Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Vindor - "W Szponach Legionu" [18+ M/F]  
Autor: Vindor
Opublikowano: 2016/11/5
Przeczytano: 370 raz(y)
Rozmiar 20.19 KB
0

(+0|-0)
Url Link: Furaffinity
W Szponach Legionu


Napady były stosunkowo łatwym źródłem wszystkiego, jeśli prowadziło się życie na postnuklearnym pustkowiu. Wszystkiego, czyli jedzenia, kapsli i uszkodzeń ciała. Nieco trudniej było, jeśli żyło się w miejscu, które nawet przed wojną potrafiło być dosyć puste, na przykład w Nevadzie. Miasteczka były teraz zakurzonymi i zardzewiałymi wioskami kontenerów, rozwieszanych płacht i plandek, na nowo gospodarowanymi ruinami sklepów, hoteli i domów. Niektórzy tworzyli własne osady z wraków vanów i camperów, ale te często padały łupem gangów. W sumie prowizoryczne miasteczka miały się niewiele lepiej.
Oczywistym wyborem dla młodej, zdrowej i wysportowanej, owczarkopodobnej, czarno-szarej suki było przyłączenie się do silniejszej grupy, która stawiała warunki. Do bandytów. Skoro uczciwe życie było i tak cholernie niebezpieczne, to co miała do stracenia? Trzymając się z uzbrojonymi, silnymi i nieuczciwymi - czyli takimi, jacy powinni być w tych realiach - antropomorfami mogła tylko zyskać. No, tylko trzeba było obić parę mord, paru uwieść, paru zgubić przy patrolu, a szacunek przyszedł sam. Szramy pod sierścią też, ale lepsze to niż stać się ich kurwą. A tak, to miała własne kurwy, kurwiów i kurwiątka.
Najważniejszy był jednak szacunek i awans w bandyckiej, niepisanej hierarchii. Owszem, dalej podlegała rozkazom swojego szefa-herszta, ale nikt jej nie podskoczył. Zresztą, kto by podskoczył komuś, kto potrafi pokonać na gołe pięści dużo większego niedźwiedzia? Biedny Bill, do dzisiaj zbiera pieniądze na plastykę nosa. Może kiedyś znajdzie jakiegoś lekarza w większym mieście, o ile listy gończe nie poszły za daleko.
Sam gang, do którego należała Dogshit - bo tak wołali naszą owczarkową amazonkę - był typową, rozpasaną, grubiańską, wiecznie najebaną i naprutą bandą. Tylko mimo wszystko bardzo dobrze organizowali napady i działali od jakiś dziesięciu lat. No, oczywiście najstarszym członkiem był Igła, który był szefem. On nie mógł sobie pozwolić na dostanie kulki, udaru, czerwonki, choroby popromiennej i rzeżączki bądź jednej z tych rzeczy, a tak przeważnie ginęli jego “podopieczni”. W jego silnej grupie pod wezwaniem “Los Pistoleros” następowała więc stała rotacja członków. Dogshit była już z nimi trzeci rok. W sumie przyszła znikąd, znikąd sobie postanowiła dołączyć - uparte babsko. A jak ktoś miał obiekcje to wpierdol.
Dobrze sobie radziła, nabrała wprawy w strzelaniu i zrobiła parę fajnych akcji, to po jednym z napadów na karawanę dostała wspaniały, rozklekotany pistolet kaliber 10mm, żeby miała do kompletu z nożem bojowym. Niby nic, ale na pustkowiu to zawsze coś.
Szczególnie było to coś, kiedy leżało się przyczajonym między skałami, obserwując szlak w dole, wyczekując karawany. Pięciu po tej stronie, trzech za billboardem poniżej i dwóch po drugiej stronie - powinno się udać. Zawsze się udawało.
W końcu gdzieś w oddali zbliżały się jakieś z wolna rosnące mróweczki. Bandyci zamilkli i przeładowali broń, oczywiście nie jednocześnie. Kruczyca, która stała jakieś sto metrów dalej niż miejsce zasadzki, wypatrywała wszystko przez lornetkę. Gdy dostrzegła brahminy, trzech najemników i kupców, puściła zajączka lusterkiem w stronę pobratymców, patrząc czy dostali sygnał, po czym przetarła z zażenowaniem dziób, widząc jak nie czekając na nią i tak przeładowali broń, powodując zamieszanie.
Karawana powoli pełzła swoim karawanowym tempem. Przyczajona na skałach obserwatorka schowała się, kiedy byli już niebezpiecznie blisko. Była nowa, więc stosunkowo bezbronna, chyba, że kastet z deseczki z gwoździami to dobra broń przeciwko skórzanym pancerzom i broni laserowej. To byłaby jednak nowość.
Kupcy jej nie zauważyli. Pewnie byli zbyt zmęczeni wędrówką albo monotonią krajobrazu. Po chwili znaleźli się między przyczajonymi gangsterami. I w takiej sytuacji amatorzy obrzuciliby ich granatami i ostrzelali na ślepo. Nie inaczej było w przypadku Los Pistoleros.
- Napierdalać! - krzyknął Igła, który był starą iguaną w mocno pokierszowanym pancerzu bojowym.
W stronę zmieszanych karawaniarzy i ich bardziej zorientowanych ochroniarzy poleciały prowizoryczne granaty, z dziwnym brzdękiem upadły na szczątkach asfaltu i eksplodowały chmurą odłamków gwoździ oraz innych, niezidentyfikowanych fragmentów metalowych.
Ci, którzy zdążyli się schować za brahminami, wyszli z tego bez większych ran. Gorzej było z kupcem, który trzymał się za szyję. Trafiony jakimś paskudztwem zmienił się w karmazynową fontannę, oblewającą pióropuszem krwi rozjuszone zwierzęta i wszystko, na co trafił. Potem zatoczył się trochę i przewrócił, stając się przyczyną powstania czerwonej kałuży.
Po pierwszym zaczepnym ataku bandytów rozpoczęła się wymiana ognia. Padały strzały z pistoletów, karabinów, obrzynów i broni energetycznej, ale stosunek tej ostatniej wynosił 1:1. Pistolerosów było zdecydowanie więcej, ale ich ofiary broniły się zaciekle. Mniejsza grupka bandytów została przepędzona ze skał, dwóch poniosło śmierć na miejscu: jeden (łoś) postrzelony przez najemnika z rewolweru w głowę, a druga (hiena) wylądowała na glebie z rozerwaną klatką piersiową, kiedy zetknęła się z śmiercionośną chmurą śrutu.
Potem padł karawaniarz, postrzelony przez Dogshit w klatkę piersiową, potem najemnik - zmieniony w kałużę plazmy przez karabin Igły, a potem padł Igła, przebity oszczepem z aluminiowej rurki i jakiegoś żelastwa, potem padła jakaś świnia, krwawiąc jak zarzynane prosię, potem padł najemnik - ale bez głowy, pękła jak balon, trafiona kulą karabinu snajperskiego.
- IN HOC SIGNO TAURUS VINCES! - ryknęli legioniści, przypuszczając morderczy atak na wszystkich walczących.
To było nienormalne, z jaką wprawą i karnością rozgromili obydwie grupy, mając jedynie te swoje fikuśne maczety i pistolety maszynowe oraz wsparcie snajpera. I dowódcę z rękawicą balistyczną, która właśnie bombowo rozprawiła się z ramieniem koleżanki-sarny Dogshit. Suczka po raz pierwszy poczuła się naprawdę śmiertelnie zagrożona. I pewnie była by zginęła, gdyby nie łaskawa pięść w skroń jednego z rekrutów i jej młody wiek oraz wysportowana, wspaniała figura…
Wspaniałe widoki na pustynię, kiedy jedziesz na wozie, wprost do obozu-punktu-przeładowań-niewolników. Albo tyle wywnioskowała Dogshit, albo na szczęście się myli. Ale lepiej na szczęściu nie polegać. Zawsze była skora to głupich żartów, chamstwa i brutalności, ale teraz była po prostu wściekła do łez. Siedziała sobie, oparta o niewygodne, metalowe, pordzewiałe słupki i patrzyła w dal. Z nią siedział jakiś leszcz, chyba jeden z członków karawany. Ale nie zwracała na niego uwagi, dopóki “nie otworzył mordy” - tak określiłaby to nasza bandytka.
- Dokąd jedziemy? - spytał, przerażony do szpiku kości całą sytuacją.
- Do dupy po gówno - odparła mu kundel-owczarek.
W chwili ataku miała na sobie proste ubranie i parę skórzanych, popękanych, wysokich butów, czerwoną apaszkę oraz gogle, które po prostu wydawały się jej fajne. Teraz była ubrana jedynie w prowizoryczną bieliznę ze szmat i apaszkę. Czemu apaszka została? Nikt nie miał pojęcia, ale legion czasem kierował się jakimś krzywo pojętym poczuciem romantyzmu. Raz las krzyży, raz coś takiego. Czyli mogło być gorzej.
Po naprawdę długiej i męczącej podróży zatrzymali się w niewielkim obozie, który stanowiły trzy duże namioty oraz cztery wozy-klatki, wypełnione niewolnikami po parę osób w jednej. Dogshit była więc w całkiem komfortowej sytuacji, skoro miała na głowie tylko jednego wrzoda. A wrzód ten był chudym, białym kotem, nieumięśnionym, o krótkich - jak na standardy pustkowia - włosach utrzymanych w nieładzie. Był tak samo półnagi jak i ona. Zapadł zmrok, dostali wodę w puszce po konserwie i pół czerstwego chleba.
Dogshit znała głód. Wiedziała, jak to jest przymierać głodem, była w końcu członkinią gangu, któremu nie zawsze się powodziło. Dlatego też wypiła haustem to, co otrzymała i pożarła chleb. Nigdy więcej. Kot popatrzył smutno. Był z bandytką w jednej klatce. Bał się jej. Widziała, jak zabija z zimną krwią jego towarzyszy. Mógłby oczywiście sam spróbować ich pomścić, ale był zbyt słaby fizycznie i psychicznie. A ta owczarek… miała większe mięśnie od niego. Widział to. Widział, jak delikatnie rysują się pod jej brzuchem i na ramionach. Widział całe jej ciało i to prawdopodobnie będzie ostatni przyjemny widok, który ujrzą jego oczy. Dogshit zdawała sobie sprawę z tego, że się na nią gapi, ale tej rozkoszy mu nie odbierała. Oparła się o kraty i spojrzała.
A więc niby byli pilnowani, ale przy samych klatkach nikogo nie było. To oznaczało jedno - albo są pod obserwacją strzelca wyborowego, albo są na totalnym zadupiu. I coś jej podpowiadało, że raczej chodzi o to drugie.
- Kurwa mać… - syknęła pod nosem.
To chyba najlepiej podsumowywało całą tę sytuację, w której się znalazła. Nawet nie ma po co wracać, przecież jej przyjaciele gryzą glebę. Tylko że zostawać tutaj też nie powinna - wiedziała, kim dla legionu są kobiety. A w zasadzie to kim nie są. A dla legionu nie były istotami o wolnej woli. Rozejrzała się ponownie. Wagony były od siebie oddzielone sporymi odstępami, próba komunikacji zostałaby zauważona. Drzwi są zamknięte na kłódkę łańcuchem. Przez kraty też się nie przeciśnie… cóż, jest w ciemnej i śmierdzącej dupie. Wściekła i zestresowana spojrzała na otoczenie jeszcze raz i…
- Kurwa, ten jebany kocur - zaklęła sobie pod nosem. - Albo nie. Jeszcze nie jebany.
Podeszła do młodzieńca, a ten automatycznie cofnął się w róg klatki.
- Ej, młody. Pewnie zaraz zginiemy - to nic, że sama była młoda, chciała być uprzejma - a więc… ruchasz się czy nie?
Gdyby albinos mógł zblednąć, to ten na pewno by to zrobił.
- A-a-a-a-ale że jak? - spytał.
- Teraz, tutaj. Widziałam, jak na mnie patrzysz.
- Ale strażnicy!
Dogshit podeszła do niego i odwinęła prowizoryczny, szmaciany biustonosz. Miauczek oblał się rumieńcem i odwrócił obłudnie wzrok.
- Poruchasz sobie przed śmiercią. Oni pewnie śpią, a ja muszę się czymś zająć. Ty pewnie też.
- Dobra - odparł po chwili ciszy.
- Ale ja rządzę.
Po tych słowach chwyciła go brutalnie za pysk i pchnęła go na pręty, po czym związała mu ręce szmatą nad głową, przekładając ją za prętem. Wiedziała, że ten idiota pewnie nawet nie będzie wiedział, jak ma się za nią zabrać, więc wzięła sprawy w swoje ręce. Jak zwykle.
Szarpnęła za majtki jej tymczasowego partnera i rozerwała je, po czym wyrzuciła przez pręty klatki, by mogły spokojnie odgalopować do krainy wiecznych łowów. Później faktycznie wzięła sprawy w swoje ręce, a konkretniej - sprawę. Nietrudno się domyślić, że tą sprawą było opadłe i skurczone ze strachu przyrodzenie kiciusia. Objęła dłonią prącie, mocno je ściskając (ale nie na tyle, by sprawiało to ból) i zaczęła je szybko i energicznie masować, w nadziei, że podnieci się na tyle, by odbyć z nim jeden szybki.
Młodzian był jednak faktycznie tak przerażony, że raczej mało się to zdało. Spróbowała więc czegoś innego i nachyliła się nad nim, pocierając jego klatkę piersiową sutkiem. Spojrzała mu w oczy i ugryzła go w szyję, zaciskając na niej swoje ostre, psie zęby.
- Kurwa, ale z ciebie pierdoła - skomentowała, warcząc mu do ucha. - Co masz do stracenia? Chcesz umrzeć zaspokojony czy obsrany? - spytała go sfrustrowana bandytka.
Trochę to na niego podziałało, bo jego przyjaciel zaczął nabierać rozmiarów. Wtedy Dogshit odwróciła się i… kłapnęła je zębami. Delikatnie, ale była w końcu psowatym, nie miała by żadnego problemu z rozerwaniem jego mięska. A pieski lubią kiełbaski. Parę razy przejechała po nim swoim ciepłym, wilgotnym, psim językiem aż wydawało się być gotowe na małą zabawę.
Wtedy usiadła na nim okrakiem i nachyliła się nad nim. Dachowiec ciężko dyszał, patrząc na działania współwięźniarki. Gdy prącie schowało się całkowicie w jej wnętrzu, Dogshit stęknęła cicho i zmrużyła oczy. Tak, tego jej potrzeba - nawet, jeśli będzie ruchać się z totalną pizdą. Zachichotała perwersyjnie i złapała puszka pazurami za pysk.
- Tylko bez zbędnych dźwięków. Masz być cicho albo wypruję ci flaki zębami. Zrozumiałeś?
Kot kiwnął głową na tyle, na ile mógł.
- Thakh - odparł, tłumiony silną, kobiecą dłonią.
- Jak ci opadnie to też. To ja decyduję kiedy kończymy. I wykaż się kurwa jakimś zaangażowaniem.
Owczarkopodobna kundelka zaczęła unosić się i opadać, a przyrodzenie samca było pieszczone jej wilgotnym, śliskim i ciepłym tunelem rozkoszy. Robiła intensywne i raczej szybkie ruchy, jakby naprawdę nie potrafiła wytrzymać. Jakby była narkomanem, który właśnie dostał działkę po roku abstynencji.
A kotek cicho pomiałkiwał. Zamknął oczy i przypomniał sobie, co mu mówiła o inicjatywie, więc sam zaczął od spodu wypychać swoje biodra, dostarczając jej więcej rozkoszy niż sama sobie potrafiła teraz zapewnić. Kiedy dobijał musiała naprawdę się postarać, by nie zawyć z jej przesytu.
Tylko że ta rozkosz trwała krótko - albinos wystrzelił w nią po naprawdę krótkim czasie penetracji. Ale to nie przeszkadzało jej kontynuować - dalej go ujeżdżała, tylko że teraz trzymała go za pysk tak, by nie mógł go otworzyć. Rwał się, piszczał i skomlał, starając się ją zrzucić, ale był przez nią obezwładniony. Jego przyjaciel był zbyt wrażliwy, by móc dalej się kochać, a mimo to ona dalej to robiła. Kot czuł teraz bardzo śmieszne uczucie, będące czymś pomiędzy przedłużeniem orgazmu a naprawdę dziwnymi łaskotkami. I było to nie do wytrzymania. Skończyła dopiero po dłuższej chwili. Może i normalnie nie było to wyjątkowo długie, ale dla tego pod nią każda sekunda trwała minutę, a każda minuta godzinę. Świat wirował mu przed oczyma.
- Ech… zawsze coś, choć spodziewałam się czegoś więcej. Pizda - poklepała go po policzku. - Dzięki.
Wstała, a perłowa, lepka substancja wyciekła z jej wnętrza, wprowadzając ją w stan błogości.
- Albo nie… to jeszcze nie koniec - wybełkotała Dogshit.
Tym razem usiadła na jego pyszczku. Wiedział, co ma zrobić. Wyczyścił ją jak najdokładniej umiał i skoncentrował się na jej nabrzmiałej, rządnej przyjemności wisience. W tym już był trochę lepszy, a nieco szorstkawy język kota był dobrym narzędziem do walki z chcicą na skraju podniecenia. W sumie, to była w takim stanie, że nawet nie musiał się za bardzo starać. Kiedy przyssał się do niej na dobre, ona po prostu wygięła się w jego kierunku i ugryzła go mocno w ramię, powstrzymując się przed wydaniem z siebie zawodzącego wycia rozkoszy.
Gdy miała już dosyć, po prostu z niego zeszła i położyła się na deskach.
- Tak, teraz ci mogę podziękować… - wysapała i przyczołgała się do niego, by go przytulić. - Ale to akurat zostaw w tajemnicy.
- Jesteś bandytką… - szepnął kocur - to chyba normalne, że lubisz się… bawić.
- Chodziło mi o to, że cię tulę. To byłoby powodem do śmiechu.
- A to nie jest tak, że wszystkie kobiety lubią się…
- MILCZ. Już ci się polepszyło?! - warknęła Dogshit.
Rozmowa po małym co nieco nie zdążyła się rozkręcić między naszą dwójką, gdyż obydwoje musieli zamilknąć, słysząc czyjeś kroki. Ich źródłem był byk-legionista, prawdopodobnie jakiś weteran. Był on bowiem nieco lepiej opancerzony niż większość jego towarzyszy i dzierżył w dłoniach bardzo dziwną broń energetyczną (można stwierdzić że to broń, dostrzegając cyngiel i prowizoryczną, kolbę z zespawanych rurek). Gdyby chwycić ją za długą lufę zwieńczoną talerzem, wyglądałaby trochę jak maczuga nabijana lampami elektronowymi.
Była też druga rzecz, która przyciągała uwagę - niewielka, pordzewiała klatka na jego plecach, którą nosił na szelkach niczym jakiś tornister. W klatce tej znajdowały się niewielkie istoty, które przypominały lalki. Tylko że te lalki kurczowo trzymały się krat i zdawały się nerwowo oddychać.
- Na bok - powiedział spokojnie acz stanowczo byk, typowym sapiącym, niskim głosem. Powietrze teatralnie wypłynęło z jego dużych nozdrzy, zmieniając się w mgiełkę. Noce na pustyniach bywały chłodne.
Dogshit odstąpiła swego towarzysza i odsunęła się, pozwalając strażnikowi otworzyć kraty i wejść do środka przez niewielką furtkę. Gdy był pochylony zerwała się i kopnęła go w krtań. Do dzisiaj zastanawia się, jaki idiota nie strzela wpierw przez kraty.
Nie było jednak czasu na rozmyślania. Chwyciła broń i spojrzała na “bagaż” denata. Nie za bardzo mogła uwierzyć w to, co widzi, więc postanowiła to sprawdzić. Wycelowała broń we współwięźnia i wyszczerzyła się diabolicznie.
- Nie, proszę! - jęknął młodzieniec, zanim wiązka śnieżnobiałego promienia nie trafiła go w pierś.
Wtedy zaczął się kurczyć, aż przybrał rozmiar myszy. To było całkiem zabawne - kot rozmiaru myszy. Bandytka pochwyciła go, zanim ten zorientował się, co w ogóle się stało. Trzymała go za kark, między kciukiem a palcem wskazującym.
- Tak, zawsze chciałam to zrobić - zachichotała i… otwarła szeroko pysk, po czym umieściła swoją zdobycz na języku.
Sierściuch szamotał się w jej pysku, ale nie zdążył uciec, bo z jego strony to była tylko jedna droga ucieczki, o której lepiej nie wspominać. Połknęła swą zdobycz, a gdy spływała w przełyku, czuła każdy jej ruch. Zabawne uczucie… nawet w brzuchu przez chwilę sobie popływał, ale potem to ustało. No cóż, jedni czują motyle, inni kotki.
Po wspaniałej kolacji Dogshit uznała, że warto byłoby stąd spierdalać. Wzięła klatkę z niewolnikami i rozerwała pordzewiałe pręty, pozwalając uciec wszystkim więźniom. Później biegła przed siebie ile sił w nogach, jak najdalej od namiotów. Przez chwilę miała spokój, bo ucieczka tylu niewolników wywołała jednak - mimo ich rozmiarów - niemałe zamieszanie. Później paru z legionistów udało się za nią w pogoń, kiedy naga i bosa uciekała przez pustynię.
Wycieńczona i zmęczona, pędziła między skałami i agawami, popędzana świstem kul i złowrogimi okrzykami. To była sytuacja iście beznadziejna - zginie albo od legionu, prawdopodobnie wcześniej brutalnie ją zgwałcą albo zginie na pustkowiu.
Popełniła błąd i odwróciła się w stronę pościgu, który teraz był naprawdę blisko - na tyle, że już nie strzelali. A wtedy… brzdęk. Wpadła na coś, co zbliżyło się do niej z dziwnym chrzęstem i od czego odbiła się z głuchym, metalicznym echem.
- SIEMANKO PARTNERKO! - przywitała ją wielka, uśmiechnięta morda kowboja, wyświetlona na monitorze securitona model 2060-B.
- CO JEST KURWA?! - wrzasnęła na widok robota.
A robot ten otworzył ogień do pościgu, który zmienił się szybko w krwawą papkę. No, z wyjątkiem jednego, uciekającego legionisty, który prowadził inne securitony do obozu. Goniły go, odtwarzając “Lot Walkirii”.
- Jestem Victor, pan Cat kazał nam zlikwidować tę dziurę i uwolnić obywateli jego miasta. Klawy z niego facet, nie?
- … co.
- Hahaha, nieważne. Po prostu chodź za mną, Vegas jest dwie mile stąd, a po drodze jest naprawdę wystrzałowy saloon. YEEEHAW, W DROGĘ!
Victor bez ogródek podniósł mieszańca swymi ramionami i pognał gdzieś za horyzont, a Dogshit uznała, że to dobry moment, by stracić przytomność.


KONIEC
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.