Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Vindor - "Strupy"  
Autor: Vindor
Opublikowano: 2017/1/14
Przeczytano: 367 raz(y)
Rozmiar 56.38 KB
0

(+0|-0)
 
Przedsłowie
Jak długo można uciekać przed swoją przeszłością? Jak długo można się ukrywać i żyć z jej widmem wiedział Vindor. Wkrótce jednak miało się to zmienić...

***

Dosyć personalne opowiadanie, w których jest sporo odniesień do przeszłości bohaterów (i ich właścicieli) opowiadania, więc nie będący "w temacie" mogą poczuć się zagubieni. Ostrzegam także przed minimalnym powercreepem. I wiem, jest edgy :'D

Postacie w opowiadaniu należą do ich właścicieli. Zapraszam do lektury.
Nieco lepsze formatowanie na Furaffinity: http://www.furaffinity.net/view/22287189
Jeszcze lepsze na dysku google'a: https://docs.google.com/document/d/1YAtrQSdWBKrCCNMdMGUOsZsuxnI4HuLYrQwNcQxtMCg/edit



Strupy


Wstrząs rzucił ciałem sfinksa, brutalnie wybudzając go z koszmaru. Ciężko dysząc, spojrzał na śpiącą obok Zeber i przytulił się do niej mocno, próbując przez krótką chwilę znów zasnąć. Drugi raz w tym tygodniu, dziesiąty w tym miesiącu - koszmary stawały się coraz dziwniejsze i coraz to bardziej stresujące. Tym razem koszmar był po prostu przerażający. Niewiele z niego pamiętał i niewiele też chciał zapamiętać. W głębi jednak czuł, że dopada go przeszłość. Vindor sięgnął dla pewności po telefon, sprawdził godzinę i zamknął oczy, chcąc obudzić się wyspany. Jego ukochana odwróciła się w jego kierunku, dalej leżąc i objęła go, wyczuwając, że ten ma niespokojny sen. Wkrótce po tym zasnął.


***


Poranek. Parka leżała sobie wtulona w siebie, nie chcąc ruszyć się z łóżka. Brak wyzwań w weekend nie motywował do produktywności, ponadto zanim zagrzeją się kaloryfery minie trochę czasu, a i tak będzie chłodniej niż poza łóżkiem. Otoczeni regałami pełnymi terrariów, w których znajdowały się zwierzaki zebraraptora (no, poza jedną modliszką-Jadwigą, która należała do Vindora), czekające na to, aż zostaną zabrane na polowanie. Plemienna alchemia, którą znała Zeber, potrafiła powiększać i zmniejszać istoty żywe, co znacznie ułatwiło przetrzymywanie menażerii w mieszkaniu. Tej zaś było naprawdę dużo.
- Dzień dobry, kochanie - przywitała się Zeber ze swoim kochaniem i złożyła na jego policzku delikatnego buziaka.
- No witam - uśmiechnął się do niej i odpłacił się tym samym.
- Znowu? - spytała.
- Znowu - westchnął sfinks - to się zdarza za często i mam tego dosyć. Nie wiem, może coś we mni siedzi. Chyba umówię się gdzieś w przyszłym miesiącu, to trochę się ciągnie i zaczyna na mnie wpływać - rzekł smutno i wtulił się pod kołdrą w ukochaną.
- W sumie. Kiedy ostatnio się wyspałeś?
Pazury jej dłoni delikatnie zaczęły kreślić wzorki na plecach kota.
- A bo ja wiem… może tydzień temu. Dobra, czas wstawać, zrobić śniadanie czy coś.
- Nieeeee, zostań jeszcze trochę.
Wtuliła się w jego szyję i oplotła ogonem jego nogę, zarzucając swoją na niego.
- Nigdy nie spodziewałem się, że uda mi się rozleniwić tak produktywną osóbkę - na moment poprawił się mu trochę paskudny humor.
- No widzisz - Zeber obnażyła swoje jaszczurze zęby w szerokim uśmiechu.
- Widzę - Vindor zamruczał jej w ucho, łaskocząc je lekko wąsami. - Ale ktoś musi zrobić śniadanie bo umrzemy z głodu i nie będzie kiziania.
- O nie! - krzyknęła teatralnie łowczyni, chwytając się za głowę. - To idź.
- Phi. Dzięki za pozwolenie.
Kot zrzucił z siebie kołdrę, postawił nogę na ziemi i wyrżnął orła z głuchym łoskotem, pociągnięty za drugą przez przytwierdzony do ramy łóżka pas, połączony mankietem z jego kostką.
- Kurrrwaaaaaaaa… - zaklął.
Zeber zaniosła się śmiechem, który wypełnił całą sypialnię.
- Mówiłam ci, żebyś nie zapomniał ściągnąć tego z siebie.
- Dobra tam…
Rozkuł swoją nogę i udał się do kuchni, postawił wodę i tym razem zajął się magią, ale kulinariów. Chwilę później obydwoje jedli przy stole pyszną jajecznicę, podziwiając jej walory smakowe. Dobry humor wrócił jajecznicą przez żołądek do Vindora, rozchodząc się po jego członkach. On i jego dziewczyna mieli wolne, mogli poświęcić ten czas na robienie niczego albo gdzieś się przejść, pojeździć na łyżwach bądź gdzieś się przejechać. Po prostu mogli spędzać ze sobą czas.
Spokój poezji dnia codziennego został zakłócony przez dzwoniący telefon.
- To do mnie - powiedział sfinks i podniósł smartfona z blatu stołu.
- A niby do kogo? - spytała Zeber, przybierając głuptkowaty ton.
Na wyświetlaczu urządzenia pojawiła się nazwa kontaktu “Grzywa”, kot przeciągnął ikonkę słuchawki i przystawił sprzęt do swojego ucha.
- Szczęść Boże - powiedział kot, sakralno-teatralnym tonem.
- Siema. Nie ma czasu na żarty. Za pół godziny będzie po ciebie transport. Jesteś potrzebny i lepiej żebyś mordo nie włączał telewizora. Do zobaczenia.
- Grzywon, ja mam wolne i zaplanowany dzień, nie mam czasu na… cokolwiek tak chcesz ode mnie - burknął oburzony.
Potem usłyszał sygnał zakończonego połączenia.
- Co chciał - spytała ciekawa Zeber, zbierając naczynia do zmywarki.
- Dobre pytanie. Myślę, że zaraz się przekonamy, ale generalnie to potrzebuje mnie na już, chyba u siebie. Telewizora też lepiej nie oglądać, ale co tam.
Poszedł do salonu, chwycił za pilot i włączył kanał publiczny.


“... do zdarzenia doszło w nocy. Eksplozja została spowodowana prawdopodobnie przez zorganizowaną grupę, na co może wskazywać uszkodzenie rejestratorów. Obrażenia poniesione przez ofiary, prócz przygnieceń i poparzeń, patolodzy informują o ranach wywołanych przez kule i ostrza. Część tych obrażeń pozostaje jednak nieprzypisana do żadnego znanego źródła. Warcity, Janette Trotzka.”

Na ekranie pojawiły się zdjęcia ze zdarzenia. Coś mu to przypominało...
- Dobra, kochanie, chyba wiem o co chodzi. Prawdopodobnie Kabała nie zapanowała nad jakimiś zbuntowanymi magami - powiedział ze zmieszaniem. - Dziwne, nawet przeciwnicy Kabały nie bawili się w terroryzm.
Kabała była zgrupowaniem magów dobrej woli, zdającym sobie sprawę z zagrożeń, jakie nosiła magia, którzy poszukiwali jej nowych użytkowników, by obejmować nad nimi pieczę i kierować ich rozwojem tak, by jej dużo gorsza, przerażająca strona - niosąca zagrożenia duchowe - nie owładnęła ich sercami. Vindor nie był jej członkiem prawie od roku, rezygnując na własne życzenie, stając się jedynie jej honorowym patronem. Sam ją założył, przekonując do tego potencjalnie silniejszych i usunął się w cień.
- Może jakieś świry? - Zeber dołączyła do Vindora i przytuliła go od tyłu, wcierając nos w jego szyję.
- Może. O chuj…
Sfinks zamarł, kiedy w telewizji pokazano niewyraźne sylwetki domniemanych sprawców tragedii. Jedna z nich była sylwetką kobiecą i bardzo przypominała mu o kimś, kogo nie chciałby znaleźć w takiej sytuacji, gdyż to spełniłoby jego najgorszy koszmar. “Chcieć” a “rzeczywistość” to jednak dwie różne rzeczy. Czerwony, pulsujący naszyjnik w kształcie znaku ankh rozwiał jego wątpliwości, a Świat lekko zakołysał się, sprawiając, że na moment stracił oddech.
- Wszystko w porządku? - spytała troskliwie zebroraptorka.
- Nie. Nic nie jest w porządku - odparł przerażony kocur i usiadł na kanapie. - To ona.
Zeber zrozumiała, kogo miał na myśli.
- Masz pewność?
- Mam. Zobacz kadry z kamer, nikt inny nie posiadał tego artefaktu. To on ją zgubił.
- Jadę z tobą.
Początkowo chciał jej odmówić. Wiedział, jak trudnymi przeciwnikami są magowie i jak wielką przewagę zapewnia moc. Miał jednak pełną świadomość tego, że będąc już teraz obciążony psychicznie, nie da rady sobie sam. Nie chciał jej narażać, ale bez niej martwiłby się, czy nie dzieje się jej krzywda. To, do czego zdolny był koszmar Vindora, przerastało wszelkie najgorsze wyobrażenia. Poza tym, Zeber była zwinna, potrafiła zapolować na najgroźniejsze kryptydy i wyjść bez szwanku z większości takich potyczek. Jaszczura usiadła obok kota i objęła go.
- Dobrze. Dziękuję - odparł i ucałował ją w policzek. - Pilnuj się. I… mnie też. - Wstał. - Weź najbardziej uniwersalny pancerz i broń, resztą pewnie zajmie się Grzywa. Cholera, chciałbym, żebyście poznali się w lepszych okolicznościach.
Kocur podszedł do kominka i ściągnął ze stojaka nad nim swoją dżentelmeńską laskę ze srebrnymi zdobieniami, zakończoną onyksową kulą i wyciągnął skrzynię z kombinezonem bojowym: ramoneskę, pas i wysokie glany z materiału, przypominającego czarną skórę o fioletowym połysku. Wyglądał w tym jak ekscentryczny rockman, ale strój został wykonany z inteligentnego materiału, który zapewniał dobry przepływ powietrza w większości warunków i nie ograniczał ruchów. Stylowość kostiumu była tylko dodatkiem.
Zeber pospieszenie ubrała zbroję z niebieskich łusek i kremowych kości, składającą się z napierśnika, nagolenników, karwaszy i hełmu, który był wykonany z czaszki pewnego potwora. Jego żuchwa chroniła jej szczękę. Łowczyni wiedziała, jak wytrzymałe potrafią być kryptydy i jak je preparować. Czasem można było zrobić coś nietylko kło i pazuro, ale także nawet kuloodpornego. Jako broń, wybrała lekką glewię z elastycznego ciosu słoniopodobnego stwora, z małą wyrzutnią na końcu przeciwległym do szerokiego, szablowatego ostrza. Oprócz tego, do małej, przytoczonej do pasa klatki z przegródką wsadziła jedną modliszkę, przypominającą taką storczykową i latającego-dziwnego jaszczura. Następnie wyciągnęła ze swojej pracowni malarskiej skrzynkę, w której trzymała eliksiry i wyciągnęła z niej pięć kul-bomb do wyrzutni i kilka fiolek. Umieściła je w bandolierze przewieszonym przez ramię, połączonym z pasem. Gdy para była gotowa, usiadła na kanapie, czekając na transport.
- Trochę jak za starych, dobrych czasów - rzuciła Zeber, próbując rozładować atmosferę.
- W sumie to nawet trochę marzyłem, by to zrobić - odparł chłodno sfinks.
- No to masz okazję.
- Ano mam.
Na zewnątrz rozległo się “titanie”. Sportowy wóz nieznanej marki czekał zaparkowany przed podjazdem, nie prowadzony przez żadnego kierowcę.
- Pora wyruszyć w drogę, Zebciu.


***


Wnętrze samochodu wprawiło by w zachwyt każdego snoba, maniaka sportowych aut i… w sumie to naprawdę trudno byłoby znaleźć osobę, której się nie podobałby taki wóz. Skórzana tapicerka, wszędzie wyświetlacze, barek między pasażerami i autopilot. Jechali w milczeniu, póki nie wystraszył ich hologram Grzywiastego, który wyświetlił się przed nimi.
- Niech moc będzie z tobą młody padawanie - przywitał się skrzydlaty wilk. - Imperium jest zagrożone. Rebelianci uciekają spod żelaznej ręki Kabały…
- Kabała nie może się o tym dowiedzieć, nie dadzą rady jej powstrzymać. Jeśli zatruła umysły…
- Czyli jednak odpaliłeś to pudło. Ja tu ci mówię, kumplu, doradzam ale to wszystko jak krew w piach. No nic - hologram usiadł na jakimś niewidocznym meblu - jedziesz do Warcity, prawdopodobnie dalej tam są. Jeśli pointeresują się wami niesależne media podczas starć, a pewnie tak się stanie, to macie przejebane. O ile Kabała działa za aprobatą międzynarodowego poruzmienia, tak jej istnienie jest tajemnicą.
- Co. Chwila - rzucił Vindor - rząd wie o magii?
- Pewnie - odparł Grzywa - od zawsze. Koloratkowi mieli rację, kiedy przestrzegali przed Bruno Jarrem i tabliczką Ouiji. I nie robili tego bez powodu. Istnienie Kabały jest na rękę wszystkim, którym zależy na stabilizacji.
- Mają rozmach skurwysyny, za moich czasów to byliśmy jak masoneria.
- No, nawet bombową creepypastę o was napisali - rzuciła Zeber.
- O, witam - przywitał się wilk - tak myślałem, że pewnie ją zabierzesz. No nic. W kieszeni jest taki fajny nóż, daj jej go. Poradzi z nim sobie.
I zaiste - w schowku na drzwiach znajdowała się pochwa ze sporych rozmiarów ostrzem o ciężkawej rękojeści. Kocur podał go ukochanej.
- Za ciężki, ale dzięki - powiedziała. - A w ogóle to jestem Zeber - pomachała wyszczerzona do hologramu naukowca.
- Vindor miał rację, nigdy nie opuszcza cię optymizm. Jestem Grzywa. Ale to chyba wiesz. A nóż… miej go ze sobą, naprawdę ci się przyda.
Sfinks skinął głową porozumiewawczo do zebroraptorki, a ta przytroczyła sobie śmieszną broń do paska, obok swojego noża do skórowania.
- Moment - odezwał się po chwili mag. - A jakieś eksperymenty, agenci, magowie w wojsku? Co z tymi rzeczami?
- Słuchaj. Od początku dziejów korzystaliśmy z wyroczni, wróżbitów, mediów, druidów. Nawet naziści eksperymentowali z okultyzmem. A więc nie jest on obcy w armiach i jest badany naukowo. Co więc z tego wynika? Że tajemne porozumienie musi pozostać tajemne. Może i doniesienia o tym, że magia jest prawdziwa będą negowane, ale w tych czasach jak się narobi grzany, to może być kiepsko - skrzydlaty westchnął, w odpowiedzi na westchnięcie Vindora. - Poza tym też się tam wybieram, ktoś musi wam pomóc z tą bandą.
- Przydałby się jeszcze ktoś - odparł.
- Warcity… mamy kogoś w Warcity? - spytała Zeber.
- Oprócz paru przyjaciół to chyba niezbyt… chwila. Daron. Jedziemy na Thinkgroove Street.
- Cooo? Jak niby ma nam pomóc? To tylko tancerz! - Zeber była naprawdę zaskoczona.
- Już zmieniacie trasę… - hologram wykonał parę czynności palcami w powietrzu. - Ach, spekuluję, że...
- Jest zwinny. A poza tym to cwaniak, krętacz i dobrze oszukuje w karty. Idealny czarnoksiężnik.
- Cooo?
- Jajco - przerwał Grzywa - spekuluję, że skoro przed chwilą nastąpił kolejny atak, to chce zwrócić uwagę na siebie. Możliwe, że chodzi jej o wywabienie cię z kryjówki, Vindor, ale ktoś musi ją powstrzymać i skoro raz jej dokopałeś, zrobisz to drugi raz. I będziesz miał niezłą drużynę. Zrobimy tak: powiadomię was, kiedy będzie kolejny atak i udacie się w to miejsce moim wozem. A teraz zajmijcie się przekonaniem koleżki do pomocy.
- Robi sens - skwitował kocur.
- Robi sens - dołączyła się Zeber. - A poza tym, to ty nam przerwałeś więc nie jajcuj mi tu.


***


Było chłodno, śnieg okrywał grubą warstwą chodniki. Na miejsce dotarli jeszcze przed południem. Miasto pełne wieżowców, biurowców, galerii handlowych, centrum sportu i kultury. Takie było Warcity - wysoce rozwiniętym, nowoczesnym miastem.
Znajdowali się na obrzeżach miasta, w spokojniejszej dzielnicy i czekali pod furtką przed blokiem (płot zabezpieczał parking), na odpowiedź domofonu. W tym momencie zdali sobie sprawę, że w tych strojach wyglądają dla zwykłych antropomorfów co najmniej głupkowato.
- Halo, słucham? - odezwał się znajomy głos.
- To myyy! - odparła Zeber.
- Jacy wy?
- No Vindor i Zeber no - odpowiedziała na pytanie. Sfinks przewrócił oczyma, uśmiechając się lekko.
Domofon wyłączył się i w powietrzu rozeszło się pstryknięcie, a furtka otworzyła się. Obydwoje weszli dalej i… natrafili na domofon właściwy, a po krótkiej walce z nim dostali się w końcu do wnętrza budynku. Wizyta w skromnym acz schludnym, post-studenckim mieszkaniu nie zajęła im dużo czasu. Po standardowej wymianie uścisków, Vindor i Zeber przedstawili swoją prośbę. Siedzieli w salonie lisa o neonowo-zielonych włosach. Wysportowanego i zwinnego.
- Nie no, rozumiem - lis pokiwał głową. - W sumie to ciężko było o tym wszystkim nie słyszeć, skoro tu mieszkam, ale wiesz… ja nie jestem magiem, mru. Nie mieszam się w to.
- Wiem. Jesteś po prostu czarnoksiężnikiem i rozkazujesz demonom w sobie, by były ci posłuszne - Vindor przewrócił oczyma i pokręcił głową. - Giną niewinni.
- Daron no weź przestań cyrk robić tylko zbieraj się - dodała Zeber, z lekką irytacją.
- Myślałem, że wpadacie bo chcecie posiedzieć, a tu jakiś samosąd się szykuje…
- Daron, mówiłem, że będziemy kryci. Pomóż, nie damy rady bez ciebie - sfinks westchnął ciężko.
- Jeżu, dobra, nie proś go - łowczyni wstała i wzięła swoją glewię, którą oparła o ścianę w przedpokoju.
- Dobra, dobra, kumplowi muszę pomóc. Tylko dajcie mi się ubrać - lis poczłapał do szafy. - Ej, Zeber.
- Słucham.
- A narysujesz mi w nagrodę łapki? - spytał lis.
Vindor przetarł twarz, marszcząc swoje sfinksowe zmarszczki jeszcze bardziej.
- NIE - warknęła. - Albo... zastanowię się... - puściła oczko do swojego ukochanego, a ten wyszedł do przedpokoju za nią.
Daron ubrał zwykłą, luźną bluzę, ulubione adidasy i bojówki i… wszyscy uznali, że znowu przeniosą się do salonu i poczekają na telefon od Grzywy. Daron znał historię osoby, której tak bał się Vindor, a może raczej - doskonale wiedział, czemu się tej osoby tak bał. Może i początkowo zgrywał się i wykręcał, ale to nie foch Zeber, nie błaganie Vindora a wyrzuty sumienia sprawiły, że zgodził się pomóc. I wiedział też, że jego przyjaciel potrzebował wsparcia nie tylko zbrojnego, ale i psychicznego.
Po prostu taki już był, że starał się nie angażować w konflikty, które go nie dotyczyły. Może i nie jest magiem, ani do jego obowiązków nie należy walka z terroryzmem, ale chciał dać oparcie sfinksowi. Sam zresztą wiedział, ile może namieszać w głowie ktoś taki, jak wspomniana wcześniej nemezis, a co dopiero taka, która po ucieczce od niej, pojawia się po paru latach i przeprowadza ataki terrorystyczne.
Daron zaproponował gościom yerbę i tak siedzieli, sącząc napój.
- Jaki mamy plan w takim razie? Idziemy ich szukać czy co? - spytał lis, kończąc pytanie mruknięciem.
- Czekamy na telefon Grzywy, mojego kumpla - odparł kocur, wtulając się w swoją dziewczynę, zajętą drapaniem go za uchem.
- No dobra. Ej, Łysy, ty się tak nie przejmuj, idziemy przecież z tobą - dodał, widząc mocno zaniepokojonego kota.
- Właśnie. Po prostu pamiętaj, co ci mówiłam - włączyła się Zeber - zrób to. I nie myśl. Wcale.
- Jasne - kot wyprostował się i przeczesał palcami swojego irokeza. - Dzięki, że was mam - kąciki jego ust wygięły się w lekkim uśmiechu.
W pokoju rozległ się dźwięk wibracji, a chwilę później zaczęły grać pierwsze takty super hewi metalowego dzwonka. Mag wstał i wyciągnął telefon z kieszeni.
- Grzywa - poinformował zebranych i przesunął palcem po ekranie, odbierając połączenie i włączył tryb głośnomówiący. - Elo.
- Alarm. 4 ataki w różnych miejscach. Niestety, nie taki był plan, ale musimy się rozdzielić. Stadion Żużlowy, klub Inferno, hotel Grand i Rynek. Ciężko mi dotrzeć do tego, co się tam dzieje, ale jest źle. Wiem tylko tyle, że na rynku prawdopodobnie jest ktoś, kto się mocno stęsknił za Vindorem, na stadion wjechała kobieta na koniu, w klubie trwa strzelanina a budynek hotelu trzęsie się u posad. Ja biorę hotel, wy się podzielcie resztą, byle szybko.
Nastąpił sygnał zakończenia rozmowy.
- Dobra, pora wziąć odpowiedzialność za sprawy, od których uciekałem. Rynek jest mój - Vindor wstał. - Jak skończy któreś z nas to idzie pomóc komuś innemu. Pamiętajcie, by ich nie pozabijać, bo może być grzana. Obojętnie, co by się nie działo.
- Ja biorę stadion - powiedział lis.
- To ja idę do tego klubu, w sumie nigdy nie byłam na dyskotece - rzekła Zeber.
Sfinks zachichotał.
- Tak, innego wyboru chyba nie masz - odparł.
- Przemsań - podeszła do swojego kota i dała mu buziaka w policzek. - Ej… a gdzie Daron?
Rozejrzeli się wokół. Otwarte okno balkonu zdradziło, w jaki sposób opuścił mieszkanie.
- Cały on - skomentował sfinks.
- Czekaj, on wyskoczył?
- Można tak powiedzieć.
Vindor objął gwałtownie swoją ukochaną, wspaniałą łowczynię i pocałował ją namiętnie, mocno ściskając i wodząc ręką po jej ciele.
- Będzie dobrze, tak? - spytał.
- Musi - odparła zebraptorka i tym razem ona zaatkaowała pocałunkiem, kóry nie trwał długo.
Wiedzieli, że nie ma czasu na dłuższe pożegnanie. Sfinks chwycił swoją onyksową laskę i wypowiedział zaklęcie, a pomieszczenie napełniła woń ozonu. Z hukiem wyteleportował się. Zeber wyszła z wieżowca w tradycyjny sposób i prowadzona mapą na telefonie, udała się w kierunku dyskoteki. Na modliszce, którą wzięła ze sobą, która wcześniej została potraktowana jednym z eliksirów i urosła do wielkości małego konia.


***


Stadion był obstawiony przez nadjeżdżające patrole policji, które - sądząc po nieprzygotowaniu - zostały wezwane praktycznie od razu. Nie było ich też za dużo i wyglądało na to, że przy czterech jednoczesnych atakach, nie potrafili dać sobie rady z decyzją, gdzie przekierować jakie jednostki. Przy wysokim budynku z betonu i stali, mundurowi próbowali głównie pomagać w ucieczce cywilom. To oznaczało jedno - w środku działo się coś niedobrego.
Daron wiedział, że nie zostanie tam wpuszczony, co było dosyć logiczne. Szybko ocenił możliwe sposoby na wejście do środka i uznał, że już w tym momencie musi zasięgnąć pomocy nadnaturalnej. W jego głowie zaświtały słowa Vindora “mamy być kryci”. Usunął duchową pieczęć siłą woli i jego ciało stało się jakby masywniejsze, a mięśnie bardziej widoczne. Jego lewa dłoń pokryła się ostrą, zrogowaciałą skórą, która przypominała skórę słonia i wyrosły z niej zakrzywione kolce. Pazury zaś stały się ostre i długie. Napiął mocno mięśnie nóg.
- A co się… - mruknął pod nosem.
Skoczył, wprost na ścianę budynku i wspiął się bez trudu (mimo pochyłości) na zadaszenie, a następnie zeskoczył na sam środek, lądując bez szwanku. Młodzian otrzepał spodnie i rozejrzał się wokół. Motocykle płonęły na stercie, pod nimi były zwłoki, również zajęte ogniem, ale jeszcze nie do końca zwęglone. Widownia, która nie zdążyła uciec została przybita świetlistymi strzałami do krzeseł, schodów, ścian i słupów. W co większych skupiskach ściekała krew, połączona w spore kałuże. Wyostrzone transformacją zmysły lisa czuły jej metaliczną woń. Ten widok sprawił, że musiał podjąć tytaniczny wysiłek, by nie myśleć nad tym co widzi i skupić się na znalezieniu przeciwnika.
Nie musiał zajmować się tym zbyt długo - prychnięcie konia zwróciło jego uwagę. Był to najpiękniejszy rumak, jakiego widział. Niemalże olbrzymi, biały ogier o długiej, prostej, złotej grzywie wyglądał niczym anioł w ucieleśnieniu zwierzęcia. Majestatyczność tego obrazu zakłócała krew na jego kopytach i pęcinach, jakby ktoś na idealnie białym płótnie rozchlapał różne odcienie czerwonej farby. Na tym nieosiodłanym wierzchowcu siedziała biała kocica o blond włosach spiętych w warkocz. Miała na sobie długą, przewiewną tunikę i zdawało się, że nic poza tym. Jej duże, niebieskie oczy skierowane były na grot błyszczącej strzały, spoczywającej na cięciwie krótkiego, refleksyjnego łuku. Nie posiadała kołczanu. Nie był jej potrzebny.
Wypuściła strzałę, która ze świstem przecięła powietrze i gdyby nie refleks władającego mocami piekielnymi lisa, strzała przeszyłaby jego szyję na wylot. Wyszczerzona w gniewnym grymasie zmaterializowała w palcach kolejną strzałę i koń ruszył w kierunku Darona, nienaturalnie szybko przechodząc w galop. W miarę, jak łuczniczka zbliżała się do celu, padały strzała za strzałą. Była bardzo zwinna i bardzo szybka, toteż Daron miał dwa wyjścia: albo będzie stał i poczeka aż koń go stratuje, albo zmusi ją do zejścia i tak załatwi.
Uciekł w kierunku trybun, pozostając nisko, a strzały świszczały mu nad głową, przed głową i za głową, a jedna przebiła jego ucho. Serce waliło mu jak młot. Pneumatyczny.
- Wracaj tu ty tchórzu! - ryknęła, zatrzymując konia przed bandą.
Ten głos zabrzmiał mu dziwnie znajomo. Lis uśmiechnął się.
- Do ciebie nigdy - rzucił w odpowiedzi.
Czekał, co zrobi znajoma kocica, a jej odpowiedzią było coś, co zaskoczyło go całkowicie - koń wskoczył na trybuny i z niespotykaną, świętokradczą dla natury zwinnością powoli kroczył w jego stronę, miażdżąc plastikowe oparcia krzeseł. Odłamki plastiku odbijały się od betonowych schodów i przejść.
Kiedy znalazła się dostatecznie blisko, skoczył i ściągnął ją z konia, lecz ta mimo wszystko zdążyła władować w niego strzałę, która wylądowała w jego wyciągniętej w chwili skoku, demonicznej ręce, wbita pod skórę aż po łokieć. Przetoczyli się przez alejkę.
- Grrrr - warknął lis, wyciągając strzałę. Ból zakrył mgiełką jego oczy.
Koń ruszył na ratunek swej pani i kopnął lisa w plecy, przewracając go. Stanął na tylnych nogach i chciał go zmiażdżyć, lecz ten dźwignął się błyskawicznie i wgryzł w jego brzuch, a jego ciało jeszcze bardziej przypominało demonie - kolce rozdarły jego bluzę, a z czoła wyrosło kozie poroże. Ogon przypominał długi bicz. Półdemon wyrwał zębami zwój jelit z rumaka i odwrócił się w mgnieniu oka do następnego celu.
Zaskoczona przeciwniczka dopiero po wyrwaniu się z konsternacji przywołała strzałę, lecz zanim ją wypuściła, dłoń Darona objęła jej twarz i uniosła ją, po czym zszedł w dół areny i uderzył jej głową o podłoże, ogłuszając ją. Chyba. Krwi w każdym razie nie było. Dla bezpieczeństwa złamał jej nadgarstki, chwycił barierkę i owinął ją wokół niej niczym drut.
Zadowolony ze swojego dzieła wrócił do lisiej formy. Nie był zwykłym czarnoksiężnikiem i igrał z mocami piekielnymi na swój sposób. Z praktycznego punktu widzenia był kambionem, a jako czarnoksiężnik klasyfikował się w teorii. Tak przynajmniej mówił innym. Lis odkrył, że gdzieś zgubił telefon, ale postanowił, że nie będzie go szukać. Zgodnie z planem ruszył pomóc jednemu z członków ekipy.

***


Był wieczór i klub Inferno był już wypełniony ciałami w wiecznym ruchu, wijącymi się w rytm muzyki. Multum kolorowych świateł odbijało się od lustra parkietu, połyskliwych, ozdobionych neonami kontuarów i lóż. Sztuczny dym był przecinany wiązkami lasera, a przy kolumnach muzyka łaskotała wnętrzności. Na podwyższeniu stała konsoleta, a za nią DJ, dbający o dobrą zabawę w lokalu. Głośno, gwarno i duszno.
Goście byli przeróżni. Jedni przychodzili się wyszaleć i oddać się transowi tańca, a ich ciała zdobił pot. Inni okupowali bar, zamawiając drink za drinkiem, szota za szotem. Inni zaś byli zajęci sobą nawzajem, bez skrępowania dotykając swych ciał i oddając się głębokim pocałunkom w lożach i w kątach, a także wolnej miłości w toaletach. Nikt tego dnia nie spodziewał się, że to będzie ostatnia impreza, w jakiej przyjdzie wziąć im udział w swoim życiu.
Przed ozdobionym neonami budynkiem klubu, który usytuowany był trochę dalej niż centrum miasta, zjawiła się postać na czerwonym ścigaczu w czarnym, taktycznym stroju. Miała na sobie mnóstwo broni palnej, ukrytej w kaburach, podoczepianych na szelkach i paskach. Był to raczej wysoki kameleon, a zamiast hełmu nosił żelazną maskę, przysłaniającą cały jego pysk. Jedynie otwory wentylacyjne mogły zdradzać jakąkolwiek mimikę.
Maszynę zostawił praktycznie na ulicy, nie zważając na to, że inne, przejeżdżajace samochody miały przez to małe utrudnienie. Wolno podążył w kierunku klubu. Bramkarz na widok kogoś tak uzbrojonego sięgnął po krótkofalówke, a w tym momencie motocyklista sięgnął po rewolwer i wypuścił jego duszę przez dziurę w piersi z mocą prochu i ołowiu.
Doczesna powłoka wielkiego goryla, który pilnował wejścia, osunęła się na chodnik, a Lostar przeszedł dalej, wchodząc do wnętrza. Ku niemu wybiegło dwóch ochroniarzy, w tym jeden uzbrojony w strzelbę, lecz ku ich zdumieniu napastnik stał się w ułamku sekundy kompletnie niewidzialny. Część tłumu zamarła, część się bawiła, dopóki DJ nie powiedział, że mają się ewakuować. Wszyscy myśleli że to żart.
Jakże zabójczy on był. Lostar prześliznął się na środek parkietu i dobył pistoletów maszynowych, zaczynając taniec śmierci, koszącej wszystko co żywe. Panika, w jaką wpadł tłum, widząc chmury i kałuże krwi nie trwała długo - zabójca bardzo szybko zmieniał swój oręż i magazynki, tylko szczęśliwcy wydostali się zanim dosięgnął ich ołów.
Ochrona mimo posiadanej broni nie wiedziała, co ma zrobić, gdyż nie chciała trafić nią któregoś z cywilów. W międzyczasie zjawiła się policja i w międzyczasie głowy ochroniarzy bardziej przypominały ich karykaturę niż jakikolwiek naturalny kształt.
W przeciwieństwie do tego, co wyczyniało sie pod stadionem, tutaj policja nie zawiodła i szybko cały klub został zabezpieczony od zewnątrz, a funkcjonariusze po dłuższej chwili dostali wsparcie antyterrorystów, którzy przybyli chwilę przed łowczynią na ogromnej modliszce. Zeber starała się podróżować po budynkach, by uniknąć zbyt dużej atencji, co było i tak niemożliwe, ale przynajmniej bez problemu dotarła pod klub. Gdy była na miejscu, modliszka skurczyła się do swych naturalnych rozmiarów, a ona dumnie stała w uliczce, obserwując wszystko z boku i zastanawiając się, co zamierzają zrobić antyterroryści. Postanowiła, że ich działania pozwolą na ocenienie potencjalnego zagrożenia i może umożliwią uniknięcie niepotrzebnego angażowania się w sprawy, które należą do nich.
Grupa antyterrorystów weszła tylnymi drzwiami, a przednie zabezpieczali zwykli mundurowi.Wtedy Lostar, który nie miał już nic do roboty, wyszedł niewidzialny i niezauważony z budynku. Policja wołała przez megafon, że nie ma szans, dopóki nie dostali komunikatu od kolegów, że tu chyba nikogo nie ma. Zeber nie dowierzała temu, co widzi i była tym zażenowana do szpiku kości, jednak coś przykuło jej uwagę - unosząca się pokrywa kanałów. Łowczyni schowała modliszkę do klatki (zwierzątko siedziało jej na ramieniu) i zeszła po drabince na dół, do wilgotnego, zatęchłego, zimnego, oblodzonego z racji pory roku i ciemnego kanału.
Gdy tylko znalazła się na dole, usłyszała uciekające od niej, chlupiące kroki. Pognała za kimś, kim prawdopodobnie był terrorysta i tak goniła go, aż znaleźli się w sporym pomieszczeniu, które było w miarę suche. Duże, zaokrąglone i dobrze rozchodziło się w nim echo - takie właśnie było. W tym miejscu Lostar stał się na powrót widzialny, a Zeber mogła podziwiać go w całej okazałości. Paski Zeber fosforyzowały w ciemnościach na niebiesko, a jej gadzie, przenikliwe oczy od tego blasku wręcz się mieniły. Taka już była.
Lostar stanął pod kratką, a słup światła latarni na ulicy oświetlał jego postać. Gdyby nie miał na sobie maski, łowczyni dostrzegła by w nim przyjaciela sprzed lat od razu.
- Lostar, to ty? - spytała, niedowierzając własnym oczom.
Postać pozostała niema, wpatrując się w zebraptorkę, która opierała się o swoją glewię.
- Myślałam, że zniknąłeś. Że przepadłeś bez słowa. Co się z tobą stało? - spytała, zmartwiona. - Czemu to wszystko robisz?
Nie otrzymując odpowiedzi, kontynuuowała:
- Lostar, cokolwiek się z tobą dzieje, możesz się jeszcze poddać i rozwiązać ten problem. Pomogę ci, tylko powiedz cokolwiek.
Jej słowa odbiły się echem od ścian i od zabójcy przed nią.
- Lostar, proszę - głos świecącego, litościwego stworzenia załamał się.
Gad w końcu dał odpowiedź dziewczynie i wyciągnął rewolwer, po czym wymierzył w nią. Paski i oczy Zeber przestały emitować blask i odskoczyła w bok, co uchroniło ją przed śmiertelnym postrzałem i zafundowało jej kulę w ogonie. Zawyła z bólu, który starała się zanegować wolą walki. Huk wystrzału trwał tu długo i nieznośnie kuł w uszy. W odpowiedzi na ruch oponenta, gdy ten zorientował się, że po strzelaninie musi przeładować rewolwer i zakamuflował się, łowczyni przechyliła glewię wyrzutnią w jego stronę i wystrzeliła piłkę, która pękła w kontakcie z jego maską.
Śmierdząca substancja przeżarła metal, strój i skórę, wędrując w głąb ciała, pozbawiając go możliwości kamuflowania się. Jego jęk bólu wydobywał się przez nos, a Zeber odkryła z lekką odrazą, że maska uniemożliwia mu otwarcie pyska.
Chwyciła glewię oburącz i postarała się wykonać krótkie cięcie, które wykończyłoby napastnika. Tym razem nie próbowała podejmować rozmowy, w końcu teraz otrzymała wyraźną odmowę. Lostar zaskoczył ją jednak i wysunął z pochwy dwulufowego obrzyna, wycelował i pociągnął za spust. Jedna z luf błysnęła ogniem i breneka obaliła ją, wbijając się w napierśnik. Wycelował poraz drugi, lecz wtedy stało się coś, czego nie spodziewał się żaden z walczących - najpierw kratka ściekowa wpadła z hukiem do kanału, a potem przedziwny stwór wpełzł przez szyb w suficie, wskoczył na Lostara i poddusił go. Wszystko działo się naprawdę szybko. Zeber odetchnęła z ulgą, gdy stwór zmienił się w lisiego tancerza.
- Daron? - spytała, próbując się podnieść na glewii, która została złamana przez brenekę, dzięki czemu nie zabiła łowczyni.
Odrzuciła bezużyteczną broń i oparła się ręką, siedząc i łapiąc oddech.
- No elo. Żyjesz? - spytał lis, rozbrajający jednego z terrorystów.
- Tak. Raczej tak - syknęła, oglądając ranę w ogonie, po czym syknęła głośniej, wydłubując z niego pocisk. Ranę potraktowała pomarańczowym eliksirem o konsystencji kisielu, który zmienił się w przedziwny opatrunek. - To było dziwne. Znam go.
- Ja tę laskę ze stadionu też znam. Jakieś to pojebane - chwycił rzucony przez Zeber sznur i skrępował Lostara.
Zebraptorka wstała.
- Jak ty mnie tu znalazłeś? - spytała zaskoczona.
- Słyszałem, jak się biją o twoją duszę - odparł - w karty też grali.
- Nie wnikam - skwitowała z małym wytrzeszczem. - Lepiej idźmy pomóc Vindorowi, mam złe przeczucia.
- A co z tym całym Tonym Starkiem?
- To se idź do niego, ja idę do Vindora.
- Dobra, dobra. Idziemy do Vindora, Einstein da sobie radę.
- Oby.


***


Jedynym, któremu udało się przybyć na miejsce przed tragedią był Grzywa. Dotarł do hotelu łamiąc prawie wszystkie przepisy drogowe, jakie mógł złamać w mieście, mknąc swoim sportowym, zmodyfikowanym samochodem o kolorze chromu. Podczas jazdy oglądał obraz z kamer w holu hotelu na swoim smartfonie i widział, jak jakaś kobieta, otoczona śmiesznymi, okrągłymi plakietkami wznosi ręce ku górze, a budynek jest poddawany wstrząsom. Lampy spadały, kamery przestawały działać, wazony rozbijały się o podłogę, zrzucane ze stoliczków i postumentów. Dziwniejsze jednak było to, że goście stali w bezruchu, jakby ktoś ich zamroził.
Wynalazca zaparkował swój wóz z piskiem opon na chodniku przed budynkiem, otworzył w wielkim pośpiechu bagażnik i uruchomił znajdującego się w nim drona wielkości kota domowego, unoszącego się na trzech parach śmigieł. Był uzbrojony w działko na gumowe kule, zamontowane pod urządzeniem. Sam Grzywa miał na sobie kamizelkę kuloodporną, wygodne, szare bojówki i koszulkę. Ponadto miał na nosie gogle z opaską neuronową, pozwalającą na sterowanie dronem za pomocą myśli. Był też uzbrojony w strzelbę z magazynkiem wypełnionym udoskonalonymi pociskami paralizującymi. Taki pocisk miał walcowaty kształt, cztery haczyki i mieścił w sobie baterię, która zasilała niewielkie urządzenie.
Hybrydowy wilk ze skrzydłami wkroczył do holu, a przed nim frunął jego pomocnik. Na jego ścianach ujrzał mnóstwo rozświetlonych run, a wiedźma, która odprawiała jakiś przedziwny rytuał, była otoczona takimi symbolami, na okrągłych kawałkach drewna, wielkości podkładki pod kufel.
- Koniec zabawy! - krzyknął i wycelował broń.
Postać odwróciła się do wynalazcy, ukazując swą dziwną twarz. Wyglądała tak, jakby ktoś połączył dwie kobiety w jedną. Hybryda lamparta i jaguara, przedzielona linią wzdłuż ciała, która stanowiła granicę międzygatunkową. W tym momencie chłopakowi wydawało się, że jest w jakimś naprawdę pojebanym śnie, bo kojarzył skądś te rysy pysków. Pyska. Tej obrzydliwej karykatury.
- Czekałyśmy na ciebie - odparły spokojnie kobiety w jednym ciele, dwoma różnymi głosami. - W końcu nadszedł czas zemsty, Grzywa.
Wilk zamarł.
- Gaia? Claudia? Nie… to niemożliwe - serce załomotało mu w klatce piersiowej.
- To my - wiedźmy wyszły z kręgu. - W końcu jesteśmy razem. Mimo całego zamieszania, które wprowadziłeś swą, w końcu jesteśmy razem.
- Co wyście najlepszego zrobiły? - spytał, opuszczając lekko broń, która zaczęła kołysać się w jego rękach.
- Chciałeś rozbić nasz związek… - zaczęła Gaia - … ale nasza miłość jest silniejsza - dokończyła Claudia. - Nic nas teraz nie rozdzieli - powiedziały zgodnie obie.
- Co?! - krzyknął. - Ja się wam starałem pomóc. Ukrywałem was przed rodzicami Claudii, którzy nie akceptowali jej taką, jaką jest. Co wy wygadujecie?!
- Ale chciałeś być ze mną - rzekła Gaia - i moje serce stało się bardzo niezdecydowane.
- Pogodziłem się z twoim wyborem, nie rozumiem, o co chodzi. I czemu mają ginąć przez to inni?! - uniósł broń z powrotem i wycelował dokładnie, kładąc palec na spuście.
- Po tym, co nam zafundowałeś, nie mogłyśmy być pewne, czy ktoś znowu nie zechce nas rozdzielić lub być trzecim kołem u wozu. Odkryłyśmy magię, znalazłyśmy przyjaciół… przyjaciółkę. A ona nam pomogła rozwiązać ten problem.
- Poprzez zdeformowanie swoich ciał?! - ryknął z niedowierzaniem Grzywa.
- To konieczność. A inni… giną, żeby was przyciągnąć. Nasza sojuszniczka obiecała nam rewanż, jeśli jej pomożemy w jej rewanżu. Vindor… ta tchórzliwa pizda musi zginąć. Ale najpierw zginiecie wy. Jeden po drugim, kiedy będziemy dokonywać naszych zemst.
- Jesteście popierdolone. Zawsze to wiedziałem - rzucił skrzydlaty i pociągnął za spust, jednak pocisk zatrzymał się w powietrzu i upadł tuż przed brzuchem wiedźm.
- A ty żałosny.
Wykonały dziwny gest, a jedna z run strzeliła gruzem ze ściany w grzywę, trafiając go w policzek, pozostawiając krwawą ranę. Piekło i bolało jak cholera. Dron przystąpił do ataku, ostrzeliwując gumowymi kulami niebezpieczną parę w jednym ciele, ale jego kule nie mogły nic zrobić. Grzywa również strzelał, a Claudia i Gaia ripostowały mu podobnymi atakami, których niemalże nie dało się uniknąć - runy były wszędzie, a budynek dalej się trząsł.
Naukowiec znalazł się za kontuarem recepcji i wychylił się, by oddać strzał, jednak pociski skończyły się szybciej, niż myślał. Dron także poinformował sygnałem zwiastującym zagładę, że nie ma czym strzelać. Postanowił, że postawi wszystko na jedną kartę i objął nad nim zdalne sterowanie. Obraz wiedźm w kamerze zaczął się powiększać coraz bardziej, coraz bardziej i bardziej aż… dron rozbił się o ich głowę, nokautując przeciwniczki.
Posiniaczony, obolały i brudny od pyłu, i swojej krwi siedział oparty o kontuar. Budynek już nie był poddawany wstrząsom, a goście hotelu w konsternacji opuścili budynek.
- Ja pierdolę… - skomentował całą sytuację Grzywa i pokuśtykał do czarownic, by skuć je kajdankami.


***


Vindor pojawił się z hukiem i oślepiającym błyskiem w uliczce, oddalonej od rynku jakieś sto metrów. Szedł ku niemu powoli, ale zdecydowanym krokiem. Strach obejmował swymi lodowatymi mackami jego serce i paraliżował jego umysł. Wszystkie sytuacje z przeszłości, cała trauma zaatakowała go z siłą czegoś, co czekało wiele lat na atak.
Kot wolałby, żeby wszystko okazało się jakimś naprawdę pokręconym koszmarem, z którego jeszcze się nie obudził. Tak jednak nie było i ta myśl przytłaczała go jeszcze bardziej. Przypomniał sobie o słowach Zeber, kiedy jego myśli zabłądziły w krótkich rozważaniach, czy wszystko z nią dobrze.
“Zrób to. I nie myśl. Wcale.”
Przyspieszył kroku, idąc już teraz nieco pewniej, wychodząc między kamienicami na rynek. A tam była ona…
Wychudzona, czarna samica wilka grzywiastego o czerwonych włosach i poduszeczkach, odziana niechlujnie w jeansy, koszulkę i zjechane martensy oraz w prostą, rozpiętą kurtkę z kożuchem. Na szyi, na prostym rzemyku miała zawieszony czerwony, mieniący się od zebranej w nim energii ankh.
Nie miał jakiś wielkich nadziei, że mylił się w swych przypuszczeniach co do postaci, którą dostrzegł na widzianych wcześniej materiałach, ale poczuł się przeraźliwie zaskoczony. Był tak zaaferowany jej widokiem, że nie dostrzegł gruzów innych kamienic, że centaur na pomniku został zdemolowany. Że samochody, włącznie z radiowozami, zmieniły się w roztopione plamy stali i plastiku. Że rynek usłany jest dziwnym popiołem, niewiadomego pochodzenia. Było cicho. Strasznie cicho. Tylko wiatr niósł zapach spalenizny i pyłu, szumiąc między uliczkami, latarniami i ruinami, a z rozbitego hydrantu wybijała wysoko woda.
Nie wszystko było zniszczone, ale spora część budynków wokół była w jakiś sposób dotknięta. Między innymi duża katedra, do której czarna wilczyca była odwrócona plecami. Oprócz tego, całkiem nienaruszona była też cukiernia, która miała opuszczone aluminiowe żaluzje. I były powgniatane. Na wpół roztopiony szyld wciąż pozwalał na odczytanie z niego nazwy lokalu i sfinks wolał, by to nie by ten lokal, o którym sobie przypomniał. Odwrócił swój wzrok w stronę wgapionej w niego samicy.
- To ja - słowa maga były wypowiedziane pewnie, choć nie bez cienia głębokiego zmartwienia.
- Wiem - odparła czarodziejka z magicznym symbolem i podeszła do niego - tak długo cię szukałam. Jestem tu, by ci wybaczyć.
W jej czerwonych oczach o żółtej twardówce było widać obłęd. Obłęd, który sfinks dobrze znał. Serce waliło w jego piersi i miał wrażenie, że zaraz stłucze mu mostek. Poczuł pulsowanie w skroniach.
- O czym ty w ogóle mówisz? Aba, musiałem od ciebie uciec. Chciałaś mnie zniszczyć. Zniewoliłaś mnie, odcięłaś od całego Świata…
- NIE WIESZ O CZYM MÓWISZ! - ryknęła, a w jej głosie w końcu wyraźnie zabrzmiała nuta szaleńczej desperacji. - CHCIAŁAM CIĘ CHRONIĆ. NAS CHRONIĆ!
- UWIĘZIŁAŚ MNIE W MIESZKANIU I KAZAŁAŚ DOBROWOLNIE PODDAĆ SIĘ ZAKLĘCIU, KTÓRE ZABIŁOBY MNIE, JEŚLI BYM ZŁAMAŁ JAKĄKOLWIEK ZŁOŻONĄ CI OBIETNICĘ - odpowiedział nerwowo Vindor. - Przyjaciele, rodzina, każde moje zainteresowanie… całą uwagę miałem poświęcić tobie. Ostrzegano mnie, że coś jest z tobą nie tak, ale nie słuchałem. Zbyt byłem zakochany w tobie.
- PRZYJACIELE?! ONI NIE BYLI TWOIMI PRZYJACIÓŁMI. WYKORZYSTYWALI CIĘ! TA KUREWKA NAT DOSTAWIAŁ SIĘ DO CIEBIE. Ten obleśny zbok Daron też... dobrze, że kazałam ci z nimi zerwać kontakt, bo inaczej byś nigdy mi nie uwierzył. A poza tym… A POZA TYM, TO JAK MOGŁEŚ ZADAWAĆ SIĘ Z TAKĄ KURWĄ JAK VANILLI?! Cały ten jej blog, wszystko…
- TY NAWET NIE WIESZ CO MÓWISZ - krzyknął i widząc, jak jego była miłość zbliża się do niego, oddalił się. - Wykorzystałaś półprawdę i podstęp przeciwko mnie i moim przyjaciołom. Boże… pokłóciłaś mnie z Rissusem, z wieloletnim przyjacielem. Kurwa, wszystko Ci dałem - w kącikach jego oczu zaczęły pojawiać się łzy - wszystko. Twoja zaborczość tylko przekonała mnie, że muszę ci pomóc. Całą rodzinę zmobilizowałem, bo wiedziałem, że jesteś po prostu psychiczna.
- JAK CHCIAŁEŚ MI POMÓC, TO CZEMU UCIEKŁEŚ?! CZEMU ZNISZCZYŁEŚ TO ZAKLĘCIE I CZEMU MNIE ZOSTAWIŁEŚ?! TY WIESZ JAK CIERPIAŁAM?! DUPY CI DAWAŁAM, ZAWSZE BYŁAM PRZY TOBIE. A TY!?
Vindor nie mógł uwierzyć w to, co słyszał.
- Ty biedne stworzenie… kobieto, ukrywałaś, że zaczęłaś parać się okultyzmem i magią. I to tylko po to, by zrobić mi takie coś…
- Ty też bawiłeś się w magię, ty… TY HIPOKRYTO.
- Tylko po to, żeby od ciebie uciec.
- Feather, błagam, wróć do mnie - smagana wiatrem obłędu kobieta rzuciła się na szyję kocura, obejmując go. - Nie pozwól zmarnować wszystkiego, czego osiągnęliśmy. Już nie musisz się martwić co z tamtymi zdrajcami, którymi zajęli się moi znajomi. Teraz nic nie stanie…
- CO?! CZY TY TO WSZYSTKO ZROBIŁAŚ TYLKO PO TO?! TYLE NIEWINNYCH?! - odepchnął ją, a za pomocą adrenaliny zrobił to tak mocno, że wilczyca przewróciła się i wylądowała na bruku.
- Wszystko dlatego, że cię kocham. Stań się na powrót moim biało-szarym wilkiem i odejdźmy stąd, w innych wymiarach nas nie znajdą.
- Ja ciebie nie kocham. Jesteś szalona i nie ma dla ciebie żadnego ratunku - kot spojrzał jeszcze raz na cukiernię, mając nadzieję, że osoby w środku są bezpieczne lub że jest pusta. - Prędzej umrę, niż wrócę do ciebie. Mam teraz dla kogo żyć i módl się, żebym to ja z tobą skończył, a nie Zeber.
- JAK. ŚMIESZ. WSPOMINAĆ. O. TEJ. KURWIE - Abacusa wstała z pomocą lewitacji i wydukała przez zaciśnięte zęby, unosząc się nad ziemią.
Vindor otarł łzy i otwarł siedem czakr swojego ciała, które magazynowały jego energię. Gestem prawej dłoni (lewa trzymała jego laskę) przywołał tajemny okrąg znaków wokół nadgarstka, gotowy by zaatakować.
- Poddaj się, to ostatni gest mojej dobrej woli względem ciebie - powiedział do swojej ex poważnie, lecz wciąż był cholernie nerwowy i pełen wściekłości.
- Ta jebana gadzina tu nie dotrze. Jest martwa. Ręczę ci za to.
Czarownica również otwarła siedem czakr swojego ciała, które rozbłysły krwistą czerwienią i zaczęła formować kulę energii. Kula wystrzeliła w kierunku sfinksa, lecąc ze sporą prędkością, lecz ten obronił się tarczą, przypominającą skorupę złożoną z pszczelich komórek. W zderzeniu z osłoną, kula eksplodowała z głośnym, ogłuszającym hukiem, wyrzucając mnóstwo iskier.
Czarodziej nie chciał pozostać jej dłużny i z onyksowej kuli wystrzelił fioletowy promień, który został odbity podobnym zaklęciem przez Abę, po czym ta mignęła za niego i kopnęła między łopatki, unosząc się dalej nad ziemią. Naładowana energią, obuta łapa wyrzuciła go trzy metry przed siebie i upadł na łokcie, tłukąc się okrutnie.
- Nie możesz ze mną się równać, Feather - rzekła, niemal triumfalnie.
- Jestem Vindor, zapamiętaj to sobie - odparł sfinks i przeteleportował się pod fontannę.
Znowu zaatakował promieniem, który Aba skrzyżowała ze swoim. Fiolet mieszał się z czerwienią, a iskry topiły bruk, gdy dwójka magów siłowała się i eksponowała swą potęgę. Naczynka krwionośne w oczach kota pękały, z nosa zaczęła sączyć się krew wskutek wysiłku, jaki podejmował. Aba wydawała się również starać coraz mocniej, jednak jej były okazał się tym razem silniejszy i gdyby nie w porę rzucona bariera, została by zdezintegrowana. Bariera ta rozbiła się z hukiem, a kobieta upadła wyczerpana.
- Nie złamiesz mnie - powiedział sfinks.
Nagle zakręciło się mu w głowie i oparł się o murek fontanny. Wtedy czarna wilczyca zaśmiała się i podleciała do niego i wymierzyła mu policzek, zostawiając na jego twarzy cztery krwawe ślady pazurów.
- Jesteś żałosny. Tak jak twoi przyjaciele i ta lafirynda. I jeśli myślałeś, że nie wiem, że ta lisia morda pracuje w cukierni to się grubo mylisz. Wiem wszystko. Ba, nawet uwiłam razem z nią tego kłapouchego pchlarza, Nata. Patrz - chwyciła go za włosy i obróciła jego głowę w stronę cukierni i posłała w jej stronę ognisty pocisk, który swym magicznym ogniem zaczął trawić cały budynek.
Przez moment widział jak w oknie na górze pojawiają się znajome postaci, potem jego głowa została odwrócona w kierunku pyska obłąkanej.
- Zostaw ich. Oni nic ci nie zrobili. Błagam.
Coś w nim pękło. Ta myśl, że nigdy nie zobaczy swojej prawdziwej ukochanej, ta myśl, że jego przyjaciele zginęli w potwornych męczarniach… i to wszystko przez jedną kobietę, która wymagała leczenia, opieki, której nie chciała dobrowolnie się poddać. Całe jego życie rozsypało się drugi raz w przeciągu godziny. O ile wcześniej mógł liczyć na wsparcie innych, tak teraz sam miał go udzielić. I zawiódł.


***


- Jedź, jedź i nie pierdol - powiedział długowłosy kruk, skręcając blanta, siedząc obok kierowcy w policyjnej suce.
- Kurwa, Rissus, to nie jest dobry pomysł. Jak to nie pyknie, to kurwa tracę odznakę - odparł prowadzący de facto skradziony radiowóz policjant kajman Cayman.
Kruk zapalił jointa, zaciągnął się i po wciągnięciu dymu do płuc podał go policjantowi.
- Wrzuć na luz.
- Ja pierdolę, mogłem wyjechać do Wolnych Stanów i sobie znaleźć jakąś fajną pumę, ale nie, nieee kurwa, musiałem chcieć zostać w policji tutaj…
- Stary, jak się nam uda to wszystkich zgarniesz i nagroda twoja, jesteś bohaterem i mogą wytaśtać ci dżonego.
- Ano… - do rozmowy włączył się wysoki chomik z granatnikiem, który siedział sobie z tyłu. - Rację ma. Poza tym to nasz kumpel to tak nie teges…
- Weźcie już skończcie - skomentował kajman.


***


Abacusa zaczęła inkantować nad pokonanym zaklęcie, lecz ten ostatkami sił otoczył się barierą, która odepchnęła ją od niego.
- Skoro nie chcesz mi się poddać i wrócić do starych, dobrych czasów, to ja cię po prostu zniszczę - skomentowała zaistniałą sytuację. - Tak, jak Lostar tę twoją kurwę!
Już miała dobić biednego maga, lecz wtedy niebo przeszył zwierzęcy, skrzeczący wrzask. Odwróciła się. Nad nią kołował olbrzymi pteronodonowaty stwór, trzymający kogoś w łapach.
- KURWA PRZYBYŁA - ryknęła ujeżdżająca potwora Zeber, a potwór zrzucił na ziemię Darona, który od razu przybrał formę demona.
Ten rzucił się na nią, lecz czarodziejka zamknęła go w klatce z pionowych prętów energii, o które odbił się, gdy był jeszcze w locie. Wtedy łowczyni zapikowała, dzierżąc w dłoniach sztylet podarowany przez Grzywę i rozłożyła jego rękojeść, gdyż tak naprawdę była to teleskopowa włócznia. Nie wyrządziła jednak żadnej szkody ex swojego chłopaka, gdyż ta przeteleportowała się do niej, chwyciła ją za gardło i mignęła spowrotem na ziemię, a stwora spaliła promieniem energii tajemnej. Vindor chciał cokolwiek zrobić, jednak był zbyt wykończony i jedyne, co mógł, to bezsilnie obserwować wszystko. Jego bariera rozmyła się w powietrzu. Widział, jak miłość jego życia jest duszona przez coś, co było jej karykaturą. Widział, jak jego przyjaciel zaraz zostanie miażdżony przez skurczające się pręty klatki.
I wtedy pojawił się Grzywa - wjechał na rynek na quadzie z wieżyczką, lecz Aba szybko rozprawiła się z nim, miotając w niego kulami energii. Miotany eksplozją został rzucony w witrynę sklepową. Nadzieja opuszczała sfinksa, który już mało co orientował się, co w ogóle się dzieje. Jego uwaga skupiła się na Zeber, która patrzy w jego stronę, smagana do głębokich ran batem energii, dzierżonym przez okrutnego szaleńca.
Nigdy nie pomyślałby, że przed zagładą ze strony obłąkanej czarownicy uratuje go policja. Rozpędzony radiowóz wjechał na rynek i chyba tylko niedowierzanie w to, że ktoś jeszcze próbuje sprawiło, że Aba zawahała się, nie trafiła pociskiem i została staranowana przez radiowóz, lądując przed jego maską, gdy ten zahamował z piskiem opon. Z pojazdu wyszedł kruk-hipis, znajomy jaszczur i znajomy gryzoń.
- Jesteście kurwa aresztowani! Wszyscy kurwa! Ahahaha! - Cayman podbiegł z pistoletem do nieprzytomnej Abacusy i skuł ją.
Vindor podniósł się, zerwał jej ankh z szyi i podbiegł do chwiejącej się Zeber, po czym mocno ją przytulił. Nie wiedział, skąd dostał na to siły, ale nadzieja sprawiła, że odżył.
- Gdzie reszta? - spytał Cayman.
- W piździe - odparł sfinks i pognał do płonącego budynku, po czym przywołał tajemną głowę hydry na zniszczonym hydrancie, która włożyła swój łeb do środka budynku i gasiła pożar.
Wkrótce zaroiło się od policji, która przybyła na prośbę Caymana, razem z dwoma ambulansami. Zebrał się tłum wokół rynku i wybiegł z niego ciemnoszary wilk, który pobiegł w kierunku cukierni, chcący dowiedzieć się, co z jego lisiczką. Czy przeżyła. Odetchnął z ulgą, gdy hydra wyniosła ją mokrą od wody i brudną od sadzy w pysku, tylko po to, by zacząć martwić się o to, czy nie została zaczadzona. Zaraz po niej, wszędobylska hydra wniosła królika. Przybyło więcej karetek, a Vindor zemdlał, przestając podtrzymywać zaklęcie…


***


Sfinks powoli otworzył oczy i przeciągnął się w łóżku. Był u siebie. Obok łóżka stała jakaś aparatura i zauważył, że jest do niej podłączony. Przypomniał sobie, co się wydarzyło i dla swojego dobra znowu się położył, jednak sięgnął po telefon na szafce nocnej i wklepał w polu adresu portal newsowy. “Rząd przywraca karę śmierci. Czterech skazanych”. Uśmiechnął się, czytając artykuł i rozejrzał wokół. Zeber weszła do sypialni i rozpłakana objęła go. Po paru dniach w końcu się przebudził. Przebudził się pełen energii i pewien, że zawsze może liczyć na swoich przyjaciół.
- Wszyscy zdrowi? - spytał.
- Mhm - odpowiedziała mu zebraptorka, starając się nie wybuchnąć głośnym płaczem.


KONIEC
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.