Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział II cz.2 (+18)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/9/1
Przeczytano: 2466 raz(y)
Rozmiar 12.77 KB
7

(+7|-0)
 
W pobliżu ulicy Szóstej, wcześniej mieli dać Pattona, napotykamy grupkę prostytutek ze sztucznymi uśmiechami. Ślicznie wyglądają. Do koloru do wyboru – łasica ze szmaragdowymi motylimi skrzydełkami, unosi się nieco nad ziemią, smoczyca, ruda wilczyca o kocich uszach, złocista króliczka i inne gatunki. Pełna gama. Najstarsza ma bez wątpienia po czterdziestce, najmłodsza czternaście. Bywa. Po pięćdziesiątce pewnie też stoją. Niektóre to mają czym oddychać, he. Biust sam wychodzi. Skrojone do mini ciuchy muszą przyciągają klientów. Słabo trafiły. Sorry, panienki, z forsą krucho. Mam dziewczynę, a kolega woli chłopców.

- Skarbie – odzywa się ruda wilczyca z kocimi uszami - chcesz miło spędzić czas?

Skórzana kurtka motocyklisty z lampasami dodaje rudej czaru. Na taki widok muszę być pewny kogo pytam.

- A którego z nas chcesz?

W odpowiedzi podnosi spódniczkę. Inaczej towaru nie zaprezentuje. Widzę, że nie jest ,,słodkim chłopaczkiem”, przepierającym się w damskie ciuszki młodzieńcem spragnionego silnego mężczyzny. Czasem ktoś omyłkowo wpada na takiego. Się skarży? Jego sprawa, komu wsadza kutasa bez patrzenia.

Yhmmm.... drogie pończochy z nylonu. White musi poprosić ciocię o takie. Co do reszty... niech zostawi dla prawiczków. Oni zasługują na taki widok.

- To który jest zainteresowany? – Wilczyca opuszcza spódniczkę.
- Jakby co, mogą nas być dwie.- O ramię dziewczyny opiera się czerwona smoczyca w luźnej sukience. Pozostałe chichoczą.
Morris podchodzi do nich. Ciekawe. Chce skorzystać z okazji?
- Drogie panie – unosi kapelusz - czy wiecie, że prostytucja bez stosownych dokumentów jest przestępstwem.
- A ty kto?- syczy smoczyca.- Pedałek z CO?

Morris wyciąga legitymę CO – wyblakłą książeczkę z orzełkiem USA na wierzchu. Dziewczyny to rozumieją. Mogą źle zakończyć dzisiejszy dzień. Czeka je areszt. Mają wybór. Wyjdą po 50 dniach albo wyjdą już dziś za 5 stów za każdą. Mówiłem. Paragrafy, które włażą komuś w życie, to skurwysyństwa. Na ich twarzach pojawia się szczery smutek. Odchodzą całą grupą na drugą stronę ulicy. Dobrze robią. Po cichu życzę im szczęścia. Przyda się.

- Zapamiętajcie to!- woła za nimi.- Prawa trzeba przestrzegać!
- Wsadź je sobie w dupę, tępy chuju!- odkrzykuje jedna.

Dzielna dziewczyna. Widać, że ma wielkie serce. Żaden palant z nią nie spróbuje.

- Widziałeś to? Co za kurwa – mówi.
- Co ci przeszkadzały?
- Przeszkadzają mi okresowe badania mojego fiutka. Teraz łatwo o jakieś cholerstwo. Na mieście pełno niezarejestrowanych dziwek obojga płci. Każdy niezarejestrowany jest nosicielem przynajmniej jednego choróbska. Ostatnio puścili nam na szkoleniu film o 40 chorobach przenoszonych seksem.- Wzdryga się.- Mówię tobie, Hech, widziałem takie obrzydlistwa, że czasem myślę o kupowaniu gumki.

- Za drogie. Zwyczajnie wyjmuj kutasa, gdy wystrzeli.
- Gdy wystrzeli?! – zadziwia się.- Co to za rada?
- Najlepsza.

***

Przechodzimy kolejno King Street, Rose Street, Aleję Południową. Wszędzie podobnie. Z drobnymi różnicami. Na King Street prostytutki noszą nowsze ciuchy od tych z Rose Street. Tutejsi alfonsi dbają o swoje ,,dziewczynki”. Są zaszczepione, noszą książeczki zdrowia, mają ten cały prawny szajs. Nikt z policji i z CO się nie przyczepi. Nikogo to nie dziwi. King Street to burżujska dzielnica. Znajdzie się tu i przydomowe baseny, i salony zagraniczny firm, i eleganckie burleski, gdzie jedna noc sam na sam z tancerką kosztuje roczną pensję. Serio.

Ulica opada lekko w dół. Po obu stronach rosną wysokie palmy. Rzucają niewiele cienia. Obaj niesiemy pod pachami zwinięte płaszcze. Zrobiło się gorąco.

Przechodzimy na czerwonym świetle. Samochody na nasz widok zatrzymują się z piskiem. Kierowcy wystawiają głowy. Klną na całe gardło. Pod naszym adresem leci pełno wyzwisk. Słyszę japoński zmieszany z angielskim, kilka żargonów miesza się ze sobą. Wszyscy przeciwko nam. Przeciwko mnie. Nic nowego.

Mam gdzieś, czy wyzywają mnie od pedałów czy od kutasów, albo czegoś innego. Od jednego, i niejednej, słyszałem grzeczniejsze uwagi.

Odszczekuję jednemu i pokazuje mu wiadomy palec. Trzeba.

Zza okna forda wystaje łeb śnieżnego tygrysa.
- Chodź tu, pojebie, złamie ci go!- krzyczy.- No chodź! CHODZ, POJEBAŃCU!

Drze się kretyn na całą ulice i okoliczne zaułki. Z pobliskich domków z przydrożnymi ogródkami wybiegają tutejsi. Zbiera się na burzę. Po części jestem tego przyczyną. Tylko po części.

Wręczam Morrisowi płaszcz.
- Potrzymaj.
- A ty dokąd?- pyta.
- Wytłumaczę jednemu kocurowi, że czasem trzeba zamknąć ryj.

Wchodzę na środek ulicy. Tygrys wychodzi z samochodu. Znam te wściekłe spojrzenie. Nie odpuści. Wokoło robi się korek. Samochód uderza o samochód. Trzaski gniecionego metalu. Ktoś wjeżdża motorem i uderza w bok czyjegoś auta. Motocyklista wywija koziołka w powietrzu. Słychać jak skomli. Nikt go nie słucha. Ja i ten pierdolony kocur przyciągamy uwagę większości. Ciekawe, czy będą stawiać zakłady? Wokół staje paru gapiów. ,,50 na kojota !” – ktoś woła. Obcy ogon liczy na mnie. Zbyt liczy. Gawiedzi zależy na łatwej forsie. Nie ma co. Zabawią się naszym kosztem.

Stajemy naprzeciw siebie z uniesionymi pięściami. Tygrys jest gotów na pierwszy cios. Ma dżinsy i czarną, hawajski podkoszulek pod koszulą w zielone kratki. Jasna zieleń przeplata się z czarną. Widać, że te kolory nie skrywają mizernych mięśni. Kolejny ,,bohater” ulicy. Tyle, że prawdziwy. Szlag.

- Zaczynamy, pojebańcu?
Opuszczam pięści.
- Ustępuję idiotom – rzucam na szybkiego. Łatwo się denerwuję, ale i łatwo tracę nerwy.

Wkurzyłem go. Zwykła nieostrożność. Niepotrzebnie gapię się na jego pysk. Nie zauważam jego pięści. Biała w drobne czarne paski pięść uderza znienacka. Kiepsko. Trafia mnie w nos. A.... ła.... Czuję uderzenie i chwilowy brak słuchu. Kurrrwa... Jest szybki. Muszę potrenować koncentracje. Zataczam się. Ból ze szczęki idzie do głowy... Upadam na asfalt. Czuje jego zimno. Wstaję. Całą marynarkę i krawat mam we krwi. Cieknie równo z nosa. To skurwysyn. A chciałem wyjść na czyściocha przed Blake.

- I co teraz powiesz?- kocur gada usatysfakcjonowany ciosem.- To cię oduczy łażenia na czerwonym.
- Jeszcze z tobą nie skończyłem.
Pociągam nosem. Nie jest złamany.
- To chodź!- krzyczy.

Nie zdążam. Słychać koguta. Ktoś wezwał gliny. Podejrzenia kieruję na Morrisa. Widzę jak siedzi w budce telefonicznej. Do kabli telefonicznych CO podłączyło specjalną linię. Wzywają gliny kiedy chcą. Czasem... Nie... Zawsze przeciążają kable. Potem je trzeba wymieniać.

Przyjazd policji pobudzi działania. Tygrys zwiewa do swojego samochodu. Inni podobnie. Uciekają czym prędzej. Cwaniacy, spryciarze, tacy sami jednym słowem, biegają wokoło i zapominają, kto jest tego przyczyną. Zaraz przyjadą gliny. Dla nich się liczy skutek. Przesłuchanie, spisanie świadków i takie siake kretyństwa. Marnowanie czasu.

Morris oddaje mi płaszcz.
- Ale cię zrobił.
Wycieram nos o rękaw. Krew przestaje ściekać.
- Ty byś narobił w gacie, zanim by ci walną – warczę.- W ogóle po co leźliśmy na czerwone?
- A cholera wie! Śpieszy nam się.

***

W zaułku przy którejś tam stoją dwie męskie dziwki. Para za ładnych, za zgrabnych i za młodych chłoptasiów w damskich ciuszkach.

- Cześć, słodziaki.- Lis w ciasnym kostiumie uczennicy oblizuje pomalowane na różowo usta.

Zauważam, że ma kolczyk w języku. Obrzydliwość. Nie znoszę kolczykowania języka.
Drugi z nich, zając w obcisłym sweterku i spódniczce, wypina w naszą stronę tyłek. Żałuję, że nie wypiłem więcej. Na kacu jestem bardziej czujny.

- Jesteś gotowy na danie nam lekcji?- pyta.
- Cześć, skarby – Morris wita parkę. - Hech, możesz mnie zostawić na moment? Aha, i potrzymaj mój płaszcz.

Dobrowolnie i z ochotą odchodzę od tych zboczeńców.

- A już liczyłem, że tamten twardziel pokaże mi, czym jest prawdziwa dyscyplina – odpowiada jeden z chłoptasiów.
- Nie martw się. Dzisiejszą lekcję zapamiętasz bardzo dobrze – mówi Morris. Wyczuwam w jego głosie ogrom niepowstrzymanego pociągu.

Pierdolony pederasta. Rozumiem czemu Terence olał tego kutasa. Sam bym takiego wypierdolił z domu. Chociaż mają podobne zainteresowania. Lubią sypiać z facetami. TFU! Znowu przyczepiłem się do czyjegoś życia. Chore. Muszę przestać. Moment. Marynarz to chyba jego pierwszy chłopak od czasu Morrisa. Miłość zaskakuje. Nic nowego, ale i nic starego.

Czemu nie jestem zaskoczony?

Po prostu nie ogarniam tego miasta. Nikt, kto w nim żyje, jego nie ogarnia. Tak jest. Najstarsi miastowi nie pamiętają normalnych czasów ani przed wojną, ani w czasie wojny, ani teraz. Zwierz jakoś się wpisuje tutaj. Ale w porównaniu z maniakami jest nowością. Sprytnie ukrywa się za dnia. Atakuje nocą. Sprytne cholerstwo. Zamęcza gorzej niż mendy. Jeszcze zobaczymy.

Przechodzę pod murek. Byle jak najdalej. Na marne. I tam słyszę te piski i głos szopa: ,,Byłeś niegrzecznym liskiem. Zasłużyłeś na klapsa”. Na to pada odpowiedz: ,,O tak! Zasługuję na karę! Daj klapsa!”. Myśl o White, stary! Żadne tam pederasty! Myśl o tej biało-czarnej piękności! Powróć do nocy, do tych popołudniowych seansów w kinie. Rozporek otwierał się szybko. W tylnym rzędzie było wesoło. Trzeba było tylko uważać na innych widzów. Głównie wybieraliśmy nudnawe seanse, które nikogo nie przyciągają. Nigdy nic nie wiadomo.

Bym zapalił. Nie mogę. Nie mam zapalniczki. Pech. Ciągnie mnie do fajek. Znowu muszę opierać się niechcianym pokusom.

Wtedy słyszę ponury głos.
- Brachu, masz centa?

Czuje, jak ktoś mnie ciągnie za nogawki. Patrzę. U mych stóp dyszy beznogi, albo kulawy, niedźwiedź w łachmanach w czterokołowym wózku. Twarz porasta posiwiałe rude futro. Brakuje mu lewego oka. Śmierdzi. Smród to podobno zapach uczciwości. Ja tam nie wiem.

- Brachu, masz centa dla dziadka?- powtarza.
Rzucam w jego trójpalczastą dłoń pięć dolców. Trochę resztek zostawiam w kieszeni.
- Masz, dziadku – klepię jego czapeczkę.- Dobrze je wykorzystaj.
- Dzięki.

Tramp ,,odchodzi”, odjeżdża na swoim wózku. Zmarnowany grosz? Lepiej dać takiemu. Wiadomo na co wyda. Na płynne szczęście. Nerwowy dzieciak z wywieszonymi na wierzch gałami pachnie prochami. Będzie błagał, że na chleb, na każdą potrzebę. Błaga i zaproponuje cokolwiek. Obciąganie, ssanie, walenie małego. Wszystko za grosze. Szczeniactwo wydadzą je na dragi. Bym dał w ryj.

Wraca Morris. Zapina rozporek.

- Tego potrzebowałem.
Oddaję mu płaszcz.
- Na serio masz pojebane we łbie – zauważam.- Dlaczego ich nie sprawdziłeś? Mogą działać nielegalnie.
Macha ręką jakby nigdy nic.
- Pal licho z nimi.
- A kobietki sprawdzałeś.

Szop wyjmuje z kieszeni marynarki lufkę z przymocowanym do niej papierosem. Takie małe, drogie badziewie. Równie badziewiastą zapalniczką zapala tytoń. Zaciąga się i mówi:
- Który z nas ma legitkę CO? No kto?
- A kto jest na tyle rypnięty, że zasady przestrzega na swój sposób?
- Co ci właściwie biega?

Zatrzymujemy się. Morris jest niższy o głowę. Nie spróbuje uderzyć.

- Że idę ramię w ramię z pederastą, który lubi ciurkać z nieletnimi.- Patrzę na niego z obrzydzeniem.- A ja uważam, że takich powinno się zabijać.
- I co z tego?- Wściekły wyciąga obie dłonie.-Ty dymasz tą swoją zebrę, Terence lubi dymać tamtego marynarza. Każdy kogoś dyma. Urodziłeś się wczoraj?
- Oni nie mieli nawet 17 lat. Na oko wychwycę wiek.
- I co z tego? Co, kurwa mać, z tego?!
- Że złamałeś prawo – mówię.

Szop przybliża twarz.
- Doniesiesz na mnie?- pyta, wpatrując się we mnie.- Komu? CO? Policji?
- Komu trzeba.
Nienacka Morris śmieje się na całe gardło.
- Świetny dowcip, Hech!- Poklepuje mnie po plecach.- Myślałem, że gadasz na serio!

Serio, mogę ci dorobić świecidełka na górze?
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
3
(+3|-0)
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział II cz.2 (+18)
Wysłano: 4.09.2014 0:46
Efekt romansu wilka i lisicy
Anthro
Cytat:
Wsadź je sobie w dupę, tępy ♥♥♥♥♥!


ten fragment przeczytałem w myślach głosem Kapitana Bomby :D

gdzieś przy początku pisząc "WILCZYCA" napisałeś to z małej litery odstępując od zasady "Anthro zwierząta piszemy z Dużej" :)

ps. Trochę ogranicz bluzgi. taka moja mała rada. JA rozumiem, że czasem każdy z nas rzuca wiązanką i bohater do wyjątków nie nalezy jednak liteeraura ma swoje małe niepisane prawa. Ale to tylko moja opinia.

Cytat:
♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥ pederasta. Rozumiem czemu Terence olał tego kutasa. Sam bym takiego wypierdolił z domu.


Lepiej zabrzmiałoby:
"Pieprzony pederasta. Rozumiem czemu Terence go olał i wyrzucił na zbity pysk z domu"

Tekst przyjemniejszy jest wtedy w odbiorze. Nie stawiaj bluzgów tak blisko koło siebie nawet w narracji pierwszoosobowej. Piszesz ciekawe rzeczy i widać, że powoli się coś u ciebie zmienia na lepsze. Sienkiewicz z ciebie i ze mnie żaden, ale widać, że piszesz z pasji i to popieram ręcoma i nożycoma :D

1
(+1|-0)
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział II cz.2 (+18)
Wysłano: 4.09.2014 20:58
husky / wilk
Anthro
Cytat:
gdzieś przy początku pisząc "WILCZYCA" napisałeś to z małej litery odstępując od zasady "Anthro zwierząta piszemy z Dużej" :)


Czemu istnieje taka zasada, że anthro zwierzaki muszą być z dużej? Jeżeli kreuję świat, gdzie niektóre gatunki występują wyłącznie w formie anthro (wilki, lisy, koty itp.) nie widze potrzeby ich wyróżnienia. Dla mnie są zwyczajnymi osobami.

Cytat:
ps. Trochę ogranicz bluzgi. taka moja mała rada. JA rozumiem, że czasem każdy z nas rzuca wiązanką i bohater do wyjątków nie nalezy jednak liteeraura ma swoje małe niepisane prawa. Ale to tylko moja opinia.


Tu racja.

Cytat:

Cytat:

♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥ pederasta. Rozumiem czemu Terence olał tego kutasa. Sam bym takiego wypierdolił z domu.

Lepiej zabrzmiałoby:
"Pieprzony pederasta. Rozumiem czemu Terence go olał i wyrzucił na zbity pysk z domu"


Tu akurat nie mogę się zgodzić. Chciałem w bardzo ,,ostrym" tonie pokazać swój stosunek do opisanej w opowiadaniu sytuacji, jeżeliby się w niej znalazł.

Cytat:
Sienkiewicz z ciebie i ze mnie żaden


:lolk: Sienkiewicz?! :lolk:

Nawet nie próbuję być Sienkiewiczem. Inna epoka, inna literatura, inne historie. Choć bardziej od Sienkiewicza cenię Prusa, jednak trzeba zdjąć kapelusz przed H.S. za pokrzepienie naszych polskich serc.

W sumie niekiedy Komuda zaczyna czasem przeskakiwać w swoich książkach Sienkiewicza, ale to moja prywatna opinia.

A za słowa otuchy dziękuję.

1
(+1|-0)
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział II cz.2 (+18)
Wysłano: 4.09.2014 23:40
Efekt romansu wilka i lisicy
Anthro
a bo mi z tą zasadąto mi sie z MFrleyem pomyliło :D my sobie taką zasadęzrobiliśmy, że jak jest zwierze Anthhro to piszemy z dużej a jak zwykłe to z małej.

przykład

Koń Mieczysław jeździł na koniu...innego Konia :D

0
(+0|-0)
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział II cz.2 (+18)
Wysłano: 10.09.2014 10:31
Homo aves
Anthro
Faktycznie za dużo bluzgów. Bohater wtedy brzmi jak dzieciuch a nie jak ktoś, z kim czytelnik ma przebrnąć przez książkę. Mogłeś napisać coś w stylu "na myśl przychodziły mu słowa niecenzuralnej natury" albo "Powiedział o co mu chodziło...aż uszy cierpły a Szatan w piekle sięzarumienił" :P