Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział VIII cz. 1 (+18 )  
Autor: trajt
Opublikowano: 2015/6/2
Przeczytano: 1041 raz(y)
Rozmiar 8.69 KB
2

(+2|-0)
 


Yhm… Budzę się samotny. White zdążyła wstać, umyć ciałko przesiąknięte moim zapachem, włożyć ciuszki, wyjść do pracy. I mnie nie obudziła. Zuch dziewczyna. Gdybym umiał podobnie żyć, normalnie, zero morfiny, kłopotów, zastrzeżeń granatowych, skarbówki, CO, frajerów pozbawionych życiowych problemów. Żadnych idiotów wołających o pierdoły. Kiedyś przyjdą szczęśliwe czasy. Zwierz zniknie, wariaci z Agencji zostawią Miasto i przejdą na inny śmietnik. Bo uwierzę. Takie życie przyszło mi przejść, przeżyć.

- Żeby choć raz szlag trafił zasłużonych – mówię cichaczem.
Liczysz na więcej?, pytam siebie w głowie.
- Jasne, że nie.

A dzisiaj dzień wariata. Dam w kanał i idę po wypłatę. Oby mnie nie wzięło na zakupy. Po wczorajszym niewiele zostały. Musiało. Promile sporo zabrały. Dobrze wydane pół tysiąca. No i udana nocka z White, hę. Czego więcej potrzeba? Kilku dni przymusowego postu i jednej nieudanej jazda na ręcznym w fotelu u jelenia. Akompaniuje dwóch napalonych na siebie samców. Taaa… będzie co wspominać. Ciągle wspominam, wracam. Niby czemu? Tak lżej…

O, strona White, choć pusta, zachowała po nocy zebrzy powab. Miękki, gładki, niezapomniany cień słodyczy. Przekręcam się bliżej. Chcę to ponownie poczuć. Ależ mi tego brakło. Że chciała pójść ze mną, gdy wlałem w siebie te sznapsy, piwa, wódki, cokolwiek gorzkiego, promile, całe te płynne cholerstwo.

Przekręcam się. Przychodzi chętka na ręczny zjazd. Dzisiaj mnie ciągnie jak najdalej od wuja. Uznają mnie za równego mu wariata. Wolno mi. Ogon z drogi i na boczek, w krzaczki, w przyjemny kącik. Byle z tą kochaniutką i lubieżną… Za ostro trąbisz. Z głodu i kaca odbija główka, a język łowi dziwne słówka.

Compadre sam odczuwa swojego kaca. Zwalczałeś, biedaku. Spróbuję cię rozruszać. Szturcham palcem, walę z liścia. Wstawaj, wstawaj, postrzelałeś, tryskałeś śnieżycą i starczy. E, żyjesz? Opadł. No, gościu, i ty przeciw mnie?

Która godzina? Nieżywym wzrokiem widzę plamki światła. Wczorajsze promile nie odpuszczą. Walczą o resztkę godności. Mhmmm… 10 lub 11. Względnie stawiam na 9 rano. Na ślepo szukam zegarka. Hm, prowadził ślepy kulawą łapę. Gdzie on jest? Odłożyłem go na nocnej. Ręka ledwo tam sięga. No gdzie jest? Gdzie on jest? Mętlik ,,pomaga”. Gdzie… O, znalazłem. Zimny dotyk metalu pobudza dłoń, przechodzi ramieniem do barku, aż osiąga głowę. O rzesz… mocne. Kac dobrze się trzyma. Dotąd nie wywiesił białej flagi. Podglądam wskazówki. 9:14. Może być.

No, wstajemy. Pomalutku, pomalutku, pomalutku. Siadam na pościeli. A-a-a-a… w gardle sucho. Ekhm! Ekhm! Się napracowałem. Warto było złapać duszności. Ekhm! Ekhm! No odkaszlnij to gówno! Ekhm! Ekhm! Czas wziąć lekarstwo.

W głębi kieszeni spodni znajduję morfinę przyniesionej przez Terence’a. Dużo przetrzymała. Ostatnia ampułka. Szlag, a chciałem oszczędzę. Jednak muszę latać po zlecenie. Za dużo kłopotów na mój ogon. Okay, gdzie jest pasek? A, na krzesełku. Chwytam i lekko obwiązuję nim lewe przedramię. Będzie ciężko. Jedna ręka wiążę drugą. Zero pomocy. Damy radę. Jakoś przejdzie. Opieram lewą o oparcie krzesła Zaciskam skórę i pięść. Nie wyszło. Ogon paska w zęby i jedziemy. Ciągnij, cholero, ciągnij. Ała… Zęby bolą. Wytrzymajcie jeszcze trochę, towarzysze broni… Boli. Jeszcze troszeczkę.. No, weszło.

Unoszę strzykawkę. Bezbarwny płyn czeka na odpłynięcie. Chwilunia, wcześniej nie używałem tej igły? Jakby nie brakowało kłopotów. Wyjdzie choróbstwo z zaniedbania i dopiero będzie zabawnie. Skąd wytrzasnę nową? Kto inny tu bierze? Ale mam stracha. Złapię syfa i co? Zgniję. Powoli zdechnę, z głową na kolanach White. Ani dobrze, ani źle, ani wesoło, ani smutno. Średni rachunek…. Bywa.

Chwytam za głowę. Boże, niech ten kac minie. Jak ja się pokażę? Przy moim obecnym stanie to wuj wyjdzie na zdrowego. Do czego doszło… Chorzy silniejsi od zdrowych. Czemu nie da się przejść tego cholerstwa z prostym czołem? Nie uniesionym. Uniesione jest dla ,,Pedałów z dyplomami zarobionymi dupami”. Tak Terence wspominał studenciaków z bogatszych rodzin.
- Brałeś, chlałeś, żeby wytrzymać? – spytałem wtedy.
- Obie opcje – odpowiedział jeleń.- Kiedy tam szedłem, myślałem, że to przetrzymam.
- Na czystko niczego nie przetrzymasz.

Walę igłą. Ciało nie daje przejść. Przyciskam. Yhmmm… Pełny magazynek. Zaczynam liczyć. …1,2,3,4… Ciężko. Kładę głowę na pościeli. Przednia fala ołowiu. Zmyślone 1000 ton spada z nieba. Istny grom. Morfina idzie z siłą burzy. Kolejne komórki wywieszają białe flagi. Składają hołd (nie)znanej potędze. Biją jej pokłony. Kolaboranci, zdrajcy, Judasze. …23,24,25,26… A ona je dusi, przygniata, zmiękcza. Gwałci, rżnie z ochotą. Struga szubienice, wiąże stryczki, ustawia plutony egzekucyjne. Nieznane sztandary zajmują horyzont. Idą naprzód. Nasi, nie nasi. …45,46,47,48… Mięśnie rozluźniają się po całości. Niknął. Nie czuć ich. Pod futrem i skórą pozostaje samo powietrze. Odpręża kości, rozsadzając każdą resztkę. Próbują walczyć. Na marne. Serce przyśpiesza obroty. …67,68,69,70… Dźwięki uderzenia młota nachodzą na siebie. Wspólny grzmot, walnięcia. Kopnięcia w twarz. Podeszwa ciężkiego buciora wgniata się w czyjąś twarz. Moją? Zamykam oczy. Powiekami wyczuwam jak pulsują. Szybki rytym. Tik-tak-tik-tak-tik …81,82,83,84… Wdech i wydech. Uderzenie pioruna, wyciszenie, końcówka. …89,90,91,92… Stówa.

Dało radę.

Chwilkę poleguję. Serce musi nabrać normalnego rytmu. Za szybki start i BĘC! wyjdzie zawał. Jak z… z dziadkiem. Spoglądam na wiatrak u góry. Wciąż zepsuty. Cienie jego skrzydeł stoją, rozciągnięte po suficie. Ciemne łapska, pazury. Macki Śmierci. Widział podobne przed odejściem? Po ciemku trudno cokolwiek dostrzec. Poczuł to? Umarł po cichu, w spokoju.

Serce pomalutku dochodzi do siebie. Bicie wraca na właściwy tor. Wolno i spokojnie. Podobnie ja. Tego potrzebowałem przed odwiedzeniem wuja – wspólna noc z White, mocny kac i dobra morfina. Dwa ostatnie zawiodły. Unoszę pustą buteleczkę. Ale z tego jelenia rogacz, He, He, He. Termin ważności sprzed 2 lat. Spotkamy się, porozmawiamy, taaa… Obgadamy problem przy czymś lżejszym.

Nigdy więcej przeterminowanej morfiny po kacu i na kaca. Źle współgrają.

***

Szpital imienia Dilberta Hankwooda stoi na obrzeżach, na zboczu jednego z 7 wzgórz Miasta. Potocznie nazywają je Wariackim Wzgórzem, Szczytem Obłąkańców. Góra Kretynów została już przypisana budynkowi ratusza. Ech, biedny Teddy. Roosevelt. Nawyki wygrały. Prezydent przepadł w starciu i wykopali go z zaszczytnej pozycji patrona. Może i lepiej. Kto chce być kojarzony z wariatami? Nikt. Ale kłamliwe filantropy sypną forsą.

Droga z brukowanych kamieni prowadzi ostro pod górę. Przydeptuję kawałeczek. Pęka. Tandeta udająca marmur. Dobrze, że odpuściłem wypożyczenie wozu. 20$ za godzinę to rozbój. Doliczyć benzynę i przypadkowe stłuczki, otrzymasz znajomą odpowiedz. Dzień doberek, służę mandacikiem. Nie masz pieniędzy, nie masz łapówki, sorry. W szczęściu coś siedzi. Ma nas gdzieś. A chcesz tylko tej odrobinki. Nie dostajesz. Zostają schody. Prowadzą na samą górę.

W połowie wspinaczki żałuję wyboru. Nie muszę tłumaczyć, czemu to schody są nieuczęszczane. Tyle chaszczy. Krzewy i pnącza. Wychodzą spod betonu. Zarastają. Czemu tego nie sprzątną? Pewnie się nie chce. Stopnie wysokie jak compadre na nocnej musztrze wczoraj… Łażenie po górach musi być łatwiejsze. Głęboki wdech, wydech i wchodzimy na następny.

Ostrożnie. Złam kark, a nikt tego nie usłyszy. Samotna śmierć w drodze do wariatkowa – opiszą gazety. Kroniki kryminalne wypełnią pikantnymi szczegółami. Dodadzą prostytutkę, napad rabunkowy, porachunki gangów. Wklepią Zwierza. PRZYBYŁEM, ZOBACZYŁEM, ZMASAKROWAŁEM – nagłówek wytłuszczony grubymi literami przyciąga wzrok. A jak dadzą nagą kobietkę, u, nakład wzrośnie o te kilka tysięcy. Sępy. Samemu nadstawiać karku to nie, są głupsi, frajerzy, łowcy, policjanci, ginący po cichu. My przychodzimy po użyteczne resztki.

Zbytnio zagrzałem łeb… Zaczynam słabnąć. Po jaką cholerę brałem płaszcz?! Ciąży. No, jeszcze kawałeczek.



 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.