Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział X cz. 1 (+18)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2015/7/19
Przeczytano: 834 raz(y)
Rozmiar 13.61 KB
2

(+2|-0)
 
Wyjąca w kącie maszyna grająca umila atmosferę paradoksu. Taką obecnie przeżywam. Żaden żart. Rozmawiam z zebrą gustującą w samiczkach i jeleniem pragnącym męskiej słodyczy. Nic nadzwyczajnego siedzieć z nimi. (Błagam, wyczuję wariata. Wizyty u wuja czegoś nauczyły). Pić z kimś pijącym zupełnie inny smaczek to ciekawostka godny podziwu. Więcej, wymaga pochwały. Widać, masz pieniądz, masz dobre znajomości, masz smaka. Nie oszczędzasz. Dobrze. Szykuj na rano trumnę. Śmierć czeka.

Jakoś się nie wyróżniamy. Następna grupka przyjaciół zebranych do kieliszka. Tak łatwiej rozmawiać. Promile niejednemu rozwiązują język. Dodadzą sił. Jeszcze karty i zagramy w pokera, najlepiej rozbieranego. Żadna udawanka, ściema. 3 ogony, dwóch facetów, jedna babka. Hmm, ciekawe zestawienie. Kanapeczka. E, czego się więcej po nas spodziewać?

Wokoło podobne nam grupki. Odgrywają nocny i poranny żer. Zbici w swe kąty. Stłoczeni wokół zajętych stolików. ,,Kwiatuszki” ze swymi ogrodnikami. Niektóre to mają skrzydełka, że, ej, same się proszą o lot na szczyty. Zawodowe ma się rozumieć. Znają potrzebne sztuczki.
Klientela różnoraka. Sporo skośnookich. Taki lokal wybrałem. Brak tych złośliwych spojrzeń, pogwizdywań, zaczepek. Zero podejrzliwości. Azjatów trzyma spokój. Nie zaczepiają póki ty nie zaczniesz. Niby kaganiec kultury, ale nie zobaczysz łańcucha.

Brzdęki szkła. Świergoczące rozmowy. Strzeliste i kłujące słowa. Chichoty. Śmiechy. Alleluja. Alleluja. Świętujmy marny żywot i udany żer poprzednich nocy. Ja na pewno. Nie wiem jak Terence i Blake. Mam czemu. Znajduję kilka powodów. Mali bohaterowie przeszli w kolejny szturm, pół zwycięski. Zbyt szybko odpadłem. Może któryś pluton, batalion, ostatni waleczny przeszedł? Zobaczymy. Plecy mniej palą. Młode rany szykują się na stare lata. A płaszcz dziadka czeka na kremację. Zastępstwo, ciemniejsze, o numer za duże, wyciułałem w lombardzie. 10 $. Lepiej nie mówić, skąd wytrzasnąłem forsę. Krótko – wiszę White 20 dolców. Skurwiałe złodziejstwo.

- To co teraz?- pyta Terence. Dotychczas był mniej rozmowny. Obraziłem niezapowiedzianym telefonem. ,,Przeszkadzasz nam w ważnej sprawie, palancie!”, krzyczał ze słuchawki. Kiedy poznał imię palanta, przeprosił. ,,No ale wiesz, jest 10 w nocy” – dodał. ,, Wiem, wtedy nie śpisz - powiedziałem.– Dlatego dzwonię”. Podałem powód. Nie odmówił.
- To co teraz?- ponawia pytanie.
- Pijemy – odpowiada Blake.

Nakazuje, nie prosi. Dobrze gada. Słusznie. (Sam bym tego lepiej nie wymyślił). Każdy popija swój smak. Blake wybrała anyżówkę z kropelką mięty. Dzięki niej zapłaciła najwięcej – 6$. Terence zamówił sake z cytrynką za 2,50. Ja poprzestaję na czystej wartej 1$. Kostka lodu stuka o krawędź szklanki. Troszkę lodu nie zaszkodzi. Łeb rozpalony. Gardło też. Obydwa wymagają schłodzenia. Oczyszczenie wymusiło dobór temperatury.

Osiągamy dno, odstawiamy szkło obok swoich butelek i czekamy na czyjeś słowa.
- Czyli gadałeś ze Zwierze?- pyta jeleń.
- Tak jakby...- Pociągam nosem. O, katarek bierze, cholera.- Wymusił na mnie wysłuchania swoich przemyśleń. Trzasnął, przytrzymał i kazał słuchać. Mówię wam, ścierwo nie popuści. Gnębił i nie pozwolił odetchnąć. Na pożegnanie podarł mi płaszcz na plecach. No i same plecy oberwały.
- Chore – buczy Terence.
- Cała sytuacja jest chora. Czasem myślę, że chyba CO i Zwierz siedzą w jednym okopie. Wiecie, my ich, oni nas, a kiedy widzimy siebie jako zwycięzców, oni już podcinają nam gardło. Wycinają od ucha do ucha uśmieszek i opowiadają dowcip. Sensu nigdy nie odgadniesz. Wally stracił rękę przez taki żart.
- Nie gadaj. Zwierz mu wyrwał? – pyta ni żartem, ni serio.
- Nawet skorzystał. Taki skurwiel. Przywitał się nią ze mną. Skapnąłem się po sztywności. Byłem tak przerażony, że zrobienie w gacie byłoby aktem odwagi.
- Ale masz pewność, że nie kłamał?- wtrąca zebra. Zapala papierosa, zaciąga się i strzepuje pierwsze kawałeczki popiołu. Mocno się sztachnęła.- Kiedy gadał ze mną, straszył wetknięciem… - Cichnie. Napełnia szklankę. Pije do ostatka. Pociągnięciem ręki wyciera pyszczek.- Użył takiego określenia. Wstydzę się powtórzyć…. Takich słów nie usłyszycie w normalnym świecie. I ten rechot.- Drży. Przesłania twarz dłońmi. Zaraz je opuszcza. Oczy przekrwione, pod nimi wory. Zmęczone. Zapłakane. - Rechot i słowa. Ledwo wróciłam do domu.
- Mi groził gwałtem analnym– rzucam cicho.

Zapada niezręczna cisza, zabijana okolicznymi, i przepełnionymi dzikim spokojem, głosami… Prócz nas nikt tego nie usłyszy, nie przeżyje tych ,,czułości”. Taa, przesadziłem. Oboje przypatrują mi się z zniesmaczeniem. Kryją strach. Przerażeni. Przeczuwam kłopoty. Dziwisz się? Mówisz: ,,Chcieli mnie zgwałcić”. Spodziewałeś się braw, oklasków? Kurde, liczyłeś na podziw za te słowa? Za szybko rzuciłeś mięsem. Poprawka, w obecności damy nie powinieneś rzucać mięsem. Dzielenie kłopotów na dwoje - troje nie uchodzi na sucho. Przynajmniej jest czym je utopić.

Wreszcie Terence przerywa milczenie prostym spostrzeżeniem:
- A ponoć pedalstwo każą leczyć.
- Jak widać nie – dorzuca Blake. Wylizuje ostatki z samego dna. - To jaki mamy plan, Hech?
- Prosty, do zrozumienia. Dlatego zaprosiłem waszą dwójkę. Nie miałem czasu na dłuższe myślenie, na jakąś loterię nazwisk, ale dobre i to.
- Czyli?...

Głęboki wdech. Potrzebuję siły. Jezu, jak im odpowiedzieć? Znasz słowa. No i?... Jakie wybrać? Spróbuję na chybił trafił.
- Faceci idą polować, kobiety zajmują się dzieciakiem.

Szykuję się na liścia od Blake. Palnąłem szowinistycznym tekstem. Słowo przewyższa gest, poniża serce. Szmato, suko, kurwo, dziwko – cztery podstawy do upokorzenia. Pamiętam, Blake wspominała granatowych pojebów. Rozwalili drzwi i wbiegli. Na widok dwóch dziewczyn mieszkających ze sobą i kochających się w swym małym świecie padł komentarz: lesbijskie dziwki. Nie uszanują prywatności i związanej z nią godności. Tak to w ogóle było? Zaraz, Florance wspominała ten motyw na komisariacie. Znowu główka szwankuje. Cholera… Ała, zebra wali z łokcia. Przyjacielsko. Z uśmiechem.

- Mogłeś powiedzieć, że White jest w ciąży. Wreszcie dobra wiadomość.
- W tym właśnie problem – mówię, masując obity bok.
- Z jej ciążą?
- We mnie.

Kładzie pasiastą rączkę na moim barku.

- Będziesz dobrym ojcem. Na razie tego nie czujesz, ale gdy przyjdzie pora, będziesz wiedział co robić.
- Nie spodziewałem się takiej rady od ciebie.
- A chciałeś usłyszeć propozycję aborcji?
- Chodziło bardziej o forsę.
- Pożyczymy wam – mówi zebra.
- Nie potrzebuję pożyczki z czyjejś łaski.

- A pomoc rodzinna?- pyta.
Popijam i odpowiadam:
- Też zaliczam do pożyczek.
- Nawet jeśli wam każemy NIE oddawać?
- Tu chodzi o sumienie. Będzie mnie cisnęło, że komuś wiszę przysługę.
- Ale choć raz mamy dobry powód, żeby wypić – mówi Terence. Załatwia formalności. Unosi trzy palce. Znaczy, prosi o trzy czyste. Byle o małym kalibrze, jeleniu.

- Aha, Terence zanim zapomnę, dałeś zbutwiałą morfinę. Wczoraj, przed pójściem do wuja wstrzyknąłem ostatnią strzykawkę i natychmiast walnęło mi w łeb. Uderzenie równie do metalowej pałki.
Gładzi krótki zarost. Oczka patrzą gdzieś w górę. Nie uciekaj przed odpowiedzią, rogaczu.
- Dlatego Frank pozwalał mi na zagranie pierwszych skrzypiec.- Zwraca wzrok na Blake.- Przed zabawą wyjmuję monetę i każdy wybiera stronę. Teraz poszło natychmiast. Nie protestowałem, skorzystałem. 9 wysokich uniesień. Mówię wam, wreszcie odetchnąłem pełną pustką.
- Faceci to jednak zboczeńcy – rzuca Blake.

Obaj z Terence’m wyczuwamy przymus obrony. Ja odpuszczam. Jest czemu. Szara lisica w fartuszku przynosi zamówienie. 3 ogonki, długie, futrzaste, zakończone bielutkimi koniuszkami i kolorowymi wstążeczkami. Kitajce nazywają owe pięknisie - kitsune. Pan Iwakashi opowiadał o nich: ,,Zwyczajowo rzucają na faceta klątwę, kiedy podpadnie zachowaniem”. ,,Panie, każda kobieta tak postępuje z chamem”, dodałem. Oj, słodka dziecinada. Niewinność, niewinność, cicha powinność.

A Terence i Blake ciągnął swoje mądrości.
- Ej, ej, tracisz kilka udanych nocy – mówi jeleń.
- Co drugą noc mam udaną – odpowiada zebra.
- Bo uwierzę.

Szaraczka rozstawia butelkę, szklanki, przyciska tackę do bioderka i kłania się główką. (Dzięki, skarbie, za miłą obsługę). Odchodzi. Kręci bioderkami. Nu, znajoma sztuczka reklamowa. Szczegóły, nigdy ogół. Ogonki falują. Niby wiatraczek. Sprawki zachęcające do ponownego przyjścia. Może kiedyś.

- Posłuchaj, rogaczu – ciągnie Blake - nie jestem z tych, co to ściągają każdemu pościel i każą się kochać według urzędu. Dla mnie wbijanie, nieważne jak, od tyłu czy z przodu to bolesna żenada. (Zażenowanie na twarzy Terence’a mówi o potrzebie przerwy na jednego. Nie czekam na nich. Wlewam w gardło swój zestawik. Bez wsparcia nie pociągnę uszu). Z nami, kobietami jest zupełnie inaczej. Uwielbiamy romantyzm. Gdy któraś z nas ma urodziny, rozrzucamy na łóżku płatki kwiatów i używamy kostek lodu.- Masuje łokcie, ramiona. Nakręciła się.- Wtedy jest prawdziwy klimat. Faceci tego nie czują, wybacz, Hech, nie znają tego czaru, tej energii. Wachlarz nut i dźwięków, które muszą zostać użyte jest zbyt ogromna na męski łeb. W mojej opinii najlepszą miłością, bez urazy, jest miłość lesbijska. Taka prawda.

Następna kolejka. Czwarta. Samotna. O 3 za dużo. Wykończyłem nerwy i ścięgna. Nie wyczuwam palców dźwigających szkło. Ile jeszcze? Potrzebuję morfiny… Serce boli. Zebra i jeleń rozmawiają, kojot pije. Żadne nie korzysta. Kłócicie się o pierdoły. Kogo obchodzi babka z samiczką, facet z samcem, kobieta z mężczyzną? Podczas nocy we dwoje czujesz nieznany urok. Przeszkadzając innym jesteś bydlak do odstrzelenia.

Dlatego nigdy nie pójdę na wybory. Puste pieprzenie przed nimi zwyczajnie ogłupia.

Muszę z tym skończyć.
- Dobra – mówię - nie gadajmy już kto z kim i jak i po co i na jaką cholerę. Mamy istotną kwestię do omówienia. Nie wiemy ile każdemu z nas zostało, ile te patafiany dadzą, ile zabiorą. Więc przestańmy pierdolić…. Przestańmy mówić o dziecku i skończmy najważniejsze.
Blake ugniata resztkę papierosa.
- Czyli my we trzy mamy zajmować się małym, jeśli byś zginął, tak?
- Dlaczego ,,jeśli”? To pewne.
- Czemu?- pyta.
- Bo życie jest krótkie, a zdążysz spotkać frajerów, którzy ci je skrócą.
- Ładnie powiedziane – mówi Terence. Polewa sobie, stuka moje szkiełko i pije.- To kiedy i gdzie?
- Nie wiem. Poczekamy.
- Ile?- pyta jeleń.
- Ile będzie trzeba. Sam przyjdzie, będzie dobrze. My będziemy musieli iść, też dobrze. Ale trzeba poczekać.

Blake szykuje się do wyjścia. Wygładza szarą spódnicę, przegładza grzywkę i szminkuje pyszczek.
- Okay, wy gadajcie dalej, ja spadam.- Mruga.- Każdy ma ustalone zadanie. Cześć.

Chce przejść. Nie może. Dwóch takich, wysoki łoś i niski gepard, zagradza drogę. Grube prochowce i szare kapelusze. Modelowi tajniacy, wywiadowcy. Soldaten (żołnierze). Spychają zebrę na dawną pozycję. Siada. Ma wybór? Ustępuje chamstwu. Dajcie kobiecie przejść. Zwierz was chował? Zapominam o wojnie. Wychowała całe pokolenia dzikich. Zabrała godność.

- Pan Herman Hechixos?- zagaduje łoś. Ostatki peta dymią z jego pyska.
- Jeśli nie, to co?- pytam spod kapelusza.
- Pójdziemy po całości.
- Czyli na siłę?- pyta Terence. Nieco odsuwa marynarkę. Pod materiałem kryje Smith & Wesson 27. Ze skórzanej kabury wystaje drewniana kolba. Gotowa do wzięcia.
Gepard wystawia kły.
- Nie pozwalaj sobie, pedale.
Jednym spojrzeniem przytrzymuję Terence’a. ,,Daj spokój. Pojebem się przejmiesz?”, pada mi w głowie.

Podnoszę oczy. Dzika parka stoi. Stróżuje.
- A w jakiej sprawie wy do mnie?
- Idziesz z nami – mówi łoś.
- Jakoś mi się nie chce.
- Idziesz i to już – dorzuca gepard.- A pedał i zdzira zostają.
- Kogo nazywasz zdzirą, cipo? – wtrąca Blake.
- Kogo nazywasz pedałem, cwelu?- wtrąca jej śladem Terence.

Łoś pochyla się nad stołkiem. Krzywo szczerzy odwrócony uśmiech. Nie wyjmuje peta. (Woli zachować resztki ognia dla poprawy odwagi?). Jego krawat wysuwa się spod kanciastego materiału i zwisa pomiędzy flaszkami. Samotny pośród pustki. No, troszkę zostało po dnach. Na jeden łyczek. Ostatni.

- Macie szczęście, sodomici, że jestem na tyle tolerancyjny, byście dawali ogony nieupoważnionym. Inni na moim miejscu byliby skłonni wsadzić was na roczek, dwa na odpowiednie leczenie. Tyle jesteście warci.- Zwraca łeb na mnie.- Lepiej idź z nami, kojocie.
- Gwarantujesz nietykalność mojego ogona?- pytam i skinięciem głowy wskazuję Terence’a i Blake.- Ta dwójka uznaje takie zasady.



 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.