Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Iblis - Stwórcy I  
Autor: Iblis
Opublikowano: 2015/4/14
Przeczytano: 500 raz(y)
Rozmiar 12.92 KB
1

(+1|-0)
 
Podkład muzyczny

Bogowie. Istnieli od zawsze. Choć Nie wszyscy. I nie tylko w wyobrażeniach-często mylnych-rozumnych istot. Każdy tworzył niezliczone światy i ich mieszkańców. Ci jednak prawie nigdy nie czcili swoich Stwórców. Rzadko potrafili czuć bliskość sowich Matek czy Ojców. Niekiedy w jednym świecie rządził więcej niż jeden Stwórca. Walczyli wtedy o wyznawców. Czasem darami i cudami, a czasem krwawymi wojnami i innymi nieszczęściami Każdy z nich potrzebował miłości i ubóstwienia. To dawało im siłę...

Aren przemierzał błotniste drogi Sean, małej miejscowości, do której właśnie zawitał. Był to wysoki młody mężczyzna(wszak dwadzieścia dwie wiosny to niewiele) o długich blond lokach. Był Królewskim Posłańcem. Czasem przekazywał informacje, czasem zbierał podatki, a czasem przewoził cenne przedmioty i surowce potrzebne w różnych częściach świata. Wiadomo, na zimę trzeba zrobić zapasy a bez soli to niemożliwe. Praca była ciężka i niebezpieczna, ale dobrze płatna. Za jeden "kurs" Aren mógł co tydzień kupować nowy dom czy raczej mały pałacyk. Ludzie rzadko podróżowali nie tylko ze względu na rabusiów, ale i różne niebezpieczne stworzenia czyhające wszędzie. To dlatego Posłańcom wiodło się tak dobrze, choć krótko.
-Dawaj! Bij! To lisi demon! -z rozmyślań wyrwały go krzyki i skamlenie
Normalnie nie zwróciłby na to uwagi, ale był wyznawcą Aname -Lisiej Bogini- która w tym rejonie była znienawidzona. Pomińmy jednak fakt, że mężczyzna oddawał cześć bogini(co powszechnie budziło drwiny). W Sean czczono Rene -Świętą Gęś. Jak wiadomo lisy zjadały gęsi hodowane przez ludzi na terenach łowieckich tych rudych zwierząt.
Chwycił lagę leżącą na wozie i wszedł na podwórko skąd dochodziły krzyki dzieciaków, które znęcały się nad "wysłannikiem" Aname.
-Won mi stąd! W tej chwili! -hukną na zgraje
-♥♥♥♥♥♥♥♥♥♥ wieśniaku! Mój tata jest sołtysem! Zetnie ci łeb! -odkrzyknął- najwyraźniej przywódca tej straszliwej bandy i wrócił do kopania bezbronnego lisa
  • Niech żyje bezstresowe wychowanie! -pomyślał posłaniec
Chwycił synalka sołtysa za kołnierz i rozgonił resztę hałastry paroma machnięciami pałki. Nie omieszkał przy tym trafić kilku w tyłek czy plecy. Następnie bezceremonialnie przełożył smarkacza przez kolano. Na scenie lania spuszczanego przez Arena nastał go ojciec "ofiary".
-Ty psi synu! Skrócę cie o głowę!
Chłopak w dość okrutny sposób "odstawił" synalka na ziemie, a ten wylądował w błocie.
-Trzym twarz wieśniaku -warknął blondyn mierząc w sołtysa drzewcem
Sołtys okazał się być łysiejącym jegomościem o bardzo dużych mięśniach... Zwłaszcza piwnych. Ubierał się próbując naśladować styl z wielkich miast, ale ktoś mu chyba nie powiedział, że ta moda minęła dekadę temu.
-Jakim prawem... -zaczął, ale przerwał na widok odznaki Posłańca
-Pomijam względy religijne, ale znęcanie się nad zwierzętami to inna sprawa… Poza tym myślałem, że zaprzestano dekapitacji w Królestwie Arcium, nawet na takim zadupiu. Chyba porozmawiam sobie na ten temat ze skrybami króla.
-N-nie możesz –wybąkał
-Ależ owszem-mogę! A teraz zabieraj gówniarza. Na wozie jest sól-ładunek na zimę. Odprowadź wóz pod karczmę.
Wziął na ręce ledwo żywe i krwawiące stworzenie i ruszył do konia. Zabrał wszystkie swoje rzeczy i odczepił go od wozu. Ruszył wolno by nie nadwyrężać lisa, a raczej lisicy. Wchodząc z nią zajazdu wywołał ogólne oburzenie.
-Dajcie ciepłą wodę i czyste płótno! –rzucił do karczmarza, a widząc jego niechęć dodał- Jestem posłańcem! Jak się nie ruszysz to Spale te budę!
Może i nadużywał w tym momencie swoich przywilejów, ale nie liczyło się nic innego poza ratowaniem przedstawicielki Aname. Gdy na stół gdzie leżało zwierze trafiła miska z wodą i materiał zabrał się za oczyszczanie ran. Następnie z pomocą ziół z sakiewki u pasa założył opatrunki. Każdy posłaniec musiał umieć takie rzeczy -od tego może zależeć jego życie. Gdy skończył poprosił o mleko dla Rudej –tyle w kwestii imienia udało mu się wymyślić. Zamówił też obiad dla siebie i piwo za które zapłacił –zdawało mu się- mniej niż zwykle. Zjadł nie zwracając uwagi na szepty skierowane w jego stronę.
Podeszła do niego młoda dziewczyna, może córka właściciela albo zwykła pracownica.
-Przepraszam, Panie. Czy to prawda, że spuściłeś lanie synowi sołtysa?
-Miał szczęście, że i jemu nie spuściłem. –rzekł chłodno
Dziewczyna z uśmiechem na ustach wyjaśniła Arenowi co dzieje się w Sean. Jak to sołtys i jego pierworodny dają innym do wiwatu. Gdy tylko cała sytuacja się wyjaśniła przestano nawet zwracać uwagę na liska pochlipującego na stole mleko.
-Na długo zawitałeś, Posłańcu? –spytał karczmarz stawiając przed blondynem piwo
-Jeszcze dziś wyjeżdżam. –odparł patrząc pytająco
-Powinienem zdążyć. Jedziesz pewnie do Elenii, co? Mógłbyś zawieść moje rozliczenie do cechu?
-Taka moja praca. Przynieś kwit i pieniądze. Następny posłaniec przywiezie potwierdzenie.
-Dzięki ci! Piwo masz na mój koszt.
  • Opłaca się dobry uczynek –pomyślał- Ale co ja z tobą zrobię? –popatrzył na Rudą
Przez to co uczyniła okoliczna zgraja młodocianych, miała spuchnięte oczy tak, że pozostawała chwilowo ślepa. Ale opuchlizna zejdzie i będzie dobrze.
  • Zaopiekuje się twym wysłannikiem, pani –pomodlił się w duchu- Jeśli pozwolisz to zostanie mym towarzyszem podróży.
Towarzystwo to jednak towarzystwo. Choćby i zwierzaka. Popołudniem zebrał wszystkie rzeczy i wóz, a także rozliczenie dla cechu i ruszył na południe. W Elenii będzie na niego czekać następne zlecenie. Tylko zlecenie…

Zmierzchało gdy dojechali do przydrożnego zajazdu. Na noc lepiej było się gdzieś zatrzymać... Mimo, że wszystkie (a przynajmniej te, które się pokazywały) istoty Otchłani zostały wybite przez rycerzy Arcium to noc pod gołym niebem nie należała do przyjemnych. Zwłaszcza gdy zanosiło się na deszcz.
Koniem zajął się syn właściciela, a gdy Aren przekroczył próg został powitany w starym niemal zapomnianym zwyczaju...
-Witaj Posłańcu! Daleka droga za tobą?
-Witaj Gospodarzu! Nie droga za mną lecz przede mną jest ważna.
-Zatem niech gwiazdy ci sprzyjają.
-I niech chronią twój dom. Przeczekam tylko deszcz, rano wyruszę dalej.
-Każe przygotować pokój. Życzysz sobie czegoś jeszcze?
-Jakąś kolacje, ciepłe mleko i słodką bułkę
Jak się okazało Ruda była łakoma na wszelkie słodycze, wyjadła posłańcowi niemal wszystkie jakie miał. Łącznie z marcepanowymi kulkami i czekoladą.
Zaniósł ostrożnie wciąż słabe zwierze do wskazanego pokoju. Od razu widać było, że to rodzinny interes. Pewnie jeszcze z dziada pradziada... Mimo, że budynek był widocznie stary był zadbany. Nigdzie nie było widać próchniejących desek, sitowie było świeże, a łóżko wolne od pcheł. Takie przydrożne karczmy były lepsze, o nie się dba... Nie to co niektóre w miastach...
Zjadł w samotności przyglądając się Rudej. Zadziwiał go jej apetyt. Sam dostał sporą porcje jajecznicy na szynce z cebulą i świeży chleb. Wyjrzał za okno, do miasta było jeszcze z trzy dni drogi... I jakoś nie zapowiadało się na dobrą pogodę.
Zasnął wsłuchany w deszcz stukający o szybę i przytulony do drobnego ciałka lisicy.
Sen miał niespokojny i urywany. Gdy wreszcie się wykrystalizował Aren zdusił krzyk. Oto przed nim stała Aname, lecz różniła się od wizerunków posągów w świątyniach. Żaden nie potrafił oddać jej majestatu. Stała na dwóch nogach-czy raczej łapach-pysk miała nieco spłaszczony, bardziej ludzki. Jej futro lśniło własnym blaskiem, a zza pleców wyłaniała się burza rudych ogonów o białej końcówce. Nie siedmiu jak w świątyniach, a dziewięciu. Już sobie wyobrażał jak poprawia wszystkie posągi w kraju gdy spojrzał jej w oczy. Nic nie było w stanie ich oddać, zwłaszcza kamień. Szarobłękitne, żywe i lśniące. O pionowej źrenicy, choć tak ludzkie.
Znajdowali się w pustce, wśród ciemności...
-Nie lękaj się - usłyszał wibrujący głos w swojej głowie
-Pani ma! -chciał paść na kolana, ale jej głos go powstrzymał
-Daruj sobie. Nie lubię jak bijecie mi pokłony... Przemyślałam twoją prośbę i przychylam się do niej. Moja wysłanniczka pozostanie z tobą. Przeleje w nią część swej mocy. Opiekuj się nią dobrze.
-Dziękuje ci Pani
Sen urwał się, a Aren podniósł się z krzykiem
-To tylko sen... -uspokoił sam siebie
Ruda poruszyła się niespokojnie.... Nie! To nie ona! Chłopak zerwał pościel z posłania. W miejscu gdzie powinien znajdować się mały lis leżała Aname. Czy raczej coś co ją przypominało, wszak było mniej majestatyczne i miało tylko jeden ogon.
-Co jest? Śpij... I przykryj mnie zimno mi -mruknęła
-Pani!
Lisica podniosła się i spojrzała na niego tymi samymi oczami co we śnie.
-Nie jestem Aname, daruj sobie. Śpij, porozmawiamy rano.
Jej głos nie znosił sprzeciwu. Cóż więc robić? Nakrył ich i odwrócił się placami. Tłumaczył sobie, że to tylko lis... Co z tego, że jest kobietą, ma piersi, jest naga i są w jednym łożu... Czując ciepło na twarzy i plecach wyczekiwał świtu, gdy Ruda spała sobie spokojnie przytulona do Arena...

Ruda obudziła o świcie się przeciągając iście zwierzęco. Aren wstał sztywny i niewyspany. Zszedł na dół po śniadanie. Gospodyni na jego życzenie przygotowała chleb ze smalcem i owsiankę, a także spory kawałek ciasta drożdżowego i kawałek zimnego kurczaka.\
-Smacznego -rzekł podając lisicy jej porcje
Zjedli w milczeniu wsłuchani w deszcz. On siedząc na krześle, ona przykucnięta na łóżku. Ruda pochłaniała kurczaka i placek machając radośnie ogonem, Aren za to siedział strapiony. Stwórcy mieli jednak poczucie humoru! I to nie byle jakie... Pierwszy lepszy napotkany człowiek sprowadzi na nich kłopoty jeśli tylko ujrzy wysłanniczkę Aname.
-Przyniosę ci płaszcz, Skryjesz się, a gdy dojedziemy do miasta coś wymyślimy...
-Nie mam zamiaru nosić ubrań! -zjeżyła się
-A jak masz zamiar ze mną podróżować? Jak ktoś cie zobaczy uzna, że jesteś Otchłańcem.
-Ha! Czy wyglądam jak jedno z tych stworzeń?
-Nie, ale...
-No więc widzisz. Poza tym spokojnie-Aname dała mi część swej mocy. Potrafię udawać zwykłego lisa...
Mało było to pocieszające, ale co zrobić? Musiał zaufać swej bogini...
-Czym... Kim tak właściwie jesteś? I jak się do ciebie zwracać?
-Ja? Jestem lisem. Nie widać? -wykonała mu piruet przed nosem- I mów mi Ruda. Tak mnie przecież nazwałeś.
-Ale to było zanim stałaś się
-Kim? Wszak dalej jestem tym małym lisem. Tak przecież myślisz -uśmiechnęła się chytrze
Mina mu zrzedła. Czy ona?
-Tak słyszę twoje myśli. Te w nocy też słyszałam. Dawno nie miałeś samicy! -roześmiała się głośno- Spokojnie, nikt nie usłyszy. Rzuciłam czar...
Posłaniec podsumował wszystko w myślach... Za towarzysza podróży miał lisa przemienionego przez jego boginię, który czytał w myślach i rzucał czary...
-A jak...
-Jestem na mistrzowskim poziomie. Do arcymagów jeszcze brak mi wprawy, ale jestem silniejsza.
Zapadła chwila milczenia, po której wyciągnął rękę.
-Właściwie... Mów mi Aren -rzucił nieśmiało
-... Ruda -uścisnęła mu dłoń kalecząc ją pazurami- Wybacz!
Rana zasklepiła się natychmiast
-Właściwie jestem ci winna podziękowania za uratowanie
-Nie ma o czym mówić...
-Chciałeś wyjechać po deszczu... Bądź gotowy za godzinę...
Zrozumiał dopiero gdy załadował wóz zapasami kupionymi od właścicieli zajazdu. Ruda swoją mocą sprowadziła słońce. Gdy wrócił do pokoju zastał tylko zwyczajnego małego lisa siedzącego na posłaniu. Chciał wierzyć, że to było tylko przewidzenie, ale głos rozbrzmiewający w głowie mu na to nie pozwolił
-Nie zwlekajmy! I nie chowaj tych miodowych bułek, jestem głodna! -usłyszał
Lis ziewnął i w paru susach znalazł się na ramieniu chłopaka. Nie omieszkała go polizać po policzku i ugryźć w ucho by się pośpieszył. Ruszyli dalej wśród parującej wody i ciepłym promieniom słońca...
-Mogłaś nie przesadzać... Jest początek jesieni -rzucił gdy oddalili się od karczmy
Odpowiedział mu tylko śmiech i mlaskanie lisiego pyska.
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.