Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Opowieści Z Kontynentu: Zielony Świt Rozdział 1  
Autor: Neckroo
Opublikowano: 2015/11/8
Przeczytano: 547 raz(y)
Rozmiar 66.64 KB
1

(+1|-0)
 
cóż ktoś wspomniał że można tu uploudować książki więc czemu by nie. Książka jest w tematyce dark fantasy z sosie z średniowiecza i steampunku.
Zanim jednak zaczniecie czytać. Lojalnie wszystkich uprzedzam. Ta książka będzie pisana w temacie mrocznego fantasy z domieszką steampunku i średniowiecza. Nie zamierzam bawić się w cenzurę, żadnego typu. Będą tu flaki, krew, okrucieństwo i co jeszcze sobie wyobrazicie. Jeżeli ktoś będzie flejmował czy hejtował za to to pamiętajcie, mam to w d. Zostaliście ostrzeżeni. Teraz zapraszam do czytania. Czekam na komentarze, wpisy, opinie, wytykanie błędów.

Ps Wiem że zachęciłem do wytykania błędów. Jednakże pragnę wam nadmienić, że nie będę już zmieniał stylu swojego pisania. Jest już za mocno u mnie wyrobiony i dobrze mi się nim posługuje. 8-)k

Opowieści z Kontynentu: Zielony Świt

Rozdział 1

Dzień powoli się kończył. Ostatnie promienie słońca jeszcze lizały, nadobne korony rosłych sosen, szlachetnych świerków i masywnych oraz dumnych dębów. Puszcza
Północna wraz z uśnięciem dziecka Harrariela, sama chyliła się ku letargowi. Powoli jasne i barwne kolory drzewostanu, ustępowały cieniom i ponurym kolorom nocy.
Ptactwo latające w powietrzu wracało do bezpiecznych gniazd, podobnie z resztą jak inne leśne stworzenia. Chciały bezpiecznie przetrwać noc w puszczy, która choć nie
nie miała najgorszej opinii to nie szczyciła się również najlepszą. Łatwo było się w niej zgubić. Ścieszki gościńców przy wejściu do Puszczy były co prawda widoczne
jednakże szybko zacierały się, niknąc w pewnym momencie podroży bezpowrotnie. Wielu podróżników którzy mieli w drodze do celu, przeszkodę w postaci Puszczy Północnej
zatrudniali przewodników na ten odcinek. Wprawnych animali którzy idealnie, znali ten zakątek kontynentu. Tutaj byli na wagę złota. Niewielu bowiem trudziło się fachem
Pathfinderów. Elitarnych w swojej klasie podróżników, zdolnych przeprowadzić każdego przez najgroźniejsze tereny Aigfalu. Bagna Secory, Wymarła Knieja czy właśnie
Puszcza Północna nie miały przed nimi tajemnic. Na szczęście zwierzyna która tu mieszkała, nie potrzebowała takiej pomocy.
Czarna wrona z impetem wleciała pomiędzy koronami, dwóch chudych sosen by sprawnie wymijając gałęzie iglastych drzew stanąć równo na swoich nogach. Głowa bacznie
badała cały teren wokół niej. Runo leśne było już skąpana w pół mroku, co niestety ograniczało pole widzenia. Ptak podreptał kilka kroków do przodu i zaczął
nasłuchiwać teren dookoła. Na obecną chwilę, nie musiał się niczego obawiać. Żadne podejrzane głosy, nie docierały do jego zmysłu słuchu. Poderwał się z podłoża by
zasiąść na gałęzi. Wtem coś usłyszał. Jakiś cichy trzask. Jakby odgłos złamanego patyka jednakże nie towarzyszył temu szelest czy odgłos kroku. Wrona próbowała
zlokalizować źródło, tego co ją zaniepokoiło. Znowu nastała cisza. Nagle zerwał się silniejszy wiatr. Słuch czarnego ptaka, który próbował wychwytywać ewentualne
zagrożenia, obecnie był bombardowany szelestem liści. Teraz musiała być, podwójnie czujna. Wiedziała że nie da rady usłyszeć, niczego ważnego dla niej w tym
harmiderze. Gdy wiatr ustał, wrona uspokoiła się wewnętrznie. Widmo śmierci, odeszło na jakiś czas. Nagle coś wydało rozdzierający ciszę huk. Potężny i głośny. Ptak
szybko spojrzał w tamtą stronę. Hałasowi towarzyszył ogień i dym. Wylatywał w jej stronę z jakiejś metalowej rury. Ułamek sekundy, trwało trafienie we wronę. Siła
metalowej kuli, wystrzelonej z muszkietu spowodowała natychmiastowe zdruzgotanie kośćca na wysokości klatki piersiowej. Całkowicie też zdewastowało lewe i mocno
pogruchotało, prawe skrzydło. Pióra całą garścią, wypadły z martwego już ciała ptaka, który rąbnął o runo leśne martwy zanim zdążył o tym pomyśleć. Strzelec
nie ukrywając uśmiechu zadowolenia podszedł do martwego ciała zwierzęcia.
- Widzieliście. Ale walnąłem. Niczego się nie spodziewała. - odparł do kompanów poukrywanych w krzakach pękaty animal. W ciemnościach nie łatwo było wywnioskować, kim
był. Podszedł do niego inny kompan który był o głowę niższy.
- Tak tak. Jednak przechwałki, zostaw na potem. Pamiętaj kogo tu ścigamy. - odparł do niego piskliwym głosem, albo miał chore gardło albo ze względu na swój wzrost.
Następna dwójka jaka do nich doszła, była już wzrostu pierwszego animala. Jeden z nich warknął i podszedł do strzelca. Grzmotnął go w potylice tak że ten jęknął.
- Za co to? - zapytał pierwszy.
- Za brawurę głupcze. - odparł głosem przywołującym na myśl jakiś żywy koszmar. Był niesamowicie zachrypiały. chwycił animala któremu przed chwilą sprzedał wychowawczą
naganę i przybliżył do siebie. - Ten strzał, mógł go zaalarmować...Diego. - odparł. Wspomniany animal przełknął ślinę, gdy jego szef przeciągnął ostatnie litery jego
imienia. Wraz z Gustem wiedzieli że gdy ich szef tak robił, to nie był w najlepszym nastroju. Po chwili jednak barczysty cień odrzucił go. Jego żółte ślepia
powędrowały na sylwetkę mniejszego podwładnego.
- Gust. Zadbaj o dobry zwiad. Nie chcę nic zostawiać...przypadkowi. - skończył. Malutka postać podreptała do zarośli by poszperać w swoim ekwipunku, w celu znalezienia
jakiś szperaczy.
Czwarty członek eskapady patrzał na to całe zdarzenie i z niedowierzaniem pokręcał głową. Oni maja go złapać? Łebska surykatka, wyrośnięty wilk z przerostem ego i lis
z przerostem formy nad treścią? Serio? Ci dwaj pierwsi, pewnie mają jakieś szanse ale lis...on tylko dobrze strzela. Można tylko mieć nadzieję, że we trzech tworzą coś
więcej, niż zgraję która chce się dorobić. Złapał się za głowę. Tylko na kim na twarz Essiela, chcą się oni dorobić? Że też muszą chcieć, akurat na nim? Nie mogli
wybrać sobie innego celu? Chociaż trudno było się im dziwić. Połowa kontynentu była skuszona nagrodą, za cel jaki sobie obrali, zaś druga połowa ze szczerej nienawiści
do niego, chciała jego śmierci. Nimf spojrzał w niebo. Obecnie całkowicie otulone szatą nocy, pięknie prezentujące plejadę gwiazd i bezmiar wymiaru kosmosu. Nimfy z
Angrivalu, zawsze czuły tajemnicze powiązania z kosmosem. Możliwe że to przez plotki na temat ich pochodzenia. Ze niby mają, piątą wodę po kisielu spokrewnienie z
Archontami. Ptak jak sobie to pomyślał, to tylko zaśmiał się do siebie. Niedorzeczność. Wilk który podszedł do niego, stanął przed nim. Był tego samego wzrostu, ale to
nie przeszkadzało mu puszyć się przed nim jak paw. Musiał mieć coś nie tak z głową.
- Jakiś problem? - zapytał Nimf. Wilk warknął w jego stronę. Chyba ta lekka impertynencja w głosie, nie spodobała mu się. Jednak musiał na obecną chwilę przystopować.
Ptaszysko było obecnie ich Pathfinderem. Bez niego na bank tu zabłądzą, a wtedy bajeczna suma pieniędzy przepadnie.
- Nie...Panie Collins. - ucichł. Po chwili gdy zgubił wzrok Nimfa, ponowił rozmowę z napuszeniem. - Chciałem tylko zapytać czy nie może pan, znaleźć tego potwora
szybciej. - odparł do niego. Wilk od samego pokazywania swojej wyższości, prawie stracił dech. Dobrze że właśnie skończył mówić. Ptak obawiał się, że za chwilę będzie
potrzebował, reanimować olbrzyma. Dobrze że to nie nastąpiło. Był tylko podróżnikiem, nie medykiem. Nie umiał składać kości ani opatrywać ran. Miał inne talenty. Nimf
splunął na truchło wrony.
- Nie Panie Rott. Prawda jest taka, że nawet nie chce mi się tu być. - odparł szczerze do wilka. Ten automatycznie poczuł jak złość wypełnia go całego.
- Co?! - krzyknął. Jednak na dłuższa wymianę zdań, Nimf nie miał zamiaru pozwolić. Uciszył go szybkim podniesieniem dłoni.
- A jak pan myśli? Polujecie na najgroźniejszą istotę, jaka żyje na kontynencie. Od ponad pięćdziesięciu lat, znajdują się jeszcze głupcy którzy chcą go śledzić i
zabić. W dodatku ja mogę przypadkowo zginąć. Nie mam nic do tego...czegoś. Nie chcę okupić tej wyprawy życiem. - odparł stanowczo i odszedł w stronę surykatki. Gust
był z tej trójcy, najbardziej kontaktowym członkiem. Można było z nim pogadać na rożne tematy. Collins bardzo interesował się zagadnieniami technicznymi, a surykatka
ciekawił świat który zwiedzał Nimf jako Pathfinder.
Po dość długim czasie oczekiwania, powrócił jeden ze szperaczy technika. Surykatek podszedł do niego i chwycił za okrąg do którego były przymocowane metalowe ramiona.
Obchodził się z maszyna delikatnie jak na jego gatunek przystało. Collins był zawsze pod wrażeniem, z jaką pieczołowitością, oddaniem i co najważniejsze, szacunkiem
krajanie Białych Marchii brali się za konstrukty własnej roboty. Nimf przyglądał się co robi technik. Gust ręką chwycił kryształową kulkę, koloru jadeitowego i wyjął ze
środkowego dysku za który trzymał szperacza. Ten jakby stracił zasilanie, bo złożył mechaniczne odnóża do wewnątrz i znieruchomiał. Obecnie przypominał mechaniczną
rozgwiazdę. Ptak nie wiele potrafił zrozumieć z tego co się działo, ale był zapatrzony w mechanizm jak dziecko. Teraz jego żółtawe oczy rozświetlał słaby blask, bijący
od wnętrza jadeitu. Collins miał masę pytań. Czym jest przedmiot? Czemu świeci? Czy to rodzaj zasilania? Jeżeli tak to jakiego pochodzenia? Mechaniczny czy może pół
organiczny? Było tego więcej jednakże nie za bardzo był czas, by zadawać te pytania. Czas...no właśnie. On gonił ich najbardziej. Gust spojrzeniem uśmiechnął się do
Nimfa, po chwili odwrócił głowę w stronę swojego szefa, który obecnie rył znaki na korze dębu. Chyba musiał ochłonąć po wymianie zdań z Nimfem.
- Szefie szperacz coś znalazł. - powiedział w jego stronę i pokazał jasną kulkę. Rott schował przerośnięty nóż i podszedł do swojego podwładnego. Starał się ignorować
Nimfa który względem niego, wykazał się straszną zuchwałością i nietolerancją. Ptak prychnął tylko i odszedł. Zostałby, pooglądać nowinkę techniczną ale nie umiał
studiować czegoś w warunkach, które mu nie odpowiadały. Wilk uśmiechnął się wewnętrznie z powodu triumfu. Tak, słabe umysły zawsze się poddają. Pełen samozadowolenia
spojrzał na kamień i swojego kompana.
- I jak? Co zarejestrował? - zapytał tubalnie. Gust jeszcze tego nie wiedział. Sprawnym ruchem zdjął z pleców plecak. Odpiął zabezpieczenia i zaczął szukać jakiegoś
urządzenia. Po chwili wyjął małą sześcienną kostkę, z widocznym wgłębieniem którego rozmiary, pasowały do wielkości jadeitowej kulki. Wsadził świecący przedmiot w
odpowiednie miejsce w kostce. Po chwili w powietrzu zmaterializował się, szroniący obraz. Był to chyba jakiś rodzaj projektora, a jadeit robił za kasetę filmową.
Nagranie było czarno-biało-zielone. Jednak nie jakość kolorystyczna była problemem a sam sprzęt. Szperacz Naziemny PW-2 nie był najnowszym z modeli tego typu urządzeń.
Obecnie istniały już, rzeczy generacji nawet piątej. Więc w porównaniu do tego. Szperacz Gusta był przestarzały. Jednakże technik miał łeb jak sklep i umiał przerobić
model tak by wycisnąć z niego więcej, niż jego konstruktor dał. Obecnie miał poprawiony obraz i tryb nocny. To też tłumaczyło czemu obraz, jest zalany zielenią.
Technik obecnie próbował zlikwidować szronienia, manewrując jadeitem. Przygotowania trwały tak długo, że lis który spostrzegł że jego towarzysze coś razem robią
podszedł z zaciekawienia do nich.
- Kapitanie, mamy już może coś? - zapytał szybko. Film który się wyświetlał wreszcie ustabilizował się. Cała trójka, zaczęła oglądać co nagrało oko szperacza. Film
prezentował jakąś część lasu. Ciemność wypełniała już każdy centymetr przestrzeni, jednak nocny tryb oka maszyny przebijało się przez zasłonę i widziało wszystko
lepiej. Rott spostrzegł coś na filmie.
- Tam. Jeessst... - przeciągał słowo specjalnie, by upoić się tym że właśnie zobaczył swój cel. Siedział przy drzewie. Cicho i samotnie. Szperacz potwierdził to, co
zakładali. Był całkowicie sam. Nikogo w pobliżu. Żadnej pomocy. Cieszyło ich to. Lis oblizał tylko wargi i chwycił swój muszkiet pewniej.
- Szefie w końcu ktoś dopadnie tego gościa i rozwalimy go. - zachwycony podskakiwał. Nimf zerknął na niego. Lis zachowywał się jakby dostał jakiegoś, ataku euforii
albo był upośledzony. Rott szybko go uspokoił. Nie były im potrzebne żadne głupie wybryki. Nimf pokręcił głową. Jego wzrok przeniósł się na surykatkę. Szkoda mu było
tego animala. Gdyby mógł się teraz wycofać zabrał by go, ze sobą. Jego jakoś czuł że warto ocalić. Jednak nic na dobrą sprawę, nie mógł zrobić. Mówi się trudno. Gdy
kapitan zgromadził już wszystkie informację spojrzał na Gusta.
- Inne szperacze? - zapytał wyczekując odpowiedzi. Ta nastąpiła szybko. - Nie wróciły. Nie wiem czemu. Modele PW-2 często bywają zawodne. - odparł. Jednak to że jego
zabawki nie wróciły, obecnie nie miało żadnego znaczenia. Dla Rotta liczyło się to że znalazł miejsce gdzie ten głupi potwór się ukrywał. Znajdą go i w ciemnościach
zabiją. W końcu wielka klątwa kontynentu, węzeł gordyjski którego nikt wcześniej nie był w stanie rozsupłać zostanie rozwiązany.
Cała trójka zaczęła pakować swoje graty. Nimf sam zaczął przeglądać swoją torbę, czy wszystko w niej ma. Nawet sprzęt do walki. Nie był pewny, czy ewentualna
konfrontacja również i jego nie ominie. Nagle stanął jak wryty. Coś mu nie pasowało. Z krajobrazu runa, zniknął jeden element. Wcześniej tego nie zauważył ale teraz,
mógł to jasno stwierdzić. Brakowało wrony. Truchło zniknęło. Co więcej, nie pozostawiło żadnych śladów swojej bytności tutaj. Nie było krwi, resztek skruszonego kośćca
ani piór które przecież, musiały się tu rozlecieć gdy spadała z drzewa. Nimf pomyślał że jakieś stworzenie musiało szybko zabrać ciało. Jednak nie spostrzegł żadnych
śladów żeby ktoś, ciągnął coś po ziemi. Zagadkowo to wyglądało i było niezwykle niepokojące. Spojrzał na trójkę która już wchodziła w chaszcze prowadzące do celu. On
jak Pathfinder powinien iść przodem.
- Ej. Ja powinienem prowadzić. - odparł lekko poirytowany. Rott spojrzał na niego.
- Chyba zrezygnujemy już z pana usług. Szperacze pokazały nam idealnie gdzie mamy iść. Pan nie jest już potrzebny. - odparł pełny zadowolenia. Po chwili podszedł i
strzelił ptaszysku w dziób. Collins zatoczył się i upadł na podłoże. Wyrośnięty psowaty następnie chwycił go za głowę i przybliżył ją do swoich ust tak by ptak go
słyszał.
- A to za impertynencję względem mnie, panie...Collins. - odparł warcząc na końcu. Przyłożył mu w potylicę. Nimf zemdlał. Wilk wrócił do dwójki kompanów i cała grupka
ruszyła przed siebie. Gdy zniknęli w krzakach do ciała Collinsa podleciała wrona. Czarny ptak wylądował obok niego.
Nimf który leżał obecnie bezbronny był obecnie łatwym celem w Puszczy Północnej. Zaczęła go stukać dziobem w jego dziób. To jednak nie wiele pomagało. Wrona nie
wiedziała za bardzo, co ma zrobić. Rozejrzała się wokół. Wzleciała na gałąź ponad Nimfem. Zaczęła bacznie przeczesywać teren. Miała tylko nadzieję że nic złego się tu
nie wydarzy.


Ognisko paliło się jeszcze dosyć mocno. Siedząca postać patrzała białymi punkcikami, w jego tańczące dzieci. Ogień. Ognisko. Emanacja żywiołu. Arsen lubił przy nim
siedzieć. Czymś tak samo przyjaznym i zarazem niebezpiecznym, jak on sam. Chwycił patyk którego jeden koniec, tkwił blisko płomieni ogniska. Podciągnął go do siebie
wraz z zawartością która była zatknięta na jego końcu. Chwycił ręką za kawałek mięsa, który przypiekł się trochę za bardzo. Druga ręką odpiął zapięcia płaszcza który
był tak wysoki, że zakrywał szyje i dolną cześć twarzy. Rozwarł wilcze szczeki i zakosztował kawałek mięsa. Pożuł chwilkę. Jednak nie połknął. Przynajmniej nie było
słychać żeby przełykał. Spojrzał na strawę którą przygotowywał. Pokręcił głową i prychnął. Wyrzucił ją.
- Inni się najedzą. - odparł spokojnie po czym zdjął z głowy metalowy hełm. Był ciekawej produkcji. Nie było to bowiem zwykłe nakrycie głowy a wyprofilowany hełm,
który pokrywał górną część pyska, czoło i tylnią cześć głowy. Na końcu były doczepione sztuczne włosy. Białe punkciki, patrzały na dospawane metalowe wilcze uszy.
Arsen pogłaskał je. Jak on tęsknił za prawdziwymi uszami. Wilcze radary zmysłu słuchu, których nigdy już nie odzyska. Skupił się jednak na swojej dłoni. Spojrzał na
nią. Oj jak on nienawidził czasami, swojego dotyku. Zacisnął pięść i potem ją rozluźnił. Niczego nie czuł. Żadnego ciepła, nic. Nawet teraz siedząc przy ogniu, nie
czuł że ten go ogrzewa. Nie czuł ciepła ogniska. Moc sprawcza żywiołu, nie działała na niego. No nie w całości. Pewnie poczułby, jak ogień go spala. Jednak nie mógł
poczuć tej małej rzeczy, która dawała tyle radości strudzonym wędrowcom, podróżnikom a nawet rodzinom w domach. Ciepła. Tego tylko chciał. Jednak tak było i z innymi
aspektami. Nie czuł zimna wody, powiewu wiatru na policzku. Wiedział że stąpa po podłożu ale nie czuł, żaru rozgrzanego piasku Wielkiej Pustyni czy wilgotności
dżungli Kraju Xsi. Był...ogołocony z takich doznań. Jego klątwa sięgała dalej. Nie czuł smaku potraw, których na dobrą sprawę nawet nie potrzebował. Zabierało mu to
małe rzeczy które cieszyły każdego. Teraz przypomniał sobie słowa swojego ojca "Małe rzeczy cieszą nas najbardziej".
- To była cholerna prawda. - rzucił w pustkę. Założył hełm na głowę. Ostatni raz pogłaskał sztuczne uszy. Westchnął. Nie mógł zapłakać, nie mógł się zasmucić, być
pełen żalu. Jednak mógł się złościć. czasami nie rozumiał jak ta klątwa działa a przecież był nekromantą. Specjalistą od klątw. Ehh...przewrotność losu. stał i
podszedł do ogniska. Chciał je zakopać by móc skąpać się w ciemnościach. Na dobrą sprawę światło nie było mu potrzebne. Dobrze widział, w totalnej ciemności. Nagle
usłyszał tylko metaliczny dźwięk. Jakby coś było odbezpieczane. Jego diodki powędrowały w górę. Zobaczył mały kulisty przedmiot, który leciał w stronę ogniska. Nie
pozostawił sobie dość czasu na reakcję. Przedmiot wpadł do ognia. Płomienie od razu zaczęły lizać, jego metaliczno szklaną powierzchnię. Arsen zaklął tylko. Powietrze
wypełnił huk a ciemność, rozświetlił blask eksplozji. Nekromanta odleciał w stronę drzewa, przy którym wcześniej siedział. Zza krzaków szybko wyskoczył przerośnięty
wilk. Czarno szare furto pasowało do nocy jaka trwała. Zaś ostrze miecza idealnie odbijało, blask ogniska. Nekromanta złapał się, za metalowe nakrycie głowy. Jego oczy
wychwyciły cień, który zbliżał się do niego. Jednak mimo swojej wielkości członek polującej na niego grupy był szybki. Ostrze szybko przebiło na wylot klatkę piersiową
Arsena. Ten wydał z siebie tylko długi krzyk. Drab który go zaatakował celował w serce i przebił je na wylot. Miecz utkwił w strukturze drzewa i tam już został. Szary
oprawca mógł się cieszyć ale nie mógł jeszcze triumfować.
- Diego! - krzyknął do rudzielca który od razu wymierzył z muszkietu w stronę głowy nekromanty. Przyszpilony do drzewa trup był obecnie nieruchomy jednak oni wiedzieli
że to tylko chwilowe. Nekromanci umieli wychodzić z sytuacji, w których normalny animal zginąłby na pewno.
- Pospiesz się zanim... - nie skończył, poczuł jak coś chwyta go za nogę. To był niedawno martwy nekromanta. Wcześniej ze spuszczoną głową, obecnie patrzał na niego
swoimi czerwonymi ślepiami.
- ...wstanie? - zapytał przeraźliwie śliskim tonem głosu. Rott szarpał noga ale nekromanta nie chciał go puścić. Trzymał mocno. Wilk szybko przyłożył mu, w głowę nogą.
Widział jak twarz ściganego, odchyliła się od mocy uderzenia w lewą stronę. To jednak nie powstrzymało go. Jedna czerwona dioda nadal nie spuszczała go z pola
widzenia. Arsen uśmiechnął się. Pora na zabawę. Pstryknął palcami drugiej, wolnej ręki. Z koniuszka palca wskazującego wyrosły otulone ciemnością dwa małe węże. Szybko
zaczęły rosnąć, do rozmiarów wyrośniętych jaszczurek. Szereg sztyletowatych zębów kontrastował, z kilkoma parami oczu. Dwa twory ciemności, szybko odpadły od
koniuszka palca swojego twórcy i stanęły, jeden pomiędzy Arsenem, Rottem i dwójką która nadal była w krzakach. Zaś druga niedaleko Arsena jako obrońca. Odwaga wilka
który stał blisko nekromanty, została poddana próbie. Ten jednak nie zamierzał uciekać, jak małe dziecko. Zagryzł zęby. Elitarny najemnik Czaszek nie ucieka. Chwycił
drugie ostrze które miał zawieszone na plecach i z góry wyprowadził zamach na czaszkę potwora którego ścigał. Cios jednak zatrzymał się na głowie, jaszczuro-węża nie
zrobiwszy mu, żadnej krzywdy. Co za wytrzymała bestia.
- Drań! - splunął wilk przez ramię, po czym chwycił stwora cienia w uścisk i rzucił się z nim na bok. Chciał się najpierw go pozbyć, by mieć łatwiejszy dostęp do jego
pana. Jaszczuro-wąż syczał przeraźliwie podczas walki. Szponami długimi na odległość półtora palca, szatkował powietrze próbując trafić Rotta. Ten omijał ciosy ale
wiadomo było że jeżeli zaraz czegoś nie wymyśli, to długo tak nie wytrzyma. Szybko chwycił sztylet który był przypięty do pasa. Dwoma ciosami rozszarpał jedną rękę
stwora tak że była już niezdatna do użytku, zaś w drugą wbił już ostrze. Jednak stracił równowagę, gdy czarny potwór wierzgał by go z siebie zrzucić. Szaro czarny
mieszkaniem kontynentu, przywitał się plecami z runem leśnym. Na niego prawie od razu, wskoczyła bestia. Warczała złowieszczo.
Nekromancie właśnie udało się wyjąć miecz, którym przyszpilono go do drzewa. Wstał ciężko. Rana serca krwawiła bardzo mocno barwiąc jego ubranie, kościec, i podłoże na
czerwono. Nie mając za dużo siły by się ruszyć oparł się o drzewo. Widział jak jego stworki, radzą sobie z napastnikami. Nie wyglądało to dobrze. Pierwszy z nich, był
ranny ale miał realną szansę na zabicie oponenta. Zaś drugi bezskutecznie próbował atakować lisa który był bardzo dobry w unikaniu szarży. W dodatku technik, zaczął
obrzucać drugiego jaszczuro-węża granatami. Czarna bestia po chwili była już martwa. Ziały z jej ciała, tylko dziury po odłamkach. Czas było uciekać. Jednak gdy tylko
ten zamysł się pojawił i Arsen już miał podjąć próbę, zatrzymał się. Stał plecami do całej trójki. Usłyszał wystrzał muszkietu i pośmiertny odgłos syknięcia. Tak,
druga z bestyjek, też nie żyła. Rott z kilkoma zadrapaniami wstał z ziemi. Otrzepał spodnie i chwycił krótko lufowy pistolet od Diega.
- Dobra potworze. Czas by ciebie spotkało to co twoje stworki. - oznajmił i odwiódł kurek do wystrzału. Arsen nawet się nie obrócił. Wilk nagle spoważniał. Nie mógł
strzelać w plecy. Wiedział że nie ma tu czasu na sentymenty jednak jedna z jego zasad mówiła żeby nie strzelać w plecy. Zawsze tylko tak by twarz wroga była widoczna.
Może to była kwestia honoru? Jednak bardziej prawdopodobne było to, że on po prostu chciał widzieć strach swojej ofiary, delektować się błaganiem o życie, jęczeniem i
krzykiem torturowanych młodzików lub gwałconych i mordowanych kobiet. Był po prostu kolejnym zwyrodnialcem i zboczeńcem, jakich ten świat nosił pełno. I należał do
Czaszek. To nie mogła być więc kwestia honoru. Jego kompani pewnie byli podobni. Chociaż sam Rott, wybrał się z nimi na wyprawę dopiero pierwszy raz. Diego był na
usługach mistrza zwiadów, zaś Gust jak większość surykatek był z zamiłowania inżynierem. U Czaszek pełnił rolę kogoś, od zaopatrzenia militarnego. Wilk wybrał ich na
kompanów a że był starszy rangą w strukturze organizacji, to musieli się go słuchać.
- Ej odwróć się pokrako. - rzucił pogardliwie do Arsena wyrośnięty animal. Nekromanta oddychał ciężko. Czuł że jego serce się już samo zalecza. Na szczęście nie
dzierżyli uświęconego oręża, jak inna grupa którą kiedyś spotkał Arsen. Wtedy nawet, magia Boga Śmierci by mu nie pomogła. Swoją drogą ile to już razy próbowano go
zabić i nikt jakoś nigdy nie dał rady. Przebijano mu organy, palono żywcem, szatkowano świętą bronią nawet stosowano magię życia i nic. Nekromanta od kiedy go ścigają,
próbował zrozumieć czemu tak się działo? Prawdopodobnie winą była, niefrasobliwość świata i brak konsekwencji jego mieszkańców. Ci mieli dobry pomysł ale wykonali go
co tu dużo mówić, słabo. Arsen jeszcze żył. I dają mu czas by się podleczył. Biedni głupcy.
Arsen lekko odchylił głowę do tyłu tak, by mógł dobrze widzieć tych głupców.
- Bo co...pokrako? - odparł tym samym lekceważącym tonem którego Rott użył względem niego. Prowokował. To wywołało tylko złość u kapitana. Wystrzelił z pistoletu w
bark nekromanty. Kula strzaskała kości a siła uderzenia, spowodowała że Arsen musiał uklęknąć gdyż stracił równowagę. Czerwone oczy zyskały na intensywności. Ścigany z
uśmiechem spojrzał na swój bark. Obojczyk rozpadł się na dwie części, co skutkowało tym że przestał spełniać swoją rolę. Ramię nie odpadło tylko dzięki temu że wisiało
jeszcze na łopatce. Arsen chwycił się za zdewastowaną część ciała. Nawet nie zajęczał z bólu. Zaczął się śmiać. Obrócił się do nich przodem.
- Masz...niezłego cela jak na patałacha. - odparł prowokując nadal. Rott tracił nerwy bardzo szybko. Jeszcze chwila i skończy mu się cierpliwość, względem celu na który
polował.
- Radzę ci przestać. Ty i tak zginiesz. Jednak możesz wydłużyć sobie agonię, takimi tekstami. - odparł zadowolonym tonem Rott, na myśl o torturach względem Arsena. Ten
i tak dalej się śmiał.
- Dobrze. Masz przynajmniej ikrę. Nie to co reszta twojej bandy czy inni, którzy przychodzili po mnie wcześniej. - odparł patrząc na lisa i surykatkę. Nagle jego oczy
zmieniły kolor na zielony. Był to ułamek sekundy, więc nie było tego widać dla nie wprawnego oka. - Jednakże. To cię nie ocali. - dodał. Gust złapał się za głowę.
Poczuł się dziwnie. Jakby jakieś czarne macki wpełzały mu do głowy i brutalnie niszczyły, ośrodki wolnej woli. Nagle usłyszał w głowie głos.
- Zabij ich. Rzuć w nich tym granatem. - szeptał głos. Był jak lekkie ukłucia. Mała sugestia która jednak z mocą olbrzyma działała na umysł ofiary. Surykatek nie miał
szans się oprzeć. Nie wiedział jak obronić się, przed zaklęciami tego typu. Sugestia podziała szybko. Inżynier skierował swoje zielone obecnie spojrzenie na dwójkę
kompanów. Wyciągnął zawleczkę. Ten dźwięk wywołał przerażenie, niedowierzanie i szok na twarzach zarówno lisa jak i wilka.
- Gust? - zapytał zaniepokojony wilk ale było za późno na to aby się upewniać. Lis szybko poderwał rusznicę do oka i wystrzelił w rękę swojego dawnego druha. Dźwięk
trzaskającego zamka w broni palnej, zbiegł się krzykiem Gusta i reprymendą Rotta.
- Co wy wyrabiacie?! - było jednak za późno. Kula muszkietu przeszła przez tkankę mięśni, jak nóż przez masło. Staw nadgarstka rozpadł się na kawałki prezentując
nerwy, żyłki wszelkiej maści i główki z szyjkami kości łokciowej i promieniowej. Krew trysnęła oblewając ubranie lisa i surykatki. Runo leśne również nawodniło się
świeżą krwią. Wszystko potoczyło się tak szybko że nikt nie zważył na granat który wyleciał z ręki, poturlał się niedaleko i wybuchł raniąc surykatkę. Eksplozja
rozerwała i spopieliła udo oraz cześć łydki, odsłaniając masywną kość udową i część stawu kolanowego. Inżynier upadł w otępieńczym bólu na ściółkę. Tarzał się nie
wiedząc już, za co ma złapać. Nie był pewny co bardziej go bolało. Nagle znieruchomiał. Diego dygotał cały, gdy patrzał na ten festiwal z juchą w roli głównej. Dotarł
do niego swąd, spalonego mięsa. Rott z otwartym pyskiem, patrzał na ciało martwego animala. Zacisnął pięść.
Nekromanta uśmiechnął się tylko.
- No kto by przypuszczał, że takie coś się stanie. - zaśmiał się drwiąc sobie, ze śmierci jednego z jego oponentów. Rott i Diego patrzyli z nienawiścią na sylwetkę
Arsena.
- Ty...MORDERCO!! - lis nie wytrzymał. Ruszył całym sobą, na czarnego maga. Arsen liczył na to. Uniósł rękę której wcześniej używał, do podtrzymywania zdezelowanego
barku. Na koniuszku palca zaczął kumulować mroczna energię. Wystrzelił z jej cienką linię czarnej magii. Promień przeszył powietrze. Jednak nie trafił swojego celu.
Nekromanta zaklął. Jak mógł spudłować? Może był za bardzo wycieńczony. Cóż na następny strzał nie miał już czasu. Lis chwycił muszkiet oburącz i zamachnął się. Kolbą
przyłożył w twarz Arsena. Dokładnie w to miejsce, gdzie wcześnie buciorem uderzył go kapitan Diega. To spowodowało że dolna szczęka Arsena, odleciała od impetu w
krzaki. Metalowy hełm też spadł z jego głowy, odsłaniając czaszkę. Białą, łysą czaszkę obecnie popękaną w miejscu gdzie uderzył rudzielec. Okrągłe czarne oczodoły
gościły jedynie dwa, małe czerwone punkciki. Te wpatrywały się w lisa który obecnie, stracił swoją cała pewność.
- Kim ty...jesteś?! - powtarzał to jakby obecnie nie wiedział przed kim stoi. Nekromanta chwycił jego przerażona twarz ręką. Lis poczuł jak zaczyna brakować mu
powietrza. Dusił się, co gorsza nie mógł swobodnie oddychać. Jakby jego gardło się zablokowało. Zaczął kaszleć. Jednak to nie było najgorsze. Czuł jak jego siły
witalne ulatują z niego. Jego uścisk powoli się rozluźniał. Wyłupiastymi oczami szukał jakiejś pomocy. Gdyby mógł wołał by o nią. Jego kapitan stał jak wryty. Nie mógł
podjąć żadnej akcji. Jakby zamarzł. Patrzał na lisa potem obrócił wzrok, na martwe ciało surykatki. Za chwilę straci drugiego członka zespołu. Musi szybko coś
wymyśleć. Chwycił sztylet którym wcześniej, zabił jaszczuro-wężową bestię. Podbiegł do lisa. Arsen zaskoczony nie zareagował. Nie spodziewał się że ten patafian z
przerostem ego coś zrobi dla swoich kompanów. Jednak nie docenił go. Za chwilę zapłaci za to. Wilk nie wiele myśląc, wbił sztylet w skroń Arsena tak że przebił prawie
cały mózg. Czerwone punkciki w oczodołach czaszki nekromanty, zadrżały. Całe jego ciało nagle zwiotczało. Lis uwalniając się od dotyku czarnego maga, zaczął nabierać
powietrza. Po chwili zaczął masować gardło.
- Czyżby to możliwe? - zapytał kapitana gdy spojrzał na niego ocierając pysk ze śliny. Rott stał nadal na przeciwko Arsena. Ten patrzał na niego. Pełen nienawiści,
gniewu i ukrytego szacunku. Udało im się go dopaść. Zniszczyli jego serce i teraz zabili mózg. Pięknie. Stracili jednego członka załogi ale mogli obecnie triumfować.
Arsen próbował coś mówić ale pozbawiony dolnej szczęki nie był w stanie.
- W końcu ktoś cię zwyciężył. - powiedział pogardliwie Rott. Kapitan wyciągnął sztylet ze skroni wroga. Ten upadł jak kłoda na runo. Światełka w oczach zniknęły. Lis
podszedł do truchła. Rzeczywiście był martwy. Dla pewności, podniósł jedną rękę. Była niemiła w dotyku. Strasznie chuda. Diego zdjął rękawiczkę. Jego oczom i jego
zwierzchnikowi ukazała się, dłoń szkieleta. Poderwał rękaw wyżej. Widzieli kości przedramienia.
- A więc to prawda co mówili o Arsenie Darku. To na prawdę był żywy szkielet. - powiedział lekko przestraszony tym faktem lis. Wilk nie dał po sobie poznać, że również
poczuł mroźny dreszcz na plecach.
Nagle do ich uszu doszła melodia. Cicha i spokojna. Po czasie zaczęła przybierać na sile. Rozglądali się zdziwieni skąd mógł dochodzić dźwięk. Uszy lisa szybko
wychwyciły że śpiew dochodził z miejsca ponad ich głowami. Spostrzegli tam tylko wronę. Ptak śpiewał? Zwykłym głosem? Lis podrapał się po głowie.
- To śpiewa? - zapytał. Puścił rękę martwego celu poszukiwań i zbliżył się do wrony. Zarówno on jak i wilk mogli dokładnie usłyszeć o czym śpiewa ptak.

Wędrowcze przybyłeś ze wschodu, kostur dzierżyłeś z dzwonkami
melodie jaką jednak nimi zagrałeś, grabowymi ariami się stały.
Zalałeś jak fala kośćmi potępieńców nas, by już nigdy na ziemi tej
nikt żywy nie urodził się.

Błękitne łzy pełne litości wylewali, to jednak nic, daremne próby.
Losu nie dało się oszukać, śmierć swe żniwo zebrała, oto tajemnica cała.
Ty tkwiłeś wtem i dzwonkami dzwoniłeś, grobowe arie nadal tworzyłeś,
śmierć straszliwą tym uwolniłeś, by już nigdy na ziemi tej nikt żywy nie urodził się.

Koniec. Dzwonków ustał szmer. Świat się zatrzymał, wędrowiec uciekł w cień.
Jednak nie był to koniec. Ooo nie. Gdyż plan miał podstępny koniec. Co ciało nie rozniosło,
wiatr powiódł dalej, by rozrastać długość Cichego Miasta alej. I tak już został,
rak kontynentu, straszliwa choroba której końca nie widać. I wszystko to dla celu jednego.
By już nigdy na ziemi tej nikt żywy nie urodził się.

Gdy ptak ucichł, nastała cisza. Wrona która przed chwilą wygłosiła "Pieśń o Cichym Mieście" spojrzała na Arsena. Pochyliła głową.
- A więc go dopadliście? - zapytała przenosząc wzrok na dwójkę, która stała jak zahipnotyzowana. Rzadko kiedy zdarzało się żeby ptak śpiewał i umiał mówić. Lis po
dłuższym zawieszeniu chwycił pewniej muszkiet.
- Tak. My Czaszki nie partaczymy sprawy. - odparł pewien siebie. Chociaż nadal nie mógł uwierzyć, że to się im udało. Wilk spojrzał na lisa. Warknął. Jakim prawem ten
rudzielec zabierał sobie cały splendor. Przecież gdyby nie reakcja kapitana to on też by gryzł ziemię. Wyprostował nóż w stronę wrony i z zawadiackim uśmiechem
oznajmił.
- Zabiliśmy go. Ta krew to potwierdzenie. Teraz tylko to się liczy. Czas odebrać nagrodę. - spojrzał na rubinowo czerwoną krew na ostrzu sztyletu. Nagle jego
zadowolenie zostało zbombardowane śmiechem czarnego ptaszyska. Wrona krakała tak głośno że chyba cały las ją słyszał. Wilk szybko zagryzł zęby ze złości.
- Co cie tak bawi ptaszyno? Chcesz dołączyć do tego czegoś. - zapytał grożąc jej bronią. Wrona zamilkła chociaż nadal widać było, że wewnętrznie śmieje się z nich. Lis
panował nad sobą, na tyle żeby nie wybuchać gniewem. Przyjmował słowa zwierzęcia ze stoickim spokojem. Wrona wykonała gest jakby się popłakał ze śmiechu.
- Bawi mnie to że macie czelność przypuszczać, że daliście radę go zabić. Nie wiecie chyba z kim zadarliście. - odparła głosem pełnym powagi jednocześnie dało się
słyszeć politowanie. Wilk wyłapał ten ton. Warknął w stronę ptaka.
- Jakim prawem mnie obrażasz. Mnie! Kapitana Eda Rotta, zabójcę legendarnego Arsena Darka. - urażona duma dała o sobie znać. Wilk puszył się, jakby zamienił się w
wielkiego czarno-szarego pawia. Co za błazen. Lis stał statycznie obok niego. Nie wykazywał chęci ingerencji. Nie zależało mu chyba na chorym poczuciu honoru swojego
kapitana. Wrona po chwili sama stwierdziła że jej też by nie zależało. Nie lubiła głupców i istot skłonnych do przechwałek.
- Głupiec. Na prawdę sądzisz, że nikt wcześniej tego nie próbował. Że byliście pierwsi którzy zabili go w ten sposób? - zapytała. Zdmuchnęła tym samym zapalczywość
charakteru, czarno-szarego olbrzyma.
- Jak to zabili? Doniesienia mówią, że nikt wcześniej nie pozbawił życia Arsena Darka. - spojrzał na truchło które nadal tu leżało. Wskazał na nie. - Teraz leży tu
jego trup. Co? Chcesz mi powiedzieć że jest nieśmiertelny? - zapytał na koniec drwiąco. Wrona prychnęła tylko. - Nie bądź bezczelny drabie. Nieśmiertelność jest
zarezerwowana, tylko dla bogów. - z tym faktem nie mógł się nie zgodzić jednak słowo "drab" spowodowało że Rott miał coraz cieplejsze intencje wobec ptaka.
- Zawrzyj dziób. Na prawdę prosisz się o śmierć. - odparł i wyrwał z ręki Diega, muszkiet. Wycelował w ptaka. Był załadowany. Lis zawsze ładował broń nawet jeżeli
miała być nie używana. Miał takie głupi nawyk. Czarne zwierzę nawet nie poruszyło się. Spojrzało tylko w otwór lufy.
- To z tego mnie ustrzeliliście poprzednio? Muszę powiedzieć, że masz celne oko panie lisie. - odparła do niego Wrona. Zarówno lis jak i wilk nie mogli uwierzyć w to co
słyszeli. Ta wrona i tamta, którą zabił Diego były tymi samymi zwierzętami? Jak mieli to zrozumieć? Co iluzja ich dopadła? Może ta istota blefowała? Tak. Na pewno tak
było. Nie możliwe było to, by coś co zostało zabite żyło dalej. Zwłaszcza ten który teraz tu leżał, był dowodem na to. Lis pełen obaw stał za kapitanem. Jednak wilk
obrócił tą sytuację w żart.
- Na pewno ma. Ja też, nie chcesz zapewne zginąć dwa razy. - odparł śmiejąc się ze zwierzęcia. Ptak tylko pokręcił głową. Spojrzał czarnymi ślepiami na kapitana i
potem na jego towarzysza.
- Oj...żal mi was, głupcy tego świata. - skwitowała i westchnęła. Kapitan miał już coś odpowiedzieć, jednak powstrzymał go znajomy głos.
- Fiora. Znowu zabawiasz gości przed egzekucją? - brzmiał. Głos należał do Gusta. Rott był tego pewien, zdezorientowany Diego z resztą też. Wrona podleciała na gałąź
znajdującą się bliżej ciała surykatka.
- Ile mają na ciebie czekać? Może łaskawie ich zaszczycisz? - zapytała złośliwie. Ku przerażeniom dwójki łowców ciało Gusta zaczęło się poruszać. Zginało stawy by
wstać na równe nogi. Po wybuchowe, zwisające kawałki mięsa wraz z żyłkami i częściowo nadpękniętymi kośćmi, tworzyły niezapomniany i obrzydliwy widok. Arsen gdy już
stał równo zaanonsował siebie.
- Witajcie. Arsen Dark się kłania. W swojej mało okazałej postaci. - wywijał przy tym dłonią roztrzaskaną przez kulę z broni lisa. Ta ledwo co trzymała się na
resztkach ścięgien i skóry. Chlapał przy tym również krwią. Arsen z uśmiechem patrzał jak osoby które go ścigały, zamieniają się w stojące słupy soli. Oni nie mogli w
to uwierzyć. Ktoś kto był martwy, wstał. Dodatkowo nie był sobą. Ukradł ciało innej istoty. Nie mieli słów na określenie takiego zbezczeszczenia. Powietrze zrobiło
się ciężkie. Surykatek spojrzał na nich.
- Teraz dopiero się zabawimy. - odparł z szerokim uśmiechem. Jego czerwone oko penetrowało duszę sparaliżowanych ze strachu animali. Nagle ciało Gusta padło na kolana.
Szybko złapało się za głowę. Rozległ się krzyk gdy ciało wbrew własnej woli wbiło pazury swoich dłoni w tkankę i jak haki, zaczęło wyrywać kawałki mięsa odkrywając
głębsze organy, tętnice i żyły. Krew lała się z Gusta jak z fontanny, tworząc po niedługim czasie kałużę czerwonej posoki. Gdy skończyły się mięśnie, krzyczący z
agonii Gust zaczął wyrywać sobie organy. Rozciągane od siły wyrywania części narządów przypominały konsystencją, kauczuk w plastycznej formie. wydzieliny wyciekały
organicznymi rurkami. Żółć, mocz, kwas żołądkowy, nie do końca przetrawione resztki pokarmu a także ekskrementy, mieszały się z krwią w najbardziej śmierdzącą mieszankę
jaką wdychały nosy lisa i wilka. Ostatnim etapem spektaklu był rozrost kośćca małego ciałka surykatki do rozmiarów wilka. Twarz również wyprofilowała się w kontury
pyska psowatego. Gdy całe przedstawienie się skończyło Arsen stanął na nogi obok wnętrzności i wydzielin patrząc na niedoszłych łowców.
- No. Znacznie lepiej. - odparł w przestrzeń przyglądając się swojej postaci. Wrona tylko wydała dźwięk obrzydzenia.
- Ty na prawdę jesteś czasami, strasznie ohydny w swoich czynach. - Dark spiorunował ptaka spojrzenie. Ten jednak nic sobie z tego nie zrobił. Teraz jego uwagę
pochłonęli znowu łowcy. Ich odwaga, już nie istniała. Dark jako żywy szkielet humanoidalnego wilka podszedł do nich. Ci nawet nie drgnęli. Dygotali cali ze strachu w
środku, nie mogli podjąć żadnej akcji. Cisze jaka zagościła dookoła ich, przerywał tylko miarowy odgłos, bijącego serca we wnętrzu klatki piersiowej nekromanty.
- No to teraz widzicie, gdzie kończy się odwaga serc. - powiedział i chwycił lisa za pysk. - Zarówno tych lisich. Jak i wilczych. - spojrzał na Rotta. Wielki barczysty
szaro-czarny wilk, wyglądał jak niegroźna zabawka. W wielkim ciele obecnie żył, mały struchlały wilczek którego Arsen z chęcią pozbawi życia. Po chwili odstąpił od
nich i pstryknął palcami. Wrona ucieszona tańczyła na gałęzi. Podlatywała co rusz i zamiatała skrzydłami dając upust swojej euforii.
Z ziemi wyrosły kościste latorośle. Były karnacji uschłych pętów. Wilk i lis spostrzegli, że coś ich zaczyna oplątywać. Jednak na reakcję było za późno. Owinęły się
wokół ciał swoich ofiar. Wbijały twarde kościane wyrostki, w ciała Rotta i Diega. Ci krzyczeli z bólu. Krew z ran szybko zabarwiła kościany twór. Wilk próbował jeszcze
się wyrywać, jednak lis był całkowicie nieruchomy. Tak bardzo się bał, że nie dawał rady nawet zareagować na zbliżającą się śmierć.
- Ty...potworze. - to były ostatnie słowa jakie wypowiedział Kapitan Rott. Arsen ucieszony klasnął w dłonie. Oczy czarno-szarego animala z przerażeniem dostrzegły, że
wokół jego pyska owinęła się mała latorośl. Kościane kolce szybko podziurawiły, tą część ciała. Zalany krwią jęczał z bólu. Próbował wyrywać pysk z uścisku ale
nekromantyczny twór, był silny mimo swojego wyglądu. Arsen podszedł do lisa. Spojrzał na Fiorę.
- Ty zabiłeś to wredne ptaszysko. Szkoda że nie powstrzymałeś jej na dobre. - wrona coś odpowiedziała do Arsena, jednak ten postanowił to zlekceważyć. Nienawidził
jej. Chociaż nienawiść to za mocne słowo. Nie lubił jej. Nie wiedział skąd jest? Czemu za nim łazi? Co chce od niego? Irytowała go ale jednocześnie była jedyna
towarzyszką. Dark odrzucił takie rozmyślania. Podniósł dłoń i po chwili wsadził ją do ciała lisa. Przeszła przez strukturę ciała, jakby była projekcją astralną. Po
chwili wyjął z jego ciała serce. Ścisnął je tak że dało się zauważyć grymas bólu i cierpienia na twarzy Diega. Arsen cieszył się maniakalnie. Wilk nie mógł na to
patrzeć. Został jednak zmuszony. Latorośl która trzymał go za pysk, Sama ściągnęła jego wzrok na to przedstawienie. Dark coraz mocniej, ściskał mięsień który pracował
w jego rękach nadal pompując krew przez żyłki. Lis chciał tylko by to już się skończyło. Nigdy nie myślał że na koniec życia, spotka go agonia tego typu. Marzył teraz
o szybkiej śmierci. Żeby nekromanta zacisnął dłoń i skończył to. Czarny mag domyślał się że Diego tego chce. Po chwili zacisnął pięść tak, że ostrymi paliczkami
przebił się przez strukturę serca. To wywołało natychmiastową śmierć. Głowa lisa opadła bezwładnie. Latorośl odrzuciła truchło. Teraz czas na wilka. Ten zamarł. Godził
się z nieuniknioną śmiercią. Teraz był czas na refleksję. Co sobie pomyślał? Teraz i tak nie miało to znaczenia. Arsen postąpił z nim, podobnie jak z lisem. Cały
spektakl szybko się zakończył. Gdy kościste twory zniknęły Dark podszedł do swojego starego ciała. Chwycił szaty i zaczął się w nie ubierać.
Fiora podleciała do niego.
- Nie mogłeś sobie ich odtworzyć zaklęciem? - zapytała. Arsen nałożył hełm na głowę i był już gotowy do drogi. Spojrzał na wronę.
- Magia nie służy do tego. Po za tym. Te szaty są w porządku. - odparł. No prawie w porządku. Dziura po postrzale w bark nie zniknęła tak po prostu. Jednak to była
tylko jedna widoczna wada. Reszta trzymała i prezentowała się dobrze. niestety musiał dbać o wizerunek. Nie dlatego żeby ładnie wyglądać ale dlatego żeby nie
prowokować innych animali, do ścigania go. Musiał zmieniać ubrania co jakiś czas. Jednak zdradzał go hełm i sztuczne uszy. Wrona spojrzała na niego.
- Po co ci właściwie te uszy? - zapytała. Arsen prychnął. - A po co ci skrzydła? Ty dzięki nim latasz. Ja słyszę...właściwie słyszałem kiedyś dzięki nim. - odparł.
Nagle można było wyczuć smutek w głosie nekromanty. To nie pasowało o niego. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to co zrobił ze swoimi prześladowcami. Możliwe jednak że umiał
zmienić zachowanie w zależności od sytuacji. A może kryło się za tym coś jeszcze? Fiora nagle zleciała i usiadła mu na ramieniu. Kościste obojczyki były idealnym
miejscem do tego, aby złapać się i siedzenia na nich. Arsen mimo niechęci do ptaka nie zrzucił go. To było dziwna relacja. Nienawidził tego ptaszyska i jednocześnie
lubił. Najchętniej by się jej pozbył ale też i zatrzymał. Po ponad pięćdziesięciu latach, można powiedzieć że zżył się z nią a ona z nim.
- Dobra to co dalej? Opuszczamy puszczę. - zapytała. Arsen brał to pod uwagę. To było dobre wyjście. Tutaj już jest spalony. Wiadomość o niepowodzeniu ekipy Czaszek
szybko dojdzie do ich kwatery. Będą szukać go nowi. To taki nie przerwany krąg. Ciągle ktoś za nim szedł. Szukał go, węszył, tropił i chciał przede wszystkim zabić. To
była okrutna rzeczywistość Arsena. Szkielet popatrzał w niebo.
- Jak dawno to było. - oznajmił ze spokojem Dark. - Tak. Prawda. - Fiora wiedział o co chodziło. Ciche Miasto, masakra, dzwoneczki. Później ich spotkanie i
egzystencja. Ona sama nie wiedział skąd się wzięła. Nie miała nawet imienia. To Arsen nazwał ją Fiora. Od imienia swojej zmarłej siostry Fiory Dark. Chciał tym samym
zachować szczątki pamięci i więzów przeszłości. Nekromanta zaczął iść przed siebie. Jednak nadal jego myśli wirowały wokół tego jednego, letniego dnia.


Opuszczenie puszczy północnej było jedynym wyjściem. Pozostanie tam dłużej dawało szanse na to że inne animale go znajdą. Jednakże czuł że porzucanie tego miejsca to
też głupi czyn. Tutaj mógł się prawdziwie schronić. Bez pathfindera nikt i tak się tu, nie zapuszczał. Darka zaczęło coś męczyć.
- A ten tułacz? Co z nim? - zapytał. Wiedział od wrony że jeden z tych elitarnych wędrowców był z nimi.
- Nic mu nie będzie. Szybko doszedł do siebie i odszedł. Będzie zdrów. - odparła do nekromanty lecąc wolno nad nim. Granica samej puszczy, była jeszcze przed nimi. On
nie znał tego terenu, Fiora też ale w przeciwieństwie do szkieleta, ona mogła bezproblemowo widzieć wszystko z góry. Tyczyła im drogę. W końcu doszli do gościńca.
- Wreszcie. Długo tego szukaliśmy. I znaleźliśmy. - odparł Arsen. Wrona siadła mu na głowie i zaczęła tłuc dziobem w hełm. Nieznośny metaliczny stukot wbijał się do
czaszki szkieleta.
- Chyba ja znalazłam. Czemu zawsze musisz sobie wszystko zaskarbiać. - powiedziała i wzleciała gdy spostrzegła że Arsen chce ją złapać. - Ty cholerny ptaku. Mówiłem
że, my znaleźliśmy. Nie ja. - rzucił do Fiory która odleciała ponad korony drzew. Arsen wygrażał pięścią przez chwilę. Żachnął się straszliwie i poprawił hełm.
- Wredne ptaszysko. Żałuje że lis jej nie ukatrupił. - odparł bez żadnego komentarza zwrotnego. Rozejrzał się. Przynajmniej miał prosta drogę, do wyjścia. Czas było
się stąd zabierać. Nagle jego uszu doszedł krzyk. Odległy. Arsen obrócił się wokół siebie. Nie mógł sprecyzować, skąd dochodził dźwięk. Przystanął na chwilę. Nie
wpadaj w panikę. Skupił się. Krzyk co jakiś czas, się powtarzał. Jego punkciki w oczodołach znowu zaistniały. Już umiał określić miejsce, skąd dochodziło wołanie o
pomoc. Bez namysłu zwrócił się tam, jednak po chwili porzucił ten zamysł. Niby czemu miał kogoś ratować? Po tylu latach nienawiści względem niego, organizowanych
polowań, nagonkach, listach gończych miał komuś pomagać? Mieszkaniec kontynentu, każdy jeden chce jego śmierci. Czemu on ma się narażać? Może to pułapka? Taka jak wiele
zastawianych na niego. Najpierw go zwabią a potem łupną w głowę i koniec. Arsen jednak nie mógł nie zrozumieć faktu, że ktoś na prawdę potrzebował pomocy. Krzyczał co
jakiś czas. Dodatkowo był to głos kobiecy. Przypomniało mu się coś. Znowu dawne czasy. Rodzina. Ojciec, matka, siostra. Potem wszystko szlag trafił. On przeżył i
zaczął robić wszystko na własną rękę. Z czasem dorósł. Jego mroczna wiedza się pogłębiła. Mógł spróbować odzyskać swoją rodzinę, wyrywając ja śmierci z rąk. Popełnił
jednak błąd. Zapłacił za to straszliwą cenę. Najpierw utratą zmysłów, potem szaleństwem by na końcu utratą ciała. Stracił wszystko. Wiele lat zajęło mu powracanie do
stanu względnego spokoju. Jednak klątwa nadal go trzymała. Nie mógł się od niej uwolnić. Za zuchwałość zapłacił ogromną cenę. Próbował odkupić swoje grzechy. Jednak
świat nie chciał go słuchać. Chciał tylko, jego śmierci. Dark odwrócił się w stronę gościńca. Prosta droga. Wiodąca na zewnątrz, do świata tylko właśnie do czego
jeszcze? Arsen nie prosił o wiele. Chciał mieć tylko, miejsce dla siebie. Spokojne, odizolowane. Jego własną samotnię. Może jeżeli teraz pójdzie przed siebie, nie
oglądając się na krzywdy innych, znajdzie tą ukochaną wolność i spokój. Jednak ile mógł mieć pewności? Przez pięćdziesiąt lat, nikt jej mu nie dał. On przecież nie by
aż taki zły. Chciał być pomocny. Chciał żeby świat dostrzegł jego ofiarność. Jednak była to czcza gadanina. Próżne słowa. Nierealne zachcianki. On już nie ma szans na
odkupienie win. Nie zmyje plamy jaką jest Ciche Miasto. Tyle lat w tym tkwił, a mimo to nie chciał się z tym pogodzić. Widocznie zawsze będzie wiódł żywot potępionego.
Wahał się. Jednak krzyk, pomógł dokonać mu wyboru. Pobiegł szybko w jego stronę. Zostawiał gościniec za sobą. Wrona patrzała na niego z ukrycia.
- Oj Arsenie... - powiedziała cicho do siebie. Wzleciała by podążać za nekromantom. Jednak nie chciała się zdradzać.
Dark chociaż pozbawiony uszu mógł słuchać otoczenia tak dobrze jak za czasów, gdy był żywym wilkiem. Jak? Magia może wszystko. Arsen już od bardzo długiego czasu nie
analizował rzeczy, zależnych od magii. Ci którzy się nią posługiwali musieli mieć coś takiego, że nie mogli przyjmować magii na zdrowy rozsądek. Magia sama w sobie
była czymś niezwykłym. Nie można było jej zbadać, ogarnąć rozumem. Przewijała się przez świat, chłonęła jego emocje, zachowania i inne aspekty natury animali. Jedni
porównywali ją do wiatru a jeszcze inni do światła które przenika przez strukturę świata, miesza się i egzystuje w różnych barwach jak tęcza. Odgłos krzyku nagle
ucichł.
- No weź. Nie teraz. - odparł do siebie. Był niebywale blisko. Ostatni zasłyszany krzyk był już tak donośny, że ofiara mogła być tuż za zakrętem. Jednak bez
całkowitej pewności, niczego nie uda mu się zrobić. Arsen rozglądał się po całym terenie, który go otaczał. Nagle zauważył jakiś przedmiot. Leciała w jego stronę
siatka. Dark zareagował natychmiast. Uniknął przedmiotu, który jak paszcza bestii opadł obok niego. Zza krzaka wyskoczyło na niego kilku animali. W świetle dnia
łatwiej było ocenić kim byli. Jeleń, szop i jakiś z kotowatych którego obecnie, nekromanta nie mógł rozpoznać. Zawsze wydawali mu się podobni. Na koniuszku palca
zaczął zbierać energię do zaklęcia. Zanim jednak podjął jakąś formę obrony, upadł na ziemię. Powalił go cios w potylicę. Próbował się podnieść ale po chwili ustąpił
grawitacji i znieruchomiał.
Grupka czterech animali zebrała się w kółeczko wokół nowego znaleziska.
- Mówiłem. Wiedziałem że jakiś frajer będzie chciał pomóc naszej znalezionej, bezbronnej Nimfie. - odparł śmiejąc się szop. Kotowaty stuknął go w ramię dając tym
zrozumienie i aprobatę.
- Kurde Lou musisz częściej ustalać nasze strategie. - śmieli się teraz razem. Jak starzy, dobrzy przyjaciele. Kotowaty schylił się bliżej do ciała, które powalili.
Zauważył że istota ma hełm z metalowymi uszami. Sztucznymi. Zaciekawiło go to. Zdjął hełm. Dwójka skaczących z radości animali przekuła zachwyt z strach gdy do ich
głów doszło że patrzą na czaszkę.
- Chyba nie myślicie że to on? - zapytał jeleń. - Myślę że to on Rakki. - odparł szop. Jeleń od razu zaczął gorączkowo myśleć. - Co teraz? Jak wstanie to nas pozabija.
- skończył łapiąc się za twarz. Zaczynał panikować. Szop też był bliski histerii. Kotowaty ryknął tylko na nich.
- Uspokójcie się debile. Przynieście sznury. Trzeba go związać. Wtedy będzie mniej problematyczny. - odparł kot. Dwójka szybko popędziła do obozu szukać owych lin. Kot
spojrzał na czwartą członkinię grupy.
- Tego nie planowaliśmy. Co teraz szefowo? - zapytał panią szakal. Młoda, rosła psowata popatrzała na wąsatego rysia. Obmyślała co teraz. Zabicie go na miejscu
rozwiązałoby problem. Jednakże czy na pewno daliby rade ukatrupić Arsena Darka bez jego wiedzy. To cholerny nekromanta. Wróci do żywych i zemści się srogo. Nie.
Liderka grupy miała lepszy pomysł.
- Zwiążemy go i dostarczymy kręgowi. - odparła. Kotowaty zdziwiony decyzją, zaczął protestować.
- Ale jak to? Do stolicy? On jest niebezpieczny. Chcesz go zaprowadzić do miasta? - zapytał z niedowierzaniem. Szakalica chwycił go za szyję i przybliżyła jego głowę
tak by ich spojrzenia spotkały się.
- Lube...czy ty aby się boisz? Myślałam że Circarczycy wyrośli na odwadze. - odparła. Jej czerwone oczy były złowrogie ale przede wszystkim hipnotyzujące. Ryś nie mógł
oprzeć się ich wpływowi. - Weź się więc w garść. Arcybiskup zapłaci nam za jego ciało, sowitą kwotę. - dokończyła. Lube nie mógł się zgodzić. Głowa Darka była warta
ponad dziewięć miliardów kordob. Kot nie miał pojęcia skąd ktokolwiek, miałby uzbierać tyle pieniędzy. Jednak dociekanie tego straciło na sile gdy pojawiło się błogie
dźwięczenie monet w uszach Lube. Jego ojczyźniana krew dawała o sobie znać. Circarczyk to przede wszystkim kupiec i zmyślny handlowiec. Dla pieniędzy zrobi wszystko.
Szakalica puściła jego szyje i spojrzała na dwójkę kompanów która niosła długie pasma sznurów.
- Świetnie. Zwiążcie go mocno. Wszędzie. odparła spokojnie. Nagle dłoń Darka się poruszyła. To wywołało natychmiastową reakcję. Każdy się oddalił na ile mógł. W
miejscu gdzie leżał nekromanta nastąpiła eksplozja. Z chmur dumy zaczęła wylewać się zielona ciecz. Spadała na poszczególne części ciała animali którzy byli wokół
niego. Szybko okazało się że cieczą był kwas. Jeleń który był najbliżej ciała, doznał najgorszych obrażeń. Wiele jego części ciała rozpuściło się. Wydzieliny które
wylały się z naturalnych zbiorników ciała mieszały się z kwasem. Smród szybko doszedł do nozdrzy pozostałej trójki. Lou stał jak wryty przez chwilę. Jego kolega
rozpuścił się w wielu miejscach. Pomaganie mu było już daremne. Nie miał szans na przeżycie. Szop sam dopiero teraz spostrzegł, że kwasowy wybuch rozpuścił mu całe
prawie ramię i nadgryzł lewy bok. Po opadnięciu adrenaliny zaczął odczuwać każdy centymetr bólu. Krzyczał, próbując jakoś siebie ratować od zielonej cieczy, która
zalegała na ubraniu. Ta szybko przedzierała się przez ćwiekowaną skórę i drążyła drogę głębiej. Kropelki kwasu powoli jak zmyślne robaczki, zagnieżdżały się głębiej i
głębiej. Animal w pewnej chwili upadł na ziemię i leżał w kałuży kwasu która trawiła go bardzo szybko. Kotowaty i szakalica ukryli się za drzewem. Sami też byli opluci
cieczą więc musieli się od niej szybko uwolnić. Zdejmowali odzież która była obryzgana zielonym płynem. Najgorsze było usuwanie cieczy z ciała. Nie dość że paliła
skórę tam gdzie skapnęła, to jeszcze kaleczyła dłonie gdy dwójka starała się z niej oczyścić. Nagle do ucha szakalicy doszedł cichy szept.
- Ile za mnie wyznaczyli nagrody? - zapytał śliskim tonem. Ta od razu wyprowadziła cios pięścią, gdyż cały rynsztunek zdjęła wraz z ubraniami. Arsen bez problemu
zatrzymał cios. Czerwone diodki popatrzały na całe jej ciało. Była młoda to na pewno. Teraz już trochę poranione od małego przedstawienia Darka. Szkoda ale te blizny
dodawały jej uroku. Przynajmniej dla nekromanty. Piękny obiekt doświadczalny...i nie tylko. Szkielet uśmiechnął się.
- Będziesz...pięknym szakalem laboratoryjnym. - odparł do niej. Samica ze wściekła miną od razu, chciała mu przyłożyć. Dark powstrzymał ją pętając jej drugą rękę
kościaną winoroślą.
- Puść ją! - usłyszał nagle. Ryś szybko zbliżał się do swojego celu ataku jakim był Arsen. Równie szybko też przekonał się, że nie ma z nim szans. W wystawionej dłoni
Darka wyrosła kościana włócznia. Ta przebiła powietrze, wybiła zęby od impetu, poharatała cały język wypustkami i na końcu zmiażdżyła gardło i kościec kręgosłupa by
wyjść drugą stroną. Resztki tego co zgromadziło się na włóczni wyleciało i upadło na ziemie, wydając ni to chlupot ni to plaśnięcie. Szakalica przerażona patrzała jak
ciało jej kompana opada bezwładnie na ziemię po tym jak szkielet schował włócznie. Spojrzał na nią.
- Kim ty jesteś? - zapytała. Nagle poczuła, jak coś unosi ją do góry. Cztery kościane winorośle poderwały ją i uniosły, następnie trochę przybliżyły by Arsen miał ją
na wyciągnięcie ręki.
- Potworem oczywiście. Jak sądzisz co ci zrobię? - zapytał. Nie kontrolował siebie. Nie był Arsenem który przyszedł tu, by szukać wołającej o pomoc. Był szalonym,
chętnym terroru i zniszczenia potworem. Abominacją. Tego właśnie bali się ludzie. Jego drugiej szalonej strony. Mrocznej, którą miał każdy nekromanta. Przekleństwo
Essiela. Szaleństwo.
- Nie waż się mnie dotykać. - odparła złowrogo. Zacisnęła zęby by pokazać że nie żartuje. Jednak takie rzeczy nie przerażały Arsena. Już nie. Założył rękę na rękę.
- Ooo rozumiem. - chwycił kościaną dłonią jej jedną pierś. Ciało szakalicy zareagowało na to doznanie momentalnie. Animalka wydała z siebie lekkie piśnięcie. - Czy to
nie dziwne że ciało doznaje przyjemności, nawet wtedy gdy nie powinno. - puścił pierś i zmienił pozycję ciała tak, żeby znaleźć się bliżej pochwy szakalicy. - Dziwne
czyż nie? - pytał. Nie oczekiwał odpowiedzi. Zaczął bawić się sromem obserwując ciało samicy, która prężyła je za każdym razem gdy paliczki Darka muskały jej narządy
rodne.
- Na...tychmiast prze...stań. - syczała złowrogo. Dark jednak nic sobie z tego nie robił. Gdy przestał ciało torturowanej, było już całe spocone od wrażeń. Zaczęła
głębiej i mocniej oddychać.
- Ty. Ty jesteś chorym szaleńcem! - wykrzyczała wyrywając się do ataku. Szał jaki miała w oczach dawał jasno do zrozumienia, że rozszarpałaby nekromantę gdyby go
dorwała. Ten cieszył się jeszcze bardziej. Rozłożył ręce. W jego oczach pokazał się niebezpieczny błysk. Szakalica nie wiedziała co oznaczał. Poczuła lekki niepokój.
- Tak. Właśnie tak. Tego mi potrzeba. Silnej samicy. - przestał. Obok niego wyrósł jeszcze jeden twór ale w przeciwieństwie do kościanych winorośli, ten był pół
organiczny. Tkanki i mięśnie były tu widoczne. Jednakże struktura tego czegoś, było daleka od ideału konstrukcji zwykłego ciała. Skóra nie we wszystkich miejscach a
tam gdzie była naciągnięta, niedbale do granic możliwości. Gruczoły na mięśniach sączyły jakąś czarną, smrodliwą ciecz. Tam gdzie tkanki brakowało widać było kościec i
żyłki. Ta...macka miała niewielkie rozmiary szerokości jednak była długa. Szakalica zaczęła się wyrywać, coraz mocniej. Przeczuwała co się święci.
- Jednak nie musisz się obawiać. Gwałt to ostatnia rzecz jaką ci zrobię. Nie mogę już odczuwać takich przyjemności. - Dark pokazał jej swoje ciało. Same kości. Ani
jednego mięśnia jeżeli nie licząc serca i masy żyłek. Mózg był ukryty w czaszce. Samica krzyknęła ze strachu. Arsena nadal to bardzo dziwiło czasami. Ponad pięćdziesiąt
lat i nikt nie wiedział, że już nie jest normalnym animalem? Przepływ informacji był na prawdę słaby.
- Jednak nauka i chęć pogłębiania wiedzy. - pogłaskał swój twór jak troskliwy ojciec głaszcze dziecko. - To inna sprawa. - odparł dziwny twór zadygotał i powoli
zbliżał się do pochwy szakalicy. Ta przerażona chciała uciec. Gdyby tylko mogła się uwolnić.
- Nie. Proszę. Nie rób mi nic złego. - odparła struchlałym głosem. Teraz już nie zgrywała nikogo twardego. Chciała tylko żeby ją puścił. Zostawił. Pozbawił ubrań,
jedzenia ale zostawił żywą. Chciała zarówno tak mało i tak dużo.
Dziwny twór był coraz bliżej. Jego twórca stał z założonymi rękami i patrzał na spektakl.
- Trochę za późno na proszenie. Trzeba było mnie nie prowokować. Co powiesz na zabawę w inkubator? - zapytał. Szakalica zaczęła momentalnie wrzeszczeć w geście
sprzeciwu. Musiał jednak zamilknąć gdy jedna z kościanych macek, owinęła się wokół jej głowy tak że kość była między szczękami animalki. Krzyk zastąpił jęk. Opętańczy
jęk który nie przestawała z siebie wydobywać. Mackowaty twór smagał jej srom delikatnie, jej ciało poderwało się od razu do akcji. Spętane przez latorośl nie mogło się
zbyt swobodnie poruszać. Dark uśmiechnął się tylko głupawo.
- Potraktuj to jako zabieg chirurgiczny. Jak to nazywają? A tak...iniekcja. - odparł. W tym momencie macka przebiła się do środka ciała, swojej ofiary. Szakalica tylko
poczuła jak coś ciepłego, jest wtłaczane do jej ciała. Mimowolnie rozchyliła uda szerzej z bólu. Oczy szybko zwilżyły krople łez. Te szybko zaczęły spływać po
policzkach na jej ciało lub na podłoże. Nagle w Arsenie coś drgnęło. Doszła do niego potworna świadomość czynu, jakiego się dokonał.
- Nie. Dość! - odwołał wszystkie swoje twory. Te zniknęły w mgnieniu oka, jednak dla szakalicy było już za późno. To co miało być w niej umieszczone już tam siedziało.
Nekromantyczny zarodek. Nasienie nie pochodzące od żywej istoty. Pasożyt który szakalica, będzie musiała urodzić. Szkielet spojrzał na to co zrobił. Pokręcił głową z
niedowierzania.
- Co...co... - dukał. Nie mógł jednak wypowiedzieć całego zdania. Zobaczył jak samica poderwała się z zaciśniętymi pięściami i grzmotnęła go w twarz. Raz a potem
drugi. Czaszka Arsena poczuła to bardzo mocno. Upadł od razu trzymając się za głowę. Patrzał białymi ślepiami na skrzywdzoną animalkę. Ta nadal roniła łzy. Szukała
wyjaśnień w swoim wnętrzu, czemu to akurat jej się musiało przydarzyć. Chciała mu zrobić coś więcej. Zabrać życie. Jednak nie umiała. Nie miała broni. Pazury i zęby to
za mało by go powalić. Z niemocy zacisnęła zęby. W ostatnim odruchu rozsądku, chwyciła swoje ubrania i uciekła. Dark leżał sparaliżowany, strachem przed samym sobą.
Chwycił się za głowę.
- Co ja zrobiłem? - zadał sobie pytanie. Poczuł jak bardzo brzydzi się sobą. Nie dość że jego klątwa, zrujnowała życie jemu. To teraz zaraził kogoś jakimś
nekromantycznym tworem i zniszczył życie komuś innemu. Z szału zaczął tłuc pięścią o czaszkę. Chciał sobie wydłubać mózg. Ten cholerny mózg. Źródło jego wszystkich
chorych pomysłów. Jednak nie mógł. W ostatecznej chwili się powstrzymał. Nie umiał siebie zabić. Był na to za bardzo tchórzliwy. Po za tym chciał odzyskać Fiorę.
Kiedyś mu się tu uda. Na pewno. Tylko kiedy? Ile nieszczęść jeszcze sprowadzi, zanim się to uspokoi?
Nagle w krzakach coś drgnęło. Arsen mimo szoku poderwał się na nogi. Czekał na to co zaraz wyłoni się zza liści. Nie spodziewał się ujrzeć czegoś takiego.

Koniec rozdziału 1

Jak się podobał? Wiem że jest długi, dajcie znać czy wolicie mniejsze części to będę wtedy dzielił tekst na dwa podrozdziały. Jeżeli nie sprawia wam problemu to miło to słyszeć. :-Dk
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: Opowieści Z Kontynentu: Zielony Świt Rozdział 1
Wysłano: 8.11.2015 17:07
Folf / coś coś
Anthro
Osobiście mi się to czytało całkiem przyjemnie, można było czuć się w ten klimat. Krótko mówiąc trafiło idealnie w moje gusta. Oby tak dalej!
Tylko pomiędzy dialogami daj pustą linijkę przerwy, bo przy tak długim opowiadaniu tekst momentami się zlewa i można przeczytać co innego.
Czekam cierpliwie na kontynuację! :3

0
(+0|-0)
Opowiadania: Opowieści Z Kontynentu: Zielony Świt Rozdział 1
Wysłano: 9.11.2015 10:33
wilk syberyjski
Anthro
postaram się być szczery
piszesz lepiej niż rysujesz, powieść czyta się lekko i szybko jest troszeczkę za dużo szczegółów ale ,rekompensuje to świetna i wartka opowieść