Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Fantomfur - Fachowiec cz.IV  
Autor: trajt
Opublikowano: 2015/3/13
Przeczytano: 506 raz(y)
Rozmiar 9.94 KB
1

(+1|-0)
 
Fantomfur coraz mocniej przyciskał guzik dzwonka. Neuro-kable nie przestawały przesyłać impulsów bólu. Gdyby musiał, poświęciłby dłoń. Minimalny sukces i związane z nim straty może przynieś duże zyski.

Przestał, gdy zjawił się recepcjonista.
- W czym pomóc?- zapytał siwy wyder. Nagłe przybycie klienta zaskoczyło go. Drapiąc się obiema górnymi rękami po głowie, dolnymi otworzył księgę gości.
- Dzisiaj wyjeżdżam.
- Coś przeszkodziło w urlopie?
- Wręcz odwrotnie, niestety wzywają mnie sprawy niecierpiące zwłoki.
- Rozumiem.- Popatrzył w księdze.- Czy zechce pan odebrać resztę zapłaty za niewykorzystane noce?
- Nie zamierzam. Jest dla pana.- Rzucił na ladę garść banknotów.-I to też.

Staruszek omal zemdlał, sprawdzając banknoty. Przetarł okulary. Nie mógł uwierzyć, że nominał na każdym papierku miał co najmniej dwa lub trzy zera.

- Czy czegoś potrzeba?- spytał speszony.
- Kurs franka albo dolarów w stosunku do drachmów. I proszę szybko, śpieszy mi się.
Recepcjonista zajrzał do zeszyciku.
- Płacą 1 do 3 dla franka, 1 do 6 dla dolara.

Fantomfur bąknął: ,,Dziękuję” i poszedł w kierunku schodów. Chciał prędko dostać się do pokoju. Kroki stawiał nieostrożnie, na co drugim, trzecim stopniu. 3 piętra przeszedł bez żadnego wysiłku. Pośpiech mógł go drogo kosztować. Myśli nie nadążały za ruchami. Gorąc przegrzanych neuro-kable przenikał mięśnie, krwiobieg i kości. BÓL! BÓL! BÓL! - płynęło wewnątrz nich. Wysoka cena za pośpiesznie opuszczenie łani. Złapał pierwszą zauważoną taksówkę i kazał się migiem przywieść do hotelu. Musiał tam dotrzeć w ciągu godziny, inaczej zostałby przyłapany w barze.

,,Musiała to zrobić, myślał gorączkowo. Zawiadomiła policję, inaczej nie wymyśliłaby takiej rozgrywki!”.

Kiedy doszedł pod drzwi, chwycił za klamkę i przystawił do czytnika kartę gościa. Czujnik zapiszczał i zwolnił zamek. Wszedł. Był w ciężkim położeniu. Większość rzeczy leżała na wierzchu, porozrzucane po całym pokoju. Realizm bycia turystą za bardzo go pociągnął - zestaw naprawczy leżał po nocnej naprawie zwyczajnie na stoliku, a schowek walizki zostawił nierozważnie otwarty na oścież.

Wpierw zażył adrenaliny. Włożył rękę do ust i z samego tyłu szczęki, z prawej strony, wyjął plombę. Wewnątrz ukrył niewielką pastylkę. Przegryzł ją i połknął zawartość. Poczuł potężny zastrzyk energii.

Zaczął działać. Przerzucił rzeczy ze schowka wraz z zestawem naprawczym do bagażu podręcznego. Gdy upchnął niepotrzebne ubrania do walizki, odkręcił koniuszek lewego kciuka i skropił je płynem ze środka. Oblany materiał zaskwierczał i na powierzchni pojawiły się blade płomyczki. Kwas działał idealnie. Nie miał wiele czasu na spakowanie. Łania dała mu to do zrozumienia. Czemu nie zrozumiał prawdziwego znaczenia spotkania?

- Uciec w jednym kawałku z Kalidlioroi - wspomniał słowa łani.- Musiała zawiadomić policję. Powiedziała im o zabójstwie Pinka. Chce mnie sprawdzić. Podała mój wygląd, adres. Wzmocnią ochronę, zablokują kosmodromy, przeszukają tę oraz inne wysepki. Postarają się mnie dopaść.

Popatrzył w lustro wiszące na szafie. Ujrzał rudego polskiego ogiera. Teraz tak wyglądał. Taki rysopis dostała policja. Ma przewagę. Zmieni wygląd. Wystarczy minimalna zmiana i uda mu się uciec niepostrzeżenie. Zniknie w tłumie i spokojnie wsiądzie na dowolny kosmolot. Ale umiejętna charakteryzacja, zmiana kolorytu futra, kształtu uszu, twarzy, wymagała czasu. Tego miał mało lub wcale.

- Z konia trudno zrobić zająca.- Przejrzał się.- Kocur też odpada. Co by tu... Mam!

***

Na hotelowy parking wjechała kawalkada policyjnych poduszkowców i opancerzonych motocykli transportowych. Za nimi nadjechał lekki szturmowiec gąsienicowy z wmontowany na dachu działkiem karabinowym. Obsługiwało je 3 żołnierzy. Było to wsparcie w możliwym szturmie. Po przyjeździe grupy na pobliskich ulicach zaroiło się od gapiów. Sklepikarze, turyści, powracające ze szkoły dzieci zatrzymywali się i patrzyli, zatrzymując i pokazując innym przechodniom całe zajście.

Wtargnięcie sił antyterrorystycznych na teren hotelowy było czymś rzadko spotykanym na Kalidlioroi. Zapowiadało się rześkie popołudnie.

Z pojazdów zaczęli wyskakiwać pierwsi antyterroryści. Nosili jasno białe uniformy z naszytymi na nie kawałkami pancerza. Płytki metalu połyskiwały.

- <Byle brać, dorwać, złapać żywcem – nakazał kapitan wychodząc z kabiny kierowcy z głośnikiem.-I odgonić tych idiotów!>

Antyterroryści posłusznie odsunęli tłum zza krawężnik, na przeciwległą stronę ulicy, i ustawili kordon. Po chwili dołączyli do nich policjanci.

-<Na pewno tu mieszka?- spytał podporucznik w zwykłym, szarym mundurze. Miał za zadanie pozostać oficerem łącznikowym.- Pomyłka byłaby niewskazana w obecności tylu cywili>.
-<Adres hotelu się zgadza. To musi być tutaj>.
-<Proszę pamiętać, że operację wykonujemy pod przykrywką ćwiczeń. Nie muszę tłumaczyć, czemu nie ujawnimy jej prawdziwego charakteru>.
-<To będzie proste aresztowanie – odparł dumnie kapitan.-Nawet jeśli zamierza stawić opór, zmięknie na nasz widok>.
-<I to mnie niepokoi.- Podporucznik zaciągnął się papierosem.-Czemu tamta kokietka go wydała? Mogła być jego wspólniczką>.
-<To niedorzeczność.- Kapitan uniósł głośnik.-Jazda, zaczynamy!>

Na dany znak 5 antyterrorystów – na przedzie 2 tarczowników, niosących duże, prostokątne tarcze, i 3 strzelców za nimi, wbiegło do środka. W recepcji zastali starego wydra i pasiastego osła w ciemnych okularach, przy którego nogach stała walizeczka.

Podchodzili powoli. Strzelcy nie opuszczali broni. Cały czas mierzyli do obydwu mężczyzn.

- <O rzesz, co się dzieje?>- spytał na widok grupy recepcjonista. Uniósł obie pary rąk w górę.
Podobnie uczynił osioł, unosząc jedną tylko parę.
- <Gdzie mieszka pan Kranczek?> - rzekł hardo jeden z grupy. Pozostali zachowali milczenie.
- <Pan Kranczek? A co on takiego zrobił?>
- <Gdzie jego pokój?!>
- <14 na 4 piętrze, ale on...

Nie usłuchali. Pobiegli schodami.

- Widział pan?- zwrócił się wściekły do turysty.- Znowu komuś coś przyszło do głowy.
- Nadgorliwość służb porządkowych bywa okropna – powiedział osioł.
- Ale Kranczek? Co ten koń niby złego zrobił? 2 dni siedzi i już nabroił?! Tak spokojny i miły.
- A co pan o nim powie?
- E, dziwny był, ale grzeczny. Wynajął na 4 dni, a zostały mu jeszcze 2. A przed chwilą, tak jak pan, pytał o kursy walut. Dziwny przypadek.
- Tak, bardzo dziwny.- Osioł skinął kapeluszem na pożegnanie.- Uszanowanko i dziękuję za pomoc.

W drzwiach minął następną, teraz już większą, grupę antyterrorystów – 4 tarczowników, 8 strzelców i 3 grenadierów dźwigających przenośny moździerz. Ostatni kazał mu odejść: ,,Spadaj pan, bo będzie tu gorąco”. Usłuchał.

Przed wejściem dwóch policjantów ściągnęło go i odprowadziło zza barierkę. Gdy to zrobili, zapytał, czy wygląda na konia. Obaj powiedzieli, że jest osłem, bo autentycznie wyglądał na osła i zachowywał się jak osioł, skoro stał jak idiota.

Turysta wyszczerzył kretyński uśmieszek. Wykonane na szybko przebranie wypadło przekonywająco. Dobrze wykalkulował, wybierając w miejsce ogiera pasiastego osła. Za model posłużył ustrzelony wczoraj zeber. Różnic do zniwelowania miał niewiele. Wystarczyło wydłużyć uszy, skórę umalować szarym pigmentem w sprayu, jedyny jak zabrał, a z ogona zedrzeć większą część włosów, pozostawiając kitkę na końcu i wykorzystać resztki pasty do tygrysich pręgów. Dla pewności zmienił też wysokość z 2 metrów na 1,63.
Przyzwoicie wykorzystał darowany mu czas.

Z daleko dobiegł go wybuch. Dopiero zaczęli? Nieświadomie mu pomagali. Wejdą z opóźnieniem, bojąc się ewentualnego kontrataku od niego. Gdy nic takiego nie nastąpi, wejdą. Drobny bałagan zaskoczy ich. Niczego nie zostawił. Ubrania spalił kwasem. Podobnie zniszczył walizkę. Mało znajdą, ale nie jego. Przeczeszą pokój, zmarnują czas. Na głupa zapytają recepcjonistę o rudego ogiera. Zniknął, usłyszą.

-Spóźniliście się – rzucił pod nosem.-Moje na wierzchu.

Szedł z podręczną walizką przy boku. Cały czas patrzył przed siebie. Wystawy sklepów i kiosków z pamiątkami i z leniwymi sprzedawcami były gdzieś tam. Kłótnie o cenę, o jakość. Wyłapywał je sensorami. Turystki żądały łamaną angielszczyzną zniżki. Pijani podróżnicy z frachtowców uwodzili czterorękie heterie (prostytutki) w tanich knajpach.

Wiele z lokali wstawiło na ścianach reklamowych okna z żywą przynętą. Rzucił okiem na jedną. Jakaś wydra tańczyła wewnątrz na rurze. Na moment zawisła do góry nogami, opierając o słupek dolną parę rąk. Górną masowała piersi. Ze środka dobiegały pijackie wycia. Szklana ściana była zamontowana także z drugiej strony. Zobaczył twarzyczki wlepione w tancerkę.
Skrzywił się. Podziękował za taką ,,zachętę”.

Zmierzał do najbliższego przystanku taksówkowego. Poza ucieczką nie widział konkretnego celu. Zatrzymał się i spojrzał w szybę wystawy sklepowej. Wymienił uśmiech z odbiciem pasiastego osła. Należało odwiedzić tajemnicza nieznajomą. Czy mógłby uciec bez pożegnania? Podała mu swój adres. Czemu nie skorzystać?

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.