Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Przyszła pora na telepotwora  
Autor: Cordylus
Opublikowano: 2016/7/28
Przeczytano: 587 raz(y)
Rozmiar 14.64 KB
5

(+5|-0)
 
Pora na nowy telewizor!

Tak sobie pomyślałem. Ten staruszek którego męczyłem przez lata zapewne zasłużył już na emeryturę na strychu. Czas w końcu wprowadzić do domu trochę nowoczesnej technologii!

Przekonał mnie do tego znajomy, który jest entuzjastą wszelkiej futurystycznej techniki i gadżetów. Gdy dowiedział się jakiego rodzaju odbiornik jest u mnie w domu, uderzył się w czoło. Zaraz doradził mi jakiego typu powinienem sobie kupić.

Sprzedawca w sklepie też zapewniał mnie, że ten model będzie dla mnie najlepszy. Jest nowoczesny, wygodny i z pewnością będzie mi się podobał. Aż chciałem się zapytać wedle czego wyliczany jest w tej branży współczynnik podobania się, ale nie chciałem niepotrzebnie przedłużać. W końcu też byłem ciekawy tego cuda techniki.

Pudło było ogromne. Ledwo zmieściłem je w drzwiach do domu. Okazało się jednak podejrzanie lekkie. Poprzedni telewizor na strych ledwo wniosłem. Był po prostu ciężki. Przestraszyłem się więc, czy przypadkiem nie sprzedali mi pustego pudełka! Ustawiłem je czym prędzej w salonie i otworzyłem.

Natychmiast na podłogę wypłynęła rzeka ulotek zapewniających, że produkt ten spełnia wszystkie normy europejskie; że jest bezpieczny dla środowiska, że do produkcji nie wykorzystano żadnych niebezpiecznych substancji*, (nie chciało mi się doczytywać co ta gwiazdka miała oznaczać); że firma wspiera biedne dzieci w Afryce i że powinienem przerzucić się na wegetarianizm. Ze złością odepchnąłem nogą tą niepotrzebną górę makulatury i zabrałem się za poszukiwanie w kartonie mojego nowego, cennego sprzętu.

W kolejnym stosie pianek, gąbek amortyzujących i innego rodzaju materiałów zabezpieczających dostrzegłem w końcu upragniony kształt. Kiedy wydobyłem go z owego gąszczu naelektryzowanych polimerów (aż włosy mi stawały dęba) i ustawiłem na docelowym miejscu zrozumiałem ową dysproporcję wagi do wielkości pudła. Wkrótce znalazły się też akcesoria w postaci kabli które umieściłem w odpowiednich miejscach. Wtyczki pooznaczane były tak jaskrawymi kolorami, że nawet dziecko mogło by sobie z tym bez problemu poradzić. Wyglądało to więc całkiem zachęcająco.

Nadszedł w końcu długo wyczekiwany moment! Pierwsze uruchomienie! Gdzie zatem jest pilot? No właśnie! Dobre pytanie. Przetrząsnąłem cały karton oraz pozostałe śmieci i ulotki. Wróciłem się nawet do samochodu by sprawdzić, czy jakimś cudem nie wypadł gdzieś po drodze. A może piloty były sprzedawane oddzielnie? Sprzedawcy się nie pytałem. W końcu wydawało mi się, że tak podstawowa rzecz, jaką jest pilot do telewizora zawsze jest w zestawie. Miałem już jechać w tej sprawie z powrotem do sklepu, jednakże musiałem sprawdzić przynajmniej czy ten cudowny nabytek działa. W końcu do zwykłego uruchomienia pilot nie jest potrzebny, prawda?

Nieprawda! Okazało się że nie ma w nim nawet włącznika! Zdziwiło mnie to bardzo i rozejrzałem się w poszukiwaniu instrukcji obsługi. Biała paczka, którą do tej pory brałem za kawałek grubego styropianu z opakowania okazał się być ową instrukcją. Teraz pewnie wszystko się wyjaśni! Grube tomiszcze przypominało raczej książkę telefoniczną z przełomu tysiącleci niż instrukcję obsługi. Nie zraziłem się tym jednak i rozpocząłem poszukiwania stosownych informacji. Instrukcja okazała się jednak wielonarodowa (a sądząc po obrazkach nawet ponadnarodowa), więc zanim dotarłem do języka ojczystego musiałem przebijać się przez koszmar senny szalonego poligloty. Koszmar ten pogarszał fakt, że języki te nie były w kolejności alfabetycznej. To znaczy były, pod warunkiem, że ktoś zna alfabet chiński. Musiałem więc wertować strony zawierające języki suahili, azerski, mandżurski i inne tam dialekty eskimo-aleuckie. Znalazło się nawet miejsce dla łaciny i esperanto... Wytrwałość moja została jednak w końcu nagrodzona. Napisany dystyngowaną polszczyzną wstęp zapewniający iż przy produkcji tegoż oto urządzenia nie zginęło żadne niewinne zwierzę upewnił mnie, że dobrze trafiłem. Okazało się niestety, że jedynie w teorii.

Poszukiwania interesującego mnie akapitu spełzły na niczym. Było pełno bezużytecznych informacji o atestach, regułach bezpieczeństwa użytkowania i poradach umiejscowienia sprzętu. Znalazło się nawet miejsce na wyjątkowo głupią "instrukcję rozwiązywania problemów". Ten dział przywitał mnie tabelką:

"Problem:Co zrobić jeśli telewizor nie działa? Przyczyna: Kabel zasilający jest odłączony. Rozwiązanie problemu: Podłącz kabel zasilający. Efekt: Telewizor działa.*"

Podejrzewam, że ludzie potrzebujący takich instruktaży mają jednak problemy innego rodzaju i potrzebują pomocy dużo bardziej specjalistycznej niż ta zawarta w instrukcji. Mimo wszystko gwiazdka ta naprowadziła mnie na ważny trop. Wskazywała ona na warunki umowy gwarancyjnej (z której tyle zrozumiałem iż ta traci ważność w momencie otworzenia pudła) i wspominała ona coś o prawidłowym sposobie uruchamiania telewizora ukazanym na ostatniej stronie tego obszernego poradnika. Czym prędzej przewertowałem cały ten bezużyteczny plik kartek i natrafiłem na jakiś łopatologiczny komiks pozbawiony wszelkich słów. Opowiadał on smutnym panu, który kupił sobie ten telewizor dzięki czemu stał się szczęśliwy i założył rodzinę by razem z nią oglądać na nim programy. Porażająca głębia tej obrazkowej historii sprawiła, że musiałem usiąść i odpocząć. Okazało się jednak jakimś cudem iż komiks ten zawiera jednak jakieś ukryte przesłanie. Otóż smutny pan na obrazku uruchomił odbiornik machając do niego.

Machanie do telewizora?! A to ci dopiero! Słyszałem opowieści o ludziach, którzy w połowie XX wieku stroili się w piękne ubrania przed każdą audycją emitowaną na szklanym ekranie, gdyż myśleli iż ludzie po drugiej stronie anteny też ich widzą. Często też pozdrawiali i machali do aktorów występujących w programach. Jak widać historia kołem się toczy...

W dodatku nie wystarczyło tylko machać. Trzeba było jeszcze wydawać polecenia słowne. Ot technika, pomyślałem. Ciekawe w jakim języku będę musiał do tego gadać? Przywodząc sobie na myśl niezliczone dialekty chińskiego przez które musiałem przebrnąć w instrukcji nie nastawiłem się do tego aspektu pozytywnie. Na szczęście okazało się że język telewizora można swobodnie ustawiać. Reszta procesu podobno jest przyjemna i zautomatyzowana. Uspokoiłem się trochę.

Pora w takim razie na pierwsze włączenie. Tym razem na serio! Stanąłem więc przed telewizorem i powiedziałem stosowne polecenie kiwając ręką do ekranu. Nic z tego. Wyszło na to iż język telewizora nie jest jeszcze ustawiony i trzeba będzie próbować różnych tekstów na chybił-trafił. Po polsku nie dało rady, więc zacząłem próbować po angielsku. Nie miałem zamiaru się poddać. Zacząłem kiwać się do urządzenia wykrzykując kolejne to komendy. Czułem się jak jakiś szaman pierwotnego ludu odprawiający magiczny taniec przed totemem, wznosząc zaklęcia wzywające duchy przodków. Cofam się do przeszłości coraz bardziej! Kiedy zniesmaczony tą sytuacją wypaliłem w końcu "hokus-pokus" ekran rozjaśnił się i pojawiła się plansza powitalna dziękująca za wybranie tej właśnie marki. Ze szczęścia odtańczyłem kolejny dziki taniec, depcząc rozrzucone po całej podłodze pianki i kawałki styropianu. W końcu jest! Teraz powinno być z górki!

Zapytało mnie od razu jaki język wybrać, na co oczywiście ja wybrałem polski, myśląc jeszcze naiwnie, że już zaraz obejrzę sobie pierwszy program na nowym nabytku. Tu jednak napotkała mnie niemiła niespodzianka w postaci ankiety! Pojawiły się pytania jakiego rodzaju najczęściej oglądam programy, ile osób mieszka w domu, jaki mam słuch, w jakim jestem wieku itd. Pytań były dziesiątki. Wydawało się nawet, iż zaraz zapyta o numer buta, kołnierzyka i kolor oczu. Wszystko szło jednak gładko dopóki nie natrafiłem na pytanie: "W którym pomieszczeniu stoi telewizor?".

Dla żartu wybrałem opcję "W łazience". Co to za różnica w końcu gdzie ten telewizor stoi? Okazało się, że znaczna. Ankieta natychmiast zniknęła z ekranu i pojawił się napis mówiący, że model ten nie jest przystosowany do wilgotnych pomieszczeń i w celu bezpieczeństwa użytkownika należy go natychmiast stąd zabrać. Jasne! Maszyna jak zwykle wie lepiej! Ekran nie znikał, więc odłączyłem telewizor na moment od zasilania. Po powtórnym włączeniu okazało się jednak, że telewizor nadal uważa, że znajduje się w tym samym pomieszczeniu. Przesuwałem go więc w lewo, w prawo, lecz nie pomagało to ani trochę. Pomogło dopiero przespacerowanie się z nim po całym domu. Gdy postawiłem go z powrotem w tym samym miejscu, co na początku, ten pogratulował mi dobrej lokalizacji. Głupia maszyna. Nie chcę nawet wiedzieć po czym ona to rozpoznaje.

Po przebrnięciu od nowa przez całą ankietę przyszła pora na załadowanie programów. W ostatnim telewizorze trzeba było to robić ręcznie i zajmowało to kilka godzin, a jako że w ostatnich latach satelitów telewizyjnych jeszcze się namnożyło, to z ulgą przyjąłem opcję automatycznego wyszukiwania kanałów. Trwało to jednak minut 5, potem 15, aż w końcu doszło do 55 i kiedy zaczynałem się denerwować pojawiła się informacja o znalezieniu 12658 kanałów i załadowaniu ich do pamięci. Złapałem się za głowę! Dwanaście tysięcy kanałów?! Nie myślałem nigdy, że tyle ich istnieje w tej części Europy.

Poleciłem włączenie pierwszego wpisanego programu. Na ekranie ukazał się nagle oturbaniony facet wymachujący w stronę kamery karabinem, który wykrzykiwał najpewniej mało pacyfistyczne hasła. Czym prędzej zmieniłem kanał. Tym razem na ekranie pojawił się prezenter ogłaszający najświeższe informacje z Islandii. Zdecydowanie nie tego szukam. Kolejny kanał i kolejna niespodzianka - francuskie zawody w rzucie beretem. Coraz bardziej zdenerwowany przeskakiwałem tak z programu na program i dowiedziałem się jedynie, że jeśli kiedykolwiek bym chciał robić kotlety z foki wystarczy przełączyć się na kanał 86, a jeśli interesuje mnie rynek plantacji kauczuku to mam o nich informacje na żywo na kanale 120. Kiedy w końcu wskoczył jakiś film science-fiction, w nieznanym mi, świszczącym języku naprawdę miałem wrażenie, iż odbieram teraz sygnał z innej galaktyki. Dość tego!

To wszystko trzeba poukładać. Z braku pilota byłem jednak zmuszony do regularnej dyskusji z telewizorem na ten temat. Dużo trzeba było się przekomarzać, by ten załapał w końcu nowo podyktowaną listę kanałów. Czułem się jakbym właśnie zgodził się przyjąć upośledzoną umysłowo osobę pod swój dach i jeszcze za to słono zapłacił! Trwało to kilka godzin. Udało się jednak. Z telewizora dobiegły w końcu pierwsze polskie słowa. Była to kolejna nudna reklama kremu na odciski. Oglądałem ją jednak z największą przyjemnością. W końcu człowiek górą! Z tego wszystkiego zrobiłem się głodny. Po obfitej kolacji wróciłem by obejrzeć wiadomości. W trakcie trwania magazynu informacyjnego z boku ekranu wyskoczyło jednak okienko informujące, że kamera została już zainstalowana. Co to ma znaczyć? To przecież ja mam oglądać telewizor, a nie odwrotnie! Chwytam instrukcję i czytam co na ten temat piszą. Wyszło na to, że telewizor wyposażony jest w kamerę umożliwiającą wideokonferencje i sterowanie aparatem przy pomocy mowy ciała. Myślałem, że jedynie czujnik ruchu na to pozwala. Jeszcze tylko tego mi brakowało. W istocie, kiedy wychodziłem z pokoju telewizor się wyłączał, a kiedy wchodziłem - włączał. To ustrojstwo stale mnie więc obserwowało. Jeszcze czego! Plaster poszedł w ruch i czujne oko kamery mogło od tej pory podziwiać jedynie owo dzieło przemysłu opatrunkowego. Co jakiś czas pojawiał się co prawda komunikat o niewyraźnym obrazie z kamery, ale każdy z nich sprawiał mi ogromną satysfakcję, że udało mi się wykiwać tą wredną maszynę.

Nazajutrz postanowiłem sprawdzić co tam nowego w świecie nauki, zatem chciałem włączyć sobie kanał popularnonaukowy. Telewizor dał mi jednak do zrozumienia, że taka stacja nie istnieje. Co się stało? Przecież wczoraj jeszcze była! Zastanawiałem się czy ten szalony Arab wczoraj nie groził niszczeniem satelitów telewizyjnych, ale powtórne wyświetlenie listy kanałów rozwiało wszelkie moje wątpliwości. Stacja była, ale telewizor nie chciał przyjąć tego do wiadomości. Czy to zemsta za ten plaster?! Odkleiłem go i zerknąłem w szklany obiektyw. Nie wiem czy przypadkiem, czy było to zaprogramowane, ale telewizor stał się wtedy nagle skory do współpracy.

Paskudne myśli o konstruktorze tej tele-pułapki nie dawały mi normalnie oglądać programu. Zastanawiałem się czy wredny charakterek urządzenia nie został umyślnie zaimplantowany w jego obwody scalone przez jakiegoś kiepskiego dowcipnisia.

Po kilkunastu minutach pojawił się komunikat, że nowa wersja oprogramowania została już opublikowana i mogę ją pobrać. Ucieszyłem się! Może nowa wersja będzie poprawiona i nie będzie z nią tyle kłopotu. Niestety zgodziłem się na instalację i poszedłem zjeść śniadanie. Po powrocie wyświetlało się okienko, że zaktualizowane oprogramowanie zostało pomyślnie zainstalowane i należy odłączyć telewizor na moment od sieci w celu twardego resetu. Wykonałem polecenie i ku mojemu przerażeniu na ekranie pojawił mi się ten sam ekran powitalny, co na początku przygód z tym badziewiem. Potem pojawiła się ankieta, wzbogacona w dodatku o kolejne bzdurne pytania, a następnie okno wyszukiwania kanałów. Nie! Myślałem na początku, że to tylko jakaś pomyłka, że zaraz wszystko wróci do normy. Niestety nic z tych rzeczy. Musiałem zaczynać od nowa. Tego było już za wiele! Mój umysł wypełniła najczystsza z najczystszych agresji i wściekłości. Chciałem się rzucić na ten cholerny złom i roztrzaskać go na kawałki! Na szczęście w porę się opanowałem i jedynie wykrzyczałem na całe gardło:

TO JEST POTWÓR, A NIE TELEWIZOR!!!

...

Stary telewizorek grał sobie spokojnie na swoim odwiecznym miejscu. Prawdziwe cacko - pomyślałem sobie. - Podrzucanie świni to już przeżytek. Jeśli teraz miałbym komuś zrobić prawdziwe świństwo, to podrzucę mu tamten telewizor...
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
1
(+1|-0)
Opowiadania: Przyszła pora na telepotwora
Wysłano: 9.09.2016 4:36
gryf
Mocne :D

Aczkolwiek widać tu niepoprawny optymizm - a mianowicie to, że w przyszłości wciąż będzie można używać starego telewizora.
Owszem, w tej chwili wystarczy odpowiedni set-top-box aby oglądać DVB z HDTV nawet na lampowym odbiorniku sprzed pół wieku.
Ale wchodzi już Ultra HD - czy będzie pudełko pozwalające oglądać 8K na telewizorze PAL? A nawet jeśli będzie, to co będzie widać na ekranie bez tej masy megapikseli i bez szerokiej przestrzeni kolorów?
Do tego jeszcze dźwięk 22.2 - tak, przewidziano 24 głośniki, słownie: dwadzieścia cztery! - jeśli rzeczywiście pojawi się dużo kontentu w tym standardzie, to jak tego słuchać na starym sprzęcie? Przecież downmixing tego do zwykłego stereo wygeneruje na wyjściu coś co niezbyt się będzie różniło od białego szumu.

A to jeszcze nie wszystko - od dłuższego czasu pojawiają się coraz to bardziej totalitarne pomysły na ściąganie abonamentu, jeszcze trochę a wpadną na pomysł wprowadzenia technologii blokowania odbiorników wszystkim którzy nie zapłacili, oczywiście dopuszczone do użycia będą tylko telewizory z odpowiednią homologacją gwarantującą działanie tej funkcji.
Oprócz abonamentu są też przychody z reklam, dlaczego więc tych którzy ich nie oglądają nie traktować tak samo jak niepłacących? Kamery już są, wystarczy drobna modyfikacja oprogramowania do rozpoznawania obrazu i już będzie można wyciągnąć konsekwencje wobec szkodnika który podczas bloku reklamowego bezczelnie wychodzi się odlać!

Nowoczesna technologia daje tak ogromne możliwości, że z całą pewnością nie będzie możliwości powrotu do starej :P

Anonim
0
(+0|-0)
Opowiadania: Przyszła pora na telepotwora
Wysłano: 4.10.2016 12:01
Piękna opowieść o technologicznym koszmarze :).

Jedyne co trochę mi zabiło wiarygodność to fakt że telewizor miał jedną kamerę do rejestrowania komend ruchowych a drugą do obserwowania czy użytkownik jest w pokoju. Prócz tego ciekawa wizja tragicznego designu w pięknym opakowaniu.