Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Diablica VI  
Autor: trajt
Opublikowano: 2015/10/18
Przeczytano: 433 raz(y)
Rozmiar 11.76 KB
0

(+0|-0)
 
- Jak tam śledztwo?- pyta White na powitanie. Zgadła, że poszedłem do tamtej zdziry. Żaden szczegół jej nie umknie. Za to ją kocham. Dzisiaj pokochałem ją znacznie bardziej. Włożyła dżinsy przycięte do bioderek i luźną koszulę. Przyjemny widoczek na zakończenie dnia.

- Fajnie. Ekhm! Ekhm! – chrząkam. Stanie na deszczu zrobiło swoje.- Złapałem gostka i przeziębienie. Jeden zwiał, drugie zostało.

Zebra pomaga zdjąć ubranie. Płaszcz i kapelusz na wieszak, spodnie i koszula na krzesło pod okno. Niby wszystko wyschło w księgarni, ale wciąż z materiału skapują krople. Peszek.

- Biedaczysko – słyszę. W pokoju jest ktoś jeszcze. Jej była siedzi na łóżku. Pamiętam, że była kotką. Pamięć nie zawodzi. Widzę jaguarzycę w beżowym żakieciku. Wie, jak zwrócić na siebie uwagę. Kolanko na kolanku, rączki z tyłu. Za jej plecami kołysze się długi i cętkowany ogonek.

Robię wymuszony uśmiech do złej gry.

- Miło ciebie widzieć, Hech – mówi.

- Znamy się?

Krzyżuje ręce na piersiach, a raczej pod nimi. Tworzy się ładna dolinka. Odkładam próbę wejścia.

- To mnie odbiłeś White.

- Nie przypominam sobie. Ekhm! Ekhm!

- Jestem tamtą dziewczyną, z którą się pokłóciła i zostawiła w barze. Kiedy zadzwoniłam następnego dnia rano, powiedziała, że nareszcie znalazła prawdziwą miłość. Poczułam zażenowanie, o ile rozumiesz takie słowo, bo byłyśmy razem 4 lata i przeżyłyśmy dobre chwile.

- Nadal nie kojarzę. A to o telefonie chyba zmyśliłaś.

- Mówi prawdę – wtrąca White. Wróciła z trzema buteleczkmi lżejszych procentów. Podaje każdemu i siada przy jaguarzycy. Ja zachowuję pozę szeregowca i stoję na baczność. Chcąc nie chcąc wyglądam zabójczo w bokserkach i podkoszulku. No, żeby było weselej, popijam w towarzystwie byłej dziewczyny mojej dziewczyny, hę. Ekmh! Ekhm! Do czegoś trzeba dojść.

- Miłość umie zaskakiwać. Ekhm! Ekhm!

- Ty chyba nigdy nie byłeś zakochany, nie, kojocie?

- Spokojnie, kocico, nie chcę z tobą drzeć ogona.

Unosi pazurki. Zdziwię się, jeśli skończę ten dzień bez zadrapań. Nie uderzę kobiety, ale jak sytuacja wymaga… Nie, nie, nie, nie jestem prostakiem.

White musi wyczuwać te napięcie. Kładzie dłoń na jej kolanku i patrzy prosto w oczy. Powstrzymuje ją. Widok, który trzeba uszanować.
- Posłuchaj, Florance, nie przestałam cię lubić, ale… - Opuszcza wzrok.

Cała nasza trójka milknie. Ekhm! Ekhm! Krople pukają o okna, pod nami ktoś słucha radia. A u nas cichutko. Zła wróżba.

White zbiera się na odwagę, by dokończyć. Zaczyna od nowa:

- Florance, ja naprawdę nie chcę z tobą zrywać kontaktu, ale zrozum, kocham Hecha. Spędziłyśmy ze sobą wiele wspaniałych chwil, wieczorów. Tego nigdy nie zapomnę.

Kotka dotyka czarno-białej grzywki.

- Wiem.

Całują się. No, no, namiętny ten pocałunek. Ostry. Każda trzyma rączkę na plecach drugiej. Jaguarzyca głaszcze pasiaste ramię, nogi. Szczwana, ani myśli odpuszczać. Ekhm! Ekhm! White podobnie. Tylko czekać, aż włożą rączki pod ubrania. Chyba się na to zanosi. Cicho cmokam. Dość głupia sytuacja. Gdyby to miało miejsce pięć, trzy lata, rok temu, nie zawahałbym się przed wkroczeniem do zabawy. Szybki atak. He, He, He. Ekhm! Ekhm! Facet i dwie kobitki. Razem dają niezłe równanie - Kanapeczka albo korkociąg. Kwestia gustu. Ciekawe, co porabiały przed moim przyjściem? Czy ,,tylko” rozmawiały? Domysły zostawiam na przyszłość, taką barrrdzo odległą.

Kończą, trzymając się za ręce i wpatrując w siebie.

- Nie zmienisz zdania?- pyta kotka.

- Nie. Przykro mi.

- Trudno. Życzę ci dużo szczęścia na nowe drodze życia. Cześć. A ty, kojocie, odprowadź mnie do drzwi.

- Mam tak wyjść? Ekhm!

- Tylko do drzwi.

Idziemy. Jedna chwila więcej z tą kotką wydaje się wieczną męczarnią. To nie koniec. Poprzestaje na chwyceniu klamki. Wyraźnie chce czegoś więcej.

- Słuchaj, coś jej zrobisz, osobiście dopilnuję twojej kastracji.

- Nie musisz tego powtarzać – mówię.- Tylko czemu masz z tym taki problem?

- Chciałbyś wiedzieć? Dobra, powiem ci, żeby ci uświadomić pewne rzeczy. Otóż rodzice White i jej siostry wypięli się na nie, gdy dowiedzieli się, że obie są lesbijkami i mają dziewczyny. Poczuli wobec nich wstręt i obrzydzenie. Ból ogona o takie bzdury. Byli parą nowobogackich gnojków. Mieli gdzieś córki, rozumiesz? Chciały iść własną drogą, starzy natomiast uznali to za wstyd. Aha, wstydzili się. Wydziedziczyli je, czy jak ty chcesz, puścili z torbami, i teraz obie wypruwają sobie żyły za marne gorsze. A rodzice nie pomogą. Nie chcą ich znać, nie odbierają telefonów, nie odpisują na listy. Takie z nich bydlaki. Skurwysyny.

- Miej pretensje do życia. Rodziców sobie nie wybierasz.

Przystawia palce do mojego pyska. Robi to z siłą, nie pieszczotą.

- Ja cię tylko ostrzegam. Poigrasz z nią, poigrasz ze mną, z nami wszystkimi – mówi i ściąga palec. Co za ulga.

- Robisz w prokuraturze, ta?

Przewraca oczami.

- Boisz się silnych kobiet?- pyta.

- Zazdroszczę im siły. Ekhm! Ekhm! Sam mam problem z pewnym typkiem. Potrzebuję pomocy.

Krzyżuje ręce na piersi i podpiera ścianę.

- Wziąłeś sprawę, co? White mi opowiadała o tamtej skunksicy.

- Kobiety przenigdy siebie nie okłamią. Pomożesz?

- Z kim masz problem?

- Markiz de Sedes… Nie wiem, czy dobrze wymawiam.

- de Sade – poprawia jaguarzyca.- Chyba będę umiała pomóc. Mam warunek.

Kotka spluwa na prawą dłoń. U, twardsza niż myślałem.
- Sztama? Masz w tym interes?
- Chodzi o White, dokładnie o jej szczęście. Nie ufam ci i chyba nigdy nie będę, ale sytuacja tego wymaga. Nie skrzywdzisz jej?

Przyglądam się jej dłuższy moment. Rzuciła trudnym pytaniem. Wydaje się łatwe. Chcesz odpowiedzieć. Nie możesz, nie znalazłeś odpowiedzi. Takiej nie ma. Pozostaje jedno.

Opluwam prawicę i zawieram umowę. Nie mogę odmówić. Mam honor.

- Byłbym ostatnim, który by to zrobił. Ekhm! A ty przestań być taka zajadła. Wybrała, kogo wolała. Nie zmuszałem jej do siebie.

- I to mnie dziwi – mówi. Gładzi z lekka przyciętą grzywkę.- Nadal nie mogę w to uwierzyć. Jak usłyszałam, że zauroczyła się w kimś, kto ją obronił przed jednym zbokiem…

- Miłość zaskakuje. To pomożesz mi?

- Umowa to umowa, nie mogę odmówić. A ty się lepiej kuruj. Kiepsko wyglądasz.

- Postój trzy godziny na deszczu, wtedy pogadamy. Taki wybrałem zawód.

Prycha i odchodzi. Zniesmaczyłem ją? Niby czym? Powiedziałem prawdę. Gdy ją mówisz, nikt nie chce ciebie znać. Podobnie jest, gdy ją usłyszysz. Czujesz się zdławiony, zniszczony, właściwie zniesmaczony. Jaguarzyca musiała to poczuć po odpowiedzi White. Czułbym się tak samo. Już sobie wyobrażam sytuację:,, Przykro mi, Hech, ale zostaję z Florance”. Odpowiedziałbym, że dobra, że to koniec, że jakoś to ze mną będzie.. Zapomniałbym o nich i wrócił do siebie. A życie toczyłoby się dalej. Samotna śmierć. Jedyna wierna.

- Masz niezły tyłek – rzucam.
Jaguarzyca wystawia środkowy palec.
- Napatrz się, możesz tylko pomarzyć.

Zamykam drzwi… Kręciołek. Pewnie gorączka. Nogi też bolą. Kiedy ostatnio brałem morfinę? Terence wyjechał. Cholera, nie pomoże znaleźć dobrego, czyli uczciwego, sprzedawcę. Samemu też nie dam rady. Niech ktoś spróbuje szukać wśród legali. Zwykli szpicle policji. Lub granatowy w przebraniu. Ekhm! I nie sprzedają towaru. Strzykawki od nich to sprytnie zmieszana woda z cukrem i solą. Raz zażyłem. Chęć wyrwania kolesiowi serca czujesz z załamką nad chwilą słabości.
Padam na łóżko. Głośny huk.

- Ciotka przesłała nowy katalog?- pytam. Czekam na nową kolekcję koronki, którą chciałbym zobaczyć na White.

Zebra zarzuca gazetką. Ląduje na pościeli obok mnie. Kolorowe strony. Czego tu nie reklamują – biustonosze na każdy rozmiar, kompleciki bielizny, bogato zdobione w wymyślne znaczki, tęczowe rajstopki i halki. Starczy tego dobrego. Ekhm! Ekhm! Przekartkowuję do przodu. Trafiam na dział męski. Coś dla mnie. Garnitury, marynarki, slipy. Niedrogo. Poproszę, by zadzwoniła do ciotki i poprosiła ją o nowy krawat. Mam jeden do końca swoich dni. Serio. Chcę jakoś wyglądać na własnym pogrzebie.

- Coś ci wpadło w oko?- pyta, przeczesując grzywkę w łazience. Odgaduję po cieniu na ścianie.
- Stanik, który pomieści twoje cycuszki.

Wychodzi naga. Przystaje. Rączki trzyma na bioderkach. Pewnie musiałem komuś pomóc, oddać szczęście. Teraz wróciło do właściciela. Ekhm! Ekhm! Od samego patrzenia podbijam gorączkę. Przebijam stawkę choroby. Z trzydziestu siedmiu stopni dochodzę do czterdziestu dwóch.

- Ty nigdy nie przestaniesz rzucać komentarzy pod każdego?

- Nawet siebie nie oszczędzam – odpowiadam.

Przykłada dłoń do mojego czoła.

- Hech, ty masz gorączkę.

- Kończyłaś medycynę?

- Poczekaj, zaraz się tobą zajmę.

Wyłącza światło, włącza radyjko, wchodzi do łóżka i okrywa nas kołdrę. Przytula się do moich pleców. Wyczuwam piersi na plecach, kopytko na udzie. Rączkami oplata mój brzuch. Głaszczą go. Delikatne. Cudowne ciepełko, lepsze od gorączki. Compadre wysuwa ostrze. No, no, brachu, pozwalasz sobie. Ja tracę zdrowie, a ty liczysz na własny rachunek. Dajmy sobie spokój z zabawą.

- Nie licz na więcej – szepcze.- Nie możesz się przemęczać.

- To nawet lepiej. Sam nie chcę, żebyś się przemęczała.

Wtula się bardziej, a z radia dobiega głos prowadzącego:

- A teraz specjalny kawałek Jo Stafforda ,, Manhattan Serenade”.

https://www.youtube.com/watch?v=3MvqRvxbRoE

Zaczyna grać lekka muzyczka. Atmosfera dobra na szybszy numerek. Nie dzisiaj. Szkoda odstawiać odreagowanie od skunksiczki, myszona i barana. Bywa. A tego potrzebuję. Jak morfiny. Równie trudno dostępna. Czemu tak jest? Czemu nie mogę kupić cholernej paczki morfiny?!
White wyczuwa moje zmieszanie. Sięga dłonią w dół. Boska zebra. Wie, czego potrzebuję…. Zaraz, przystanęła na pępku. Mała, czemu przerwałaś? Grasz na zwłokę? Czujesz zawstydzenie po pocałunku z byłą? Czemu mi to przyszło do głowy? Sprawka gorączki.

- Ładna melodia – mówi.

- Nie tak jak ty.

Próbuję odwrócić do niej głowę. Nie daję rady. Kark boli. Boli, jasna cholera, i nie chce przestać.. E, jeden wieczór odpocznę. Nie na długo. Idę na całość. Zmuszam mięsnie do posłuchu. No jazda, chłopcy! Jedziemy! Na boczek! Na boczek, mówię! Ląduję na plecach. Boli, ale mogę spojrzeć White w oczy. Warte poświęcenia. Ciemność nie przeszkadza w oglądaniu.

- Przed twoim powrotem rozmawiałyśmy z Florance o dziecku.

- Czyim?

- Naszym.

- Ty na poważnie?

- A jak myślisz?- pyta, dotykając swoim noskiem mojego.

Na tym pewnie poprzestaniemy.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.