Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Artykuły: Na wszech parach cz.2  
Autor: Cordylus
Opublikowano: 2017/1/10
Przeczytano: 414 raz(y)
Rozmiar 37.13 KB
1

(+1|-0)
 
Chciałem powrócić do oglądania parowozów, kiedy to z wiaduktu dano sygnał aby zakończyć przygotowania i zająć już stanowiska startowe. Nad skraj wykopu oraz na most zaczęły wychodzić już tłumy obserwatorów. Czuć było emocje. Ekipy techniczne wycofały się, więc ja korzystając z okazji iż przy parowozach nikt nie stał, wybiegłem na tor robiąc zdjęcia maszyn gotowych do startu. Przeszedłem jeszcze na ich tył tak by sfotografować razem obydwa nietypowe, przygotowane specjalnie na ten wyścig wielkie tendry. Trudno było ukazać ich ogrom więc zdjęcia zrobiłem z kilku stron. Kiedy z pomiędzy lokomotyw wyszedł jeszcze Kreatka dokonujący najwyraźniej ostatnich przeglądów swojej maszyny, również nie omieszkałem pstryknąć mu fotki. Konstruktor mocno zaskoczony tym, że ja jeszcze nie jestem w kabinie natychmiast mnie do niej zapędził. Widać było, że jest zdenerwowany. Do wyścigu pozostały już tylko minuty.
Pospiesznie wdrapałem się po drabince do kabiny Strzały i powtórnie przywitałem sie z maszynistami. Chciałem zrobić im jeszcze fotografię przed wyścigiem, kiedy uświadomiłem sobie, że kolorowa klisza się już wyczerpała. Zwinąłem ją więc z powrotem na rolkę, okręcając szczelnie czarnym papierem, zapakowałem do słoiczka i włożyłem do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Natychmiast w aparacie umieściłem nowy film od Palfy. Był znacznie lepszej jakości.
Po obu stronach wykopu i na wiadukcie zebarali się już wszyscy. Sędziowie stanęli przy barierce. Jeden z nich pełniący rolę dyżurnego ruchu chwycił liny zwalniające mechanizm sprężynowy semaforów.
Zaczęto na górze wygłaszać jakąś przemowę, jednak w kabinie pośród szumu i posykiwania pary nie było z tego nic słychać. Zamiast tego zerknąłem do stojącego naprzeciwko T135. Maszyniści Technikatu stali już w gotowości do jazdy i wypatrywali sygnału. Tak jak powiedział Palfa, Kreatka rzeczywiście stał w otwartych drzwiach naszej lokomotywy i rozglądał się nerwowo. Kiedy zobaczył mnie zatrzymał się na chwilkę i mrugnął okiem. Odmrugnąłem mu, na co ten natychmiast odwrócił głowę i schował się do kabiny, zapewne szpiegować dalej. Spochmurniałem trochę, bo nie było to zbyt grzeczne z jego strony. Mimo wszystko szybko przestałem o tym myśleć, gdyż po chwili odezwał się sędziowski dzwon nakazujący zajęcie stanowisk.
Po chwili usłyszałem jeszcze kilka gongów i gromki okrzyk całego zgromadzonego tłumu:
- JAZDA!!!
Szczęknęły sprężyny i oba ramiona semaforów wzniosły się jednocześnie. Natychmiast też obydwa parowozy dały sygnał odjazdu parową syreną.
Tłoki wypełniły się parą. Buzujący gorący gaz z obu maszyn utworzył niezwykły, przejmujący szum. Całe powietrze wokół jednostek zrobiło się się białe. Chmury drobin skroplonej pary zaczęły dostawać się do wnętrza kabin. Podłoga na której stałem ruszyła z miejsca. Stało się to na tyle nagle, że straciłem na chwilę równowagę. Oba pojazdy zaczęły się toczyć z niewielką prędkością. Wyglądało to bardzo niepozornie, jakgdyby ciężkie maszyny ledwo mogły ruszyć się z miejsca. Nie trwało to jednak długo. Wkrótce syk zamienił się w huk, a T135 przerwał kolorową wstęgę rozprostartą pomiędzy semaforami. Wyścig zaczął się na dobre. Wyjżałem przez okno. Wiwatujący tłum stający na moście zaczął się oddalać, aż w końcu pozostał za nami. Przed nami rozprościerała się perspektywa kilkuset kilometrów żelaznego szlaku pokonywanego z szaleńczą prędkością.
Trudno było wyrazić moją ekscytację.
Na razie jednak nie jechaliśmy nawet 20 km/h. T135 był już daleko przed nami. Wysokociśnieniowy kocioł pozwolił mu na bardzo duże przyspieszenie. Załoga Strzały jednak nie była tym przejęta w żadnym stopniu. Wręcz przeciwnie. Miałem wrażenie, że kpią sobie z narastającego dystansu pomiędzy lokomotywami. Wskazówka na prędkościomierzu wciąż szła w górę bardzo wolno. Konkurencja zaczęła znikać nam z oczu mimo całkiem prostego toru. Jedynie smuga dymu wyraźnie znaczyła pozycję rywala. Wskźnik prędkości zaczął dochodzić dopiero do 30 km/h. Zacząłem się niepokoić, jednak byłem pewien że tą lokomotywę było stać na znacznie więcej. Nie myliłem się. Wkrótce wskazówka zaczęła szybko dobijać do 50 km/h i wcale nie zamierzała stanąć. Maszyna dawała z siebie wszystko. Ta ciężka masa stali wypełniała się czystą energią, która zajmując każdy jej kąt sprawiała, że metal wręcz nabierał życia. Poczułem niezwykłą radość, kiedy osiągnięto 70 i w końcu 90 km/h. Od tej ogromnej prędkości poczułem się wręcz nieswojo. Niezwykły hałas maszyny parowej dudnił w całej kabinie. Drzewa za oknami zaczęły się rozmazywać. Jeszcze nigdy tak szybko nie jechałem. A wskazówka wciąż pięła się w górę. Zanim się obejżałem przekroczyła magiczną liczbę 100! Aż krzyknąłem z wrażenia. Chciałem uchylić okno by wyjżeć na zewnątrz, ale ku uciesze maszynistów okazało się, że nie da się wystawić z kabiny choćby nawet czubka nosa. Tak szaleńczy był pęd powietrza!
Patrzyłem przez okno jak zahipnotyzowany. Zdawałem sobie sprawę, że samoloty miały większe prędkości, jednak z powietrza było to całkiem niewidoczne. Tu siedziałem w ogromnym, stalowym kolosie pędzącym po żelaznym szlaku. Huk maszyny toczącej się po torze, sapanie pary, a przede wszystkim gwizd powietrza w owiewkach sprawiały niesamowite wrażenie.
Prędkościomierz dobijał już do 110, choć widać było, że wskazówka zaczęła zwalniać. Wciąż jednak nie mogłem się nadziwić jak taki mały kocioł potrafi wytworzyć tak wielką energię! Niezwykłe gorąco buchające z pieca sprawiało wrażenie nieograniczonego. Mimo zamkniętych drzwiczek i uchylonego okienka całą kabinę wypełniał ciepły zaduch nasączony naprawdę przyjemnym aromatem palącego się oleju. Jakgdyby słysząc myśli Aranala uchyliła na moment drzwiczki skrzyni ogniowej. Uderzyło mnie niesłychane gorąco. Przez kilka sekund w kabinie stało się całkiem nie do zniesienia. Gdyby potrzymać piec otwarty przez kilka minut cała załoga się upiekłaby się żywcem. Nie miałem pojęcia, że olej ma tak wysoką temperaturę spalania. Na szczęście przewiew powietrza szybko wyrównał temperaturę do znośnego poziomu. Zdałem sobie wtedy sprawę jak trudna musi być służba na parowozie w gorącym klimacie południowego Kraju. Brak możliwości schłodzenia się w takich upalnych warunkach jest równie niebezpieczny co ryzyko wyziębienia.
Kiedy tylko znów wyjżałem przez okienko, okazało się, że T135 jest tuż-tuż i niebawem to on będzie musiał nas gonić. Nie minęło parę chwil, a lokomotywy zaczęły się zrównywać. Strzała zwolniła nieco bieg by można było wymienić się spojżeniami z sąsiedniej kabiny. Widziałem doskonale pozdrawiającego nas Artara i oniemiałą załogę parowozu Technikatu. Wkrótce jednak ciąg znów został zwiększony i konkurencja zaczęła zostawać w tyle.
Mimo że właściwie powinienen być po stronie Technikatu wcale nie żałowałem tego, iż Strzała wygrywa. Była po prostu lepszym parowozem, dużo lepszym. Kraj w zupełności zasłużył sobie na ten triumf, a to może w końcu ocuci nieco Zarząd i Technikat obudzi się z trwającego ostatnie dekady marazmu. Fakt, że najlepsze lata tej naukowo-przemysłowej organizacji dawno minęły był powszechnie znany. Brak znaczących inwestycji, kompletne zlekceważenie technologii lotniczej oraz niewspółmiernie małe działania w celu naprawy zruinowanej infrastruktury energetycznej wytykano Zarządowi od dawna. Dlatego też dziwił mnie całkowity brak chęci zmiany tego stanu. Zadowalano się dotychczasowymi osiągnięciami, spijano śmietankę z dawnych sukcesów. Kraj już dawno zaczął to wykorzystywać. Pora wybudzić się z tego snu!
Prędkość wynosiła już 125 km/h. Leśny krajobraz za oknem stanowił już jednolitą, zieloną masę. Próbowałem wychwycić pojedyncze drzewa, jednak te znajdowały się zbyt blisko toru i niknęły za krawędzią okna zbyt szybko by można im było się przyjrzeć. Tak szaleńcza była to prędkość. Dopiero jednak po kilkunastu minutach, kiedy wskazówka zatrzymała się na poziomie 146 kilometrów na godzinę i wjechaliśmy na wysoki nasyp otoczony wykarczowanymi połaciami zajmowanymi przez nowo powstające pola uprawne można było w pełni to docenić. Naprawdę można było poczuć się jak w nisko lecącym samolocie. Rozkoszowałem się jazdą.
Pokonywaliśmy kilometr za kilometrem dawnej magistrali łączącej ogromne, niegdyś ludzkie miasta. Jechało się po niej niesamowicie gładko. Szyny były spawane, więc nie było słychać charakterystycznego stukotu kół na złączach szyn, tak charakterystycznego dla linii remontowanych później przez lacerów. Nie bez powodu wybrano tą trasę. Praktycznie nie obowiązywały na niej ograniczenia prędkości. Ludzkie pociągi elektryczne rozpędzały się tu do prędkości dla nas nieosiągalnych. Mimo zachowania się licznych składów tego typu, nasi technicy tylko kiwali bezradnie głowami, gdy zobaczyli z jak zaawansowaną technologią mają do czynienia. Ewentualna odbudowa całej elektrycznej trasy kolejowej, wraz z zapewnieniem jej zasilania jest ponad siły jakiegokolwiek stronnictwa. Niedawno zamknięto do odwołania nawet krótką trasę doświadczalnego tramwaju w Ktansztaku z powodu kryzysu elektrycznego. Na odbudowę infrastruktury ludzi nie stać absolutnie nikogo. Jest nas po prostu za mało, a żyć musimy w skupiskach. Ludzkie pozostałości były zatem pozostawione na pastwę bezlitosnej przyrody. Jadąc na wyścig mijałem w podróży tysiące bardziej lub mniej zruinowanych, odosobnionych domów, zakładów i gospodarstw. Straszyły rdzą liczne maszty linii wysokiego napięcia, dziesiątki dróg zostało podmytych i zarośniętych. Mosty zmyły powodzie z przerwanych tam, a wichury i burze zdewastowały opuszczone miejscowości. Do tego wszystko zarósł ten niezwykły, dziki las. Nieprzebyta puszcza, z którą walka stanowiła dla naszych niewielkich sił prawdziwe wyzwanie. Wyrywaliśmy ziemię sukcesywnie kawałek po kawałku, czego dowodem były otaczające nas w tej chwili pola, które napawały mnie dumą. Był to nieomylny znak, że zostawiamy nieprzyjazną rolnikom północ za sobą. Wyścig miał się w najlepsze.
W międzyczasie znowu pogoda się posuła i zaczęło padać. Wcale się tym nie przejmowałem, wręcz przeciwnie. Byłem w końcu wewnątrz ciepłej kabiny bezpiecznego pojazdu. Osadzone na szybach krople deszczu płynęły w poziomie, co oglądałem jak zaczarowany. Gdy wystawiłem na zewnątrz rękę, strugi deszczu rozbijały się o nią niemal wybuchając, a ciśnienie powietrza wciskało wodę pomiędzy łuski z niesamowitą siłą. Wciąż nie znam dobrych słów, by opisać uczucia które wtedy przeżywałem.
Wynik wyścigu wydawał się przesądzony. T135 był za nami oddalony co najmniej o kilkanaście minut jazdy i to tylko jeśli udało się jej osiągnąć prędkośc maksymalną. Jeśli nie, to dystans mógł być sporo większy. Dlatego też w kabinie panował szampański nastrój. Maszyniści po osiągnięciu prędkości maksymalnej już nie poświęcali tyle czasu regulacji dopływu pary, a jako że olej sam płynął do skrzyni ogniowej, praca szuflą nie była tu do niczego potrzebna. Skupili się więc na utrzymywaniu właściwej temperatury i obserwacji szlaku. Atmosfera się nieco rozluźniła. Aranala stała przy dźwigni przepustnicy, nastawionej teraz na całą moc. Bliska odległość delikatnie uchylonego pieca i wyłączone światło w kabinie sprawało, iż jej skóra pięknie błyszczała w blasku ognia. Była naprawdę ładna. Jasnozielone łuski na jej głowie układały się w doskonałe, niemal artystyczne wzory, a duże rude oczy, wpatrzone teraz w manometr wyglądały niczym polerowane bursztyny. Długi pyszczek miał jednak na końcu ślad po oparzeniu, jak i wiele ich było widocznych na ogonie, mimo azbestowych płytek chroniących tą część ciała. Niestety środowisko kolejowe nie służyło urodzie. Zaintrygowała mnie bardzo, zatem zapytałem się jej:
- Długo na parowych maszynach jeździsz?
- Odkąd ja pamiętam... - zamyśliła się i przymknęła rozmarzona oczy - Jakam ja joszcze małą jaszczurką była, to papa wsadzoł mnie do kabiny starej U77, którą jeździł. Uczyłam się ja od początku więc... mam ja kolejnictwo wypalone w sobie!
- Ja tak starego doświadczenia w parowozach nie mam. - Do rozmowy włączył się Hartar. - Jeżdżę ja jednak już dwadzieścia ponad lat, więc nic do ukrycia loki przede mną nie mają nic. - dodał z dumą.
- A słyszałem, żeście wy kolejowym małżeństwem są. - zagadnąłem.
- A jakże! - wspólnie przytaknęli. - Trzynaście lat wspólnych jazd jest już za nami! Całą cywilizowaną Europę my już przez czas ten zjeździli. Żaden parowóz obcy nam nie jest.
- A ten? Strzała chyba nie jest taka sama jak inne maszyny. - Spytałem.
- Jest. - Aranala pokręciła głową - Może nie wygląda, ale jest toka jak i inne parowozy są. Różni się ta jedynie konstrukcją, ale działonie te same ma jak wszystkie inne.
- Mimo wszystko humory i zachcianki swoje specyficzne ma. Jak widziałeś ty sam: lok przyspiesza bardzo długo. Są też inne sprawki... - dodał Hartar i przymknął oko - ...ale to na razie wciąż tajemnicą jest.
Spodziewałem się, że wszystkiego, co chciałem usłyszeć nie mogłem, ale w końcu i tak nie miałem na co narzekać. W najśmielszych marzeniach nie spodziewałem się że uda mi się chociażby wejść do kabiny, a co dopiero wziąć udział w wyścigu bezpośrednio. Z tego też powodu nie chciałem dręczyć ich już więcej pytaniami i znów zabrałem się do podziwiania gnającego krajobrazu za oknem. Nie trwało to jednak nawet kilku minut. Kiedy przejechaliśmy pod jednym z wiaduktów było słychać głośnie metaliczne stuknięcie.
- Co to było? - zapytałem się natychmiast.
- Nie wiem - odparła Aranala - Ale zaroz się ja dowiem, Harta u ciebie wszystko gut?
- Chyba nie. Chmura pary widoczna jest z przodu. Chyba z prawej sprężarki nam ucieka... Zobacz ty jak tam jest ciśnienie?
Kilkanaście sekund kontroli głównego manometru rozwiało wszystkie wątpliwości
- Istotnie, spada... marnie wygląda to... para nam ucieka! Widzisz ty skąd leci?
- Słabo. Obudowa spężarki wgięta jest. Coś w nią silnie uderzyło. Para leci spod otuliny.
- Da radę to odciąć?
- Da radę, ale trza na pomost będzie wyjść!
Sytuacja stała się napięta. Przy tej prędkości wyjście na pomost zewnętrzny było niemożliwe. Śmiałka natychmiast zwiałby pęd powietrza, a lejący deszcz zminimalizowałby widoczność. Decyzja mogła być więc tylko jedna:
- Zwalniamy! - Zakomenderował Harta - Bez pary i tak nie wygramy. Daj do siedemdziesięciu...
Aranala natychmiast przesunęła dźwignię przepustnicy mocno w lewo. Dopływ pary do tłoków został silnie zmniejszony. Huk pary zdecydowanie zmalał. Zaczęliśmy toczyć się tylko siłą rozpędu. Po chwili też zaczęto delikatnie hamować. Prędkość wyraźnie zaczęła maleć. Mokre szyny utrudniały hamowanie, a piasecznic używano jedynie w niewielkim stopniu z racji oszczędności uciekającej wciąż pary. W końcu, kiedy zeszliśmy do około 90 km/h, Hatra wziął uprząż asekuracyjną i zaczął się w niej zapinać. Przy prędkości 68 km/h otworzył drzwi i przypiął klamrę do poręczy prowadzącej na pomost. Wychylił się na zewnątrz.
- Uważaj na się! - Krzyknęła za nim Aranala.
- Na pewno! - Odparł Harta i zniknął za drzwiczkami.
Podszedłem do okna w miejscu gdzie maszynista siedział do tej pory. Faktycznie z jakieś pogiętej skrzynki z przodu wyraźnie wylatywała para. Po mokrym pomoście wśród jej kłębów i zacinającego deszczu uparcie kroczył do niej Harta. Byłem pod wrażeniem jego odwagi i zawziętości. Mimo, że zabezpieczała go uprząż wciąż mógł się ześlizgnąć z mokrego, metalowego pomostu i zostać wkręcony przez pracujące tuż pod nim korbowody lokomotywy. Wreszcie dotarł do uszkodzonego urządzenia. Okazało się jednak, że na próżno. Pogięta otulina aerodynamiczna wyposażona w tym miejscu w serwisową klapę nie dawała się odchylić z powodu wypaczenia. Długo się z nią szarpał, jednak nie dało rady i musiał wrócić do kabiny.
- Trzeba ją podważyć od boku, nie ma rady innej. Trzeba zwolnić jeszcze bardziej! Teraz obie łapy będę ja potrzebował. - Zakomenderował. - Dajże łom.
Natychmiast podałem mu łom ze skrzynki z narzędziami. Ten zawiesił go sobie u pasa i znów przygotował się do wyjścia na zewnątrz. Aranala znów zaczęła zwalniać, tym razem już do 45 km/h. Mimo iż dla mnie wciąż wydawało się to szybko, to jednak w porównaniu z prędkością osiąganą jeszcze kilkanaście minut temu, było to iście ślimacze tempo. Hartra znów wyszedł na pomost i tym razem już łatwiej udało mu się dotrzeć na miejsce. Wychylił się dość mocno poza skrajnię i włożył w szczelinę klapy łom. Mimo mocnej dźwigni nie poszło mu łatwo. Klapę udało mu się jednak uchylić na tyle, że zakręcił zawór odcinający feralną sprężarkę. Przy zakręcaniu zawył jednak z bólu. Kiedy wrócił do kabiny okazało się, że zawór rozgrzał się na tyle od wrzącej pary iż silnie oparzył biedaka. Kryzys został jednak zażegnany. Wciąż mieliśmy zapasową sprężarkę po przeciwnej stronie lokomotywy, więc powietrza do hamulców nam nie mogło zabraknąć. Okazało się jednak, że straciliśmy dużo pary. W dodatku po zassaniu wody z tendra temperatura w kotle spadła na tyle, że ciśnienie szło w górę bardzo wolno. Nie dość, że nie nabieraliśmy prędkości to jeszcze okazało się że zwalniamy. Nie wyglądało to dobrze.
Zacząłem się zastanawiać co tak mocno przywaliło w tą sprężarkę. To musiało być coś pod mostem, ale gdyby była tam jakaś wyraźna przeszkoda to przecież Harta zauważył by ją. No chyba, że specjalnie to ukryto lub podwieszono do wiaduktu. Przy tej prędkości i pogodzie widoczności dobrej nie ma, więc jakiś ciężar zwieszony z mostu wycelowany idealnie w newralgiczną część lokomotywy mógł uczynić właśnie taką szkodę. Mimo iż trąciło to jakimś spiskiem, w który niespecjalnie chciałem wierzyć, to przypomniała mi się ta karteczka z dywersyjną treścią którą niedawno dostałem... Nie rokowało to dobrze, jednak wolałem te podejrzenia zatrzymać dla siebie i raczej czekać na wyniki analiz przeprowadzonych po wyścigu niźli snuć niesprawdzone teorie. Zresztą ja też mogłem być podejrzany o dywersję i dlatego cieszyłem się że zniszczyłem tą wiadomość.
Ciśnienie powoli już zaczęło rosnąć. Przestaliśmy zwalniać, jednak wlekliśmy się ledwo 36 na godzinę. Zdecydowanie zbyt powoli. Z takimi prędkościami radziły sobie nawet niektóre koleje wąskotorowe. Wyjrzałem do tyłu przez okno czy nie widać jeszcze goniącego nas T135, ale sąsiedni tor wciąż był pusty, a ewentualnej chmury dymu wciąż nie było widać. Uspokoiłem się trochę. Szanse na zwycięstwo wciąż więc mieliśmy. Kiedy kocioł rozgrzał się już na dobre, ciśnienie szybko poszło w górę. Kilka obrotów nastawnika i regulacji przepustnicy sprawiły, że znów zaczęliśmy przyspieszać. Niestety tak jak przewidywałem trwało to bardzo długo. Nie mieliśmy tak wysokiego ciśnienia jak na początku wyścigu. Maszyniści robili co mogli by nabieranie prędkości zoptymalizować do ilości traconej pary. Odbywało się to niestety kosztem przyspieszenia.
- Dacie wy radę z tego wyjść? - Zapytałem.
- Radę domy my na pewno! - Odparła Aranala - Oby jednok nie za późno. Zobacz ty czy nie widać może technikatowskiego loka.
Kolejne zerknięcie przez okno nie przyniosło już optymizmu. Pióropusz dymu i pary w oddali był widoczny aż nadto wyraźnie. Mimo, że jechaliśmy już niemal osiemdziesiątką, wyglądało na to, że tamci zaczęli nas doganiać. Nie dalej niż po kilku minutach już minęli nas z pełnym pędem. Mógłbym przysiąc, że widziałem u nich jednego z maszynistów pokazującego nam język! Zdenerwowałem się. To przecież nie była nasza wina, że tak zwolniliśmy. Przed nami pozostała jednak wciąż prawie połowa trasy. Nadziei więc nie traciłem. W końcu już raz ich przegoniliśmy.
Istotnie prędkość wkrótce przekroczyła setkę i znów zbliżaliśmy się do czarnej maszyny konkurentów. Oczywiście tamci doskonale zdawali sobie z tego sprawę, więc czarny dym stale buchający z ich komina wskazywał na fakt, iż węgla nie żałowali ani trochę. Widać było też, że ich wysiłki zaczęły przynosić skutek. Jechaliśmy już 112 na godzinę, a ledwo zaczęliśmy się z nimi zrównywać. Ich lokomotywa też nabierała prędkości, co zrobiło na mnie niemałe wrażenie. W końcu nie była teoretycznie przystosowana do takiej jazdy.
Kiedy kabiny pojazdów wyrównały się zajrzałem do sąsiedniej budki maszynistów. Maszyniści T135 byli teraz zajęci na tyle, że niespecjalnie zwracali uwagę na mijającą ich Strzałę. Kreatka jednak stał przy oknie od mojej strony i odniosłem wrażenie, że dziwnie się na mnie patrzy. Nie miałem pojęcia o co mogło mu chodzić. Po chwili zerknął do tyłu i wyglądało na to, że wpadł w panikę. Zaczął do mnie przeraźliwie machać i wskazywać na coś do tyłu, jednak kabina w której siedział zaczęła już zostawać w tyle. Próbowałem zorientować się o co mogło mu chodzić i również zacząłem oglądać tył naszej lokomotywy. Odkryłem nagle, że coś wylewa się nam z tendra, a jedna z ozdobnych owiewek kierowała ten strumień przejrzystej cieczy wprost na sąsiedni pojazd.
- Woda nam chyba z tendra wypływa! - Krzyknąłem do Aranali i Hartara.
- Nie może być! - Przestraszyła się Aranala i natychmiast dopadła do okna przy którym siedziałem. Kiedy zobaczyła co się dzieje przeraziła się jeszcze bardziej! - To nie woda! Paliwo leje się nam prosto na czornych! Z komory lewej!
Hartar wytrzeszczył oczy i porzucając stanowisko maszynisty jednym susem dopadł do okna. - Katastrofa! - Wykrzyknął. - Zaraz oni w ogniu staną! Dawaj ty, NA WSZECH PARACH NAPRZÓD! Jak najdalej od nich!
Nie do końca wiedziałem co sie dzieje, jednak wyglądało na to, że obficie polana naszym olejem lokomotywa konkurencji może się zapalić. Nie wiedziałem czemu mieliśmy się tak bardzo bać, gdyż w końcu olej aż tak łatwo się nie pali. Strumień płynu z naszego zbiornika nie był aż tak bardzo duży, zresztą maszyna Technikatu była już kilkadziesiąt metrów za nami. Już chciałem spytać się dlaczego sytuacja jest taka poważna i odwróciłem się od szyby, kiedy to zupełnie nagle w kabinie zrobiło się czerwono. Sparaliżował mnie ten widok. Dosłownie bałem się znów zerknąć za siebie. Po chwili walki z własnymi emocjami obróciłem wzrok i zobaczyłem najbardziej przerażające płomienie jakie można sobie wyobrazić. Mimo obfitego deszczu ogromny język czerwonopomarańczowego ognia wydobywający się z naszego tendra ciągnął się za nami na kilkadziesiąt metrów dosięgając T135 będącej w tej chwili niemal jednolitą kulą ognia mknącą po torze z ogromną prędkością!
Zaczęli hamować, jednak mokry tor - podobnie jak nam wcześniej - wcale nie ułatwiał tego zadania. Ogień rozlewał się wszędzie. Pokrywał całe międzytorze i rozbryzgiwał się na boki. Wszystko wokół Strzały zaczynało się palić.
- Co się dzieje tu!?! - Wykrzyknąłem przerażony. - Hamujcie wy!
- Pożar paliwa momy! Nie możemy stać, bo się i my spalimy!
- Co?! Jak to?
- Zaleje nam ognistym paliwem całego loka! Jechać trza!
Znowu dopadłem do okna i obserwowałem sytuację. Na szczęście jednak, ogień lejący się od nas zaczynał się już zmniejszać. Wyglądało na to, że zbiornik jest już pusty. Zapewne gubiliśmy olej już od dłuższego czasu nic o tym nie wiedząc. T135 wyraźnie zaczął już zwalniać i został daleko w tyle. Myślałem juz, że najgorsze jest za nami. Jakże się myliłem. Z ich kabiny wyskoczył ktoś spowity płomieniami! Palił się! Jego ciało uderzyło o tor i potoczyło się luźno jak szmaciana kukiełka...
- STAĆ!!! - Wrzasnąłem!
- Nie da rady!
- Tam z kabiny wyskoczył jeden! Pali się on!
Maszyniści wyraźnie się zawachali jednak wyglądało na to, że zatrzymać się nie chcieli wcale. Wpadłem w panikę i tej sytuacji nie dałem rady już znieść. Straciłem panowanie nad sobą. Chciałem wysiąść za wszelką cenę! Nie wiedziałem jak zatrzymać tą lokomotywę, więc zrobiłem pierwsze co mi przyszło do głowy. Rzuciłem się na oznaczony zawór z tej wręczonej mi wiadomości. Zacząłem gorączkowo kręcić nim do oporu kiedy nagle usłyszałem huknięcie!
- Nie! - Odepchnęła mnie Aranala - Co ty... Zawór on rozerwał!
- Ty szczurze! - Hartra przewrócił mnie na podłogę. Wziął do ręki łom i myślałem, że zaraz uderzy mnie nim w głowę...
- Trzeba im pomóc tam! - Wystękałem.
- Jakie to ryzyko jest, wiesz ty?
- Ale olej już wypalony przecież...
Zamilkli.
- W istotności. Zbiornik pusty już jost. - Potwierdziła Aranala - Palą się resztki tylko. Ugasić teraz to trzeba. Masz ty szczęście, nierozumny łbie - Syknęła do mnie.
Hartar uspokoił się. - Hamujemy więc. - Zarządził.
Kiedy lokomotywa zaczęła hamować, ostrożne podniosłem się z podłogi. - Przepraszam ja... ale znieść nie mogłem tego już.
- Głupocie do głosu nie daje się dochodzić! Zginąć my mogliśmy, zawór ty roztrajbowałeś! Wiem ja, że źle się dzieje, ale... to było durne. - Odparł Hartar.
- Dajmy spokój mu joż... - Parsknęła Aranala. - Mamy sprawy ważniejsze...
Nie minęło aż tak wiele czasu, kiedy parowóz zatrzymał się. Maszyniści zabrali się do gaszenia płonącego tendra przy pomocy gaśniczego koca, a ja natychmiast pobiegłem torowiskiem do miejsca gdzie widziałem ten straszny wypadek. Było to jednak dalej niż myślałem. Zanim zaczęliśmy hamować minęło trochę czasu a i tej prędkości nie dało rady tak szybko wytracić. Deszcz wciąż padał i bieg po częściowo zarośniętych podkładach nie był łatwy. Zmęczyłem się szybko. Zwolniłem kroku i spojrzałem na płonące wciąż małe plamy oleju. Zdenerwowany przydepnąłem jedną z nich aby ją ugasić, kiedy ku mojemu zdumieniu płomień przykleił mi się do buta i zaczął palić go od spodu. Czym prędzej otarłem podeszwę o szynę i dopiero wtedy zgasł. Pewne było więc jedno - nie mógł być to zwykły olej. Olej nigdy nie wywołałby takiego pożaru, oraz na pewno nie jest aż tak łatwopalny. Jedno machnięcie językiem nad tłustą plamą rozwiało już wszelkie wątpliwości. Czuć było wyraźnie ostry zapach benzolu. Paliwem dla Strzały było więc coś w rodzaju napalmu. Pozwalało to z pewnością osiągać maksymalną temperaturę przy niewielkich jego ilościach. Bezpieczeństwo zastosowania takiego rozwiązania jednak właśnie było widać.
Ruszyłem w dalszą drogę. Widać było już stojącą w oddali na torze T135, lecz zanim do niej doszedłem minęło co najmniej 10 minut. Czym prędzej ruszyłem do kabiny by zobaczyć czy wszystko w porządku z maszynistami. Wyglądała okropnie. Okna po lewej stronie były popękane i wszystko zostało ciężko okopcone. Widać było, że w środku też się paliło. Wewnątrz był już jednak tylko jeden z maszynistów. Miał częściowo spalone ubranie i mocno poparzone prawe ramię. Ciężko dyszał. Kiedy tylko mnie zobaczył natychmiast rzucił:
- Pędź ty lepiej tam... Mną nie przejmuj się. Kreatka wypadł na tor gdy się zapaliło. Sztapra pobiegł na pomoc mu już.
- Radio wy macie?
- Mieliśmy, ale spaliło się ono... - Wskazał na okopconą skrzynkę wiszącą przy rozpadniętym od temperatury i naporu powietrza oknie.
Niewiele mogłem mu na razie pomóc. Zaleciłem jedynie by napił się dużo wody i popędziłem dalej zobaczyć co się stało Kreatce. Przypominając sobie co widziałem wtedy, byłem pełen najgorszych przeczuć. Wyskoczył przy prędkości co najmniej sześćdziesięciu na godzinę prosto na kamienie, a w dodatku się palił. Mimo wszystko nadziei nie traciłem. Może dało się go jeszcze jakoś odratować...
Wkrótce ujrzałem drugiego maszynistę na sąsiednim torze nachylonego nad nie poruszającą się sylwetką słynnego konstruktora.
- Żyje on? - Krzyknąłem zanim jeszcze dotarłem na miejsce.
Maszynista odwrócił się i zdenerwowany odpowiedział - Tak... chyba...
Czym prędzej podszedłem do rannego. Nie był przytomny, ale wciąż oddychał. Wyglądał straszliwie. Był niemal cały popalony. Łuskowata skóra na rękach i głowie zmieniła się w czarną połyskliwą warstwę. Wtopiły się w nią również plastikowe elementy ubrania. Na szczęście deszcz pomógł ugasić pożar. Jego nienaturalna pozycja świadczyła o licznych złamaniach, a ślady na torowisku wskazywały, że przetoczył się wiele metrów po kanciastych podkładach zanim zaległ w tym miejscu. W tym czasie musiała też urwać mu się część ogona, którego kikut zdążył już opatrzyć maszynista. Cudem był fakt, że wciąż żyje. Mimo, że jego stan był krytyczny, postanowiłem zrobić wszystko co w mojej mocy aby go uratować. To był mój priorytet od kiedy tylko zobaczyłem ten wypadek.
Zabraliśmy się natychmiast do zbierania w przytorowym lesie grubych patyków do usztywnienia ciała. Trzeba było go bezwzględnie zabrać z toru, tak aby mógł dotrzeć transport. Bez usztywnienia ruszanie go było by bardzo ryzykowne, gdyż spodziewałem się uszkodzeń kręgosłupa. Na unieruchomienie połamanych kończyn szkoda było czasu. Wspólnie przywiązaliśmy go do kilku w miarę prostych drągów przy pomocy naszych pasków i troków ogonowych. Nie zwracając uwagi na zimno i idące za tym ryzyko wychłodzenia przenieśliśmy Kreatkę pod pobliskie drzewo gdzie deszcz nie był aż tak bardzo dokuczliwy. Wysłałem towarzysza by pobiegł do lokomotyw i przyniósł wszystko co mogło by się nadawać do udzielenia pierwszej pomocy. Okazało się to jednak niepotrzebne, gdyż Strzała przytoczyła się tutaj już po kilku minutach przywożąc również poparzonego pierwszego maszynistę Technikatu. Aranala i Hartra przerazili się, kiedy tylko zobaczyli rannego. Wszystkie podziały związane z wyścigową rywalizacją zniknęły. Liczyło się już tylko jedno: aby udzielić jak najlepszej pomocy Kreatce.
Nie zwlekając ani chwili wraz z Sztaprą i pomocą Aranali załadowaliśmy poszkodowanego do kabiny. Nie było to łatwe zważywszy na wysokość lokomotywy i prowizoryczne usztywnienia kręgosłupa. Kiedy w końcu się udało wdrapałem się szybko do nagrzanej budki maszynistów i oddychając szybko łapałem tyle ciepła ile mogłem. Te kilkadziesiąt minut na deszczu bez ubrań było bolesne na tyle, że opadłem z sił. Usiadłem obok Kreatki podwijając ogon pod siebie. Parowóz ruszył z miejsca, znów jechaliśmy naprzód.
- Dokąd my jedziemy więc? - Zapytał Sztapra.
- Na stację najbliższą. Ten tu rozwalił zawór pary i ciśnienia utrzymać nie da! - Odparł Hartra, z wyraźnym żalem do mnie. - Teraz czekać my musimy na ratunkowiec...
Nie miałem siły się usprawiedliwiać. Zresztą co miałem powiedzieć? Że nie wiedziałem czym to grozi? Kręcenie podejrzanymi zaworami było w istocie całkiem nieprzemyślane w mojej strony. W tej chwili przeze mnie wlekliśmy się tylko dwadzieścia na godzinę i szybciej nie dawało rady. Nie chciałem o tym myśleć już więcej...
Wkrótce minęliśmy porzucony na torze, wypalony częściowo T135 więc zapytałem się jego maszynistów:
- Jak stało się jego wypadnięcie? - Wskazałem na nieprzytomnego Kreatkę.
- Wyskoczył sam on chyba... - Zadumał się poparzony maszynista. - Szybko się to zdarzyło jakże! W chwili jednej lok w ogniu stanął cały. Sekund minęło parę, a szyby pękły i ogień do środka się wlał. Ja dostałem po łapie, ale tego to zalało całego. Tak dużo! - Wskazał na analogicznych miejscach kabiny Strzały dokąd sięgał ogień. Wedle tego co zademonstrował zapłonęła niemal połowa pomieszczenia. - Po chwili drzwi otwarły się i wypadł on. Nie widziałem ja dokładnie jak.
Drugi maszynista, Sztapra był wtedy przy tendrze i nie widział zajścia bo oddzieliła go ściana. Dzięki temu uniknął płomieni. Marnie to wyglądało. Jeśli płonący napalm wlał się do środka i obkleił pasażerów, poparzenia na pewno nie były powierzchowne. Zniszczeniu mogła ulec cała tkanka podskórna. W takim przypadku bez przeszczepów skóry z ogona nie mogło się obejść. Ten maszynista jeszcze będzie mógł z tego nieźle wyjść, ale Kreatka... Wciąż nadziei tracić nie chciałem.
Zrobiłem dokładne oględziny oparzonych miejsc. Zdjąłem z niego tyle ubrania ile mogłem, a było to trudne, gdyż w spalonych miejscach zaczynało odchodzić razem z łuskami. Na szczęście Kreatka miał łuski dość grube, więc ta solidna warstwa zrogowaciałej tkanki ochroniła nieco głębsze warstwy przed ekstremalną temperaturą. Tak jak jednak przewidywałem z oparzeń sączyła się surowica. To było właśnie najbardziej niebezpieczne, gdyż w szybkim tempie tracił wodę. Za kilka godzin mógł się odwodnić a wtedy było by już po nim. Wlewu dożylnego szans nie miałem żadnych tutaj wykonać, a próba dania mu czegoś normalnie do picia mogła łatwo zakończyć się zakrztuszeniem.
- Czy macie wy tutaj rurkę gumową? - Zapytałem.
- Jest w skrzynce taka do oleju. Może być? - Hartra zaczął grzebać w skrzynce z narzędziami. - Nieużywana nigdy jest.
- Dobra ona będzie, choć krótka jest. - Wziąłem ją i sprawdziłem elastyczność. Powinna wystarczyć. Delikatnie rozchyliłem pysk Kreatce i ostrożnie zacząłem wprowadzać wężyk do gardła. Nigdy wcześniej nie robiłem nic podobnego. Kiedy napotkałem opór zawahałem się. Wsunięcie wężyka dalej wymagało podniesienia głowy, a przy uszkodzonym kręgosłupie było to bardzo ryzykowne. Poprosiłem więc resztę by unieśli go w całości do góry, dzięki czemu uniesienie głowy było łatwiejsze. W ten sposób rurka została wprowadzona poza krtań. Został jeszcze problem esowatego przełyku bardzo utrudniającego połykanie w pozycji leżącej. Rozwiązaliśmy go podsuwając druciany koszyk pod nasz stelaż z patyków do którego przywiązany był poszkodowany. Dzięki temu znajdował się on pod skosem co powinno pozwolić grawitacyjnie spływać wodzie do żołądka. W teorii. Praktyka miała rozpocząć się dopiero teraz.
Przyłożyłem do wężyka butelkę z wodą i zacząłem wlewać do wężyka chłodny płyn. Niestety dość niewielka średnica rurki oraz kiwający się na torze pociąg powodowały że większość wody wylewała się na boki. Żadnego lejka, jak na złość jednak nie było. Na szczęście ta część która do rurki trafiła, była już poprawnie połykana. Wlałem tak powoli całą jedną butelkę i już miałem zabrać się za drugą, kiedy nagle Kreatka zaczął odzyskiwać przytomność. Rozpoczął parskać i łapać powietrze, więc obawiając się zadławienia, pospiesznie wyjąłem prowizoryczną sondę. Wyglądało na to, że napój nieco go ocucił. Otworzył oczy i zaczął coś mówić, ale nikt nie był w stanie go zrozumieć. Do naszych uszu doszło tylko liczne - Przepraszam..., przepraszam..., przepraszam...,
- Majaczy biedok... - Osądziła Aranala.
Ja również byłem podobnego zdania, jednak wydawało mi się, że Kreatka mimo wszystko jest w jakimś stopniu świadomy. Z tego powodu postanowiłem go trochę pocieszyć. Jak wiadomo pozytywne myślenie daje naprawdę wiele w takich sytuacjach. Mnie samego tylko to motywowało do dalszych działań. Kiedy jednak powiedziałem mu więc, że będzie dobrze, to usłyszałem od niego tylko powiedziane ostatkiem sił - Nie...
Te pozbawione wszelkiej nadziei słowo trafiło mnie jak piorun i ogromnie zasmuciło. Cała sytuacja była dla mnie już i tak zbyt trudna do zniesienia. Najlepsza przygoda mojego życia zmieniła się właśnie w najgorszą. Zamiast przeżywać emocje największego wyścigu świata byłem teraz w kabinie uszkodzonej, wlokącej się, wspaniałej niegdyś lokomotywy starając się wszelkimi sposobami ratować umierająca osobę, która jeszcze niedawno pełna sił i werwy była dumnym jej twórcą. Miałem właśnie okazję przekonać się jak umierają marzenia...
Wiedziałem jednak, że nie mogłem się poddać. To była największa próba mojego charakteru. Gdybym ją oblał, nie wybaczyłbym sobie tego do końca życia. Dlatego też odepchnąłem od siebie myśli o jak najszybszym powrocie do domu, napływające nahalnie do mojej głowy. Tak naprawdę nie chciałem już myśleć o niczym.
- Tu stajemy. - Przerwał depresyjną monotonię jazdy Hartra - Stacja "Flaszczaf" przed nami jest!
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.