Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Vaalandil Númen "Wspomnienia - Wstęp, Rozdział I"  
Autor: Vaalandil
Opublikowano: 2015/5/13
Przeczytano: 411 raz(y)
Rozmiar 31.35 KB
2

(+2|-0)
 
Wstęp

Drodzy Czytelnicy.
Zanim zagłębicie się w lekturę tego opowiadania i wsiąkniecie w świat otaczający głównego bohatera, pragnę przedstawić Wam garść faktów na temat tegoż właśnie popielatego, jednookiego wilka. Jeśli już wcześniej udało się Wam dotrzeć do moich innych tekstów to pewnie zauważycie, że niektóre fakty różnią się w nich pomiędzy sobą, mogąc wprowadzić Czytelnika w błąd. Jest to spowodowane pewną sprawą, którą przedstawię nieco później. Tymczasem pragnę w spójny i ostateczny sposób przybliżyć Wam historię mojej głównej postaci.
Kim tak w ogóle jest Vaalandil Númen i skąd, oraz kiedy pojawił się na świecie?
Otóż urodził się on 13 marca 1885 roku w Yorku(Wielka Brytania) około piątej rano, głośnym popiskiwaniem oznajmiając swoje przybycie na ziemski padół i wywołując szerokie uśmiechy na pyskach swoich rodziców.
Jego matka, Shy, była prostą wilczycą w wieku 25 lat, o czarnym umaszczeniu i złotych oczach. Jak przystało na porządną gospodynię zajmowała się domem, od czasu do czasu wybywając się na plotki do sąsiadek, równocześnie podpatrując nowe techniki szycia na drutach. Zawsze była pogodna i pełna entuzjazmu, przywołując uśmiech nawet w najcięższych momentach. Inne Anthrenki często pozazdrościły jej takiego nastawienia do życia, podobnie jak anielskiej cierpliwości do męża, którego przez większość czasu nie było w domu.
Crave Númen, śnieżnobiały samiec o niezwykłych, czerwonych oczach na kierowniczym stanowisku w fabryce kapeluszy dla dżentelmenów. Jako nieliczny w mieście, pomimo swojej wysokiej pozycji i niezłych zarobków nigdy się nie wywyższał i słynął w sąsiedztwie z życzliwości i niesienia pomocy potrzebującym, nawet jeśli samemu trzeba było zakasać rękawy.
Biały wilczur słynął ze swojego zamiłowania do literatury, a szczególnie do dopiero rozwijającej się tematyki fantasy. Półki w jego gabinecie były pełne książek i grafik o tej tematyce, podczas gdy plotki w Yorku mówiły o tym, że jego fascynacja owym światem spowodowała porzucenie rodzinnego nazwiska wilka i przybranie obecnego.
Nikogo więc nie zdziwiło, że gdy na świat przyszedł młody potomek tej pary, zostało mu nadane imię wyszukane przez jego ojca w jednej z książek. Ten i ów pukał się w czoło i uśmiechał się z politowaniem, jednakże nic nie było w stanie zburzyć dumy Crave’a i radości Shy, dla których Vaalandil stał się centrum świata. Jego najmłodsze lata w niczym nie różniły się od tych, jakie mijały szczęśliwym rodzinom.
Gdy tylko młody wilczek osiągnął odpowiedni wiek by zacząć edukację w szkole, stało się jasne, że jego talent do nauki i rozwiązywania problemów zdecydowanie wyróżnia się ponad rówieśników, przynosząc dumę nazwisku, z którego początkowo w szkole naśmiewano się głośno. Szczególnie interesowała go biologia, a konkretnie nauka o dzikich zwierzętach, ich budowie i zachowaniu – mógł spędzać długie godziny nad książkami o tej tematyce, wypytując nauczycieli i rodziców o niemalże wszystko, co tylko nasunęło mu jakieś wątpliwości.
Jego pasje sprawiły, że zaprzyjaźnił się z dwójką innych Anthrenów – samiczką pumy o imieniu Eyra i gryfem Quirem. Choć dzieciaki w jego wieku uważały, że Val jest kujonem i nosi się ze swoimi osiągnięciami po szkole niczym paw, jego przyjaciele podchodzili do takiego zachowania z dystansem, a nawet rozbawieniem – wiedzieli bowiem, że młody samiec porzuca swoją dumę wraz z kolejnymi krokami stawianymi na otwartej przestrzeni, bądź też w głębi gęstej i tętniącej życiem puszczy. Czuł się wtedy wolny i był pewien, że w ten sposób pozna sekrety żywych istot o wiele dokładniej, niż pozwalała na to literatura i doświadczenie starszych Anthrenów. I choć Crave i Shy niezbyt pochwalali włóczenie się z przyjaciółmi nieraz do późna w nocy, Valowi udawało się utrzymywać dobre wyniki w nauce i jednocześnie pogłębiać swoją wiedzę praktyczną.
Niestety, to właśnie owa pasja Vaalandila sprawiła, że w jednej chwili całe jego życie wywróciło się do góry nogami. Gdy bowiem w wieku 13 lat młody wilk stracił oko w wyniku strasznego wypadku podczas jednej z wypraw, uszczerbkowi uległ nie tylko jego wygląd. Gdzieś w umyśle Vala zalągł się cień, który kiełkując w ukryciu sprowadził go na zupełnie inną, mroczną ścieżkę życia. Zaczął on prowadzić podwójne życie – z jednej strony był wzorowym, ale cichym i trzymającym się uboczu uczniem, który kurczowo trzymał się dwójki przyjaciół – Quira i Eyri. Z drugiej strony zaś potajemnie przystąpił do podziemnego stowarzyszenia, zajmującego się szkoleniem przyszłych zabójców. Dość szybko okazało się, że i w tej dziedzinie Val jest wyjątkowo pojętny – był szybki, precyzyjny i bezwzględny.
Styczność z wieloma innymi Anthrenami zarówno w trakcie treningów jak i w codziennym życiu szybko ujawniła słabość wilka, którą okazały się samice. Korzystając z okazji i chwili wolnego czasu często rozkoszował się widokiem ich smukłych ciał, jędrnych piersi i pełnych bioder. Także one same dość często zdradzały zainteresowane młodym, przystojnym i dobrze zbudowanym wilczurem, któremu najwyraźniej maniery i piękno nie były obce a blizna na pysku zdradzała, że jest o wiele bardziej doświadczony niż wskazuje na to jego wiek. Mając 15 lat, Val zdołał po raz pierwszy doświadczyć przyjemności związanej z bliskością ciała nagiej samicy, mogąc zrobić coś więcej niż tylko patrzeć i podziwiać je z dala. Dla Vala była to wtedy czysta i prawdziwa miłość, której jednak nie udało mu się przy sobie utrzymać. Od tamtej pory młody samiec nigdy nie wiązał się uczuciową z żadną ze swoich partnerek. Tej zasady wilczur trzymał się jeszcze przez bardzo długi czas, mając w swoim życiu więcej partnerek niż niejeden londyński kobieciarz.
W wieku 16 lat Vaalandil opuścił York. Całe sąsiedztwo obiegła wieść, że młody Anthren wylatuje z rodzinnego gniazda i zamierza osiąść w Padwie, by kontynuować swoją edukację na tamtejszym uniwersytecie. Było to oczywiście kłamstwo, w które zostali wciągnięci zarówno jego rodzice jak i dwójka przyjaciół. Co prawda Val faktycznie udał się do Włoch i Padwy, ale tylko po to, by wykonać tam swoje pierwsze oficjalne zlecenie zabójstwa.
Przez kolejnych osiem lat cień w umyśle wilka rósł wraz z kolejnymi ofiarami, których krew spływa po jego łapach. Zła sława Vala szerzyła się w całej Europie i Ameryce, podczas gdy policja i detektywi pozostawali bezradni w jego schwytaniu – samiec doskonale zacierał za sobą ślady, bądź też pozostawiał takie które prowadziły do konkurencyjnych zabójców i niewinnych mieszczan. Dorosły już wilczur porzucił swoją tożsamość, znany w „zawodzie” jako John Grey, wywołując tym pseudonimem chłodny dreszcz przebiegający po plecach wymawiających go wieczorami w pubach Anthrenów. Przede wszystkim lubował się w broni białej, którą władanie opanował do perfekcji, podczas gdy po broń palną sięgał niechętnie i jedynie w ostateczności.
Swego czasu krążyła nawet pogłoska, że miał się nim zainteresować Scotland Yard i sam Sherlock Holmes, jednak dość szybko ta teoria upadła – słynny detektyw miał bowiem o wiele ważniejsze sprawy na głowie, a sprawa niejakiego Greya była dla niego niezbyt ciekawa.
Korespondencja młodego wilka z rodzicami do samego końca opierała się na kłamstwie. Chwaląc się swoimi osiągnięciami w nauce i dobrą, odpowiednio płatną pracą Val skutecznie ukrywał przed Cravem i Shy to, co naprawdę robił. Gdy osiągnął wiek 19 lat dowiedział się, że jego matka zmarła w wyniku ciężkiej choroby, a w jej ostatnich słowach znalazło się miejsce na jego prawdziwe imię. Nie pojawił się jednak ani na jej pogrzebie, ani w rodzinnym domu by wesprzeć załamanego ojca. Śmierć Shy pogrążyła jego serce jeszcze bardziej w mroku.
Dwa lata później dotarła do niego informacja, że Crave został brutalnie zamordowany podczas buntu pracowników w kopalni, jednakże 21-letni John Grey nie miał już w swojej duszy miejsca na ciepłe wspomnienie o swoim ojcu i jego książkach fantasy. Płatny zabójca, który z początku słynął ze swojej subtelności i szybkości działania, przyjmując tylko takie zlecenia które mu odpowiadały, zaczął przeradzać się wraz z upływem czasu w pustą, żądną śmierci i krwi istotę.
Jednakże pewne wydarzenie, które miało miejsce trzy lata później sprawiło, że Vaalandil uniósł po wielu dniach mroku głowę, spoglądając ku niebu z dna Piekła. I to właśnie od tego wydarzenia zaczyna się opowieść, którą za chwilę zaczniecie czytać.
O czym tak właściwie są owe „Wspomnienia”? Cóż, jak nietrudno się domyśleć, przedstawiają one w nieco szerszy sposób kilka urywków z historii popielatego wilka – tych całkiem istotnych, lub też zupełnie błahych.
Wracając też do sprawy z początku mojego nudnawego wywodu – dlaczego Val występuję w różnych okresach czasowych i gdzieniegdzie jego historia różni się od tej właściwej? Cóż, jako autor owych tekstów uważam, że moja postać nie musi być ściśle przypisana do konkretnej, twardej daty i może z powodzeniem występować zarówno w okresu średniowiecza jak i w odległej przyszłości. Jeśli zaś chodzi o historię życia Vala – przyznam się szczerze, że narodziła się ona dopiero z tym opowiadaniem, jednakże dotychczas nie była ona w szerszy sposób przedstawiana Czytelnikom. Do tej pory alternatywny życiorys Vaalandila został najbardziej rozbudowany w „Pustkowiu Ludzkości”, do którego lektury serdecznie wszystkich zapraszam.
Ufając, że nieco rozjaśniłem Wasze wątpliwości i odpowiedziałem na nasuwające się pytania, pragnę życzyć każdemu z was udanej lektury, licząc iż mój tekst przypadnie wam do gustu.

Rozdział I
Stara rana

- Dlaczego…? Dlaczego musiałeś go zabić…? Przecież nie zrobił nic złego… Prawda? Zawsze pomagał innym… Nawet tobie…
Wpatrując się w pysk samicy, która trzymała drżącymi łapami pistolet wymierzony w jego pierś, wilczur milczał. Jego łapy, dzierżące dwa długie noże zwisały w bezruchu wzdłuż ciała, podczas gdy jedyne, pomarańczowe ślepie obserwowało jak łzy powoli ciekną po jej policzkach i giną w sierści.
- Jak dużo ci zapłacili? – Z trudem wyrzucając z siebie kolejne słowa, młoda samica gryfa przycisnęła mocniej ostrze do futra wilka, zacinając kryjącą się pod nim skórę. – Jak bardzo musiałeś go nienawidzić, żeby pogardzić życiem, który ci podarował?!
Vaalandil wpatrywał się w nią, nadal zachowując milczenie. W jego umyśle panował teraz niezmącony spokój, jak zawsze gdy wykonywał kolejne zlecone mu zadania. Nawet świeża krew, która wciąż znajdowała się na jego łapach nie była w stanie zburzyć spaczonej świątyni myśli wilka. Jej wrota były niczym jednolity i gruby kamień, niemożliwy do przebicia.
- Odłóż pistolet. – Mruknął po chwili spokojnym głosem. – Połóż go na ziemi i odsuń się, to nie zrobię ci krzywdy.
Oczywiście było to perfidne kłamstwo. Nie mógł pozwolić, aby jako świadek zbrodni odeszła stąd żywa. Fakt, że dopiero wchodziła w okres dojrzewania i cała trzęsła się ze strachu nie miał na jego decyzję większego wpływu – była jedynie kolejnym efektem ubocznym jego pracy.
Samica zdawała się być po części świadoma jego zamiarów, bo zaśmiała się ochryple. Brzmiała teraz niczym zagoniona do rogu ofiara, której szaleństwo w ostatniej chwili życia odbiera rozum. W jej zielonych, szeroko otwartych oczach, zeszklonych od łez czaił się strach, będący niczym ogień w porównaniu z lodowatą pustką w ślepiu Vala.
- Musiałabym być kompletną idiotką, żeby ci uwierzyć. – Wychrypiawszy, gryfica cofnęła się o krok w tył, dotykając nogą nieruchomego ciała jej ojca, leżącego na podłodze w kałuży krwi. Przez jej plecy przebiegł chłodny dreszcz sprawiając, że szpony trzymające broń zadrżały jeszcze bardziej – od razu można było zauważyć, że samica trzyma ją w łapach po raz pierwszy. – Nie odłożę pistoletu. Zamiast tego opróżnię cały magazynek w twoje ciało i zrobię to, co mój ociec powinien zrobić ponad sześć lat temu – będę patrzeć jak konasz w męczarniach. I nikt ci nie pomoże.
Kiedy jej słowa przebrzmiały w zawalonym książkami i zapiskami gabinecie, pysk wilczura rozwarł się lekko, a następnie wydobył się z niego cichy śmiech, rosnący z każdą chwilą. W końcu był to po prostu głośny rechot szaleńca, który do reszty zatracił się już w tym, co robił. Upuszczając jedno z zakrwawionych ostrzy, Vaalandil podniósł łapę do góry i ukrył w niej pysk, starając się zdławić niepochamowany atak chorego rozbawienia. Wilczur od dawna stał już na skraju szaleństwa, które wyciągnęło po niego swoje powykręcane szpony – chłodny rozsądek i wykalkulowanie coraz częściej zastępowała żądza rozlewu krwi i chora radość, którą samiec czerpał wraz z każdym kolejnym zleceniem. Tylko jeden krok dzielił go od zatracenia się całkowicie w mroku.
Gdy napad powoli zaczął przemijać, wilczur spojrzał spomiędzy palców na samicę, której oczy rozszerzały się w jeszcze większym przerażeniu. Jego pomarańczowe ślepie zupełnie nie oddawało rozbawienia wilka – wciąż pozostawało chłodne i pozbawione jakichkolwiek uczuć.
- Jeśli każda obietnica śmierci jaką usłyszałem miałaby się sprawdzić, nie zostałby obecnie po mnie choćby proch. – Warknął, powoli zdejmując łapę z pyska i opuszczając ją bezwładnie. – A ja i tak wiem, że nie będziesz w stanie mnie zabić. A nawet jeśli – nie zdążysz tego zrobić. Ty jesteś niewinną, nie wprawioną w walce istotą, którą tatuś trzymał z dala od większych zmartwień i obowiązków. Ja zabiłem setki Anthrenów na tyle szybko, że nie byli w stanie się opierać. Owszem, czasem stawiali opór, ale to tylko dodawało pikanterii całemu zleceniu. Niemniej… Jeśli tak bardzo chcesz pomścić swojego ojca, proszę bardzo…
Wypuszczając z łapy drugi nóż, wilczur powoli uniósł ramiona i rozprostował je szeroko, patrząc prosto w oczy młodej gryficy. Na jego pysku wciąż błąkał się uśmiech.
- Masz teraz idealną okazję. – Rzucił Val. – Jestem nieuzbrojony i nie zdążę sięgnąć po broń, a ty trzymasz mnie na celowniku bez szansy na spudłowanie. Dalej zatem, pociągnij za spust! Jeden celny strzał i udławię się własną krwią, a imię twojego ojca zostanie pomszczone.
Młoda samica jednakże ani drgnęła. Wyglądało na to, że jej ciało sparaliżował kompletnie strach przed szaleńcem, który odgrywał teraz dla niej jakiś pomylony spektakl. Łzy znów spłynęły po jej policzkach, jakby płakała nad własną bezradnością.
Jej szpony w końcu nie wytrzymały presji sytuacji i wypuściły pistolet, który z głuchym dźwiękiem spadł na posadzkę. Upadając na kolana obok ciała ojca, gryfica pochyliła się i obejmując szponami własną głowę, zaczęła głośno łkać.
Zaśmiawszy się cicho, Val opuścił ramiona i powoli schylił się po swoje dwa długie noże. Jego pokaz jak zawsze przyniósł ten sam efekt – gdy tylko ktoś nagle stawał w zupełnie odmiennej sytuacji, jego chwilowy przypływ odwagi zostawał zastępowany chaosem i strachem. A to z kolei dawało wilczurowi przewagę, której potrzebował do spokojnego dokończenia swojej pracy. Moment bezsilności i rozpaczy, jaki pochłaniał w takiej sytuacji przeciwników sprawiał, że właściwie się nie bronili. Vaalandil mówił sobie wtedy często, że witają śmierć z otwartymi ramionami, jak swojego dawno niewidzianego przyjaciela.
Przyklękając na jednym kolanie i zaciskając łapy na chłodnych rękojeściach, wilk spojrzał na młodą samicę z chłodnym zainteresowaniem. Zastanawiał się właśnie gdzie zadać cios, by w możliwie szybki sposób odesłać ją na drugą stronę – tortury i widok męczarni nigdy nie były jego ulubioną formą rozrywki… Chyba, że był zmuszony wyciągnąć z kogoś potrzebne informacje.
Gdy jego puste, pomarańczowe oko wpatrywało się tak w skuloną sylwetkę młodej gryficy, której obfite łzy ciekły poprzez szpony, wilczura uderzył ich kontrast z ciemnoczerwonymi piórami znajdującymi się na jej głowie. Jakby krople krwi spływały powoli po jej policzkach…
Zupełnie jak wtedy, kiedy się tu znalazł…
Popielaty samiec błyskawicznie odrzucił od siebie tą zupełnie wyrwaną z kontekstu myśl. Skąd tak właściwie wzięła się w jego głowie, nie miał pojęcia i nie zamierzał się nad tym zastanawiać - jego umysł wypełniał teraz chłód rękojeści, która powoli rozgrzewała się pod wpływem jego łapy.
Nagle przez jego umysł przebiegł mocno zamazany obraz, przedstawiający przedpokój mieszkania, przez który się prześliznął wcześniej. Na ścianach znajdowały się powieszone byle jak kurtki doktora Reynanda oraz jego żony, a podłogę przy drzwiach zapełniały porzucone w bezładzie buty. Młode małżeństwo nigdy nie miało czasu na porządki, zajmując się pacjentami zarówno w swoim domu jak i w terenie. Resztę wolnego czasu pochłaniała ich nowo narodzona córeczka.
To właśnie w tym przedpokoju klęczał mały, popielaty wilk, trzymając się obiema łapami za lewe oko i wyjąc z bólu. Pomiędzy jego palcami sączyła się obficie świeża krew, brudząc olbrzymi, zielony dywan znajdujący się na jego środku, a jego ciało drżało od przeszywających je spazmów bólu. Rozległ się trzask otwieranych gwałtownie otwieranych drzwi i szybkie kroki na schodach prowadzących piętro wyżej…
Syknąwszy głośno z bólu, Vaalandil wypuścił z jednej z łap broń i gwałtownie przykładając ją do ślepego oka, zacisnął wokół niego palce tak, jakby blizna otworzyła się na nowo. Kompletnie wytrącony z równowagi spojrzał na młodą gryficę szeroko otwartym okiem, dysząc ciężko i starając się dopatrzeć jakiejkolwiek winy z jej strony. Jednakże samica, która nie doczekała się ciosu ze strony mordercy, rozchyliła po chwili szpony i spojrzała na niego ze strachem zmieszanym ze zdziwieniem.
„Kto Ci to zrobił?”, rozbrzmiało w głowie Vala spokojne pytanie gryfa, który leżał teraz martwy na podłodze. „Możesz pokazać mi to rozcięcie?”
Wilczek nie zareagował, najwyraźniej będąc pod wpływem szoku. Gdy tylko doktor Reynand wyciągnął do niego szpony, próbując odciągnąć łapy Vaalandila od głowy, ten zaskomlał płaczliwie.
„Weźmy go na górę kochanie”, rzucił gryf do swojej żony, która patrzyła na małego wilczura z przerażeniem. „Będziemy potrzebować leków przeciwbólowych, czysty materiał i igły. To chyba dość głębokie rozcięcie, zobacz ile krwi jest na dywanie… Szczerze wątpię, żeby udało mi się uratować jego oko.”
- Nie było już czego ratować… - Wymamrotał przez zaciśnięte zęby wilk, patrząc na gryficę pustym spojrzeniem. – A jednak chcieli żebym żył… Podarowali mi dalszy ciąg tej bezsensownej egzystencji, choć tego nie chciałem…
Młoda samica nic nie odpowiedziała, patrząc na popielatego wilczura szeroko otwartymi oczami i nie śmiała nawet drgnąć. Prawdopodobnie bała się, że w razie ucieczki Val zaatakuje jej plecy… Bądź też chłodne ciało ojca napawało ją równie wielkim przerażeniem.
Kolejna fala przejmującego bólu uderzyła, sprawiając że Vaalandil stracił równowagę i upadł na zad, wpijając pazury głęboko w sierść wokół ślepego oka. Czuł się tak, jakby jego czaszka miała nagle pęknąć na pół, a zawartość żołądka cofnąć się ku górze. Kolejne wspomnienia brutalnie wdzierały się do jego umysłu – moment, gdy obudził się po narkozie w otoczeniu lekarzy, zatroskaną minę ojca i zapłakane oczy matki… Chwila, gdy ponad miesiąc później ściągnięto mu opatrunek i mógł zobaczyć jednym okiem w lustrze odbicie swojego pyska, przeciętego świeżą blizną biegnącą przez lewe oko…
„Nie martw się synku”, pocieszyła go wtedy czarna wilczyca, widząc jak patrzy na nią i z trudem powstrzymuje się od płaczu. Przyklękając przy Valu uśmiechnęła się ciepło i objęła go ramionami, całując w czoło. „Damy ci taką ładną, czarną opaskę na oko. Zobaczysz, jak twoi przyjaciele będą ci takiej zazdrościć!”
„Będziesz niczym pirat, władający morzami i oceanami!”, dodał jego ojciec dziarskim głosem, szczerząc się do syna. „Wszyscy będą chcieli, abyś przyjął ich na swój statek, żebyście mogli szukać zaginionych skarbów i rabować bogatych…!”
Shy spojrzała na męża karcąco, jakby chciała pokazać że mówienie o rabowaniu nie jest zbyt dobrym przykładem dla ich syna. Crave odchrząknął i klękając obok niej, rozczochrał sierść na głowie Vaalandila, na co ten zareagował głośnym śmiechem.
„Cokolwiek by się nie działo, pamiętaj że zawsze masz nas i nie pozwolimy, żeby ktoś się z ciebie naśmiewał”, powiedział poważnym tonem, patrząc w pomarańczowe oko syna. „Jesteś Númenem i zawsze powinieneś nosić to nazwisko z dumą, nieważne czy jako zwykły wilk, czy też jako żądny przygód pirat…”
- Czy ty… Płaczesz?
Po raz kolejny mając przed oczami rzeczywistość, wilczur spojrzał na gryficę i leżące obok ciało doktora. Tym razem jednak jego pomarańczowe ślepie nie było wypełnione bezlitosnym chłodem i nie błyszczało szaleńczo.
Było przerażone i lekko zeszklone, a z jego kącika na policzek Vala spłynęła jedna, samotna łza.
Chwytając noże z podłogi i chowając je do pochw przy pasie samiec powoli wstał. Jego ciało drżało lekko, gdy wilk cofnął się o krok w stronę wyjścia z pokoju, nadal wpatrując się w nieruchomego gryfa. Jego łapa, która w końcu opadła ze ślepego oka powoli rozkurczała się i zaciskała, podczas gdy z gardła Vala wydobywał się ciężki, chrapliwy oddech. Kilka razy otworzył pysk z zamiarem powiedzenia czegoś, ale po chwili zamykał go szybko – najwyraźniej słowa nie były się w stanie z niego wydobyć.
Na chwilę jeszcze spojrzenia gryficy i Vaalandila się spotkały, a wilk mógł dostrzec w jej oczach coś poza strachem. Coś, czego nie spodziewałby się zobaczyć od momentu, gdy po raz pierwszy zabił dla sakiewki pełnej złotych i srebrnych monet.
To było współczucie.
A potem popielaty wilczur odwrócił się bez słowa i wychodząc szybko z gabinetu doktora, zbiegł po schodach do przedpokoju, kierując się w stronę głównych drzwi i myśląc już tylko o tym, by znaleźć się w miejscu, gdzie chociaż chwilowo utopi potok wspomnień i ból, rozsadzający mu czaszkę od wewnątrz.

*

Ognisko płonące na środku polanki zaczynało już powoli dogasać, rzucając słabą poświatę na pysk Vaalandila, który otoczył ramionami przyciągnięte do siebie kolana, zapatrując się w gasnące płomienie. Ciepły blask tańczył na jego częściowo ukrytym w mroku pysku, podczas gdy pomarańczowe ślepie jaśniało pośród nocy.
Wilczur był pogrążony w głębokiej zadumie i świat zewnętrzny chwilowo zdawał się dla niego nie istnieć. Kilka przechodzących obok zwierząt zatrzymało się w pewnej odległości i z lekkim zainteresowaniem przyglądały się Valowi, nie śmiąc zbliżyć się do niego bliżej.
Tymczasem milczący wilk powoli układał w swojej głowie tysiące kawałków obrazu który niegdyś roztrzaskał. Starając się stworzyć z nich ponownie jednolitą całość, samiec kolejno analizował je z perspektywy czasu, oceniając swoje wybory i to, czym zaowocowały.
Nie było mu łatwo. Im bardziej zagłębiał się w mrok swojej przeszłości, tym częściej napotykał obfite ślady krwi, a zamarłe w pośmiertnych grymasach pyski kolejno przesuwały się w jego myślach. Nigdy wcześniej nawet nie zastanawiał się, gdzie tak właściwie wędrują ich dusze i czy zaznają spokoju w zaświatach, jeśli takowe w ogóle istniały. A co, jeśli jego ofiary już nigdy miały nie zaznać spokoju i włóczyły się w codziennym świecie obok Anthrenów jako nieme świadectwo jego zbrodni?
Taka wizja nie przerażała go. Od dawna liczył się już ze swoją śmiercią i tym, że jego dusza raczej nie zawędruje do nieba po tym wszystkim, co zrobił. Tylko początkowo czuł lęk przed tym, że zmarli mogą powrócić w poszukiwaniu sprawiedliwości, a być może nawet zemsty. Zdarzało mu się nie raz, że późną nocą budził się zlany potem, wyraźnie czując przejmujący chłód i spojrzenie, które przeszywało na wskroś jego ciało i duszę, mimo iż nikogo nie było w pobliżu.
Przez cały ten czas współczucie było mu zupełnie obce – nigdy nie wahał się, by przyłożyć nóż do czyjegoś gardła, a jego łapa nigdy nie zadrżała pod wpływem próśb, płaczu i jęków. Mordował niczym pozbawiona uczuć maszyna, mająca niepodważalne prawo odbierać życie tym, którzy otrzymali je od Stworzyciela. Nawet przez myśl nie przeszło mu, że kiedyś będzie musiał zapłacić za każdą kroplę niewinnej krwi, którą przelał dla kaprysu innego Anthrena i sakwy złota, którą od niego otrzymywał. Piekło było dla niego po prostu przejściem w inną rzeczywistość – bo przecież jak inaczej mógł nazwać świat, który sam sobie zbudował?
A gdyby tak spróbować odsunąć od siebie chociaż częściowo wizję płomieni, pochłaniających wiecznie jego duszę? Zrobić coś, co pozwoli nieco zelżyć srogą karę, jaka czekała go na sądzie ostatecznym? Szansa na powodzenie czegoś takiego wydawała się Vaalandilowi niezwykle mała, a sam pomysł był mocno niedorzeczny… Ale dlaczego właściwie miałby nie spróbować? Przecież nie miał nic do stracenia, nawet jeśli jego obecna reputacja miała lec w gruzach, a zasobność sakiewki nieco się zmniejszyć. Wilczur zaśmiał się cicho – nie to było głównym powodem jego wewnętrznego lęku, ale nie zamierzał teraz szukać jego źródła.
Umysł Vala zajmowało teraz jedno, podstawowe pytanie – od czego tak właściwie powinien zacząć? Przez jego myśli przesuwało się mnóstwo pomysłów, ale każdy wydawał się wilkowi śmieszniejszy od poprzedniego. Nie raz ukradkiem obserwował Anthrenów, którzy pomagali innym i wspierali ich w ciężkich chwilach, ale nigdy głębiej nie wnikał w to, co robili – zazwyczaj stronił od towarzystwa innych i unikał wiązania się z kimś bardziej, niż to było konieczne. Podobnie było z samicami – jedyne, co w nich go pociągało to smukłe kształty, słodki zapach ich zadbanego futra i ciepło ich ciała, kiedy kompletnie nagie ocierały się o niego, patrząc w jego pomarańczowe ślepie z pożądaniem. Miłość, rodzina, dzieci – te pojęcia były dla niego czymś bardzo odległym i wręcz niemożliwym do zrealizowania, więc nie zawracał sobie nimi zbytnio głowy.
Westchnąwszy ciężko, Vaalandil wstał i rozciągając zesztywniałe ciało spojrzał na niebo, które powoli zaczynało szarzeć. Gdzieś w koronach drzew rozległy się śpiewy ptaków, które przebudziły się jako pierwsze i szykowały się do oblotu lasu w poszukiwaniu pożywienia.
Rozgarniając kijem pozostały po ognisku żar, wilczur narzucił na siebie płaszcz i westchnąwszy cicho skierował się w miejsce, gdzie drzewa ustępowały miejsca lekko już zarośniętej ścieżce, prowadzącej w głąb puszczy. Val zamierzał ją dziś przebyć i dotrzeć do niewielkiego miasteczka, gdzie chciał zjeść skromny posiłek w tawernie i podsłuchać wieści, jakie ostatnio krążyły po świecie.
Każdy kolejny krok coraz bardziej utwierdzał samca w przekonaniu, że podjął właściwą decyzję. Co prawda musiał jeszcze dopracować kilka szczegółów, ale w jego duszy po raz pierwszy od dawna zapanowało coś na wzór cichej radości i chęci spełnienia własnych postanowień. Jeśli tylko uda mu się…
Nagle wilczur dostrzegł jakiś kształt, leżący pomiędzy drzewami w pobliżu ścieżki. Lata doświadczenia od razu podpowiedziały mu, że było to prawdopodobnie czyjeś ciało, pozostawione przez oprawcę jako posiłek dla padlinożerców. Dzikie zwierzęta zawsze doskonale zacierały ślady i uwalniały mordercę od przykrego obowiązku ubrudzenia sobie łap cudzą krwią.
Powoli podchodząc do leżącej na boku sylwetki, Val uklęknął przy niej i przyglądając się jej uważnie z zaskoczeniem stwierdził, że należy ona do młodej i dosyć ładnej kremowej tigonki. Jej ciało było w wielu miejscach pokaleczone, a obok niej leżała skórzana torba na ramię, z której ktoś powyrzucał całą zawartość w postaci kilku wiązanek ziół i napełnionych cieczą flakoników.
Bez większego przekonania wilk wyciągnął ku niej łapę i przyłożywszy palce do tętnicy szyjnej sprawdził puls. Czekała go tu niemała niespodzianka – okazało się bowiem, że kotka żyje a jej puls, choć dosyć słaby był wyczuwalny. Pochylając się nad nią i przysuwając ucho do jej pyska, Val wyłapał pośród dźwięków budzącego się lasu słabiutki oddech, co potwierdzały poruszające się lekko piersi samicy.
Patrząc na nią przez chwilę, Vaalandil przybrał nieodgadniony wyraz pyska. W jego wnętrzu rozgrywała się teraz zażarta walka pomiędzy dwiema opcjami adekwatnymi do danej sytuacji. Mógł zacząć realizować swój plan i pomóc tigonce, przenosząc ją delikatnie w jakieś ustronne miejsce i opatrzyć ją, pozwalając na odpoczynek do momentu, w którym się ocknie… Ale mógł też odłożyć nieco pracę nad odkupieniem i odejść stąd bez jakichkolwiek konsekwencji, unikając zbędnego ingerowania w sprawy innych Anthrenów, wdzięczności ze strony samicy i innych aspektów, które zupełnie go nie interesowały.
W końcu prostując się, Val wstał i odwracając się wszedł z powrotem na ścieżkę, kierując się przyspieszonym krokiem w stronę miasta. Nie uszedł jednak daleko, bo po chwili zatrzymał się i zaciskając łapy w pięści westchnął ciężko, obracając się za siebie i patrząc na sylwetkę kotki.
Czując w sobie przekonanie o słusznej decyzji przemieszane ze zniechęceniem, wilk cofnął się w stronę tigonki i przybierając formę dużego wilka, powoli i delikatnie wsunął łeb pod jej ciało, przenosząc nieprzytomną samicę na swój grzbiet.
„Wygląda na to, że miasto będzie musiało poczekać”, pomyślał z żalem i ostrożnie zbaczając ze ścieżki skierował się w głąb lasu, zmierzając w stronę opuszczonego kamiennego domu, o którym wiedział tylko on sam.
Nawe nie zdawał sobie sprawy, że były to jego pierwsze, ostrożne kroki ku nowej i zupełnie nieznanej przyszłości.


Wszystkich czytających pragnę także poinformować, że moje teksty znaleźć można również na moim profilu dA, a wszelkiego rodzaju WIPy i krótkie teksty także na profilu Tumblr i Facebook. :)
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.