Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Zwierz - Rozdział XI cz. 2 (+18 )  
Autor: trajt
Opublikowano: 2015/9/4
Przeczytano: 670 raz(y)
Rozmiar 16.96 KB
2

(+2|-0)
 
No, no, Terence trzyma u siebie duży asortyment broni. Różne kalibry - 4 mm., 5 mm. Dostrzegam browninga i winchestera. Paczki amunicji. Dwie strzelby. Pusty album na medale. Hełm i czapka, w jakiej wrócił. Mundur złożony w kostkę. Same pamiątki po armii. Skrytka pod kanapą kryje ich wiele. Temu kazał ją odsunąć po zasłonięciu okien.

- Czemu to chowasz?- pytam.
- A czemu mam tą kryjówkę?

No racja. Głupia odpowiedz na głupie pytanie. Kryjówka w stylu ,,prohibicjonistów” – podwójne dno szafy, podwójna ścianka walizki. Się wie, się zna sztuczki. ,,Prywatność rzecz święta.” – głosi któryś punkt dekalogu karciarzy, oszustów, bimbrowników i przemytników. Prawa bezprawia zobowiązują. Okradaj cudzych, nie kolegów. Przemycaj towar, nie szujstwo. Kiedyś oni brali pierwsze strony gazet. Całe kolumny o zbrodniarzach z głębokimi kołnierzykami i gardłami.

A masowi mordercy? Jedna mała wzmianka. Dzieci mogły czytać. Kto nie czytał? O przepraszam, kłamię. Pisali, pisali, ponad miarę. Ostre zdjęcia i teksty przyciągają. Czytając nie odróżniasz prawdy. Ten zabił siekierą, zatłukł dziecko i inne bzdury. John Dillinger powystrzelał zakładników w banku. Pamiętam tamten news. Ojciec czytał na głos i komentował: ,,Powystrzelał, powystrzelał, a o tych zdziercach z ratusza to nie napiszą!”. Dillingera znał każdy. Uczciwy facet zabity z winy kobiety. Zdradziła chłopcom Hoovera dokąd zabierze kochasia. BANG! BANG! i po Johnny’m. Zastrzelony przed kinem. Prosta historia.

Terence rozlewa szkocką. Data sprzed drugiej światowej. Nie zaszkodzi spróbować. Piję swój udział, on odczekuje. Niezłe, niezłe. Promile trzymane na specjalne okazje. Czuć smaczek wieków. Nagła podróż w przeszłość. Druga światowa, dziesięciolecie kryzysu, dziesięciolecie jazzu i rok mojego urodzenia – 1919. Albo 1918. Zapomniałem. Tyle dni, miesięcy, lat, zmarnowane łażeniem ze spiętym tyłkiem i z opuszczonym ogonem.

Taaa, miło wpić, pogadać, naszykować broń, umysł.

Jesteśmy we dwóch. Frank dostał odchodne.

- No szkoda, że kazałeś mu wyjść. We trzech byłoby weselej.
- Chciałem, żeby wyszedł. Spróbowałby nas powstrzymać.
- Zgodził się?
- Musiał.- Unosi Thompsona. Załadowany.- Fajny, nie?

Siadam w fotelu bogów. Mhm, nic nie stracił ze swej boskości. Podobnie miękki, podobnie wygodny. Podobnie umila pijaństwo. Prawdziwa kobietka. W bajce czarodziej zamieniłby mebel w przepiękną lisiczkę, koteczkę lub w klacz. Słodkie sny, bajkowe. Aż zasnę. Powieki idą w dół. NIE! Starczy odpoczynku. Przeżyłeś obiecany sen! Nadszedł koszmar! Działaj!

- Obrobiłeś sklep?- pytam
- Poprosiłem Wally’ego. Miał za dużo sprzętu. Nie miał zastrzeżeń oddając kumplowi.

Chwytam strzelbę i pudełko naboi. Otwieram zamek. Sprawny i wyczyszczony.

- Czyli Frank robił przy wojskowym?
- Trzymajmy się pierwszej wersji. Lepsze brzmienie. Napisałeś liścik pożegnalny?
Pod tym hasłem rozumiem ostatni seks. Pożegnanie z kimś umiłowanym. Poza czułym zbliżeniem słowa na do widzenia. Dodać więcej?
- Pewnie. A jak z tobą?

Popija pół szkła.
- Chcesz posłuchać? Trochę odbiegamy od twoich wieczorów.
- Jestem w takim nastroju, że przed wyjściem chętnie odreaguję łeb.

Chrząka i zaczyna:
- Twój fallus był prawdziwym barankiem pełnym ambrozji, którą piłem z przyjemnością.. Twardość twych pośladków przyprawiała o namiętny ból w karku. Dalej nie pamiętam. Frank tak czule zajmował się moim orzełkiem. Uważał, by nie gryźć, He, He, He, choć ma to w naturze. Wreszcie się nauczył odstawiać kiełki. Mhm, ma dobry język. Serio, wychodzi fajniej niż przy ręcznym.
- Szczerze mówiłeś?
- Słodkie oczka przerabiałem na kursach w CO. Kiedy trzeba, umiem kłamać, ale wyznanie komuś miłości jest szczere.
- Ile razy?
- Trzy razy on, trzy razy ja.- Wymienia sporo formacji: góra, dół, boczki, na pohybel. Obieranie bananka. 69. Szpagat. Podstawy, rozwinięcia, uniesienia. Różne sposoby, pomysły, wrażliwości. Zagrywki umilające wieczory, nocki i wolne chwile za dnia. Tyle tego, że nie policzysz i nie wyrobisz. Położyć się, pobawić, skończyć. Rozgrzać, rozciągnąć, nie nadwyrężać.

Jest i ciemna strona. Szybki numerek. Podziękuję. Chodzi o przyjemność obu stron. Dobry zwyczaj, w łóżku nie poniżaj. Krótka piłka – masz kogoś, nie wykorzystuj. Terence i ja wiemy czym zagrywać. Inni, mówię o większości, to zapaleńcy. Mają chrapkę, wyżywają się. Przyjdą, wlezą do łóżka, podmuchem chwili zgaszą świeczkę i spadają. Po zabawie.

- Były przebieranki?- pytam.

Terence opróżnia butelkę. Ej, ej, ej, kolego! Nas dwóch, a sam pijesz?! Nieładnie. Pośpieszne oskarżenie. Jeleń wstaje i idzie do kuchni. Wraca z czystą. Wolałbym morfinę albo nieskończoną noc z White. Trudno, bierz co dają. Wyboru nie masz.

- Masz nas za pedałów?- pyta.
- Palnąłeś takim romantyzmem.
- Czasem trzeba być romantykiem. Poezja umie nakręcić serce, uleczyć je. Pamiętasz tamten wiersz. Czytałeś, posłuchałeś, oceniłeś. Pozytywnie zachęcał do zabawy. Taaa, przespałbyś się ze mną?
- Pierdolnąłeś łbem o własne poroża?
- Kochasz się z zebrą, czyli kopytną, ja z owczarkiem, czyli psowatym. Nie poczujemy różnicy. Spróbujemy?

Terence, co z tobą? Ty nie patrz takim smętnym wzrokiem. Nie jesteś ulicznym aniołeczkiem o mięciutkiej pupci. Weź też schowaj ten krzywy uśmiech. Stary, za bardzo ciebie szanuję, żeby ci kazać iść do Morrisa. Czekaj, czekaj, łyknę troszkę dla wzmocnienie.

- Przesadziłeś – mówię.
- Hech, posłuchaj, zaraz wyjdziemy na tamtego świra. Nie wiemy, czy wrócimy. Przed godziną przeżyłem najlepszy moment w życiu. (Ja też). Pamiętasz naszą pierwszą akcję?... Byliśmy w jakiejś zapadłej dziurze nieopodal Normandii.
- Pamiętam – mówię.
- To dobrze. Następne francuskie zadupie do wyzwolenia i oczyszczenia ze szkopów. Idziemy we dwóch brukowaną uliczką. Wszędzie porozwieszane pranie. Suszy się, kurwa, akurat teraz. Prześcieradła, pierzyna, gacie, cała masa szmat przesłania uliczkę. Nic nie widzimy. Pamiętasz to, Hech? (Kiwam głową). Idziemy we dwóch wśród szmat i wtedy biorą nas w krzyżowy ogień. Wpadamy w jeden kąt i czekamy. Strzelają z nieznanej pozycji. Nie przerywają… - Puszcza szklankę i chowa twarz w dłoniach. Trzask szkła. - Bałem się wtedy, że zginę i nie zobaczę rodziców.- Opuszcza ręce. Oczy ma zapłakane.- Naprawdę się bałem. Miałem nie mniej jak 18 -19 lat i całe życie przed sobą.

Podaję swoją szklankę. Będzie potrzebował.

- Miałeś prawo się załamać.
Nalewa do pełna i pije.
- Byłem tchórzem. Byłem pierdolnięciem.

Poklepuję jego ramię.

- Każdy przeżywa ciężkie chwile.
- Bałem się, nie zdążyłem poznać drugiej połówki… Przed wojną nie byłem sam na sam z innym ogonem w łóżku. Nie chciałem odchodzić samotny z tego świata.
- Też to wtedy czułem. Żal w chwili śmierci, że nie masz kogoś bliskiego. Komu prześlą nekrolog, kto zapłacze nad twoim grobem. Tyle jesteś wart, na ile inni szanują ciebie.
- Chcesz morfiny?- pyta.
- Masz?

Chwyta za marynarkę przewieszoną na oparciu kanapy. Unosi dwie ampułki.
- Ostatnie, świeże. Sorki za tamte zbutwienia.
- Zdarza się. Było przeminęło.
- Mówiłem: Frank się pomylił i przeprosił w znany nam sposób.

Podwijam rękaw. Zdejmuję pasek i zawiązuję na łokciu. Szczękami chwytam luźną końcówkę. Pociągam... Cholerstwo wciąż mocne. Yhm, mocny materiał. Nie idzie. Skurczybyk nie idzie. Ząbki bolą. Dacie radę, chłopaki… Ostatni strzał w żyłę. Został kawałeczek. No, przeszliśmy.

- Nie chcesz pomocy?- pyta Terence.
- Nauczyłem się dawać sobie z tym radę.

Na jeleniej twarzy pojawia się drobny uśmiech.

- Nawet jeśli w pokoju jest White?
- Sama mi pomaga. Nie proszę, nie zachęcam, sama podchodzi.
- E, kłamiesz.
- Czasem ją proszę.
- Złota zebra – mówi

Zbiera potłuczone szkło i wraca do kuchni. Przynosi nową szklankę.

- Więcej warta – poprawiam.

Zaciskam pięść. Krótkie poszukiwania żyłki i jedziemy. Wbijam igłę… Mhm, tego potrzebowałem. Zapomniany przebłysk spokoju. To prawdziwa morfina, czysta cisza. Wypełnia serce, uszy. Kilka dni głodu to o kilka za dużo. Ból mija. Dźwięk znika. Zamykam oczy. Cofam główkę. Fotel pomaga. Spokojnie, spokojnie, spokojnie. Cisza. Spokój. Odpręż ciało, ducha, myśli. Wspomnij zebrze kształty. Delikatne, gładkie, nienaruszone, wspaniałe. Boskie. Stracone szczęście…

- Trafiła na swego – słyszę głos Terence’a.
- Pamiętasz tego oficerskiego cwela, który chciał z tobą pofiglować?.
- To był dopiero zboczuch. He, He, He. Jeden z… kurantów opowiadał, jak urządzał te swoje musztry. Wybierał takich wyrostków, trochę męskich, wysportowanych. Zajmował salę ćwiczebną i natychmiast kazał się rozbierać. Aj, aj, aj, walił z grubszej rury. Pierwszego z tyłu, drugiego z przodu i leciał. Dwudziestu z obrobił, skurwiel. Paru napisało donosy. Mieli pecha. Gość siedział w pocztowym. Poznał pismo i powysyłał autorów na pierwszą linię.
- Skąd wiesz?- pytam.
- Któryś to przetrzymał i opowiadał. Pamiętasz, jak chciał iść ze mną, przywaliłem mu.
- Przywaliliśmy mu. Szliśmy wtedy we dwóch, a cieć cię wyrywa na boczek i w uszko szepcze, za ogonek ciągnie, zaprasza na dywanik. Ty mu w biodro, ja doskakuję i walę w pysk. Walimy oficera i idziemy swoją drogą. Skończyliśmy pod sądem?
- Ważne, że oberwał. Jak myślisz, wrócimy?

Odkładam pasek.

- Któryś na pewno – mówię.

Terence wpatruje się w szklankę. Pociąga do dna. Rogaczu, wątroba nie nadąży.

- Obym to nie był ja.

- Znowu ci słabo?
- Po pobycie w Nowym Jorku, w Nowym Orleanie, czasie spędzonym w Meksyku... Wiesz, Hech, zmarnowałem ten czas. Zaglądałem do pedalskich barów przepełnionych uszminkowanymi ciotami. Chlałem w nich, dawałem sobie wyciągnąć. Chore schroniska dla ćpunów i nierobów. W jednym spotkałem taką grupkę świrów. Czekaj, nazywali się Burroughs, Ginsberg i… Ten trzeci miał dziwne nazwisko. Świry jakieś, poeci i pisarze. Zwariowani awangardziści i narkomani. Zagubieni w XX wieku dandysi.
- O tamtym wierszu miłosnym miałeś inne zdanie – mówię.
- Bo autor pisał z potrzeby serca i pragnienia. Nie pisał dla szpanu.

Dzwoni telefon. Odbieram.

- Słucham?...
- Cześć, kojotku. Zwierz mówi.- Rechocze głos. Pot spływa głową, szyją i karkiem. Kojąca moc morfiny słabnie. Znika wybawienie. Mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Zaczynają boleć… Zaciskam palce na słuchawce i pstryknięciem proszę Terence’a o papierosa. Podaje. Głębokim wdechem nikotyny uspokajam nerwy. Starczy.

No dobra, odebrałeś rozmawiaj.

- Czego chcesz?- pytam.
- Nudno mi. Samotny siedzę wśród trupów i krwi. Czerwień zdobi mą jamę. Robactwo zżera zgniliznę. Dużo uzbierałem: czaszki, kostki, żeberka, kręgosłupy. Oj, najadłem się. Same frykasy.- Odgłos mlaskania.- Pomyślałem, czy by nie zadzwonić do znajomego. Zadzwonię i pogadam o dawnych latkach. Kwid pro kwo.

Nie odpowiadam.

- Co tak cichutko? Lesba ci obciąga? He, He, He. A może to rogaty kolega daje dupy?
- Ma poroża.
- Dalej lubi, gdy mu się wyściska? He, He, He. Nie ma nic lepszego od rozpalonej pupci, pod którą wiszą piłeczki. Chwytasz za nie, obracasz, gnieciesz, liżesz, ssiesz, miętolisz. (Pierdolisz). Bierzesz do pyszczka i gryziesz, zagryzasz. He, He, He. Ząbki niepodpiłowane, bananek nieobrany, ale podjeść można. Ach, Ach, Ach, jakież to romantyczne. Kiełka wchodzą głęboko, przecinają żyły, odgryzają. Kochanek wyje z bólu, ale każde nie przerywać. Ból i miłość są swoimi wspólnymi mianownikami. He, He, He.
- Nudzi ci się?- pytam.
- Nie obrażaj się, kojotku, choć troszkę powinieneś. Podczas naszego spotkania mówiłem, że miłość to puste, nic nie znaczące słowo. Ruchasz, ruchasz i nic nie wyruchasz. (Pierdolisz). Z innego punktu widzenia, a znam ich wiele, ty jesteś normalny. He, He, He. Nie podsuwasz tyłeczka przed naprężonym kogutem, nie podnieca cię głęboko wciśnięte ciśnienie. Wbić, obrócić, podniecić, wystrzelić i zaznaczyć zerżnięte ciałko. He, He, He. Ach, miłość, miłość, miłość, zdradliwa suka. Wiesz, kojotku, miłość mało znaczy przy dzikości. To dopiero nienasycona suczka, kumasz?! Dzikość, którą próbujecie zamazać na przestrzeni wieków, ciągle powraca ze zdwojoną siłą. (Pierdolisz). Wraca wściekła, boście ją odtrącili, szczeniaczki, i nie, nie, nie, nie, nie jest potulą cipką. He, He, He. Oj wy, zwierzaczki, głupiutkie futrzaczki, zboczone futerka, wyszliście z jamy i już, już wyruchaliście wszystkie suczki.
- Przestań pierdolić i mów czego chcesz.
- Porozmawiać z pedałem, jeśli oczywiście u niego siedzisz.- Rechocze.- Sprawdzę jego odporność.
- To rusz tyłek, nie ucho. Zobaczymy jaki z ciebie kozak. Nie zdążysz uderzyć.
- Dobra, dobra, kojotku, daj go.

Wstyd oddać. Przekazujesz niewinnej duszyczce rozmowę z szatanem. Pośpieszny rachunek faktów. Przerwę rozmowę. Zwierz ponownie zadzwoni. Cwaniak. Wszystko obmyślił. Trudno.

- Masz – mówię do Terence’a.
- Kto dzwoni?- pyta.
- Usłyszysz.

Bierze słuchawkę. Nadstawiam uszy. Grzech podsłuchiwać, ale ciekawość pcha.

- Hawk przy telefonie... Tego się spodziewałem… Tak, dał… Nie jestem chłopaczkiem stojącym na rogu z ptaszkiem na wierzchu… Takiś chyży?... Przyjdź. Przywalę ci… Lepiej nie wyskakuj z takimi tekstami. Słyszę to każdego dzień…. Każdy z nas umiałby ci przyłożyć… Rechot mało pomoże… Jego w to nie mieszaj… Tak, robimy to razem… Sam sobie wsadź… Jasne, jasne, odszczekujesz, bo się nas boisz… (Odkłada słuchawkę) Ścierwo – mówi, po czym zapala papierosa.- Ścierwo i kurwiszon.

Krótko mówiąc – wściekłość. Kryją ją oczy, ruchy, słowa. Terence da mu popalić. Spotka Zwierza i odstrzeli kończyny. Gotów do ataku. Nie odpuści. Załaduje magazynek, nastawi zamek, pójdzie zapolować. Samoczynna reakcja. Wina cudzej głupoty. Lepiej być w innym miejscu albo mieć go po swojej stronie. Znaczy inaczej, być po jego stronie.

- Mogę telefon?- pytam cicho.
- Ostatni do White?
- Nie inaczej.

Wykręcam numer. Krótkie wyczekiwanie.

- Kto mówi?- Brzmi cudny głos.
- Cześć, malutka. Trzymasz się?
- Dobrze. Co u ciebie?

Wyczuwam płacz. Kochana, proszę, nie płacz.

- Siedzę u Terence’a i szykujemy się na wieczór. Jest dobrze. Masz bóle?
- Oboje myślimy o tym samym, zgadłam?
- No zgadłaś.

Chwilka przerwy. Płacz. Sam czuję łezki w oczach.

- Boję się – mówi White.
- Wrócę.
- Ale ja naprawdę się boję, że nie wrócisz. Nie chcę zostać sama.
- Nie martw się. Blake i Florance zajmą się tobą, a jakby co są jeszcze państwo Iwakashi. Terence też pomoże. (Jeleń wyczuwa kontekst rozmowy. Unosi dłoń. Niby zamawia piątaka. Znak przysięgi. Wierny druh). Masz u kogo szukać oparcia.
- Mam ciebie.

Milczę. Rękawem przecieram oczy.

- Wiem. Wiem i przepraszam, że nie mogę inaczej. Przepraszam. Zrozum, taki jestem.
- Rozumiem. Hech…
- Tak?...
- Kocham cię.
- I nawzajem – mówię i natychmiast odkładam słuchawkę. Wiem, chamstwo i niewychowanie. Wyrachowane zachowanie nie przystoi kojotowi z takim życiorysem. Cóż, w mojej sytuacji dalsza rozmowa byłaby katorgą. Czemu brnę w te szambo?! Stary, masz dokąd wrócić. Masz, ale nie możesz.

Terence bierze wypróbowany sprzęt - niezawodnego Smitha & Watsona oraz krótkiego Colt Detective Special, odziedziczonego po Agencji. Odstawił mocniejsze typy - tomka rozpylacza, strzelby, obrzyna. Nie krytykuję, ale grubszy kaliber dodaje otuchy.

- Idziemy?- pyta, chwytając kołnierz marynarki.

Kręcę bębenkiem rewolweru. Kręci się, że miło. Zaczynamy obstawiać numerek. Gram o wysoką stawkę.

- Idziemy.
- Czekaj, zamówię taksówkę.

Cholera, musiałem o czymś zapomnieć!

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.