Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział III cz.1 (+18)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/9/18
Przeczytano: 1254 raz(y)
Rozmiar 21.74 KB
4

(+4|-0)
 
Oby nas nie wywaliły. Lesby nie lesby, to wciąż kobiety. W stadzie mają silne poczucie obrony. Inaczej z nami, facetami. Jeden za siebie, każdy za jednego. Czasem koleżeńska przysługa i tyle. Jedno spotkanie na jeden czas. Dla towarzystwa. Żeby pogadać, żeby wypić. Żeby wygarnąć popełnione błędy.

Jedno złe słowo i każda z grup inaczej je odbierze. Faceci, o ile tekst nie urąga godności, puszczą mimo uszu. Kobiety skojarzą ze wszystkim, co niedobre. Takie już są. Przyzwyczaiłem się.

- To tu.
Morris wskazuje ciemną uliczkę.

Wejście nie robi dobrego wrażenia. Wszędzie walają się śmieci. Oblepiona przeróżnymi plakatami dwuskrzydłowa brama zniechęca do wejścia. Widać resztki purpurowej farby. U góry widnieje neonowy napis - KOLOR PURPURY. Wyłączony. Dawno tu nie byłem. Mówią, że lesbijskie bary to raj dla zapaleńców. Ochoczo podkradają się pod te drzwi, polując wzrokiem na tajemniczy czar. Że im się chce marnować czas.

Nigdy wcześniej nie zaglądałem do lesbijskich barów. Nie znalazłem dobrego, ewentualnie głupiego, powodu. Czy odwiedzałem kiedyś bar Blake? Za wiele nie pamiętam z zeszłego tygodnia, nie mówiąc już o minionych latach. Dziesięciu. Dużo tego. Za dużo. Pewnie lepiej zapomnieć. Coś złego było i minęło.

- Wchodzimy? - pyta.
Zapominam języka w gębie. Żadna dobra odpowiedź mi nie przychodzi do głowy. Pozostaje dobre pytanie.
- Mamy trzyma się za rączki, bo nie ogarniam, czy potrzebne jest hasło?
- Zobaczymy. Zapukasz?

Pukam. Po co się kłócić o pierdoły? Czekamy.

Otwiera nakrapiana mućka. Blondynka. Jedynie prostak zauważy, że przygruba. Zaostrzone rogi wystarczająco mówią, że nie warto z nią zadzierać. W nosie kolczyk. Strój ładniutki. Bluzka z kapturem i szerokie spodnie.

- Słucham?
Milutki głos.
- My do właścicielki – zaczyna Morris.- Zastaliśmy ją?
- W jakiej sprawie?

Szop okazuje legitkę CO. Krówka chucha w nic nie warty papier. Wściekłe spojrzenie. Widać Agencja i tu ma ,,poważanie”.

Przepuszcza nas. Inaczej jutro przyjdą kłopoty. W szatni czuć klimat Dalekiego Wschodu. Ściany obwieszono haftowanymi scenkami orgietek. Trudna do ogarnięcia plątanina ogonów, nóg i rąk. Rzec jasna to orgietki lesbijskie. Gejowskie byłyby niespodzianką nie na miejscu. Widzę też sceny dwóch kochanek. Znacznie ,,grzeczniejsze”. Za dnia żyrafa gra na harfie, a antylopa wyławia z rzeki lilie. Króliczka całuję brzuch klaczy na plaży. W tle świeci zmierzch. Gdzie indziej, w nocy, lisica i mysz leżą razem przytulone na balkonie pełnym poduszek. Różne takie - nagie, ubrane i piękne. Nieosiągalne. Pozostaje westchnienie, że nie jest się kobietą. I lesbijką. Już rano wypiłem za dużo? Tutaj przystopuję.

Pomiędzy obrazkami widnieją krótkie tekściki:


,,Przed tronem twym się chylę, Afrodyto,

nęcąca w zdradne sieci córo Zeusa,

i błagam, smutkiem nie dręcz mego serca,

o nieśmiertelna”


albo


,,splecione ze sobą ogony kochanek

przesłaniają strach i gorycz

samotność oraz grzech

łącząc sny obu

w jedną

rozkosz”


Znają się dziewuchy na wnętrzach. Drobiazgowo obmyśliły szczegóły. Szatnię wypełnia indyjska muzyka Dziwna nuta. I te kadzidła. Zapach miesza we łbie... Kojący i naraz drapiący. Z apteki wytrzasnęły taki towar? Daje nieźle w nos. Nie zdziwi mnie, jeśli dostanę wysypki. Swędzi. Próbuję wciągać urywkami. Jezzzuuu.... Nie da rady!

Czym prędzej oddaję płaszcz szatniarce. Smakująca lizaka wiewióreczka o ciemnym futerku wydaje się zbita z tropu takimi gośćmi. Macha nerwowo ogonem. Mam w tym większy udział. Wyglądam jak siedem nieszczęść. Dokładniej jak jedno. Po jaką cholerę darłem ogony z tamtym kocurem?

Przechodzimy słabo oświetlonym purpurowym światłem korytarzem. Ledwo dostrzegam czubki butów. Światełko na końcu korytarza. Za mocne. Przysłaniam oczy. Ostre światło mi szkodzi. Opuszczam dłoń. Barek w kształcie litery L. Wyrzeźbiony w drewnie kontuar przedstawia rozebrany lisiczki czy wilczyce tańczące nad jeziorem. Siedzenia obite purpurowym materiałem, ściana naprzeciw baru faluje. Nad stoliczkami we wnękach znajdują się przymocowane do sufitu kurtyny w gwiazdki. Ciekawy patent. Niektóre są spuszczone. Dobiegają zza nich znajome odgłosy.

- Za-zu-zi-zu-zi-zaj..- nucę.

Kurtyna przy jednej wnęce unosi się. Wychodzi wilczyca z czerwonymi skrzydełkami i w czerwonym kompleciku bielizny. Jedwab, zgaduję. Unosząc się nad podłogą prowadzi na smyczy koleżankę. Błękitna malamutka ma usta zakneblowany atłasowa chustą, ręce związane z tyłu i kaganiec na pyszczku. No i nosi stringi z wszytymi perełkami. Cudo.

Przechodząc, patrzą na nas z niedowierzaniem. Wzbudzamy spore zamieszanie, chociaż siedzimy z boku. Dwóch gości w lesb barze to niecodzienny widok. Idzie dobrze. Nie wszczynają alarmu. Na razie.

Rozglądam się. Mam duże pole do obserwacji. Większość stolików, jest ich z osiem, zakrywa kurtyna. Są wyjątki. Cztery stoliki od nas. Skunskiczka i gazela. Siedzą odkryte. Przyznaję, mają sporo uroku. Noszą porządne ubrania. Żadne skórzane czy lateksowe ciuszki. Zwykłe sukienki. Żakiety. Rozmawiają, czasem całus w przerwie. Nic takiego. Zakochana para.

- Masz przygotowany zespół pytań?- pytam szopa.
- Spokojna twoja rozczochrana. Zaczniesz rozmowę.
- Przyznaj się, że zwyczajnie boisz się rozmawiać z kobietami.
- Uważaj – celuje we mnie palcem. – Czytałem twoje akta. Grozi ci areszt za niezapłacone mandaty.
- Nie macie większego zmartwienia?
- Cześć, Hech. Ktoś ci znowu przyłożył? – słyszę znajomy, dawno nie słyszany głos.

Do stolika podchodzi zebra bliźniaczo podobna do White. Tak całkiem podobne to nie są. Od biało-czarnej siostry wyróżnia ją tęczowy odcień pasków, każdy w innym kolorze, tęczowa grzywka, tęczowy ogon i pyszczek. Ufarbowane. Czarne kabaretki, gorsecik, zapięty na środkowy guzik mini frak i cylinder. Co one... dzień przebieranek sobie urządziły?

- Siema, Blake. Słuchaj, mniejsza o mój nos. Przyszedłem z takim jednym z CO.
Blake patrzy zniesmaczona na Morrisa.
- Od razu widać, że jest z CO. Agenci są beznadziejni jak sama Agencja.
- Dlatego do niego nie należę.
- Moment – wtrąca się Morris.- My tu nie przyszliśmy na pogaduchy. Mamy sprawę.
- Wiem z kim chcecie pogadać – mówi Blake kładąc obie ręce na stoliku. Dekolt niemal identyczny jak u White. Tą opinię zachowam dla siebie.- Zaraz ją przyprowadzę. Piwo masz tu za darmo, Hech.

Odchodzi. Za piwo, nawet darmowe, nie podziękuję. Zostawiła mnie na pastwę humoru Morrisa. Oprócz obrabianiu chłoptasiów, szop kiepsko opowiada dowcipy. Poczucie humoru wyłowił wprost ze śmietnika. Lubię czasem posłuchać ostrych dowcipów, ale, mać, bez przesady.

-... Facet zabiera lisicę. W czasie drogi zaczyna mu obciągać. He, he, he, he. I gość wpada na dziurę. Gdy jedzie dalej...

Nie słucham. Atmosfera w barze nabiera nadętych rumieńców. Proszę o dwa Gingery. Lwiczka w przebraniu piratki i z wymuszonym uśmiechem przynosi zamówienie. Dowcipy Morrisa umieją zniesmaczyć. Zboczone kawałki opowiadające jego zboczonym myślom. Wybacz, mała.

Zostawia butelki i wraca zza bar. Wyhaftowane na staniku kotwice to dobre punkty orientacyjne na tą chwilę. Podobnie mogę powiedzieć o kapitańskiej czapce. Przesłania oczy kotki. Jasno piwne. Niczym napoje. Oba chwytam gardłem. Niezłe. Naprawdę niezłe. Niby kobiece piwko, a mocą przewyższa zwykłe. Znowu zawiodę siebie.

Morris dalej kontynuuje marny maraton uśmiechu. Dowcip, na ile zrozumiałem sens, opowiada o psie, który zabiera lisiczkę-autostopowiczkę. Ona zaczyna mu obciągać w czasie drogi i nagle wpadają...

Nie interesuje mnie puenta, której nie ma.

Opróżniona butelka mieni się na pomarańczowo. Płomyk słoneczka na stłuczony dzień... Znaczy nos. E tam, obie rzeczy mam stłuczone na dzień dobry. Czemu pomagam Morrisowi? Druga butelka ma niebieski blask. Trochę mi szumi w głowie. Najgorzej przeceniać swoje siły w znanej grze. Przegrasz. Wygrasz oszukując. W tej zabawie to trudne.

***

Dwa piwa do przodu i trzy, albo i jeden, dowcipy do tyłu.

Podnosi się następna kurtyna. Króliczka w meloniku i w ciasnych szortach, która na oko przewyższa mnie, niesie na rękach śniadą klacz. Obie są topless. Kopytna wtulała głowę w królicze piersi. Słodkie.

- Z ośmiu filarów szósty był najprzyjemniejszy – mówi klacz, wpatrując się w swoją dziewczynę.
- Nie przepuszczałam, że uda ci się aż tak wyciągnąć kręgosłup.
- Ktoś tu zapomina, że już od roku chodzę na lekcje jogi.

Wchodzą do korytarza. Nie dostrzegają nas? W lesbijskim barze trudno zauważyć dwóch gości? Dwóch gości? W lesbijskim barze?

Wyciągnąłem pochopne wnioski.

- Widziałaś tych dwóch? Jutro idziemy gdzie indziej.
- Nie przejmuj się nimi. Pewnie mieli za mało wrażeń ze sobą.
Bym odpowiedział niemiłymi słowami. Wolę je trzymać na inne osoby. Jedna siedzi obok.
-... ona mówi. Teraz najlepsze! I ona mówi: ,,Nie wiedziałam, że z ciebie taki gorący pies!”. Zabawne, nie?

Wolę schować głowę w piasek niż siedzieć przy jednym stoliku z nim. Albo poderżnąć sobie gardło. Albo jedno i drugie. Trudny wybór.

Przychodzi ocalenie. Blake wraca z muskularną nosorożycą w morowym wdzianku, podkoszulce, spodniach i glany. Pociągam nosem. Oby nie krwawił.

- Słyszałam, że chcecie ze mną gadać?

Siada blisko mnie, naprzeciw Morrisa. Bezpieczniejszy ze mnie gość. Pewnie została powiadomiona o obecności cosowca. Na stolik odkłada bat. U, to takie zabawki lubią tutejsze dziewczynki. Ostro. Wilczycę i malamutkę uznałem za szczyt. A teraz? Nie osądzam, bym nie został osądzony. Blake siada koło Morrisa.

- To co chcecie wiedzieć?- pyta nosorożyca. Kładzie nogi na stoliku.
- Bardziej koledze zależy.
Skinięciem głowy wskazuję szopa. Treserka spogląda na niego.
- To co chcesz wiedzieć, kurdupelku?
- Bez takich. Jako agent CO mam obowiązek zawiadomić panią o...
- Słonko, nie musisz mi tłumaczyć, co powinnam robić.- Nosorożyca bierze nogi ze stołu.- Wasza Agencja jest niczym. Przyłazicie nie wiadomo kiedy i urządzacie masowe przesłuchanie. Musieliśmy odwołać cały tydzień przedstawień, bo wam odbiło. Włazicie z papierami i przeszkadzacie. Macie tupet, że jeszcze żadnemu z was nie rozwalili łba.
- Narobiliście sporego burdelu – stwierdzam.
- Co się wtrącasz?- pyta Morrisa.

Wysłuchanie tego nędznego przesłuchania nie wchodzi w grę. Zamawiam dwa następne gingery. Picie będzie dobrą ochroną.

- A ty, lizocipko, posłuchaj, masz...
- Ty posłuchaj, obciągaczu!- Treserka wali pięścią w stół.- Chyba dawno w ryj nie dostałeś! Nie lubię jak jakiś wyglancowany picuś mi grozi. A że od chłopaków wolę dziewczyny to moja sprawa. Przynajmniej nie podniecam się kutasem wsadzonym w dupsko.
Morris milknie. Wyraz jego twarzy wskazuje, że szuka w głowie dobrej riposty.
- Przygadałaś mu – wręczam nosorożycy flaszkę. Ostatnia, jaka mi została. Więcej nie pije. Zobaczymy.
- Ty jesteś porządny.
- Dzięki.

Morris w końcu się odzywa.

- Dobra, kurwo – mówi nie tracąc kretyńskiego uśmieszku.– Nie chcesz współpracować? Dobra. Nie chcesz pomóc Agencji? Dobra.- Wstaje i zakłada kapelusz.- Wszystkie jesteście siebie warte. Zwykłe z was dziwki i kurwy. Dopiero co zeszłyście z ulic, gdzie dosyć się naobciagałyście, i już myślicie, że macie prawa?.- Dotyka krawędzi kapelusza.- Żegnam, drogie panie.

Odchodzi w kierunku wyjścia. Z wielu kurtyn wystają przeróżne twarzyczki klientek. Szopa żegnają syczenia, warknięcia i ostre słowa.

- Rany, co za palant – mruczy Blake.
- Czasem współczuję Terence'owi.- Patrzę smętnie na dno butelki.- Trudno mi pomyśleć, że kiedyś razem dzielili łóżko.
- Jego partner?- zebra obraca na palcu cylinder.
- Były. Teraz jeleń dzieli łożę z marynarzem.-Nie wierzę, że rzucam taki tekst. - Owczarkiem.
- Każdy sypiał z kimś, kto rani.
- Dobra, dobra, bez pomówień, bo mi się zbiera na sentymenty. - Patrzę na nosorożycę.- A ja się czegoś dowiem?
- Powiem, co wiem. O ile dobrze słyszałam i widziałam, jesteś w porządku.

Przytakuję. Mam coś z dżentelmena. Nie ćpam morfiny w dużych ilościach, piję w towarzystwie, kobiety nie uderzę i takie tam. Dżentelmen pełną gębą. O, i jeżdżę z zapiętymi pasami. Zawsze mam je zapięte. Również na czerwonym. Potem muszę przez to wyrabiać tymczasowe prawo jazdy.

- Co mi opowiesz o zwierzu?

Treserka zaczyna. Mówi, że zwierz uciekł po ostatnim występie. Kłódka od jego klatki była otwarta czymś ostrym. Będzie z trzy miesiące. Być może więcej. A kto policzy? Tyle czasu i trupów minęło... Niepotrzebne ofiary. A kto za nimi zapłacze? Teraz to nie mój problem. Na razie. Względem jutra nie mogę być pewny.

Pytam o rysopis. Nikt od niej lepiej nie opisze zwierza.

- Dziwaczny. Cudak. Wcześniej pracowałam z wieloma zwierzakami, ale... nigdy takiego nie widziałam. Był inny.
- Miał dwie głowy? – pytam żartobliwie.
- Z tym akurat byłby normalny. Czytałam, że jeden cyrk w Oregonie ma jaszczura z dwoma ogonami, którymi podnosi ciężary. Zarabiają na nim niesamowite sumy. (Kiedy to mówi, myślę że gad miał podwójne jeszcze coś innego, co przyciąga klientów). Nie wiem skąd szef go wytrzasnął i za ile. Mówił, że to interes życia i takie tam. Nie kłamał. Każdy występ zwierza był niesamowitym show. Wszędzie, dokąd zajechaliśmy, publika waliła tłumami po bilety. I wszystko przez jego wygląd. Żeby nie psuć niespodzianki, nie umieszczaliśmy jego wyglądu na plakatach.
-Aha.

Proszę o szczegóły. ,,Proszę” znaczy poproszenie o ,,darmowe” piwo i podsunięcie go nosorożycy. Sposób dżentelmena. Kurde, popija twardo. Twardziej ode mnie. Bać się? Jest mocna nie tylko w gębie. Uważaj, stary. Chroń męskość. A przecież nie obraziłem ich. Żaden ze mnie kutas jak z Morrisa. Nie mam się czego bać. Oby.

Treserka beka. Po tej krótkiej przerwie opowiada dalej.

- Zoo w Nowym Jorku, w Chicago, w Londynie, w Paryżu dawały sporą forsę za niego. A szef trzymał się swego pupila.- Zaciska dłonie- Na Florydzie musiałam dać jednemu do zrozumienia, że zwierz należy do nas. He, nikt, kto dba o interesy, nie odda kury znoszącej złote jaja.
- Wierzę - chrząkam.
- No i przyjechaliśmy tutaj.
Treserka mówi o występach. I znowu to samo – niezwykły zwierz, tłumy widzów, kasa pełna forsy. Nudzi. Blake chyba też czuje znudzenie. Pozostawia naszą dwójkę.
- To jak on wyglądał?- pytam.
- Bardzo dziwnie. Przypomina kogoś, kto został ogolony do gołej skóry. Płaski pysk, jakbyś przejechał po jego twarzy walcem, ale miał nos. Taki lekko wystający. Nie miał ogona. I te oczy… Od małej byłam szkolona, ale dotąd żadne zwierzę tak na mnie nie patrzyło.
- Znaczy?...
- Patrzył spod łba – tłumaczy treserka.- Jestem pewna, że rozumiał co do niego mówiłam. Zawsze po występie idę pogadać ze zwierzątkami. Wiesz, takie pogaduchy dają do myślenia. Przepraszam je, one wysłuchają, co mi leży na sercu. Nie znoszę okrucieństwa wobec zwierząt. (Ironia?). Pewnie cię zastanawia ten bat.- Unosi go, po czym odkłada i chowa złączone dłonie za głowę.- Muszę się odreagować. Sam rozum, praca w cyrku zabija serce. Po paru występach z wielbłądami i gorylami masz chęć zabawienia się na całego.
- No. I pogadałaś ze zwierzem?
- To on zaczął rozmowę.
Chwilowo tracę wątek. Zamyślam się wpatrując w treserkę.
- Że jak?
- Zwierz zaczął ze mną rozmawiać – nosorożyca unosi obie dłonie w górze. Jak do modlitwy.- Nie kłamię. Przeszłam koło jego klatki i wtedy słyszę prośbę o piwo. Przesłyszałam się czy jak, pomyślałam. Ale nie. Powtórzył pytanie z klatki. Przyniosłam mu dwie butelki ze swojego wozu i zaczęliśmy gadać.
- O życiu?
- A o czym byś gadał z dzikim zwierzem, który umie mówić? Gadaliśmy równą godzinę. Podziękował za wspólne występy, za wspólną podróż po świecie... takie tam różne tematy. Nie odzywałam się, dopóki sam mnie nie spytał. Na koniec powiedział, że wystarczająco dobrze grał rolę błazna. Zamierza nawiać i pozwiedzać świat na własną rękę. Tak mówił. Nie wiedziałam co on ma na myśli.
- Wtedy uciekł?
- Tej samej nocy, zaraz po naszej rozmowie. Kładłam się spać, gdy przybiegli spiżarni.
- Kto?
- Tak nazywamy gości od karmienia zwierzaków. Mają klucze od skrzynek z żarciem i dlatego wołamy na nich spiżarni. Wracając do tamtego… – Zdrowo pociąga z butelki. Aż po samo dno. Ma kobitka rozpęd.- Przybiegli i powiedzieli, że połowa zwierząt jest ukatrupiona na amen. Zwierzęta trzymamy razem, żeby nie pouciekały. Ja wkurwiona na całego biegnę do zwierząt, a dyrektor zamyka się w swojej kanciapie i nie pozwala nikomu wchodzić. Wszyscy wszędzie biegają i nikt nie wie co się dzieje. Ogólny chaos. Wpadam do zwierząt.- Przerywa. Zbiera jej się na płacz. Nosorożyca próbuje powstrzymać łzy. Słabe starania. Widzę drobne kropelki.- Połowa nie żyła… inne były wybebeszone na drugą stronę... wszędzie łby, kończyny… Mówię ci… choć mam stalowe nerwy, poczułam prawdziwy dreszcz strachu… i obrzydzenia. Wtedy nie zwróciłam uwagi na jeden szczegół. Z otwartej na oścież klatki zwierza prowadziły ślady jego łap.

Piję ostatki. Odkładam butelkę i pytam, jak zdołał wyjść.

- Sama nie wiem – otarła łzy rękami.- Klucze nosze przy sobie, agrafki ani żadnej szpilki nie miał… Naprawdę nie wiem. Wymieniliśmy kłódki, klatki, mam na myśli wyłącznie jego klatkę, była ze specjalnej Sali nierdzewnej. Naprawdę nie wiem, jakim cudem uciekł.
- Ktoś mu pomógł?
- Prócz mnie, nikogo innego nie zagadał. Jestem odpowiedzialna za zwierzęta i klucze od klatek nosze przy sobie.
- Ten, kto pomógł zwierzowi uciec, musiał mieć zapasowe.
Treserka kręci głową.
- Niemożliwe. Na taką nie wyglądam, ale jestem odpowiedzialna.
- Od razu to w tobie dostrzegłem – odpowiadam pół żartem pół serio.
Wali mnie z łokcia w ramię. Zabolało. Takiej lepiej nie ubliżać.
- No, no, taki z ciebie kozak?
- Nic z takich. Zwyczajny ze mnie gość. Idę przez życie nikomu nie wadząc.

- No ja myślę.- Przybliża pysk. Dostrzegam, że jej róg to metalowa imitacja pomalowana na biało. Rozumiem aluzję.- Ale gdyby twoja obecność tutaj nie była służbowa, musiałabym w imieniu wszystkich dziewczyn podjąć odpowiednie kroki.

- Osoby, o których mówisz, sam bym odstrzelił – mówię. - Dzięki za rozmowę. Miło było i wiele mi wytłumaczyłaś.
- Masz – wręcza dwie karteczki wyciągnięte z dekoltu. Stary sposób nigdy się nie starzeje.- Moja wizytówka i wizytówka szefa mojego cyrku.
Przeglądam obie. Szef to Benjamin Reed. Odczytuję jej imię.
- Francesca Maria Joannita Amelia Juli Marakassa Fibi?
- W połowie jestem Afrykanką, tyle że ojciec miał argentyńskie korzenie.
Podchodzi Blake. Cylinder trzyma przy boku.
- I jak przesłuchanie?
- Miły gość – mówi treserka.- Wie jak rozmawiać z kobietą.

Reaguję krzywym uśmiechem. Innego sposobu nie wytrenowałem. Rzadko dostaję pochwały.

- To ja spadam.- Wstaję od stolika. Mam trudności. U, przekroczyłem granicę głupoty. Wytrzymałość i rozsądek utopione w piwnym potopie.- Blake, co u… Wiesz o kogo mi chodzi.
- U Florence? Kończy aplikację, a na razie pracuje u nowego prokuratora okręgowego. Jak będzie dobrze, zacznie tam pracę na dobre i wyprowadzimy się na Rent Street.
Wchodzimy w ciemny korytarz i idziemy w stronę szatni. Znowu ta indyjska melodyjka.
- Nie jest na mnie zła za…
- A daj spokój - White lepiej nie mogła trafić. Mów lepiej, co u twojego wuja?- pyta Blake.
- Nadal w zakładzie. W tygodniu go odwiedzę.
Szatniarka oddaje mi płaszcz. Dziękuję.
- Grzeczny z ciebie chłopiec – mówi Blake.
- Grzeczny to jestem tylko przy twojej siostrze.
- No ja myślę. Wiesz przecież, jakie mam znajomości.

Ręce opadają. Blake, chyba nie powiesz, że i ty masz takie ,,znajomości” jak Morris? A miałem ciebie za porządną dziewczynę. Te miasto jednocześnie przeraża i poraża. Tylu wariatów to pewnie nie ma w innym zakątku na świecie. Chciałbym, by tak było.

- Wierzę.
- Hech...
- Mhm...

Blake uderza mnie z liścia. Cios przyjmuję potulnie. Kobiecie przecież nie oddam.

- Powiedz White, że nie oddam tego włoskiego kompletu. Ciotka przysłała go mnie.

O rzesz, zapomniałem o to spytać.

- Dzięki za mocne przypomnienie.
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
1
(+1|-0)
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział III cz.1 (+18)
Wysłano: 18.09.2014 20:49
husky / wilk
Anthro
Na razie umieszczam pierwszą część 3 rozdziału.

Kolejna będzie w ciągu przyszłego tygodnia.