Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Diablica V  
Autor: trajt
Opublikowano: 2015/10/3
Przeczytano: 444 raz(y)
Rozmiar 9.00 KB
1

(+1|-0)
 
Wieczorem dopada mnie ,,ładna” pogoda. Czarne chmury przyszły nad Miasto, jak i na mój łeb. Najgorszy deszcz od 2 tygodni. A stoję pod zapaloną latarnią. Najgorzej. W jasności moknę na całego. Niezupełnie. Twarz pozostaje sucha. Papieros też. Gorzej z uszami. Wystają spod kapelusza. Wyczuwam, że zziębnięte. Choroba, ręce mi drżą. Pocieram je. Ekhm! Ekhm! Złapałem bakcyla. Tego brakowało. Dla samotnego strzelca to koszmar. Pech niektórym to nie poskąpił owoców. Wariackie szczęści, nic więcej. Ekhm! Ekhm! O ogonie nie wspomnę. Moknie. Nie wchodził pod płaszcz.

Przejeżdżający obok samochód ostro skręca. Nie omija kałuży. Wjeżdża specjalnie. Ochlapuje mnie. Nie uciekam. Proszę bardzo, panie władzo, nawalaj. Jestem frajerem z pustym portfelem. No i oszukałem dziewczynę.

Następna kara za skłamanie White. Nie wróciłem do niej. Przeszedłem do siebie i trochę pospałem. Mówiłem, przy niej sen traci znaczenie. Nie śpię, bo jestem nią zajęty. Oboje nie śpimy, bo jesteśmy zajęci sobą. Ładnie zabrzmiało. Ekhm! Ekhm!

O! Co za cudo stoi na trzecim piętrze? Światło okna przyciąga mój wzrok. Nocna ćma ze mnie. Góry nie widzę. Żaluzje zasłaniają. To nic. To chyba lisica. Ogon długi i gęsty. Pręgowany. Puszysty. Pomyłka. Łasica lub jenotka. Mogę się mylić. Inaczej z bielizną. Rajstopki. Rarytas. Stawia na czymś nogę i zdejmuje podwiązki. Ekhm! Ekhm!… Bierze chrapka, po której przychodzi współczucie dla dziewczyn z ulic. Muszą stać na tym deszczu. A nie złapią żadnego klienta, wyjdzie, że zmarnowały zdrowie. Jestem podobnie wykorzystywany.

Według klientki gość przychodzi do księgarni koło 8 wieczorem. Jest za dziesięć. Jeśli ten bęcwał nie przyjdę, wrócę do White. Ekhm! Ekhm! Rozgrzeje mnie. Stanie kolejną godzinę mi nie przeszkadza. Ten cholerny deszcz stanowi problem.. Patrzenie na niego zza okna to uciecha. Słuchasz kropli padających o chodnik i ulice. Cichy rytm spokojnego snu... Taaa. Czuję, że zdążyłem złapać jedno cholerstwo.

19:59. Minutka. Końcowy odcinek. Będzie 20:05, spadam. No przychodź, żabojadzie. Zobaczymy, czy jesteś punktualny.

Jest! Czyżby wysłuchał cichej prośby? Do księgarni wchodzi typek żywcem wyjęty ze zdjęcia – myszon z bambusową laseczką i w słomkowym kapelusiki. To żart? Sikawka, a gość łazi w takich ciuchach bez parasola? Ma coś z głową.

Odczekuję 5 minut i wchodzę do środka. Mały tłoczek. Przyszli głównie zainteresowani literaturą - dzieciaki z collegu, córeczki dobrych domów, naćpani poeci oddający się za kilka działek swej muzy. Udają buntowników. Chcą wkurzyć starych i uciekają na dwie, góra trzy godzinki. Wracają umorusani o 20:00 i mówią: ,,Nie było mnie w domu. Aha, i co mi zrobicie?”. Szczeniactwo. Przeglądają miazgowe pisemka o ,,ugrzecznionej” treści. 15 centów za marną rozrywkę, seks, przemoc, czyli obce im normalne życie z domieszką szaleństwa. Pytają o modnych w tym sezonie autorów. Padają znane i nieznane mi nazwiska: Hemingway (tego lubię), Seline, Kamus. Dwóch ostatnich nie kojarzę.

Baran pilnujący kasy dostrzega mnie. Stoi na straży. Puka w tabliczkę wiszącą nad nim. PÓŁ MINUTY PRZEGLĄDANIA ALBO WYPAD – brzmi napis..

Okay, zrozumiałem.

Rozglądam się. Myszona nie widać. Przechodzę między regałami przyrodniczymi a kulinarną. Rożne okładki. Tandeta, tandeta, Na bogato. Bajki dla dzieci, senniki, dzienniki, słowniki. Makulatura przerobiona na miazgę. Ląduję w kącie z tomikami yiff poezji i yiff opowiadaniami. Cena odpowiednia do jakości - 3 $ za sztukę to nadmierna uczciwość.

Dla niepoznaki wyciągam pierwszy lepszy zeszycik. Zobaczmy... Lesbijska poezja. Trudno, praca wymaga poświęceń. Co my tu znajdziemy? ,,Wodospad amazonek” (dobry tytuł), ,,Noce strażniczek” (ciekawe), ,,Gdzie nie ma brudnych myśli brudnych samców” (szczera prawda). Na szybko wymyślam męską wersje: ,,Gdzie nie ma piersiastych demonów zagłady”. Terence’owi chyba się spodoba.

Treść nie odbiega od tytułów. Czułości i przyjemności skryta w prostych słowach:

,, ciało wilczycy jest żywym ogniem piękna

przedłużeniem ramion Wenus i Afrodyty

obydwie obmywają jej duszę

wśród gwiazd i księżycy

szykują oblubienicę”

W tych książkach nawet numery stron są bogato zdobione. Ich miejsce zajęły dziewczyny. Narysowane w każdym szczególe. Nieźle. Przy numerach dwu cyfrowych obie cyferki zabawiają się ze sobą. Wydawca stworzył naprawdę idealną rzecz – tomik poezji i zestaw pozycji w jednym. Jedna formacja ma w sobie coś szczególnego. 24. Klacz i ośliczka patrzą sobie w oczy. Ośliczka napręża i wykręca ogonek. Klacz, stojąc na głowie, unosi nóżki – jedna wyprostowana, druga zagięta.

Klientka nie kłamała i z tym. Gość lubi te igraszki najpierw pooglądać i potrenować w głowie. Idę tą samą drogą...

Wtedy go dostrzegam. Myszon stoi przy półce i przegląda grubą knagę.

Okładam wierszyki na miejsce, podchodzę i zapuszczam żurawia. Fiu, fiu, fiu. Takich pozycji nie próbowałem z White. Jak takie wygibasy nie rujnują kręgosłupa? Lepiej nie próbować.

- Ciekawe to?- zagaduję.

- Wye pan... chyba ny tygo szukam.- Przystaje palcem na stronie z doborową ilustracją. Myszowata króliczka, podpierając się rękami i nogami, unosi brzuch, a tymczasem lisowaty borsuk, rudy z lisim ogonem, dobiera się do niej z góry. Że nie złamią karku.
Myszon kontynuuje: - Takya pozycya jest zy elegyncka i nyzbyt przepełniona brytalizmem.

- A czego się pan spodziewał?- pytam.

- Prawdzywej ksyęgi myłości. Poszykuję jyj od dyść dawna i wciąż doznajy klęsk.- Patrzy na mnie wzrokiem przegranego.- Wyesz, panye kojot, sztuka myłości to sztyka zadawania bylu.- Bambusową laską wskazuję pasiastą kotkę. Stoi niedaleko i czyta magazyn. Ładniutka studentka. Nosi sweterek. – Ona na tyn przykład byłaby zychwycona otrzymanem batów i ryzg. Z ryzkoszą krzyczałaby pod jarzmym kychanka. Partnyrka musy dyznawać ryzkoszy pyprzez otrzymywanie wymierzonych ciosyw. Ból to synonim myłości.

Czego ja słucham? Stoję koło gościa, którego podniecają zboczone gierki, który lubi bić partnerki i ma problemy z językiem. I typa muszę przyprowadzić. Muszę to przetrzymać. Trzeba wysłuchać i w czasie rozmowy przymusić jakoś do wyjścia. Wystarczą pięści.

- Przypraszam za śmyałość, czy mógłbym zadyć nurtujący mne pytanie? Czy w trakcye stysunku karcy pana pragnenie zadawanya bólu partnerce? Pragne pan dać jyj klapsa, aly tyk mocnego, by ją bylało?

- Pan tak na poważnie?

- Owszym. Jystem cykaw.

- Odpowiem krótko.. Ból to mogę sprawić...

- TY TAM! WYNOCHA!

W nasza stronę zmierza baran. Ponad regałami widać jego rogi, głowę i twarz. Jest wściekły. Swoim krzykiem wymusza wyjście klientów. Wszyscy wychodzą prócz mnie i myszona.

- To było do mnie czy do niego?- wołam.

- A JAKI PALANT TAM STOI?!

- Ja i…

No tak, myszon skorzystał z okazji. Nawiał, zostawiając mnie z właścicielem.

- KOJOCIE! 5 SEKUND NA WYJŚCIE!

- To pokaż czym liczysz.

***

Wstaję i otrzepuję rzeczy. Pograłem za ostro. Straciłem następny ząb, a prawe oko ciut kiepsko patrzy. Zamglone. Podbite, kurrde. No i krawat mam we krwi. Jakoś ujdzie. Daję radę stać na obu nogach. Nieźle. W głowię mi dudni. Chwilka i wszystko wraca do normy. A myślałem, że barana rozłożę na łopatki, chwycę za rogi i urwę mu łeb. Przeliczyłem się, choć nie zaatakowałem pierwszy. Zero szarży, wyłącznie obrona. Słabo poszło.

- Jeszcze ci mało? – słyszę.

Baran stoi w drzwiach z rękami w kieszeniach. Patrzy na mnie miną ,,zaraz ci przywalę, jak nie przestaniesz”. Mocny gość. Byle go nie spotkać drugi raz.

Szykuję się na następną rundę. Zaciskam pięści.

- Dajesz – mówię.

- Ty na serio?

- Nie całkiem. Nie mam ochoty zarobić kolejnego guza.

- To dobrze. Muszę wracać do roboty. I zapamiętaj, koleś: Pół minuty przeglądania albo wypad.

- A widziałeś takiego śmiesznego myszona w głupim kapelusiki i z bambusową laseczką?- pytam.- Stał koło mnie i znikał, gdy szedłeś na nas.

- Nie.

Wchodzi do środka. Zostaję wśród pustych pudeł, koszy na śmieci i rozbitych butli. Okazja szybkiego załatwienia sprawy przeszła mi koło ogona. Zamiast chwycić podejrzanego za kark i wyprowadzić stałem jak debil. Żałosne rozkojarzenie. Słuchałem go zamiast załatwić sprawę.
Potrzebuję odpoczynku.


 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.