, że wypada być czujnym i mieć sporo gotówki. Żywej. Zostają apteki. W nich potrzeba recepty. Skąd wytrzasnę taki świstek? Dzisiaj do nikogo nie mogę mieć zaufania. Litości. Powtarzam się.

Dlatego potrzebuję cudu. Siedzę i czekam na niego.

- Mam ci coś podać na uspokojenie?- pyta ma prześliczna zebra. Siada na ladzie. Nogi kładzie od strony baru. Bez pytania dobieram się do tych białych pończoszek MADE IN ITALY. Dłonią z kolana zmierzam do spódniczki.
- Siebie – odpowiadam uśmiechem.
Palcem uderza leciutko o mój nos. Naraz piękna, rozumna i wyrozumiała . Jedne z tych połączeń w jej charakterze, za które ją kocham. Na dodatek ognista.

- Mówiłam, że na dzisiaj ci starczy – mówi i odchodzi.
- A tobie?- pytam sennie. Nie dosłyszała. Spytałem za cicho. Co robić? Kobieta. Bez niej byłoby mi ciężko na sercu i w spodnia. Marnie pocieszam siebie.

Akurat wchodzi Morris. Ma popielaty płaszcz. Czyli Wally okazał się zwyczajnym gadzim skurwysynem. Przysłał tego bubka. Z trudem żyje się z oszustami. Nic na to nie poradzę.
Szop okrąża tańczącą parę. Rzuca im, znaczy jeleniowi, czułego całusa. Liczy na trójkącik z nimi. Na pewno. Kiepski z niego podrywacz. Podobno jest bi. Nie wierzę mu, odkąd nie chciał wziąć łapy z mojego uda. Kac tamtego dnia nie osłabił mojego skupienie. Jego pamiątką po tym jest komplet protez całej dolnej szczęki. Ostrzegałem go. Nie posłuchał. Terence ma lepszy sposób. Wystawia środkowy palec w jego stronę, a owczarek groźnie warczy. Słusznie, słusznie.

Zamawia u drugiej barmanki, brunatnej łasiczki, trzy czwarte sake. Czeka chwilę, pstrykając w moim kierunku i patrząc tym swoim uśmieszkiem. Bierze flaszkę, marną imitacje porcelany, i płaci. Pomimo że nie ma tłoku, po drodze mija paru gości.

- Cześć, Hech.
Stawia flaszkę.
- Jakie masz wieści?- pytam.
- Polowanie trwa.- Rozgląda się i zniża głos.- Podnieśli stawkę. Facet od trzeciego ciała daje dwa miliony. Całe dwa miliony za załatwienia zwierza. Gazety i radio podały to dzisiaj rano.

Zapalam zapałkę. Dwa miliony? Dużo. Wieść o podniesieniu nagrody pobudza nieco moje senne powieki, ale nie okazuje większego zainteresowania. Lepiej nie ujawniać słabości agentowi Agencji. Doniesie, co w przypadku Morrisa jest nieuniknione, i będą z tego kłopoty.

Zapominam, że trzymam w dłoni płonącą zapałkę. Teraz dopiero to zauważam. Nieduży płomyk pełza ku palcom. Za ile dojdzie? Dwie sekundy? Trzy sekundy?

Zadaję dobre pytanie do złej gry.
- Aż tyle?
- Jesteś zainteresowany?- Mówiąc to, zapala o niezgaszony płomyk papierosa.
- Jestem.– Zdmuchuję płomień niemal na palcu.- Nawet bardzo. Wolę jednak odczekać.
- Czyli ci nie zależy?
- Nie narzekam.- Ziewam.- A właśnie… Kończy mi się morfina. Wiesz, gdzie dostać towar, prawda?
- Magazyny CO są zapełnione towarem. Masz szeroki wybór: LSD, kokaina, marihuana, opium, chińskie i afgańskie, zioła z Brazylii i Kolumbii i wszelkie używki z czterech stron świata.(Słyszałem o każdej, o jej skutkach i mocy). Sporo nowych gatunków z Meksyku i z Centralnej Ameryki. Polecam zasuszone kawałki bambusa zamoczone w mieszańce soku kaktusa irros z sokiem . Daje niezłego kopa.
- A dokładnie?- pytam wiedziony zwykłą ciekawością.
- Jedna uncja tego towaru sprawia, że twój kręgosłup staje się bardziej elastyczny – tłumaczy.- Dosięgasz głową do własnego fiuta i wtedy możesz obciągnąć samemu sobie. Wszystko możesz. Twój organizm nie zna granic. Rozumiesz to, Hech?- pyta z satysfakcją, wskazując palcem sufit.- Dzięki temu osiągasz same niebo rozkoszy. I to po jednej porcji. Ale to gówno jest cholernie drogie. Uncja kosztuje pół tysiąca.
- Ja za stary jestem na takie odloty. Jestem weteranem. Biorę zwykły towar. Potrzebuję tylko morfiny.
- Przysługa za przysługę. Pomożesz mi w polowaniu – wyjaśnia.
- Jeszcze czego – mówię i patrzę litościwie na niego.- Idź do agencji – pauzuję.- A jeśli masz na myśli to, o czym myślę, idź na ulicę.

Chyba rozumie to jako żart. Jego chichranie przeplata się z muzyczką szafy grającej.

- Agencja nic tu nie pomoże. W tym przypadku potrzebuję akurat ciebie. Po ostatnim naborze w CO jest mnóstwo żółtodziobów.
- Wiem to i bez ciebie – wtrącam swoje dwa grosze.
- Przeszkadzają w robocie, zadają głupie pytania. Ogólnie to debile. I dlatego do tej roboty potrzebuję ciebie.- Milknie. Dopija sake.- Sprawdziliśmy cyrk, z którego ponoć zwiał zwierz. Nie pytaj skąd nasi wywiadowcy to wywęszyli. To tajemnica służbowa. Nasi pogadali z kierownikiem, z artystami… Została treserką. Musimy ją sprawdzić. Wally mi kazał.

Stuka rytmicznie palcami o wypolerowany blat. Wkurwia mnie, ale od tego jego stukania coś mi świta. Stukanie przechodzi w pukanie. Odgłosy tysięcy buciorów. Tętent tłumu wpadający na widownie. Widownia? Wyścigi! Kurwa! Zapomniałem o nich. Kupię gdzieś wyniki wczorajszych gonitw. Sprawdzę, czy dobrze zainwestowałem 100 dolarów.

- Chyba nie boisz się rozmawiać z kobietami?
- Jest lesbą – pada z jego strony krótka piłka.
Wzruszam ramionami.
- Nie widzę w tym problemu.
- Chodzi do takiego baru dla nich. Jego nazwa brzmi KOLOR PURPURY.
- I?... Nie widzę w tym problemu.
- Wpuszczają do niego jedynie lesby i transwestów. Ostatnia informacja jest po części niesprawdzona.
- Nie licz na konkubinat – żartuję.- A alimentów płacić nie będę.
- Hech, kto takie bzdury? Biorę ciebie z jednego powodu. Znasz osobę ze środka.
- Mówisz o Blake, siostrze White? Dawno się z nią nie widziałem. Z pół roku albo rok.

Morris przekonuje mnie pół godziny. Zamawia następną butelkę sake. Szop chwyta łyk za łykiem. Ja poprzestaję na drobnym naparstku. Ostatki biorę z gwintu. Wzmocniony japońskim czajem zaczynam myśleć. Opieram łokieć o ladę.

Forsy mi nie brakuje. Na razie. Inaczej z morfiną. Bez niej nie chodzę na pełnych obrotach. Ironia. Mam przestać ją brać, a ona dalej mnie napastuje. Inna rzecz z Blake. Nienawidziła mnie. Za co? Odbiłem jej obecnej dziewczynie White. Brzmi idiotycznie. Tak było. Chce mi się z tego śmiać. Czy kiepsko wyszliśmy całą czwórką? One znalazły siebie, ja z White znaleźliśmy siebie. O co tu się obrażać? Pewno przestała. Zobaczymy.

- Umowa stoi?

Z uśmiechem idioty mówię: ,,Idźmy się rozerwać”. Usłyszawszy to, szop rechocze na całe gardło.

Wstajemy. White pyta, dokąd idziemy.
- Do Blake.
- To przekaż jej to ode mnie, dobrze, Hech?
White daje mi z liścia. Boli. Umie uderzać.
- Powiedz jej, że włoski komplet jest mój.- Na pożegnanie całuje miejsce uderzenia. Kojący całus.- A wieczorem zobaczysz.- Mruga.

Jeszcze przed wyjściem Morris zaczepia Terenca.
- Cześć, słodki.
Jeleń zachowuje milczenie. Co innego jego ,,przyjaciel”.
- Spierdalaj, pederasto – mówi owczarek.
Szop się naburmusza i odchodzi. Ja zostaję z tyłu. Wystawiam kciuk ku górze.
- Dobrze mu nagadałeś.
- Dzięki – odpowiada marynarz.

Wychodzimy. W radiu mówili, że będzie słonecznie. Kłamali. Jest lekkie zachmurzenie. Na ulicy nieduży ruch. Wczesna pora.

- Posiadanie rodzeństwa to koszmar.
- Morris, przecież jesteś jedynakiem.
- I dlatego jestem szczęśliwy.

Szczerzy posrebrzane plomby protez dolnej szczęki. Żałosny szpaner.

***

Zahaczamy o kiosk. U indiańskiego szczura nabywam program wyścigów. Miły staruszek, tyle że prócz ,,proszę”, ,,dziękuje” i ,,reszta” nie umie angielskiego. Świergocze swoim językiem naokoło i nie sposób jego zrozumieć. Jak ktoś wybiera towar, staruszek sprawdza cenę i pokazuje ją tak długo, aż nie otrzyma dokładnej ceny. Starszych trzeba szanować. Wręczam 1,50$. Szczur mówi: ,,Mil gracia”, ja zwyczajne: ,,Nie ma sprawy”.

Sprawdzam wczorajsze gonitwy. Obstawiłem cztery z dwunastu. Dawali 1000 $ za zwycięzcę. Czemu nie spróbować. Wertuję stronę po stornie. Tor Zachodni, tor imienia Eisneharowera, tor Dzielnicy Japońskiej... W Mieście jest dwadzieścia torów. Pięć jest legalnych. Znajduje datę, tor i idę palcem w dół tabeli wyników. Kurwa! Czerwony Smok przybiegł jako 4 od końca. Pomyśleć, że liczyłem na tego czerwonopiórego orzełka. Inny ptaszek. Zielona Hydra ostatnia. Błękitna Strzała przedostatnia. Ostatnią nadzieję chowam dla Czarnego Wróbla. Także on zawodzi.

Przegrałem stówę. Poszła się... jebać. Niech ją tam. Gówniana i szczera prawda. Nie ma co wyć nad stratą. Pieniędzy nie odzyskam. A była taka okazja.

- Chcesz – wtrąca się szop – to podam ci namiar na ustawione gonitwy.
Morris ma znajomości wśród dżokejów. Przepisy CO zabraniają posiadania takich znajomości. Ja te ,,znajomości” rozumiem inaczej.
- Z iloma się przespałeś?
- Hech, dżentelmen takie sprawy zachowuje wyłącznie dla siebie.
- A bez metafor?-pytam.
- To nie twój interes.
- I słusznie – odpowiadam.- To twój interes załatwia te sprawy.

Wybucha śmiechem. Ja dołączam nieco później. Przechodnie patrzą na nas jak na wariatów. A im co? Pośmiać się nie wolno? Śmiech to jedno z najlepszych lekarstw. Tak przynajmniej twierdzą komicy w radiu. Tyle mam przykrych chwil, a miłe rzadko się zjawiają. I to wyłącznie w towarzystwie White.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.