Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział V cz.II (+18)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2014/12/8
Przeczytano: 1017 raz(y)
Rozmiar 21.47 KB
3

(+3|-0)
 
Śniadanie jemy w dziurze niedaleko mnie. Obrusy nieuprane, naczynia z taniej blachy, sztuczce ołowiane. Będę musiał uważać na opiłki. Wejdą między zęby i pokiereszują szczękę. Nie żebym marudził. Choć to dziura, to jest w porządku. Oferują boczek na sadzonych i kawę za 10 centów. Dolewkę przynosi młodziutka Chinka. Czerwoniutka panda w kwiecistym fartuszku biega tu i tam. Ma roboty ponad ogon. Krótka godzina szczytu. Remontujący niedaleko ulicę robole głośno jadą nieobecnego majstra. Dwóch żebraków siorpie w kącie zupę. Jedyni ,,normalni”, bo cisi. Ale i oni grzeszą. Cmokają na kelnerkę. Biedny kwiatuszek. Żyje w martwym ogrodzie.

Terence obserwuję ruch na ulicy. Siedzimy blisko okna. Nie wiem czemu. Patrzenie na brzydotę dzisiejszego dnia nie sprawia mi przyjemności. Jemu obojętnie. Nieznane twarze, pyski, ogony zmierzają własnym rytmem.

Pora iść naprzód.

- Dzięki za morfinę – mówię.- Troszkę za długo nie brałem. Gdzie zdobyłeś?
Odstawia na bok talerz ubrudzony resztkami jajecznicy.
- Frank pracował wczoraj przy rozładunku kanadyjskiego frachtowca wiozącego medykamenty i inne towary. Zwinął, kiedy nikt nie patrzył.
- Jak widzę, dymanie marynarza się opłaca – rzucam żart.
- W ryj dawno żeś nie dostał?- spokojnie odszczekuje. Zaczyna podwijać rękawy.

Dla odwrócenia uwagi grzebię po kieszeniach. Beznadzieja. Nie znajduję dobrych argumentów na zmianę tematu.

- Przepraszam. Na żartach się nie znasz?
- Nie lubię żartować z życia.
Racja. Czuję wstyd.
- Dlaczego więc mnie częstujesz?-pytam.
- Masz z tym problem?
- Chcę po prostu wiedzieć, czemu przyłazisz, wyciągasz mnie z mieszkania i częstujesz śniadaniem.
- Polowanie – tłumaczy.
No to sobie podjadłem.
- I ty też, Terence. I ciebie też wzięło na te 2 miliony czy te 4?
- Do wyboru mam ciebie albo Morrisa. Druga opcja mi nie pasuje. Nie muszę tłumaczyć dlaczego.
- Racja. Dasz chwilkę na przemyślenie?
- Jasne.

Trudna decyzja. Wcześniej nie brałem udziału w polowaniu. Następnie, przez rozmowę z treserką i Black wybiegłem naprzód i znalazłem się na końcu. Przestałem biec. Z własnej winy. Upadłem, a ten jeleń pomógł mi wstać. Podał przyjacielską dłoń. Przyniósł morfinę. Ogarnąłem się.

Muszę pomyśleć... Myślę. Myśl, myśl... O czym tu myśleć? Bieganie za zwierzem będzie mało przyjemne. Przełazimy całe Miasto, obijemy nieznane twarze, ubędzie nam krwi. Na marne. No bo kto zgarnie nagrodę? Agencja. Wszędzie ma wtyki. Policja myśli, że pociąga za sznurki, a jest na odwrót. CO trzyma nóż pod wyszczerzonym uśmiechem sprawiedliwości. Frajerzy nic nie znaczą. Zostaną na lodzie. Norma. A mam na myśli i siebie i Terence'a i pozostałych gości nienależących do CO.

Ale też znajduję plusy. Terence ma gadane i umie dobrze korzystać ze spustu. Dwa w jednym. Trzecia rzecz - zawsze płaci za dwóch. Taki nawyk. Nie wykorzystam tego za bardzo. Znam granice swojej chciwości. Oszczędność – jedna z tych cech, których wyuczyli mnie rodzice. I dziadek. Terence, jak nie patrzeć, jest im podobny. Uczciwy gość w nieuczciwym świecie oszustów. Nastawi za mnie karku. Postaram się być podobny.

- Zgoda.
Ściskamy dłonie. Wystarczą w miejsce podpisów.
- Wiesz, nie spodziewałem się, że się zgodzisz. A długo ciebie szukałem. Ciężko było, ale jakoś dotarłem. Mogę spytać, czemu zamknąłeś się w domu na dwa dni?
- Spierdoliłem dwa życia – tłumaczę - swoje i cudze. Pobiłem White. Brała mocny towar... Chciałem jej dać do zrozumienia, że mój głód ma być naszym jedynym zmartwieniem. Wyszło jak wyszło. Nie umiałem powstrzymać pięści.
- Zwyczajnie przesadziłeś – mówi - ale pewna racja była po twojej stronie.- Unosi butelkę.- Chcesz dolewki?
Podaję kubek. Blaszany. Podobny miałem w wojsku.
- Polewaj.
I polewa, pytając, jaki mam plan.
- Idziemy do ciebie – odpowiadam.- Pijemy i myślimy. Musimy przemyśleć, co piszczy na ulicy i pod nią. Jak będziemy dalej na chodzie, zapolujemy.
- Sam miałem taki plan – czka radośnie.- Ale jest problem. Frank jest w domu. Nie będziesz się czuł... No... nie poczujesz wstydu, jak będziemy...

Dmucham mu prosto w twarz. Nie z chamstwa. Żeby wygarnąć gościowi.

-Terence, jeśli zajdzie taka potrzeba, to możecie se pobrykać. Poruchajcie sobie. Ja posiedzę w drugim pokoju i po sprawie.- Ziewam.- Prześpię się... za te dwa dni.
- Nie będziemy ci to przeszkadzali? Lubimy ostro pogrywać.
- Jak czujesz się zmęczony, zaglądasz do źródła. Jak nie możesz spać, jedziesz na całego. Co za filozofia?
- Palnąłeś takim tekstem, że...
Macham rękę.
- Weź daj spokój. Wymsknęło mi się. Wcześniej czy później usłyszysz gorsze.
- Na ten przykład: ,,lizodup”, ,,odkurzacz”, ,,wiertatka”.
- Takie też padają?
- Takie też padają – powtarza za mną.- Dobrze ci radzę, Hech, nie chodź do pedalskich barów. Spotkasz samych transów i zboczonych maniaków, których kręcą takie numery z atletami. Lądujesz na całą noc w łóżku z chłoptasiem poznanym wieczorem i do rana poznasz 3, 4 jego kolegów. Przeżyjesz 2 orgietki i 2 szaszłyki. (Wolę nie pytać, co ma przez to na myśli).I wszystko w ciągu jednej dzikiej nocy. Dla mnie i dla Franka goście o takich zachciankach są chorzy. Mamy ochotę, idziemy w uczciwe tango, a nie robimy fiku miku na sztywnym palu.
- Ładnie powiedziane – przytakuję.- Spróbowaliście w wannie?
- Ba, dwa wieczory pod rząd. Pierwszego wszedłem jako drugi. Frank już siedział i….
- Nie musisz dokańczać.
Terence się śmieje.
- O co ci chodzi? Z White używałeś prysznic. Sam opowiadałeś. Gdybym ja miał u siebie prysznic, by się działo.- Unosi kubek.- Twoje zdrowie.
Zderzamy się naczyniami.
- Prysznic a wanna to… Znasz dobre metafory?
Wzrusza ramionami.
- Każdy robi w miejscu, które lubi. Wolisz łóżko, robisz na łóżku, wolisz wannę, robisz w wannie. Najważniejsze, żeby potem posprzątać.

***

Mur otaczający tor umalowało dużo gangów. Paleta chaosu. Niebieski miesza się z zielenią, czerwień idzie do purpury. Wychodzi wspólny obraz nędzy młodego pokolenia. Wojna ich ominęła. Nie mieli szans się wykazać. Nie mogli nabroić. Nie odetchnęli. Zgodnie z żołnierskim prawem byliby bohaterami. Pobiegaliby po nieznanym kraju, strzelając do każdego napotkanego Niemca i gwałcąc każdą napotkaną Niemkę. Byli tacy. I żyją. Wrócili do swoich ojców i matek, kolegów i żon. I dziewczyn. Mają czyste sumienia, bo walczyli z wrogiem. Dostali medale za odwagę. Dzięki Bogu, że wylądowałem we Francji, gdy tamci zdążyli wybić kogo trzeba i nie trzeba było. Dla nas zostały płotki. Siedzieliśmy i piliśmy. Cała kompania tak robiła. Nic innego nie było do roboty.

Przychodzimy za późno. Tłum najechał widownię z samego rana. Na dobrych miejscach z przodu siedzą rezerwowi goście. Przychodzą w zastępie grubych ryb. Zbierają się wczesnym rankiem. U niektórych to trzecia w nocy. Ewentualnie nad ranem. Zależy jak kto i gdzie sypia. W pobliżu toru mieści się dużo ławek. Jak kto woli. Dach nad wejściem jest z grubej blachy. Deszcz nie przeszkodzi postać. Poczeka spryciarz i wykupi szefowi najlepszą pozycję. Czasem walczą o pierwszeństwo kupienia biletu.

Sam u niejednego robiłem za posiłkowego. Fajna fucha. Poznajesz ciekawe miejsca i ciekawe zwierzaki. Taaa... Wesołe zajęcie. Jak nie łazisz z łatwopalnym towarem, nic ci nie grozi. Nie masz cieni na karku. Grunt ci się nie pali. Do czasu. Raz podwiniesz nogę i czeka cię grób.

Podniecenia widownia wyczekuje na start orłów. Trwają w tej manii omamieni łatwą wygraną. Sapią, tłumiąc oddech. Jedno słowo wywoła u nich niepohamowany wytrysk gniewu i wściekłości. Palą, spijają resztki drinków i zabawiają się ze swoimi lub skradzionymi maskotkami. Niedługo zamienią się w istne zwierzęta. Będą gorsi niż są teraz. Będą gorsi niż zwierz. Przynajmniej cała ta zgraja siedzi w jednym miejscu. Brakuje nocnych cwaniaków.

Przyłączamy się do zabawy. By przetrwać następne dni, potrzebuję sporo gotówki. Dzień jest dobry na wyścigi. Wyśmienity. O lepszy nie mogłem prosić. Wiatr nie wieje, słonko świeci. Trochę chmurek. Uprzątali nawierzchnię ze śmieci. Piasek wydaje się drobinami złota. Coś błyśnie na torze. Z 4 od końca rzędu dobrze widać. Za mną nikt nie siedzi. Do baru dojdę jako pierwszy, he, he.

- Jak obstawiasz?- pyta.
- Żeby wygrać. Masz papierosa?

Sprawdzamy wczorajsze i przedwczorajsze statystyki. Leżą porozrzucane na siedziskach. Pula zwycięstw i przegranych dużo znaczą w tej grze. Zobaczysz, który orzełek był szybki, który wolny, który drugi. Który był kiedyś najlepszy. Dzisiaj będzie inaczej. Szybki się zmęczył, wolny nadrobił sił. Czasami te papierki wywierają za duży apetyt wśród graczy. Pewnie dlatego tyle rozdają. Głodujący potrzebuje tego.

- Zig Zag jest dobry – radzi Terence.
- Który to?
Wskazuje boks numer 9. Przedostatni. Już w nich orzełki stoją i drapią szponami piach.
- Czarno-biały ptaszek – tłumaczy.- Ma dobre wyniki i umie rozpędzić się na prostej. Idzie jak burza.
- Oby. Zostało mi 50 $. Postawię 30 albo 40 – mówię.
- Ostro jedziesz. Szansę na wygraną są nikłe.
- Sam mówiłeś, że Zig Zag jest dobry – buczę.
- Bo jest, ale w tym wyścigu startuje wielu faworytów.
- To czemu mam stawiać właśnie na niego?
- Będzie drugi, zobaczysz – mówi.- Dostaniesz z 3 stówy. Przynajmniej tak to liczę. Rzadko tu przychodzę, ale kalkuluję, co trzeba.
Wręczam mu papierek i forsę.
- Masz te 50 $. Stawiaj w moim imieniu na Zig Zag'a.

Terence idzie schodami do kas. Czają się tam klacze, borsuczki, wiewiórki, jaszczurki. To te pechowe. Nie zostały maskotkami. Muszą czekać na wybór, podpierając poręcze i grzejąc ławki. Zależy na ile fart dopiszę. Ktoś wygra i zechce oddać część szczęścia. Dlatego czekają z zachętami – krótkie spódniczki nie zasłaniające czego trzeba, przyciasne koszulki, podkoszulki... Działają na wyobraźnie.

- Cześć – zaczepia na głos krótkoszyjna żyrafa o tygrysim namaszczeniu – który pożyczy ognia?

Z widowni wyłania się wiewiór w znoszonym prochowcu. Przechodzi obok. Jest uradowany Jeden z tych durniów, którzy myślą, że mają dzisiaj z górki. Zobaczymy, co przyjdzie z wyścigiem.

- Ja chyba mam małego – mówi.
W tym czasie jego kumpel domyśla się zamiarów.
- Billy, po wyścigu też znajdziesz czas!
- Nie szkodzi! Mam lepsze widoki na przyszłość!

Odchodzi z nią, sięgając ręką pod spódniczkę. Już mu śpieszno? Wyścigi to nie pościg. Okazja przyjdzie. Przychodzi. Na zapleczu znajdą kącik. Wiewiór pokaże na co go stać. Dokona pożyczki. Ładnie to nazwali.

Obyś dał radę, Billy.

Obyś dał radę, Zig Zag. Brakuje mi szczęścia, pieniędzy i White. Szczególnie White. Szczególnie jej. Dawała mi szczęście. O pieniądze to niespecjalnie się martwię. Stówka miesięcznie za odwiedzanie wujka pomyleńca to miły prezent. A uśmiechu White nie kupię.

Czyjaś dłoń chwyta mój bark... Boli... To nie Terence.
- Nie spodziewałem się ciebie tutaj, przyjacielu.

Wpadam w osłupienie. Koło mnie pojawia się morda, której już nigdy nie chciałem widzieć ani słyszeć, która mi ogłosiła, że mam na karku nowe kłopoty. Jeden kłopot. Większy i najgorszy niż dotąd istniejące.

Na tej samej ławce siada wilk z kiepsko zszytym pyskiem w jasnym płaszczu i szary kapelusz, posłaniec Zimmermana.
- Kiepski dzień na wyścigi – mówi.
- Czego chcesz?- pytam.
- Pierwszej raty. Szukałem ciebie dwa dni. Chciałem odpuścić. Wiem, brzmi to dziwnie, ale twój dług jest za mały do zapamiętania. Chciałem odpuścić, a tu proszę. Przychodzę odetchnąć, może wygrać co nieco, i kogo widzę?- Chrząka.- Gdzie forsa?

Ten koleś nie jest idiotą. Nie umie też kłamać. Wie, że zdobycie pieniędzy w krótkim czasie graniczy z cudem. Poza jednym miejscem. Tor wyścigowy. Stęskniony śledził mnie. Ale odkąd? Skąd?

- Zara zobaczymy, czy ją dostaniesz.

Czuję coś twardego wgniatającego się w bok. Kaliber 45 mm.. Przymocowany tłumik. Mogę się mylić. W temacie broni żaden ze mnie znawca. Wiem jedynie, że musisz czyścic ją. Inaczej zawodzi.

- Zaraz zobaczę, czy w ogóle ją masz.
- To dowcip?
- Takie małe zabezpieczenie na wypadek nietaktowności z twojej strony – odpowiada.- Masz forsę?
- A wyglądam na takiego?

Jego prawe oko zamyka się. Nie chce patrzeć na czyjąś śmierć?

- Słyszałem to już setki razy i za każdym dusiłem w sobie śmiech. Nie uwierzysz, jakie słowa przychodzą niektórym na język w ostatniej minucie. Strach to jedyny przyjaciel na ten moment...
- I to od niego spodziewaj się kwiatów na swoim pogrzebie – syczy za nim Terence.

Wrócił w dobrym momencie. Po kształcie ubrania rozpoznaje, że dłonią schowaną w kieszeni trzyma rewolwer. Obydwaj umieją trzymać w sekrecie zabezpieczenia. Prawdziwi fachowcy.

- Twój kolega?- pyta mnie wilk.
Na te pytanie odpowiada niepytany jeleń:
- Mam już chłopaka.
Brzmi to dziwnie i mocno. Tak samo musi rozumieć wilk. Wydaje pojedynczy chichot.
- Proszę, zdradzasz go?
- A chcesz pójść do piachu z tym uśmiechem?
- Tak naprawdę chciałem obejrzeć wyścigi. Na was trafiłem przypadkowo.- Patrzy na mnie chowając broń.- Panowie, w ramach przeprosin proponuję przejść do baru na górze. Tam również pooglądamy orzełki, ale w spokoju i z czymś mocniejszym pod ręka.
- Zaufać mu?- pyta Terence.
- Zaprasza na drinka. To dobry powód do zachowania ostrożności.

***

Z pomieszczenie przez szerokie okna widać cały tor jak na dłoni. Dobrze. Widzę, że wielu wymiotło na trybuny. Każdy próbuje. Barmana wcięło. Kelnerów też. Nie potrzeba świadków. Nasza rozmowa odbędzie się w ,,przyjacielskim” gronie. Jasssne...

- I wystartowali!- krzyczy sprawozdawca. Wywołuje zamieszanie wśród widzów. Nie mniej jak sam wyścig.

Na tor wbiega dziesięć orłów z odciętymi skrzydłami. Mają biec, nie latać. Na czele wysuwa się czerwony, za nim biegną złoty i biało-czarny. No, Zig Zag idzie z wiatrem. Dajesz, orzełku. Wyprzedza złotego i jest tuż, tuż za czerwonym. Odwracam wzrok. Mam dość. Odechciewa się zobaczyć, kto wygra. Przegram. To pewniak. Wpływ obecności wilka.

- 1 okrążenie za nami! Zostały 2 – ogłasza sprawozdawca.- Na czele Red Eye, za nim Zig Zag i Golden Sword, potem Black Singer.

Wnętrze urządzono w stylu kolonialnym. Umiem poznać. Podobny widziałem w albumie dziadka. Miał fioła na punkcie historii. Zbierał wycinki, pożyczał książki. Opowiadał mi o dziejach Meksyku i Peru. Szkoda, że nie pożył dłużej.

Na ścianach, naprzeciwko okien, wymalowano azteckie malowidła przedstawiające bitwy z czasów konkwistadorów. Niezłe ujęcie. Jaguar za pomocą pałki z kolcami rozbija łeb kota, wilk jadący na szarym orle przebija mieczem naraz dwa smoki. Umierający kojot zostaje zastrzelony ze strzelby. Nieliczni silni przeciw mrowiu słabych. Skąd ja to znam? Patrzę w górę. Sufit przyozdobiono wizerunkami zdobywców. W miarę dobrze namalowani. Wąsy, zbroje, hełmy. Każdy podpisany i oznaczony datą urodzin i zgonu. Wiedziony ciekawością czytam. Wielu ich : Francisco Pizarro (16.03.1478 – 26.06.1541), Diego de Almagro (1475 – 8.07.1538), no i mój imiennik, Hernán Cortés ( 1485 – 2.12. 1547 ). To nie wszystko. Portrety otaczają mapę Ameryki Łacińskiej. Oznaczono na niej wyprawy tych facetów. Wielu ich było. Walczyli, poszukiwali, umierali. Za nic. Żeby przegrać. Powtarzamy ich błędy.

Wilk zachowuje pozę gospodarza. Dobrze ją gra.
- Ja stawiam.
Wchodzi za barek Ze ściany wypełnionej przeróżnymi specjałami ściąga buteleczkę spirytu. Co kombinujesz? Spijesz nas i zastrzelisz? Znana metoda na pijaka. Upić czujność. Zapić ją i ustrzelić, kiedy nie masz szans na obronę. Taki numer robiłem sobie dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj. Drugi raz nie dam się nabrać. Morfina dodała mi nowych skrzydeł. Będzie dobrze.

Przy butelce stawia 6 małych kieliszków i rozlewa do nich trunek.

- Po 2 na każdego?- pyta Terence.- Czy to aby nie za szybko?
- Nie. Po robocie inaczej nie prostuję nerwów. 6 porcyjek to dobre lekarstwo.

Odstawia butelkę. Z marynarki bierze pudełeczko zapałek. Zapala jedną. Zwinnym ruchem przeciąga płomień nad szklankami. Słyszę ciche pryknięcia i 6 płomyczków pali się na ladzie. Nieźle...

- Podobało się?
Terence nie przestaje w niego mierzyć. Wchodząc tu, wyciągnął broń z kieszeni.
- Pogrywasz z nami? Uważaj. Mam dobre oko.
- Czy koledze coś dolega – zwraca się do mnie.- Jest narowisty.
- Chyba go obraziłeś – mówię.- Nie spodobała mu się wcześniejsza uwaga o jego przyjacielu.

Wilk wzdycha. W jednym momencie wypija dwa kieliszki, zdmuchując wpierw płomyczki.

- Ekhm! Ekhm! Ekhm!- kaszle. Wali się w tors.- Mocne.- Patrzy spod łba na Terence'a.- Za poważnie bierzesz niektóre dowcipy.
- A ty niepoważnie odzywasz się kiedy nie trzeba.
- No, no, no, idziemy w gierki słowne? Jak tam chcesz. Mam taki nawyk, że wyszukuję dany temat i ciągnę go... ile wlezie. Na ten przykład... ty wolisz chłopców. Podnieca cię, jak młodzik – słodyś nadstawia dupcie, bo wtedy ci staje. A potem ty nadstawiasz swój tyłek i on cię ujeżdża. Cwel z ciebie.
- Zig Zag na prowadzeniu!- grzmi sprawozdawca.- Ostatnie okrążenie i wygra!
Nie muszę zgadywać, za ile sekund ściana szkieł za nim nabierze większego kolorytu. Czas wkroczyć.
- Czemu go prowokujesz?- pytam.
Wypija dwa kolejne kieliszki.
- Sorry, taką mam pracę. Przyjemna, ale stresująca. Muszę się na kimś odreagować. A ten gość – wskazuje na jeleń – to chodząca kpina, z której można się pośmiać. Nie jest prawdziwym facetem. Uwielbia, kiedy...
- Ty szczerze nienawidzisz swojego życia, prawda?- Terencea przesuwa lufę tak, by trafić jego w głowę.- Ciekawe, jak się teraz czujesz, kiedy ktoś mierzy do ciebie?
Wypija 2 ostatnie i przechyla głowę nad pustymi szklankami.
- No dalej, cioto, strzelaj – mówi z cynicznym uśmiechem.- Zrób mi tą przyjemność. Choć raz zrób naprawdę coś męskiego.
- Terencea, nie warto – szepczę.- Chuj z niego jest, ale narobisz hałasu i trzeba będzie zwiewać.
- A myślisz, że jak pierwsi z stąd wyjdziemy, nie wpakuje nam kulki w plecy?
Wilk widocznie zauważa, że nasze twarze są blisko siebie, bo pyta:
- O czym szepczecie? Który któremu obciągnie?
- Czy załatwić to tu, czy przed torem – odpowiada Terencea.- Mi bez różnicy. Takiego bym zabił tu i teraz.
- Widzę, że nic tu po mnie.

Wychodzi zza baru. Nie wydaje się ucieszony, że przeżył. Jest znużony. Liczył na strzelaninę w miejscu publicznym? Czy ktoś zwróciłby uwagę na trzech samotnych siedzących w pustym barze nad trybunami? Wystrzały zmusiłyby ich do zawiadomienia policji? Czemu? Kogo obchodzi 3 pijaczków, którzy nie umieją strzelać? Tak napiszą. Wyścig jest ważniejszy. Na torze dzieje się walka bogów.

- Proszę państwa, coś niesamowitego! Zig Zag wywraca się tuż przed linią mety! Niewiarygodne! Po ostatnim okrążeniu był pewniakiem, ale w jednej chwili skończył ze złamaną nogą. Wyprzedza go Black Singer! Black Singer wygrywa wyścig! Drodzy państwo, tak tworzy się historia!

Wilk przechodzi blisko nas. Żegna się skinięciem kapelusza. W wejściu przystaje. Spogląda na tor.
- Kojocie!- woła.- Twój orzełek przerżnął, zgadłem?.- Poprawił kapelusz.- Jutro forsa albo pierwsza rata. Siemka.

Zostawia nas. Całe szczęście. Jedyni zdrowi na statku wariatów. Na trybunach widzowie ujawniają skrytą dzikość. Plują, klną, bezsensownie gadają. Pomiędzy rzędami wybucha kilka bójek. Zwycięscy nie wytrzymują. Ujadają na widzów siedzących wokoło. Ściskają przypadkowo złapanych gości. Wieczór obleją resztkami, jakie im zostaną na dzień. Na tydzień. Nie da się cieszyć okrągły rok. Uciechy przychodzą spóźnione. Przegrani to wiedzą. Dzisiejszego wieczoru paru zawiśnie. Z własnej ręki lub ktoś im pomoże. A na mnie nie pasuje żaden sznur.

Terence masuje dłoń. Długo przytrzymywał spust. Chwała mu za czujność.
- To co robimy?
- Jak co? Idziemy do ciebie – mówię.- Nic tu po nas.
Poklepuje mnie po plecach.
- Nie łam się.
- Już dawno sam siebie załamałem. A z tobą?
- Tamtego zjeba odreaguję z Frankiem. No i z tobą.
- Miło słyszeć.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział V cz.II (+18)
Wysłano: 10.12.2014 12:06
husky / wilk
Anthro
Przepraszam wszystkich, ale dopiero teraz spostrzegłem drobne błędy natury dyslektycznej w tym rozdziale.(Dlaczego tak późno?! --k ) Mam nadzieje, że to nie przeszkodzi w czytaniu.