Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Vindor - "U rodziny" [18+ F/M]  
Autor: Vindor
Opublikowano: 2016/11/5
Przeczytano: 327 raz(y)
Rozmiar 11.97 KB
0

(+0|-0)
Url Link: Furaffinity
U rodziny


Ach, imprezy rodzinne. Któż by ich nie lubił? Można spotkać się z rodzinką, pogadać, zjeść coś, pożartować, pośmiać się, powspominać, zjeść coś, świetnie się bawić, przedstawić chłopaka rodzinie. I zjeść coś. Jak jest na tego typu spotkaniach wiemy wszyscy, chociaż pewnie u każdego z nas wygląda to nieco inaczej. Velvet i Mordecai byli właśnie na takiej imprezie, a były nią urodziny mamy lisicy.
Odbywały się one w jej rodzinnym domu, w ogrodzie. Wszyscy byli zebrani w sporej, drewnianej altanie, radośnie biesiadując. Sam dom był raczej duży, jak przystało na ludzi z wyższej klasy społecznej, ale nie przytłaczał. Z zewnątrz urządzony gustownie, w środku zresztą też, co świadczyło o jakiejś skromności właścicieli.
Zakochani siedzieli obok siebie przy stole, ubrani stosownie do sytuacji, co jakiś czas rzucając sobie spojrzenia, komunikując się nimi, gdy ktoś powie coś głupiego. Czasami cichutko szeptali, ale nie za często, bo jak zauważył Terence, brat Velvet, “co na ucho to kłamstwo”. Jej bracia byli wysokimi, szczupłymi, lisimi bliźniakami o pomarańczowym futrze, kasztanowych włosach, lubującymi się w złośliwym dowcipie i okazyjnym dokuczaniu siostrze. Typowe, starsze rodzeństwo płci przeciwnej. Mimo to byliby w stanie za nią skoczyć w ogień.
Wilk Mordecai, witany przez braci poprzez “szalom” był ubrany w czarne jeansy i ciemnoszarą koszulę, podczas gdy jego dziewczyna nosiła ulubioną, czerwoną koszulę i krótkie, jeansowe spodenki. Biały wilk o brązowych, krótkich włosach, z morskimi pasemkami był smukły i wysoki, a jego waniliowa partnerka - o jaśniejszej i nieco dłuższej od niego fryzurze - była stosunkowo niska. Naturalnie miało to swoje plusy, ale zostawmy grubiańskie żarty jej braciom. No, i miała też inną charakterystyczną cechę - serduszko na prawym i lewym policzku, tuż pod oczyma.
Mordecai “Morda” vel “szalom” był tymi urodzinami trochę przytłoczony. O ile Velvet radośnie dyskutowała i dzieliła się uwagami ze swoją rodziną, to on siedział i tylko tak przytakiwał wszystkim z uśmiechem, krzycząc wewnętrznie. Oczywiście, nie przez cały czas w milczeniu, ale w sumie, to co miał z nimi gadać? Fajnie jest, jedzenie dobre. I mama liski to całkiem miła była, jej tata też, bracia byli braćmi.
Jego introwertyzm był dodatkowo potęgowany przez zmęczenie, bowiem pracował intensywnie przez cały tydzień, gdyż rozchorował się jeden ze współpracowników i ktoś jednak musiał robotę wykonać. Zupełnie przez to zapomniał o odpoczynku, relaksie… długie dniówki nie sprzyjały zajmowaniu się sobą. Wilk odwrócił się w stronę swojego obiektu westchnień - karkówki z grilla i zjadł ją w skupieniu, spoglądając co jakiś czas na jego miłość, ale na tą teoretycznie niejadalną i żywą.
- Widzę, że ci smakuje - powiedziała do niego uśmiechnięta Velvet.
- Ta, jest naprawdę dobra - odparł.
- Przeżyjesz jeszcze te dwie, trzy godziny, w końcu sobie odpoczniesz - lisica westchnęła. - Zapieprzałeś przez ten tydzień jak parowóz.
Miała rację. Był zmęczony tym wszystkim, w dodatku musiał się dla niej poświęcić i być z nią na tych urodzinach. Oczywiście nie robił jej ani wyrzutów, ani nie czuł się tym skrzywdzony, bo była to jego powinność. Mordecai ziewnął z uśmiechem na pyszczku.
- Troszeczkę. Wiesz, jest miło, ale coś czuję, że by mi się przydał mały odpoczynek po tym wszystkim. Może dostałbym jakiś urlop czy coś, zostawiłabyś piekarnię asystentce. Trzy dni odpoczynku… - rozmarzył się.
- Jak potrzebujesz odpoczynku, to jedź beze mnie, bo ja ci spokoju nie dam - Velvet zachichotała - znasz mnie.
- A może po prostu lubię aktywny wypoczynek, co? - w odpowiedzi wilk się uśmiechnął, wystawiając koniuszek języka.
Prawie zapomnieliby o tym, że siedzą wśród innych gości, gdyby nie chrząknięcie wujka lisicy który siedział obok niej i wcale nie mimowolnie przysłuchiwał się rozmowie zakochanych. Odwrócili się do niego, a ten zaśmiał się pod nosem i przewrócił oczyma.
- Tak to ten twój kawaler taki małomówny, ale flirtować to by z tobą cały czas chciał - rzekł do nich.
Był w średnim wieku, ubrany jak ktoś w średnim wieku i miał na sobie wąsy. Taki typowy z niego był wujek - krótkie spodenki, sandały i hawajska koszula oraz brak jakiejkolwiek fryzury, tylko rude futro.
- Och, on jest bardzo zmęczony, wujku - odpowiedziała mu dziewczyna - poza tym ciągle coś je, to jak ma odpowiedzieć? - spojrzała na chłopaka, który zakłopotany patrzył to na talerz, to na wujaszka lisiczki.
- Przepraszam, musiałem przez tydzień zostawać dłużej w pracy - uśmiechnął się nerwowo - ale wesoło tu.
- Ehehe, będzie jeszcze weselej. Basil, polej szwagrowi!
Wstawiony już brat obiektu westchnień Mordecaia podał mu przez wujka kieliszek. I teraz pić czy nie pic? Wyjdzie albo na pajaca, albo na pijusa. W sumie jak mu polali… chlup. Alkohol zapiekł go w gardło, zamrugał oczami. Velvet zakołysała ogonem i postukała go w ramię, robiąc duże oczy, kierując swój nos w dół. Jej serduszka wyglądały wtedy tak uroczo… Mordecai znał to spojrzenie.
- Skoro jesteś zmęczony, to chodź na moment odpocząć do mojego pokoju. Podobno wszystko zostało na swoim miejscu, jak przed przeprowadzką.
- Hehehe, z wyjątkiem łóżka - wtrącił się Terence, w stanie nieco wskazującym - kot zrobił z niego kotwisko.
- Co zrobił? - spytała ze zdziwieniem.
- No kotwisko, czyli kocie mrowisko, czyli zrobił z materaca ser szwajcarski. Hyp! - czknął.
To było nieco dołujące. Brak łóżka można przeżyć, ale takiego idiotę-brata już niekoniecznie. Lisica wstała i poklepała swojego ukochanego.
- Dobra, dobra, chodź Mordecai.

Udali się do pokoju Velvet, nie mówiąc nic gościom. Po co wzbudzać wśród nich dalsze zainteresowanie? Potrzebowali spokoju. Umiejscowiony na poddaszu pokój był sporych rozmiarów, z jasnymi ścianami i ciemnymi meblami. Było tu jeszcze trochę bibelotów, których była rezydentka nie zabrała ze sobą do nowego miejsca pobytu, a które wzbudziły zainteresowanie wilka. Obszedł izbę, przyjrzał się temu, tamtemu…
- Ładnie tu - skomentował.
- Czegoś mi jednak tu brakuje teraz… - odparła dziewczyna. - Teraz. W tym momencie.
- Łóżka? - uśmiechnął się w specyficzny sposób.
Nie dostał odpowiedzi. Lisiczka z cichym mrukiem ugryzła go w szyję, a on wydał z siebie ciche westchnięcie. Czuł jej ciepły oddech, wilgotny język, ostre ząbki, delikatnie zaciskające się na tak wrażliwej części ciała. Przyjemny, podniecający dreszcz sparaliżował go, czyniąc go bezbronnym wobec rozbierających go drobnych dłoni jego partnerki. Robiła to pospiesznie, jak gdyby w jej wnętrzu roiło się od mrówek, które powodują nieznośne swędzenie. Wiedziała, że nie miał czasu ani energii na zajmowanie się sobą, dlatego solidaryzowała się w jego przymuszonej abstynencji. Wiedziała, że będzie warto.
Wilk został przez nią upolowany. Ściągając z niego spodnie i majtki całowała i gryzła jego brzuch i boki, zniżając się do wrażliwych obszarów w miarę ich odkrywania. Mordecai rozpływał się przy każdym lekkim uszczypnięciu zębów, przy każdej malince, przy każdym liźnięciu i dotyku jej noska. Wkrótce jego spodnie i majtki zostały opuszczone za kostki. Velvet spojrzała na jego powoli nabrzmiewające przyrodzenie i stuknęła je lekko nosem, zachichotała perwersyjnie i liznęła jego czubek koniuszkiem języczka.
Potem od podstawy po sam czubek, by chwycić je w dłoń i powoli masować, jednocześnie pieszcząc w swoim ciepłym, wilgotnym pyszczku wrażliwą i spragnioną rozkoszy główkę. Oplotła swoim ogonem jego nogę. Jej partner westchnął, oddając się całkowicie swojej ukochanej. Tak bardzo brakowało mu jej bliskości przez ten czas, tak bardzo chciał ją kochać…
Poczuł, że jest gotów do działania. Zresztą nie tylko on, bo i pieszcząca czuła, że coś tu spuchło, coś zrobiło się słone i lepkie. Wilk złapał ją delikatnie za spód pyszczka i odsunął ją, po czym gdy tylko się podniosła, ten rozdarł jej koszulę. Dolnej odzieży już na sobie nie miała - ściągnęła ją sama podczas gry wstępnej. Mordecai zniżył się lekko i przyciągnął do siebie Velvet, szukając pocałunkami jej sutka. Tymczasem jego palce wsunęły się delikatnie w jej wilgotną już szparkę i zaczęły masować przednią ściankę, podczas gdy kciukiem naciskał jej guziczek.
- Nie, konkrety - powiedziała, sama będąc podniecona na tyle, że chciała jak najszybciej przejść do sedna.
Wtedy on chwycił ją za uda i uniósł w górę, opierając ją plecami o ścianę. Rozumieli się bez słów - ona objęła go i oplotła nogami wokół bioder tak, by ułatwić mu podtrzymywanie. Jedną, wolną ręką chwyciła jego ster i nakierowała go na swoje wnętrze.
- Tutaj - uśmiechnęła się i westchnęła, gdy powoli ją opuścił, pozwalając nabrzmiałemu przyrodzeniu wsunąć się w jej wilgotną jamkę.
Wilk zmrużył oczy, a wzrok Velvetki zrobił się mętny. Czuła go w swoim środeczku, tak blisko, tak ciepło, tak mokro…
Uniósł ją powoli i opuścił, ona mu w tym pomagała poprzez ruchy swoich bioder i nóg oraz ramion. Mordecai był rozpieszczany przesuwającym się, śliskim, szczelnie okalającym jego wyposzczone przyrodzenie tunelem miłości, docierając tak głęboko, jak tylko się da. Gdy uderzał w tyły, jego partnerka wzdychała i jęczała. Robił to początkowo stosunkowo powoli, drażniąc siebie i lisiczkę.
Ale ileż można? Przez cały tydzień nawet się nie dotykał, więc takie coś było dla niego niczym woda dla przymierającego na pustyni. Wgryzł się w jej szyi warcząc przeraźliwie i wbił w jej plecy pazury, drapiąc intensywnie. Chwycił jej futro, szarpnął, zaciskając zęby przyparł ją do ściany. Zaczął bez opamiętania ją podrzucać, unosić.
Velvet wyła z rozkoszy, piszczała cichutko kiedy jego kły zatapiały się w jej ramionach, szyi i biuście, zostawiając czerwone, perforowane ślady. Był jak prawdziwy zwierz, jak wilkołak a nie cywilizowany wilk. Jego przyrodzenie nie przemieszczało się, a wręcz uderzało o jej tylną ściankę, aż prawie bolało to co robił. Obydwoje byli zbyt pobudzeni, by na to zwrócić uwagę. Mordecai zawył, a jego pulsujące prącie zalało pochwę lisiczki gęstą, gorącą, pachnącą i lepką, życiodajną substancją.
Trzask. Drzwi otwarły się z hukiem.
- Oezu… HYP. VELVI, Co was tak dugo njjjjee ma? - powiedział ktoś totalnie napruty.
Był to Basil. Spojrzał na zakochanych, z których właśnie uleciało całe napięcie. Byli w szoku, osłupiali. Co mają zrobić? Stali tak jak dwa posągi, kiedy lisisko podeszło do nich i… przytuliło parę.
- Janemoge, moja Velvi jest juszszsz doros… HYP… no. To dobranoc.
Basil dał Mordecaiowi śmierdzącego alkoholem całusa w policzek, zostawiając obydwu zdezorientowanych. Wyszedł, zataczając się i mamrocząc coś pod nosem.
- Ja pierdolę - szepnął wilk. - Może ten… przyniosę ci chusteczki... - powiedział, czując jak po jego jądrach i nodze spływają płyny ustrojowe. - Yyyy… kocham cię, Velveciu.
Pocałował ją. Długo, głęboko, namiętnie.
- Idź, bo znowu ktoś przyjdzie… - zachichotała, rozbawiona całą tą sytuacją i polizała go w nos.
Mordecai wytarł się swoimi majtkami, założył spodnie, ubrał się i wyszedł do łazienki, licząc, że nikt nie zauważy niczego podejrzanego. Gdy zniknął, do pokoju wszedł Terence.
- A ja też mogeeem? - spytał, zatoczył się i upadł na szafkę nocną, wpadając w objęcia Morfeusza.


KONIEC
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.