Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział IV cz.2 (+18)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/11/9
Przeczytano: 1082 raz(y)
Rozmiar 12.91 KB
3

(+3|-0)
 
Korytarzykiem numer 3 docieram do pokoju przesłuchań. Drzwi pilnuje jeden niebieski. Pyta, po co przyszedłem. Mówię, że dyżurny kazał. ,,Proszę poczekać”, nakazuje. Gnojki. Zmuszają do ciągłego czekania. Dobrze marnują nasze pieniądze. Pogratulować. ,,Popija pan?”, zapytuję.

- W pracy mi nie wolno, ale normalnie to tak. Ze starą bym nie wytrzymał.

Policjant też pies, a raczej osioł. Wypić musi.

Pukanie od środka.
- Wzywają pana – grzecznie mnie wprasza.
- Tego się właśnie obawiałem...

Wchodzę. Z suchym pyskiem i duszą na ramieniu. Mam czego się bać. Samo wnętrze, bezduszne i wydusza zeznania z oskarżonego. Stolik, krzesełko, na którym siedzi Blake. Ma skute ręce, ale nogi pozostają wolne. Nad nią goła żarówka. 40 wat czystej mocy. Ściany obite dźwiękoszczelnym czymś tam. Widzę znajome twarze. Szary byk w ciemnym mundurze nazywa się Byczkowski. Zabawne zestawienie w jednej osobie. Zielono-pomarańczowy jaszczur Wally podpiera się rękami o blat stolika. CO ma absolutnie pierwszeństwo do świadków każdej sprawy. Ten przywilej wykorzystują często.

Obok Wally'iego stoi Morris. Nosi ciemne okulary i patrzy z idiotycznym uśmieszkiem. Nic nowego.
- Zapytam jeszcze raz – Wally wpatruje się w Blake.- Zabiłaś ją?
- A ja odpowiem jeszcze raz. NIE!
- Tracimy czas – mówi byk.- Ona nic nie wie. Witaj, Hech.

Dźwięk mojego imienia ogłasza im krótką przerwę tej żenady. Czuję wzrok 4 par oczu – zebrzych, byczych, szopnych, jaszczurzych. Wybuchowa mieszkanka. Jedno źle wypowiedziane słowo i jutrzejsze dzienniki napiszą o wariactwach w policyjnym departamencie. Masakra to świetny temat. Dziennikarze przystąpią na żer przygotowany z naszych kości. Przygotują się na nowe ofiary, tematy, czytelników chętnych na tanie sensacje.

Zmyślanie dzisiaj i jutra to kiepski sposób na życie.

- Cześć, Byku, cześć, Wally, Blake. Z tobą, Morris, się nie witam. Jesteś szurniętym pederastą, któremu rąbnąłbym łeb, gdybym nie obecność pozostałej trójki. A tak wszystkim mówię ogólne dzień dobry.

Co mi strzeliło do głowy? Głupota? Strach? Zemsta? Cała szaleńcza trójca? Szansa, że wyląduję dzisiaj w areszcie, wynosi jeden do jednego. Szczęścia w hazardzie nigdy nie miałem. Może teraz... Się zobaczy.

W roli zapalnika wypadam marnie. Szop nie odpowiada na zaczepkę. Zachowuje podejrzliwe milczenie, dotykając grzywki Blake. Skubany. Pewno zagląda za jej dekolt. Zadziwiająco szybko zmienia upodobania łóżkowe. W przeciągu 24 godzin. Ja i compadre byśmy tak nie mogli.

- Czekaj, czekaj, ona musi coś ukrywać – mówi przypatrując się tęczowej zebrze.- Ty i twoje koleżanki nie chcecie stracić lokalu, czyż nie? Więc jeżeli chcecie mieć nadal miejsce na...

Blake wali mu z główki. Cios prosto w nos. Łamie przy tym jego okulary. Morris osuwa się na podłogę. Jęczy. Kiedy próbuje wstać, zebra wali go kolanem w jaja. U, musiało zaboleć. Szop wije się z bólu. Jego czarny ubiór - buty, spodnie koszula i krawat – brudzi się. Z Byczkowskim i Wally' m stoimy z boku, jakby nic się nie wydarzyło. Bo się nie dzieje. Czekamy na rozwój wydarzeń. Agresywnej kobiecie nie warto przeszkadzać. Poprawka: Nie warto przeszkadzać agresywnej kobiecie, która ma czym oddychać, bo posiada niezłą kryjówkę. Nie żartuję. Jedna z nauk wyciągniętych z podwórka. Pamiętam jednego brutalnego niedźwiedzia. Na oczach całej ulicy uderzył lisicę w brzuch. Odpłaciła się pięknym za nadobne. Pocięła mu twarz scyzorykiem. Wyciągniętym z dekoltu. Można? Można.

Morris krzyczy. Blake mu zwymyśla. Patrząc na nią wyobrażam sobie White w tej ciasnej marynarce, biurowej spódniczce i okrągłych, przyciemnionych okularkach. Aż bierze chęć do rozpięcia spodni...

Poprawka, kolego. Złe miejsce i zły czas na przyjemności. Przyszedł czas postu i odkupisz dokonane grzechy.

Niezainteresowany bijatyką pytam Byczkowskiego o polowanie.
- Policja się nie wtrąca – odpowiada.- Mamy swoje problemy.
- Właśnie widzę. A jak w związku, Wally?
- Widzisz naszą pracę.

Blake tłucze szopa. Równo i bezbłędnie. Używa do tego jedynie nóg. Nie musi mieć wolnych rąk. Idzie jej znakomicie. Chodziła na judo i zna parę dobrych ciosów na powalenie przeciwnika. Wystarczy skupienie na przywaleniu komuś.

- Nie pomożesz koledze?- pytam.
Wally wydaje się niezaskoczony pytaniem.
- Sam tego chciał. Regulamin wymaga odpowiedniego zachowania. Poza tym donosy świetnie nadają się na rozpałkę.
- I to niby miało brzmieć zabawnie?
Byczek przychyla łeb.
- Pójdziemy pogadać na osobności?
- Spoko. Chwila, co z Wally'm?
- Popilnuje tej dwójki.

Zostawiamy walczącą dwójkę pod opieką łuskowatego anioła stróża. Idziemy do kibla. Lepszego miejsca na rozmowę nie znam. O ile nie będzie ukrytego słuchacza w jednej z kabin, pogadamy spokojnie na bieżące tematy. Kapusie, jedna z obecnych plag, są czujniejsi od śmierci.

- Myślisz, Byczku, że ktoś podsłuchuje?
- Wątpię. O tej godzinie sekretariat zawalają interesanci. Nie ma czasu na przerwę.

Co za smród! I tu użyli przemysłowych odpadków do czyszczenia. Jezuuuuu... aż chce mi się zwrócić śniadanie. Wytrzymaj. Przyszedłeś tu na chwilkę i nic więcej...

Wybieramy najmniej śmierdzące, sąsiadujące ze sobą pisuary. Brudne, niedomyte. Obym nie złapał policyjnych mend. Brakuje tylko ich towarzystwa. Rozpinamy rozporki. Słychać nasze strumyczki. Uderzają o sztuczny marmur.

- Noż chuj... boli – syczy Byczkowski. Zaciska zęby.
- Problem z ptaszkiem?
- Kamienie nerkowe – wyjaśnia.- Byłem u lekarza.... A-a-a-a.... Zalecił dietę i zapisał na operację. To i tak dobrze... Kur-r-r-wa.... Mogli by mi wlepić kastrację. Wyobrażasz sobie?
- Pewnie czujesz się wkurwiony, co?

- No co ty nie powiesz? - buczy.- Wiesz co mnie bardziej wkurwia? Chamstwo! Na balu absolwentów mówisz każdemu ,,cześć”, a nikt ciebie nie kojarzy. Żadnego ,,O, kolega Byczkowski” ani ,,O, siemka, co u ciebie?”. Kilka lat chodzisz z jedną grupą pojebów na te same wykłady! Na te same wykłady. I ciebie nie kojarzą!- Milknie na moment.- Mieliśmy takich przypadek w New Brintown. Wiesz, taka kolonia artystów i innych świrów. Jeden malarz zabił tam100 osób.

Kończymy. Zapinamy rozporki i podchodzimy do umywalek. Odkręcam kran. Myję ręce mydłem o zapachu lawendy. Ukraść? Ile dają za kradzież mydła policji? Tą myśl pozostawiam z tyłu.

- Zabił ich dlatego, bo go nie znali?
- Aha.- Byczkowski kiwa głową.- Facet, dokładnie szczur czy łasic albo zając... Mniejsza o to... Facet malował obrazy. Wywieszał w tamtejszej galerii i pokazywał. Zaprzyjaźnił się z paroma. I wiesz czym go wkurwili? Jednego kolegę, poetę, poprosił, żeby przesłał życzenia parunastu kolesiom. Sam wtedy siedział w szpitalu na obserwacji zapalenia płuc. No i kolega wraca i mówi, że nikt go nie kojarzy. W ogóle! Nikt nie kojarzył tego malarza, choć namalował i wywiesił tyle obrazów.

Patrząc w lustro poprawiam krawat. Patrzę na tą zarośniętą rudą szczeciną twarz. Nieogolona od wielu zmarnowanych na wyspanie dni.

- I tam polazł z bronią?- pytam nie odrywając wzroku od swojego odbicia- Skąd ją miał?
- Były żołnierz. Walczył na Pacyfiku. Poszedł z Thompsonem, dwoma pistoletami, z granatami i ze śmiechem zaczął swoje. Nie było, co zbierać. Niektórych wykańczał nożem wojskowym. Jatka na całego. Wszędzie walały się trupy. Przyjeżdżamy i wchodzimy. Gość siedzi pośrodku cały we krwi. Trzymał odcięte mysie ucho i rżnie do niego na całe gardło: ,,A teraz mnie znasz?! A teraz mnie znasz, chuju?!”.

- Nie ogarniam tego miasta. I wszystko dlatego, bo oni go nie kojarzyli? Co z nim teraz?
- Skazany na 30 lat w Alcatraz. Wykryli u niego lekkie zaburzenia. Prawo stanowe zakazuje zabijania weteranów.
- Niezła historia, tylko czemu mi ją opowiedziałeś?

- Żeby coś ci uświadomić. Zwierz nie jest jedynym potworem w Mieście. Niedługo wybory i wybryki tego potwora to woda na jęzor kandydatów. McCuligan wzywa do walki z nielegalną prostytucją i po cichu popiera zabijanie przez zwierza tanich dziwek, które dla niego nie pracują. Wybudował ze 30 czerwonych lokali, w tym 3 dla pedziów, i myśli, że kupił cały świat nierządem. Z kolei Chynski zwala cały burdel na nas i ostrzega, że policję zastąpi Agencja. Chodzą plotki o praniu brudnych pieniędzy mafii i CO w jego firmach. Ma 4 duże papiernie na przedmieściach i 50 większych zakładów w porcie. Wszystkie niby plajtują, a od 10 lat nie widziano tam komornika.

- Idą trudne czasy. Czego chcesz?
- Spokojnej emerytury- odpowiada.
- Nie dożyjesz.
- Żywcem mnie nie wezmą – mówi pół żartem pół serio.- Są jeszcze sądy. Mam kumpli w prokuraturze stanowej. Znajdą coś na Chynski'ego i na McCuligana. Na każdego znajdą haka. Warto mieć przyjaciół w urzędach.
- Aż tylu lubi postrzelać, hę?
- Bez głupich żartów, Hech. Zwierz to problem całego Miasta. I każdy chce ten problem wykorzystać.
- Jak to jest, Byczku? Sam mówiłeś, że policja się nie wtrąca.
- Bo nie, ale nas do tego zmuszają. Nie mam ochoty posyłać chłopaków w te gówno, żeby ginęli niepotrzebnie. Potem trzeba pisać podziękowania za porządną służbę i wręczać ich rodzinom z miną świętego Mikołaja: ,,Państwa syn wspaniale wypełniał obowiązki policjanta. Nie żyje. Przykro mi”. A urzędasy pokażą uśmiechnięte ryje w kronikach i tyle zostanie z tamtych biedaków.

Wychodzimy na korytarz. Gliniarze w ciemnogranatowych mundurach ciągną zakutego w kajdanki żmijowatego alfonsa o bladym spojrzeniu. Koleś nieprzytomnie syczy. Z daleka wygląda na sprzedawcę. Diler i alfons w jednym. Nosi fikuśny kapelusik, wystaje z niego piórko, jaskrawy garniturek ze sztucznym futerkiem pantery wszytym w kołnierz. I ciasne spodnie. Podobnie jaskrawe jak reszta. Co to, kurna, ma być?! Resztę ubioru pominę. Za wiele pierdołek na jednego gościa.

- To jak będzie z Blake?
- Zabieraj tą zebrę – mówi Byczkowski.- Na nic się nam nie przyda. Młodzi chcieli tanio zakasać rękawy i pokazać na co ich stać. Banda niewyżytych młokosów.
- A oskarżenie?
- Podtarłem się nim dzisiaj rano.- Ziewa.- Nie znoszę, kiedy Agencja urządza prywatne śledztwa na komisariacie. Całe te przesłuchanie było kiepsko wypowiedzianym dowcipem. Zabójstwo zabójstwem, ale takiego burdelu w mieście nie było od 1929. Wiesz, kryzys wybuchł i wzrosła liczba samobójstw. Wariaci latali z pistoletami i pod bronią kazali kupować nic nie warte akcje. Wtedy rąbnąłem jednego takiego, bo dobierał się do jednych staruszków. Dostałem opiernicz od szefa i sweter od tamtej babci.
- Czyli warto było?
- W rzeczy samej.

Byczkowski swój chłop. Uczciwy i szczery do bólu, aż rozmówca zdechnie. Na niego można liczyć. Oby inni gliniarze nauczyli się od niego takiego podejścia. Zero papierkowej roboty. Zwykła rozmowa z interesantem. I danie komuś zasłużonemu w mordę. Taaa... Stare metody zawsze przynoszą lepsze rezultaty.

Wracamy do pokoju przesłuchań. Wrócilibyśmy. Drogę zagradza nam nie całkiem lisowaty zając. No rudy zając z pyskiem żyrafy i z długimi uszami. Antylopy? Ciuchom daję 10 000$. Drogie łachy. Żadna taniocha. Czysty materiał. Z kieszeni ciemno granatowej marynarki wystaje czerwona chusta. Niesie aktówkę

- Przepraszam, panie kapitanie – odzywa się znienacka - czy mogę zamienić z panem kilka słów?
- Naturalnie, panie prokuratorze. Hech, znasz pana Mela M. Maverick'a?
- A te M. to od czego?- pytam.
Prokurator unosi lewą powiekę. Robi zdegustowaną minę. Zbiłem go z tropu prostym pytaniem?
- To skrót od Martin.
- A....– kiwam głową.- Pytanie z innej beczki. Jest pan lisem czy zającem? Albo żyrafem?

Patrzy z odrazą.

- To pytanie nie na miejscu i bez sensu. Dlaczego w ogóle pan o to pyta?
- Jestem ciekawy świata.

Odwraca wzrok do Byczkowskiego.

- W każdym razie chciałbym porozmawiać o sprawie zwierza. Za 5 minut proszę przyjść na zebranie.
Żegna się i znika w pokoju.
- Byczku, kto to był?
- Nowy prokurator. Gość, która wsadzi każdego do pudła. Facet podobno idzie ostro po trupach. Uważaj, i ciebie urządzi.
- Nic nowego – odpowiadam.- Podpadłem tylu osobom, że jeszcze jedna wesz na ogonie mnie nie zaboli
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.