Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział VIII cz. 2 (+18 )  
Autor: trajt
Opublikowano: 2015/6/8
Przeczytano: 1467 raz(y)
Rozmiar 13.11 KB
4

(+4|-0)
 
I zdobywam szczyt. Nagrodą jest znośny widok. Stąd wysokościowce wyglądają na góry wyrastające z gniewnego oceanu Miasta. W promieniach słońca wydają się ośnieżone. Niedostępne szczyty. (Zależy dla kogo). O zbocza uderzają fale kamienic, czynszówek, publicznych gmachów, słupów wysokiego napięcia i linie telefoniczne. W nocy te olbrzymy staną się światełkami przekleństwa. Gdy mieszkasz w pobliżu, nie pośpisz. Firanki, żaluzje, deski, mało pomogą. Te światła szpanerstwa dużo ,,hałasują”. Zwierz ma przednią zabawę. Trzyma się cienia, a wszyscy tam ciągną, do niego. Szukają schronienia. Znajdują jego uścisk i kły. Rechocze, widząc ogólna bezradność. Pech go dmuchał. Nieszczęścia spędzają czas parami.

- Kiedyś cię dorwę – mówię. Marzę o bibule, papierosach, fajce. Morfina skończona, szukam zmiennika. Cena skacze w górę, ty idziesz w dół. Poszukamy czegoś tańszego. Oby słabiej męczyło, dawało pospać kilka minut dłużej, przetrzymać cały ten burdel.

Nie przesadzaj. Nie zapominaj po coś tu przylazł. Wariat czeka. Szpital czeka. Dwu piętrowy blok mieszkalny z dwoma niższymi skrzydłami. Nietuzinkowy ośrodeczek. Dużo roślinności. Tu szczytuje zieleń, stąd spływa zboczami, rozpycha a się korzeniami. Ciekawe, ciekawe.

Miejsca dla gości ustawili w cieniu małych palm. Znaczą je małe tabliczki. Jest gdzie zaparkować wypożyczonego grata. Cholera... Ekhm! Ekhm! Ekhm! Żołądek zapragnął wolności … Piękne, kac zostawił pamiątkę. Głaszczę brzuch. Wytrzymaj. Wytrzymaj. Ten jeden dzień musi się obyć bez kłopotów.

Pod palemkami rosną krzaczki. Uginają się od kwiatuszków. Strasznie dużo kolorów. Spory wybór. Wyrywam trzy, cztery. Mam powód. Przechodzę parking. Pustawo. Za wcześnie na odwiedziny, hę. Wchodzę na werandę. Ławeczka, krzesełka, stoliczki. Huśtawka. Ładnie se urządzili na dzianych pacjentach. Naciskam domofon.

- I proszę pamiętać, panie generale, że obiad podajemy pomiędzy godziną 1 a 2 po południu – dobiega ze środka.
Otwiera starsza oślica w pielęgniarskim kitlu. Ma nieco kociej krwi. Widzę po oczach. Znam ją z widzenia. Siedzi w recepcji. Miła, uczynna. Idealna babunia, ciocia.
- Słucham… O, pan Herman,
Wręczam lichy bukiet.
- Dobry. Kwiaty dla pani.
Pielęgniarka chichocze.
- Pan to umie zachowywać się przy kobiecie. Zapraszam.

Wprowadza mnie do recepcji. Pośrodku jakiś szczur łazi w kółko. Nosi siwą brodę, szarą piżamę i papierowy kapelusik z czerwonym piórkiem. Gada do siebie. E, stały lokator na chodzie. Wyszedł na spacer. Zapragnął świeżego powietrza.

Spostrzega nas. Podchodzi i chwyta mnie za rękaw. Ręka świerzbi. Powstrzymuję ją. Szkoda na wariata.
- Chłopcze, widziałeś generała Stonewalla Jacksona? Muszę z nim omówić uderzenie na Washington.
- Eeee… Nie.
- Jeżeli nie uderzymy pierwsi, Unia zmiecie Wirginię z powierzchni ziemi, a wtedy Francja i Wielka Brytania nam nie pomogą. To będzie koniec CSA.
- Generale Lee - wtrąca oślica – proszę wrócić do pokoju. Nabierze pan sił, wtedy wyruszę wraz z panem na poszukiwania. A wieczorem przyjdzie doktor William.
- Mówisz droga pani o prezydencie Davisie?- pyta. Pielęgniarka kiwa twierdząco.- Zatem idę. Gdybyście spotkali Granta, proszę mu powiedzieć, że jest pijacką kanalią Żegnam państwa.

Ściąga czapeczkę i kłania się w pasie. Odchodzi w swoją stronę. A my w swoją.

- Najmilszy z naszych pensjonariuszy- mówi oślica wstawiając kwiaty do wazonu.- Jego młodszy syn jest profesorem historii na uniwerku. Prowadzi seminarium dotyczące wojny secesyjnej. (Czyli to dziedziczna przypadłość). Często wspólnie piszą artykuły. Odkąd myśli, że jest generałem Lee, ma zadziwiającą wiedzę na temat jego życia.
- Rodzina się wspiera, miło.
- A pan musi bardzo kochać wujka. Nigdy dotąd nie widziałam kogoś tak stale przychodzącego i punktualnego w ustalonym terminie do tego biedaka, nie licząc, rzecz jasna, doktora Williama.
- Trzeba pamiętać o krewnych – mówię i natychmiast dodaję: ,,Jak o miesięcznej zapomodze wartej 100$”.
- Ach, żeby pan widział tych innych, pozostawionych tu wiele lat temu. Wychudzeni, postarzali, smutni. Niektórzy, choć w bardzo ciężki stanie, mogliby być dawno zabrani. Na przykład pani Ansburger. Ta szacowna oposica w kwiecie wieku myśli, że ma skrzydła, jak jej starsza córka. Ciągle machała rękami i biegała po pokoju.
- Próbuje skakać z okna?- pytam.
- Na szczęście przestała próbować. Zabraliśmy ją na basen, co świetnie jej pomogło. Radzi sobie coraz lepiej, a raz na miesiąc jest zabierana na pływalnie. Tak, tak, pański wujek potrzebuje towarzystwa. Taki samusienki w pokoju i nic, tylko czyta i czyta. Czasem coś powie, słówko.

Przystajemy. Pokój 2H. Oślica otwiera zamek.
- Życzę miłego dnia i proszę potem oddać kluczyk doktorowi.
- I nawzajem.– Biorąc klucz i chwytam za klamkę.

Przez miesiąc niewiele się zmieniło. Krzesło, ni łóżko ni prycza, podłoga zawalona mnóstwem piśmideł. Opowiastki wydrukowane na czymś tańszym od papieru toaletowego. Umiałyby zająć jego miejsce. Zwyczajnie gorsza jakość nikomu nieprzydatna. Do czasu.

Podnoszę jedno. Jaskrawe kolory okładki prezentują dziwną formę striptizu w wykonaniu borsuczki albinoski. (Utrzymuje się na nogach z takim rozmiarem?). Zdejmuje stanik z błyszczącymi cekinami, gdy zakrzywionym mieczem ścina łeb koniopodobnemu monstrum. Czego nie narysują dla przyciągnięcia uwagi.

Wuj nienajlepiej wygląda. Posiwiały kojot w beżowej piżamie siedzi na łóżku ze skrzyżowanymi nogami. Wypatruje czegoś na przeciwległej ścianie. Patrzę. Biały tynk. Na co sie gapisz? Robisz z siebie męczennika dla większych porcji leków? Krążą plotki, że przewyższają zwykły towar. Jest niczym przy ich mocy.

- Kraktus, Ksan.. Wszyscy likwidowani – gada.
Zdejmuję płaszcz, zwijam i pod pachę. Siadam na skraju pryczy.
- To twoi koledzy, wuju?- Ostatnie słowo ledwie przechodzi mi przez gardło.
Nie odpowiada. Dalej gapi się w ścianę. Sprawdzimy inaczej.

- Dobrze spędzasz tu czas, stary idioto, hę? Jak ci się tu mieszka, pierdzielu? Masz za pobicie brata. Pogięło cię wtedy? Przyjechałeś i zacząłeś robić za panisko. To nie był dobry czas na wyskoki. Dziadek umarł, a ty zlałeś sprawę i wypiąłeś się na nas.- Daję mu lekko z liścia.- Czy tylko udajesz, bo chcesz się wymigać od podobnych sobie czyścicieli? Narobiłeś kłopotów, nie zabijając tego boksera. Aha, znam sprawę. Przyjaciel z CO mi opowiedział. Przegapiłeś jedną chwilę i ot tak wysłali na ciebie byłych kolegów.

- …Strażnicy to szmatławe mechanizmy bez krzty odwagi… Żywe trupy zamknięte w puszcze… Likwidować, zlikwidować, zabić…

Staruch najzwyklej pierdzieli. Skutek nadmiaru wyobraźni. Niszczy zdrowy rozsądek. Nie pozwala normalnie żyć. Wydziera z objęć realności i gwałci, póki masz czym oddychać… Coś w tym, niestety, jest. Sam przez nią przechodzę odwyk. Dłużej nie dam rady słuchać. Tak skończyć.

- …4 lesbijskie dziwki umiały się zabawić. Zagrzewały mnie do zabawy. Już opuszczałem spodnie… 4 głowy leżały u mych stóp… Używam ich jak zabawek…

No i dochodzi czytanie miazgowych opowiadań. 5, 10, 35 centów to mała cena za 75 stron przeróżnych wizji pismaków. Skąd oni biorą te bzdury? Źródeł jest wiele: zaćpani podrobionymi prochami z tanich rynków, przesiąknięci odziedziczonym szaleństwem, uciekinierzy z miejsc podobnych do tego, szacowni profesorkowie z uniwerków. Z fajkami w pyskach dorabiają do profesury. Stres zwyczajnej pracy przymusza do rzutu na głęboką wodę. Byle cicho, rodzinka się dowie, koledzy się dowiedzą i ogon pójdzie na ścięcie.

- Ruszę coś twojego, okay, staruchu?
- Stacja powinna zostać zniszczona – mamrocze.
- Że taki świr jeszcze oddycha.

Schodzę wzrokiem do pisemek. Wybieram na ślepo. Strony przewracam byle jak. Na chybił trafił szukam odreagowania. U, ilustracja na dole daje do wiwatu. Lisiczka leży na plecach wśród traw. Rzecz jasna ma odsłonięte cycuszki. A jak! Trochę za duże. Ogromniaste ponad miarę. Nad nią, jak by inaczej, muskularny tygrys. Barbarzyńca z olbrzymim mieczem. Nuda.… Zaglądam w spis. Na 160 stron aż 60 zajmuje opowiadanie LIKWIDATOR AE autorstwa niejakiego Thomasa J. Tray’a. Czytam. Dziwaczna historyjka o mordowaniu i piciu na statkach kosmicznych. Rozkręca się. Przewracam parę stron do przodu. Yiff scena. Taka se. Nie zagrzewa. Dalej nuda. Głupota. Bzdura, dziwne wizje. Trochę akcji męsko-męskich, ostrych zjazdów na ręcznym. I za te bzdety wariatowi płacą?! Kto to czyta?! Inni wariaci.

Tytuł z innej półki: ADONIS – NAJLEPSZE MĘSKIE OPOWIADANIA. Wierzch przekonywująco zdradza treść. Stęskniony ogier unosi nad ziemią równie stęsknionego zająca. Obaj nadzy, umięśnieni, nic nowego,. W DZISIEJSZYM NUMERZE – ROMEO I JULIO – ROMANS WŁOSKICH KOCHANKÓW Z WERONY. 48 STRON GORĄCEJ ATMOSFERY SAMCZEGO SZPAGATU. Odpuszczam czytanie i podglądanie obrazków.

Ciekawe, Terence… 3,60$?! Każą dużo bulić. Nie zrobię jeleniowi przykrości. Niech kupi 4 piwa. Taniej mu wyjdzie. Na dwóch, wliczając Franka, osiągną lepsze wyniki od autorów tego szmatławca. 3,60 $. Porąbało równo. 3,60 $. Stałymi czytelnikami muszą być studenciaki z dobrych domów i zatroskani tatuśkowie, wtajemniczeni w te gierki.

- Wiesz, że jakiś świr lata po mieście i morduje?

Kogo ja pytam? Nie doczekam odpowiedzi. Prędzej zeżrę własne palce. A ogon zostawię na deser. Gadam z jednym z byłych zabójców. Jednym z lepszych, najkrwawszych. Pamiętam dni, kiedy chłopaki z ulicy odpuszczali bójki ze mną. Bo mam wuja znanego z mordowania. Fachowiec z rzeźnickim nożem, kuźwa jego mać. Łaził gdzie kazali. Załatwiał klienta i dostawał te 200, 300, czasem cały 1000. Cały 1000 za posłanie kogoś w daleką podróż. Chlał, co wpadło mu w barze. Rżnął, nie kochał, najzwyklej rżnął każdą napotkaną w barze. Zszedł na drogę wariactwa i nie ma nikogo, kto czasem podejdzie i powie kilka ciepłych słów. Zasłużył.

Znajduję RETURN TO LESBOS. Dwie gazele na piaszczystym brzegu bawią się liśćmi palmy. Mhm… Jasne barwy, niezłe ozdobniki. Jest na czym zawiesić oko. Kontury dobrze uchwycone. I lepsza cena. 1,50 $. Na moment umieszczam na papierze Florance z Blake. TFU! TFU! TFU! Zabawiasz się siostrą zebry i jej byłą? Stary, co z tobą?
Biorę się za inne pisemko. Słabo wybieram. Następny numer ADONISA. Dwa liski w strojach wschodnich tancerek pieszczą wilczura w mundurze oficera Legii Cudzoziemskiej. Przegięcie dobrego smaku.

Dobra, dosyć tego dobrego.
- No, wuju, masz ciekawą kolekcję…
- Mówię mu to samo – mówi ktoś. W drzwiach stoi żbik w kitlu. Podkręcone oczy, wychudzona twarz, obwisłe uszy. Z tyłu zwisa ogon. Zapuszczony, nieprzycięty. Ta robota umie wykończyć.- Nigdy nie odpowiada.
- A musi dostawać te szmatławce?- pytam.
- Przynajmniej ma zajęcie. Całe dnie siedzi i gapi się przed siebie. Czasem pogada, ale zazwyczaj pierdoli. Resztę czasu poświęca na czyta.
- Sporo bulicie kioskarzom?
- Jeden z pracowników ma dojścia do wydawnictw. Dostajemy nadwyżki. Łagodniejsze materiały dajemy do poczekalni i sal spotkań. Ostrzejsze wydajemy do spalenia lub groźniejszym i ciekawszym przypadkom. To ich dziwnie uspokaja.- Wzdryga się.- Sam nie wiem czym to tłumaczyć.
- Poza stacją nie ma życia… - bredzi stary kojot. Starczy, staruchu.
- Nie będzie poprawy?

Żbik parska krótkim śmiechem.

- Poprawy? Musimy go dokarmiać. Nic nie robi, prócz oddychania, robienia w nocnik, gapienia się, bredzenia i czytania. Pielęgniarki twierdzą, że widziały go spacerującego nocą korytarzem. Ciekawe, jak on wychodzi? Agrafek nie ma, klucze zabieramy…
- Gorsze przypadki chodzą po ulicach.
- Opinie na temat stanu zdrowia proszę zostawić specjalistom. Zapraszam do mojego biura.

Zostawiamy wuja z fantazjami. Dobrze mu z nimi. Jakbym miał sam tu skończyć, chciałbym mieć wyśniony harem. Każda tancerka innej rasy – koteczka, klacz, lisiczka, skunksiczka, myszka, smoczyca. Każda inna, inna technika, inny styl gry.

Choremu wszystko wolno. Za długo i za mocno o czymś pomyśli i trzask i prask i ma. Chory łeb poszerza horyzonty. Niektórzy frajerzy biorą dawki w żyłę, by to osiągnąć. A innym starczy łeb spaprany życiem. Co zrobić, używki i wspomagacze wymuszają lądowanie w śmietniku.

No i chciałbym jeszcze umrzeć pierwszej nocy, hę. Kto chce być karmiony łyżeczką, nie wiedząc nawet o tym? Za taki klimat podziękuję.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
1
(+1|-0)
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział VIII cz. 2 (+18 )
Wysłano: 11.06.2015 12:01
Efekt romansu wilka i lisicy
Anthro
pomijając parę drobnych błędów, wszystko idzie ku lepszemu :) pisz dalej

1
(+1|-0)
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział VIII cz. 2 (+18 )
Wysłano: 11.06.2015 20:16
Folf / coś coś
Anthro
Powiem szczerzę, że nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału :-Pk

0
(+0|-0)
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział VIII cz. 2 (+18 )
Wysłano: 11.06.2015 22:12
husky / wilk
Anthro
Po kolei...

Po pierwsze

Liskowic

Cytat:
pomijając parę drobnych błędów


Mógłbyś je wymienić? Jestem ciekaw 8-)k


Po drugie

Necker

Cytat:
Powiem szczerzę, że nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału


To miłe, ale muszę niestety napisać, że Musisz przeczytać od początku :-(k To jakieś 7 rozdziałów --k

Nie Zrozum mnie źle, po prostu kolejna część będzie za jakiś czas, a na razie życzę Tobie miłej lektury z pozostałymi częściami.