Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Lichwinatorzy  
Autor: trajt
Opublikowano: 2016/12/25
Przeczytano: 373 raz(y)
Rozmiar 21.21 KB
3

(+3|-0)
 

Nastał długo oczekiwany dzień. Natychmiast po pobudce Szary Orzeł zebrał przyszykowane wczoraj wieczorem rzeczy i cichcem, bez potrzeby budzenia prawnuczek, wyszedł z parterowego domku. Postanowił być przygotowany z samego rana. Liczył, że nieuniknione zdarzenia przejdą gładko.

Kojot przysiadł pod eukaliptusem, samotnie rosnącym naprzeciw bramy wjazdowej z piaskowca, skąd roztaczał się widok na całą pustynie wokół. Wzgórza, płaskowyże, wydmy. Pustkowie. Aż po horyzont królowała czerwień, lekko przechodząca w pomarańcz. Tu i ówdzie rosły kępki pustynnych pałek. Poranne niebo nabierało ciemnego odcienia błękitu.

Wiało, liście eukaliptusa szumiały nad głową kojota. Ściągnął kraciastą koszulę, położył blisko siebie i starannie rozłożył na niej przyniesione uprzednio wyposażenie: tomahawk, nóż wojskowy, pałkę bejsbolową pokrytą płatem stali, parę pneumatycznych rewolwerów i karabinek z odpiłowanym celownikiem, do tego magazynki w małej liczbie.

,,Warto było wydać większość tej ichniej emeruturki”, pomyślał. Żałował braku zakupu snajperki klasy UR bądź innej broni przeciwpancernej.

- Biurokraci przeklęci.- Splunął.

Na pocieszenie wyciągnął z kieszeni spodni machorkę własnej roboty. Zapalił. Z trudem zdobyty tytoń, opodatkowanie tłumaczono zdrowiem obywateli, smakował wyśmienicie. Wszelkie jego zmysły, a liczył już sobie 110 lat, zachowały czujność. Podobnie z ciałem; posiwiałe futro, niegdyś szaro-rude, kryło pełen wigor, twarde mięśnie i wciąż gorące serce.

- Dziadziuś! Dziadziuś! - usłyszał znienacka głos młodszej prawnuczki, Jasmin. Malutka jaguarka w piżamce podbiegła do niego, niosąc papierową torbą.- Zapomniałeś śniadania!

Kucnęła obok niego. Niedługo wytrzymała w jednym miejscu, żwawo ruszała ogonkiem i kręciła główką. Miała dziewięć lat i naturę niczym wiatr. Nieposkromiona. Dzika. Żywa.

- Dzięki.

Wziął od niej torebkę, wyciągnął kanapkę i ugryzł kęs.

- Długo będziesz tak siedział?

- Do wieczora albo krócej. Zależy od nich.

Jasmin przytuliła się do Szarego Orła. Zaświeciła oczkami. Czegoś chciała, czegoś wiadomego.

- No zapytaj.-Warknął złośliwie.-Wiem, że chcesz.

- Mogę zostać?

- Tylko uciekaj, jeśli podejdą za blisko.

- Nie ucieknę. Nie pozwolisz im nas dostać, prawda, dziadziuś?

Pocałowała go w siwy policzek. Odwzajemnił się pogłaskaniem rozczochranej czuprynki.

- Z tobą przy boku nic mi nie grozi – powiedział.- Masz czym im przylać?

Jasmin wyciągnęła spod koszulki procę.

- Sama zrobiłam. Przyda się?

- Wystarczająco.

Długo nie czekali. Pierwszy gość zjawił się dokładnie o ósmej. Zdradził go tuman piachu wybijany na drodze, którą pędził trzykołowym samochodzik z bogato zdobioną karoserią i wygrawerowanym znakiem FIRMY. Szary Orzeł za dobrze pamiętał ten znak i reprezentowany pod nim nazwę.

Pojazd minął drogowskaz i wjechał na działkę. Kierował się wprost na Szarego Orła i Jasmin. Kojot spokojnie zmierzył wzrokiem malejący dystans. Gdy samochodzik stanął, odbezpieczył obydwa rewolwery. Karabinek załadował pośpiesznie, usłyszawszy odgłos otwieranych drzwiczek. Jaguarka naciągnęła procę.

Ze środka wyszedł koci elegant, czarny panter w przyzwoicie skrojonej marynarce, połyskującej od czystości, pod krawatem, z założonymi okularami przeciwsłonecznymi, z aktówką pod pachą.

Zbliżył się, jak ocenił Szary Orzeł, na około czterdzieści, trzydzieści kroków.

- Dzień doberek – zaczął uśmiechem i wyciągnięciem prawicy.- Jestem przedstawicielem....

Kocia głowa w mgnieniu oka eksplodowała z trzaskiem, rozbryzgując wokoło śrubki i fragmenty obudowy neuro-mózgowej. Krótkotrwały błysk przypominał wybuch fajerwerków. Bezgłowe ciało, ociekające purpurową cieczą i w dalszym ciągu wystawiające nieuszkodzoną dłoń, padło na ziemię. Z kikuta szyi, niczym z dogorywającego wulkanu, wydobywał się cieniutki pasek dymu.

- Trafiony zatopiony!- Jasmin radośnie merdała cętkowanym ogonkiem. Odezwała się w niej psia cząstka, ta po ojcu. Szary Orzeł nie cierpiał gościa za pracę w bankowości. Zbratał się z wrogiem.

Kojot opuścił dymiącą lufę rewolweru

- Taaa – burknął.- Pierwszy z głowy.

Wtem bezgłowe ciało drgnęło. Wstało, otrzepało ubranie z piachu, wytarło z cieczy, i sięgnęło do guzików marynarki. Rozpięło je. Pod spodem znajdowała się wysokiej klasy obudowa komunikacyjna - głośniki, mikrofon i fakso-drukarką.

- Chcieliśmy zwrócić uwagę – popłyną z głośników melodyjny głos - że umyślne niszczenie sprzętu biurowego, samochodowego lub androicznego FIRMY podlega karze grzywny w wysokości...

Szary Orzeł nie próżnował. Chwycił za karabinek. Krótka seria do cna rozerwała ,,ścierwo” andro – kocura. Póki trwał ostrzał, wystrzały uciszały głos. Ten nieprzerywanie mówił, wymieniał paragrafy, tłumaczył podpunkty, fragmenty ustaw, aż zamilkł. Na dobre.

Chwilkę później Jasmin sprawdziła tomahawkiem, czy android nadal funkcjonuje. Uniosła ostrze.

- Załatwiony!

Słowa kotki, podobnie jak zniszczenie przedstawiciela, wychwyciły czujniki samochodziku. Trójkołowiec stał chwilkę, ciągle na chodzie, grzmiąc i warcząc. Wreszcie pomalutku cofną się poza działkę. Dopiero po wyjechaniu zawrócił i czmychnął.

- Chyba się przestraszyli – powiedziała Jasmin, oddając tomahawk.

- Wrócą... większą gromadą

Szary Orzeł słusznie ufał instynktowi. Do południa przyjechało kolejnych, tym razem trzydzieści trójkołowców, z odblaskowymi znakami FIRMY, widniejącymi na karoseriach.

Pierwsza fala, cztery pojazdy, wysadziła dwunastu przedstawicieli. Desantu dokonano poza działką. Widocznie system dokonał analizy pierwszego przypadku.

Grupka uformowała luźny dwuszeregu. Za bramą rozluźniono szyk dla oskrzydlenia kojota i jaguarki.

Szary Orzeł za pomocą karabinku starał się trzymać każdego przedstawiciela na dystans. Jasmin wspomagała pradziadka procą. Daremna troska, wgrany program wręcz zachęcał przedstawicieli do parcia naprzód. Bezbronność nadrabiali umiejętną obserwacją i dostosowaniem się do reguł otoczenia.

Obrońcy spod eukaliptusa zmienili taktykę. Szary Orzeł starał się odstrzelić głowę albo nogę, gdy biegająca w te i wewte Jasmin dobijała ,,rannych” bejsbolem . Podbiegała do czołgającego się przedstawiciela i zręcznym ruchem rozbijała mu czaszkę.

,,Żadne takiej nie podskoczy, nie ważne, ile by miała lat”, Kojot czule obserwował wyczyny prawnuczki. Nauka nie poszła na marne.

Ale niebezpieczeństwo nie minęło, przybywało trójkołowców. Przypadek bezpośredniego starcia, którego oczekiwał Szary Orzeł, wydarzył się z nadejściem trzeciej fali, liczącej dwudziestu czterech przedstawicieli. Ogromny andro – byk ze sztucznym uśmiechem przyjaźni przetrzymał ostrzał, tracąc część ubioru i synt-futra, i dobiegł do Szarego Orła. Przygwoździł kojota nie tyle tłumaczeniem zalet kredytu długoterminowego lub założenia rachunku typu 1000+, ile półtonową masą cielska.

- Jeżeli uzgodnimy umowę w przeciągu dwudziestu czterech godzin – mówił - otrzyma pan breloczek, a także dwudziestoprocentowy bon na zegarki słoneczne.

Kojot nie mógł dłużej znieść czczej gadaniny. W ruch poszedł pasek od spodni o stalowych brzeżkach. Wmontowane przy okazji. Rzucił pasek za kark olbrzyma i zaczął przecinać gardło. Śpieszył się, nadbiegali inni przedstawiciele. Po chwilce bycza główka odpadła od ciała.

Po wykończeniu andro-byka, i wyrznięciu z pomocą kolby karabinka pozostałych, Szary Orzeł zrobił sobie krótką przerwę. Starł pot z czoła, zapalił machorkę i przysiadł pod eukaliptusem koło prawnuczki. Kawalkada trójkołowców zdążyła wykonać manewr taktycznego odwrotu. Skomentował to krótko:,,Spierdzielają, aż im tryby zardzewieją”.

- Będzie z czterdziestu, dziadziuś.- Jasmin zamerdała cętkowanym ogonkiem.

- Nu i git. Która godzina?

- Po południu.

Zamknął oczy, ale nie zasnął, wsłuchiwał się w otoczenie. Wolał pozostać przygotowanym.

- Dziadziuś... - szepnęła mu w ucho Jasmin.

- Mhm?...

- Co zrobimy z tamtą górką?

Kojot wiedział, o czym mówiła. Naprzeciw eukaliptusa wyrosła sterta złomu. Odkryte blachy korpusów odbijały blask odchodzącego wczesnego popołudnia. Powoli matowały, tracąc blask funkcjonalności. Niektóre ciała zachowały kawałeczki synt-futra, z oddali wydawały się zwyczajnymi ciałami. Gnijącymi. Nienaturalnie powykręcane kończyny przywodziły obraz wysuszonych krzewów porastających okoliczne wydmy.

,,Co za szmelc , pomyślał. Przyślą tony złomu i zostawiają”. Widział wypływający spod górki strumienie różnokolorowych paliw i olejów napędowych. Krew pokonanych. Zatruwała jego ziemię.

- Sprzedamy na złom – odpowiedział jaguarce.- Ćwoki z FIRMY myślą, że załatwią mnie bombardowaniem szmelcem. Takie geniusze. Wezmą co mają, rzucą i tyle z pomysłu.- Podrapał gardło. - Aż dostałem suchoty.

- Przynieś ci kawy?

- Przydałaby się. Aha, obudź też siostrę. Za długo sypia.

Jasmin pobiegła w kierunku domu. Odeszła w odpowiednim momencie. Przybyła nowa kawalkada. Firma nie próżnowała, przysłała trzydziestu dobrze wybudowanych przedstawicieli, sprawie uszykowanych na okoliczność. Same mocne okazy myśli androicznej – byki, tygrysy, wilczury, smoki, ogiery, trochę szczurków, kocurków i zajęcy jako wsparcie zaczepne.

,,Czyli gramy na całego, tak?”.

Walka rozpoczęła się od nowa. W przeciągu paru minut Szary Orzeł wystrzelał ostatnie magazynku od karabinku. Oszczędzanie poszło na marne. Została kolba, ale poprzednia fala mocno ją nadwyrężyła.

Kojot odrzucił zbędny karabinek i przyszykował pięści.

- Walicie razem czy pojedynczo, rdzawki?!- krzyknął na przedstawicieli.

Natarli w rozproszeniu. Szary Orzeł nie dał za wygraną. Odskoczył. Zachowawszy jeszcze rewolwery, spróbował skosić całą grupę. Załatwił niewielu, zazwyczaj dostali w głowę, ale strzały nie czyniły zbytniej szkody. Rykoszety i postrzały odsłoniły ocalałym fragmenty obudowy, niby czaszki bądź szkielety przyozdobione plątaniną połączeń neurotycznych i mechanicznych. Kable, koła zębate, złącza, zawiasy, fabryczne znaki montowania. Martwica.

W pewnej chwili Szary Orzeł dosłyszał donośne trzaski pustki bębenków.

- Kurwa!– wściekł się.- Przydałby się cięższy sprzęt.

Przedstawiciele wykorzystali okazję. Rzucili się całą gromadą i otoczyli zwartym kręgiem. Wystarczyła chwila, Szary Orzeł tkwił w kleszczach, z twarzą przyciśniętą do ziemi, i wysłuchiwał tysiąca głosów niezrozumiałych brednie z obszaru bankowości. Bezradnie zaciskał pięści.

- Nie zmuszamy pana do wzięcia, a jedynie do wysłuchania ofert – objaśniał grzecznie andro- wilczur z połową twarzy. Resztki szmat imitujące skórę i futro zwisały z zawiasów szczęki. Dopełniały ów obrzydliwy widok, który napawał kojota wstrętem wobec androidów. Szmaciane lalki, nic więcej. Brakowało tylko sznurka.

- Kredyt z odpowiednim oprocentowaniem pozwala zyskiwać w przeciągu parunastu lat przynosi dochód równo warty z dochodami przeciętnej rodziny – dodał andro-smok z podziurawionym torsem. Wyglądem przypominał ziemski ser szwajcarski.- Doliczanie odsetek to zwykły pikuś przy stałym oprocentowaniu.

- Owszem, owszem – potwierdził andro-ogier wspólnie z andro-szopem.– Jesteśmy tu, by panu pomóc, doradzić...

- Mordy mi tu zamknąć!- Szary Orzeł kopnął kolanem twarz gadziego przedstawiciela tak silnie, że głowa urwała się ze śrub scalających i odpadła od ciała.- Na złom poszli!- Wyrwał się z ucisków.- Chcecie zabawy, dostaniecie!

- Proszę pana – odezwał się andro–lew, podnosząc ręce dla uspokojenia sytuacji – bądźmy cywilizowanymi zwierzętami.....

Szary Orzeł bez wahania wbił lwią twarz w czaszkę. Odczuł metal. Dłoń po wyjęciu pokrywał andro-płyn zmieszany z krwią ze zranionych palców. Zlizał mieszankę. Gorzka. Wyszczerzył kły. Tak, to była zapomniana satysfakcja z zatapiana ostrza w obym ciele (z niehartowanego metalu), podrzynania (plastikowego) gardła czy wyłupywaniu (syntetycznych) oczu. Za młodu ochoczo wypełniał przykazania wojownika. Bić, by zwyciężyć, by zabić. By przeżyć.

Teraz niszczył wroga pozbawionego charyzmy, pełnego udawanego męstwa. Sztucznie stworzonego. Taki unikał walki w pojedynkę, uderzał watahą.

- To który teraz?

Przedstawiciele stali spokojnie, wpatrzeni w niego. Widocznie analizowali zaistniałą sytuację. Szary Orzeł nie czekał. Runął na nich w wojennym szale, miotając bitewne klątwy, dzierżąc nóż i tomahawk – jedyne zachowane argumenty, chowane na doczepkę za paskiem. Jak za dawnych lat przepełnionych trudem, szedł naprzeciw niebezpieczeństwu gotów na najgorsze. Wolna wola walki pchała naprzód. Rwała ciało w bój.

Przygaszony latami, odżył po posmakowaniu krwi zwyciężonych.

Późne popołudnie przyniosło upragniony koniec. Przeżył. Ostatnią grupę uderzeniową, liczącą ponad pół setki przedstawicieli, zaprogramowano na totalną ofensywę. Przedstawiciele nawet nie próbowali kombinować z taktyką, uderzali zwartymi szeregami. Nóż i tomahawk poszły w odstawkę. Szary Orzeł walczył wyrwanymi kończynami przedstawicieli. Pomogły, zatłukł każdego.

Kojot skończył zrzucać świeży złom na stos w samą porę. Nadchodziła starsza prawnuczka, kojotka Weronika. Ciągnęła młodszą siostrę za ucho. Szary Orzeł zauważył jej rozczochraną grzywkę. Była też ubrana w przykrótki podkoszulek który ledwo zasłaniał biust, i szorty. ,,Uparciucha, ocenił. Znowu do późna trenowała. Odkąd przyjechała, siedzi w piwnicy, wali w ten wór, podnosi ciężary. Co z nią wyrabia ta praca w policji?. Zamęcza się”.

Zobaczył i dobre strony pobytu Weroniki. Wspomnienia. Figurę, jak i charakterek, odziedziczyła po prababci, Ognistej Strzale. Wrócił pamięcią do wspólnych walkach na małżeńskim legowisku ze zmarłą małżonką. Zawzięcie broniła cnoty, kąsała, gryzła. Wspólnie wiele przeżyli, poznawali siebie nawzajem osiemdziesiąt lat, pomagali sobie, kłócili. Wychowali gromadkę dzieci. Ostatnia żyjąca córka, babka Jasmin i Weroniki, żyła, odrzucona poza rodzinę, w domu spokojnej starości.

- Co tam?- zagadał.

- Możesz powiedzieć Jasmin, żeby mnie nie budziła podczas urlopu?- rzuciła oschle Weronika. Miała nieświeży oddech. Wykapana Ognista Strzała. Nic dodać, nic ująć. Zawsze zwarta i gotowa, nawet w negliżu. Wówczas bywała najgorsza. Umiała pięścią wybić oko, całą szczękę. Taka była mocna.

- Nie chcesz wiedzieć, ilu dziuadziuś załatwił?- miauknęła Jasmin.

- Nie jestem zainteresowana. A sama to powinnaś wziąć się za lekcje.

Jaguarka naburmuszyła twarzyczkę.
- Powiedział leniwiec.

- Oż żeż ty....

- Dajcie spokój!- Szary Orzeł uciszył obydwie prawnuczki, po czym, rzuciwszy tomahawkiem, dobił wstającego spod sterty andro-szczura.- Co dzisiaj na obiad?

- Spaghetti. Ale najpierw się umyjesz – odpowiedziała sucho Weronika widząc pradziadka umorusanego andro-wnętrznościami. Przezornie zdjął koszulę, spodnie samo się upierze.

- Dobra.- Zebrał porozrzucaną broń.- I przestań być oschła dla siostry. Mała jest.

- A co z tą stertą?

- Jutro uprzątnę.

Weronika westchnęła, rzuciła siostrze wymowne spojrzenie: ,,Przestań mnie zaczepiać, bo pożałujesz”, i wróciła do domu. Szary Orzeł z Jasmin ruszyli za nią.

- Powiedz, czemu twoja siostra jest taka?- spytał półgłosem. Bał się reakcji starszej prawnuczki.

Pytanie rozśmieszyło jaguarkę.

- Chyba się zakochała.

- Wreszcie sobie kogoś znalazła. - Splunął- Samotność jest męcząca.

- A ja już mam chłopaka, wiesz, dziadziuś?

- Doprawdy?

- Ma śmieszne uszka. Takie jak królik, ale sam jest wilkiem. Tulę się do niego na powitanie, a on zaciekle ucieka. Zawsze go doganiam. Ale ogólnie lubi mnie.

Pogłaskał młodszą prawnuczkę po główce.

- Przyprowadź go kiedyś. Chętnie poznam.

Wrócili do domku. Przed wejściem kojot wstawił broń do wanny pełnej spirytusu, uprzednio myjąc w niej twarz i ręce. Założył kraciastą koszulę i wszedł do kuchni. Miejsce było niezwykłe, pozbawione dobrodziejstw nowoczesnego wyposażenia.. (Podobnie było w całym domu). Brakowało zmywarki, auto-kuchenki, mikrofalówki i innych ułatwień codzienności, jak chociażby robo-krajalnika.

Jedynymi odstępstwami była lodówka nieistniejącej już marki i radio. Prezencik od prawnuczek. Szary Orzeł czasami lubił włączać te małe pudełeczko. Słuchał nowomodnych słuchowisk o tematyce melodramatycznej, bawiły go, jazzowych koncertów, wprawiały w stan zadumy, i poniektórych wiadomości. Te słuchał z rzadka. Z nudów.

Wszędzie też unosiła się mgiełka kurzu. Szary Orzeł traktował porządki jako zbędną czynność. ,,Sprzątać, żeby potem znowu było tu brudno? Podziękuję”, mawiał. Sprezentowany przez rodzinę odkurzacz oddał. Taki miał charakter.

Gdy siadł, Weronika podsunęła mu talerz parującego spaghetti. Jego pierwszy posiłek Oblizał wargi. Starzał się. Do setki umiał o suchym pysku wytrzymać ze cztery dni. Wziął widelec, nóż pozostawił na boku.

- Dziadziuś, dużo załatwiłeś?- Jasmin dosunęła bliżej krzesło.- Naprawdę dużo?

- Daj dziadkowi najpierw zjeść- wtrąciła Weronika. Stała nad zlewem i ręcznie zmywała naczynia.

- Nie przeszkadzaj siostrze, kiedy pyta.-Odwrócił wzrok na jaguarke. Słowa małej go pobudziły. Utrwalał cel walki. Spokojny los pozbawiony kłopotów.- Nie było ich wielu, może dziesięciu.- zażartował.

Przerwał, nagle wyczuł czyjąś obecność. Kogoś obcego. Zabrzmiał dzwonek.

- Przepraszam, można wejść?- padło zza drzwi wejściowych.

- Wchodź pan.

Skrzypnęły zawiasy. Do kuchni wpadł zdyszany wiewiór. Następny elegant pod krawatem.

- Zachowuje się pan skandalicznie!- rzucił w stronę Szarego Orła.- Zniszczenia mienia firmowego, odmowa ponownego przejrzenia umowy, chamstwo! Wiadomo panu o karach za takie postępowanie?! To będzie pana drogo kosztować! Prawie dwie setki zniszczonych przedstawicieli!

Szary Orzeł olał wiewióra. Uśmiechnięty spojrzał na Jasmin, która ssała końcówkę swojego ogonka.

- Widzisz malutka, dziadziuś traci rachubę. Starość.

- Proszę się nie wykręcać!- Wiewiór pogroził palcem.- To drogi sprzęt! Odpowiednio oprogramowany, uszykowany! Proszę nie zdziwić się rachunkiem, jaki przyślemy! Niech pan nie myśli, że puścimy płazem takie zachowanie....

Umilkł, kiedy niewykorzystany dotąd nóż przebił mu gardło. Rozszerzone oczy zdążyły wychwycić szczerzącą kły twarz siwego kojota. Ten, jak gdyby nigdy nic, przeciągnął ostrze pod brodą w obydwie strony i wytarł rękawem koszuli. Wiewiór migiem chwycił za zranienie. Za późno, było zbyt głębokie.

Wiewiór cofnął się, wykrztuszając na podłogę mnóstwo ciemno purpurowej cieczy. Po zetknięciu z drewnianymi deskami zaskwierczała, a na powierzchni pojawił się widoczny bladoniebieski płomyczek. Zniknął pod butem, który akurat poślizgnął się na kałuży. Wiewiór, uderzając tyłem głowy o ścianę wydał z siebie metaliczny dźwięk uderzenia młota o blachę.

Raptem ciało trwało w bezruchu, koszula została rozerwana od wewnątrz gwałtownym ruchem klap klatki piersiowej. Z wnętrza wyłoiła się niby platforma z mikro-drukarką. Próbowała drukować, daremnie. Zamiast papieru z podajnika buchnęły iskry. Urządzenie wybuchło i dymiąc wróciło do brzucha.

Obie prawnuczki przyglądały się zaistniałej sytuacji z różnym niedowierzaniem – Weronika z przerażeniem, Jasmin z frajdą.

- Co się patrzycie?- zapytał Szary Orzeł.- Gdyby był żywy, skończyłbym o wiele gorzej.

I zadowolony wrócił do jedzenia.


 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: trajt - Lichwinatorzy
Wysłano: 18.01.2017 22:45
Pantera
Zmiennokształtny
No co tu dużo mówić, ciężkie jest życie agenta bankowego. :rollk: