Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: Mycha: Wojna o Śródlesie  
Autor: Mycha
Opublikowano: 2017/2/16
Przeczytano: 828 raz(y)
Rozmiar 21.89 KB
2

(+2|-0)
 
Tekst ten powstał dobre 7 lat temu, jako zadnie od mistrza gry dla lepszego wczucia się w odgrywane postaci na sesji RPG. Moim zadankiem było napisanie „Co by było gdybym był wiewiórką”. I stało się.

Tekst poddany „lekkiej” redakcji, Część literówek wyłapałem, wstawiłem kilka przecinków, poprawiłem kilka błędów ortograficznych. Przepisałem na nowo to i owo. Za pozostałe błędy i nieporadności przepraszam.

Miłej lektury.


WIEWIÓRCZADA
Czyli wojna o Śródlesie



____Był rok 2456. Broniliśmy przyczółku, na szóstym dębie, w piątym sektorze Śródlesia. Drzewo to był ważnym punktem strategicznym, ze względu na swoje położenie, jak i wielkość korony. Jej wnętrze zapewniało wystarczającą przestrzeń dla budowy infrastruktury obronnej jak i bazy zbieraczy którzy wydobywali nieprzebrane ilości żołędzi, którymi oblepione były wszystkie gałęzie giganta.

____Było nas około półtorej setki. Naszym głównym zadaniem było pilnowanie spokoju pracy zbieraczy. Nie było to lekka praca, stacjonowaliśmy na linii frontu, a nasi wrogowie nie dawali nam dnia wytchnienia. Przechodzili ukradkiem przez pas demarkacyjny i ostrzeliwali nasze stanowiska od dołu. Nie prowadzili otwartych ataków przez konary drzew, gdyż konary naszego dębu nie stykały się bezpośrednio z żadnym innym drzewem.

____Naszą codziennością było siedzenie w umocnionych schronach zamaskowanych wśród porytych kulami konarów i poszarpanych odłamkami liści. Miałem stanowisko koło gniazda karabinu maszynowego. To było dość przytulne miejsce, dobrze trafiłem z przydziałem. Zazwyczaj siedziałem tam cały dzień czytając beznadziejne książki, lub oglądając z kumplami jakiegoś świerszczyka. Nawet ładne wiewióreczki tam wklejali. Miałem na wyposażeniu karabin M16 z celownikiem optycznym i dwie ładne beretki. Z nich chyba byłem najbardziej dumny, obie zdobyczne. Nasza armia nie wprowadziła ich do użytku, używaliśmy Coltów. Mój gdzieś przepadł chyba za wódkę, choć niech pomyślę… Nie! Dałem go za takie błyskotki. Kiedy poszedłem do pewnej wiewióreczki, za świecidełka otrzymałem zaproszenie do domku i na skromną kolacje. Tak skromną, mieliśmy wojnę i nadal ją mamy tyle, że wtedy jedzenie było racjonowane. Zahaczyłem też o śniadanie. Potem dostałem karcer za niestawienie się do porannego raportu. Ech, warto było. Potem przenieśli mnie tu, na ten dąb.

____Tak naprawdę to jest kolonia karna. Tu pracują więźniowie, bo nikt o zdrowych zmysłach nie pcha się na front i do tego w miejsce gdzie najwięcej ołowiu lata. Nawet my żołnie byliśmy tutaj więźniami, choć to złe porównanie. Byliśmy kompanią karną. Nikt nie robił nic jak powinien, ale jak przychodziło do strzelania, każdy pokazywał, co umie.

____Nikt nie strzelał standardową amunicją, każdy fabrykował pociski na typ dum-dum. Ścigali za posiadanie takich kulek, w końcu dowództwo nie było czarnymi owcami naszej armii, a przynajmniej nie tak czarnymi jak my. Pilnowali walki, żeby była sprawiedliwa, jakby wojna kiedykolwiek była sprawiedliwa. Wszystkie konwencje przestawały mieć znaczenie kiedy byłeś na pierwszej linii, a jedynym twoim celem było nie dać się zabić. Każdy z nas miał tylko jeden magazynek standardowej amunicji na pokaz, albo tylko po kilka pierwszych kulek. Resztę stanowiły precyzyjnie ponawiercane pociski.

____Byłem wtedy na warcie w wschodnim sektora alfa. Miałem piękny widok wprost na okienka łazienek pielęgniarek naszego szpitaliku. Rzadko zasuwały kotary ku uciesze wartowników. Tu zawsze szło się z lornetką albo optyką, raz nawet ściągnęli lornetkę nożycową. Tym razem pod prysznicem stała Elenes. Śliczna malutka wiewióreczka. Zazwyczaj opiekowała się lekko rannymi w ambulatorium, więc zawsze stała tam kolejka. Zresztą jak do każdej z siostrzyczek. Pielęgniareczek było siedem, na stu trzydziestu czterech chłopa. Reszta kompani to oddział panienek. Słyszałem, że słodko się kocha, a to podobno przez jej nieśmiałość. Jak dla mnie, cała ta jej nieśmiałość była zwykłą grą i to w nienajlepszym wydaniu. Jednak niewiele mnie to wtedy obchodziło. Sam się do niej nie dobierałem. Wtedy miałem zupełnie inne miejsce do spędzania nocy. Nie, nie wcale nie w łóżeczku z karabinem. Owszem byłem zazwyczaj w łóżku, ale z inną wiewióreczka. W łóżeczku spała albo zemną albo z pluszowym misiem. Sam jej go dałem jak kiedyś powiedziała, że nie może spać beze mnie. Kosztował mnie papierośnice, złota była i dwie paczki fajek. Jak nie wspominałem, to wiedzcie, że fajki były bardzo pożądanym towarem. Zawsze miałem pewność, że nie zastanę w tym słodkim łóżeczku innego frajera. Tylko, że ja nie mogłem dać jej tego samego zapewnienia. Kiedy nie spałem w łóżeczku, siedziałem w gniazdku między konarami i wypatrywałem celów, żeby wypróbować na nich nową partię kulek. Te pociski robiło w magazynie dwóch tamtejszych wartowników. To byli chłopaki… a tam… już ich niema i tylko to się liczy. Zginęli w jednym z ataków…

____Więc siedziałem w moim gniazdku i strzelałem do wrogów po drugiej stronie pasa. Jak trafiłem i mnie namierzyli to lepiej było wiać, oni też mieli dobrych snajperów. Kiedyś opowiedziałem o tym mojej wiewióreczce. Nie przyjęła tego z entuzjazmem. To nie była nasza pierwsza kłótni, ale po tej długo nie oglądałem jej łóżeczka. Wybaczyła mi jak odstawiłem scenę na stołówce, przed nią i połową garnizonu. Najpierw dostałem siarczysty policzek, potem soczystego całusa. A kumple śmiali się przez następne dwa tygodnie. Ale mogłem znowu spać w czyściutkim łóżeczku z mięciutkim materacem, ciepłą kołderką i Plamką przy boku. Nie mówiłem jeszcze jak miała na imię? To już wiecie. Miałem tylko jedno zastrzeżenie przed wejściem do jej łóżeczka, musiałem odwiedzić łazienkę z zawsze zasłoniętymi zasłonkami i się umyć. I tak to lepsze niż spać w śmierdzącym baraku z bandą niedomytych napaleńców. Raz nawet wyprała moje łachy. Wreszcie przypomniałem sobie, jakiego są koloru.

____Więc wtedy był miły ciepły dzień nad nami kursowali zbieracze. Stałem oparty o gałązkę przypatrując się pasowi. Reszta chłopaków patrzyła przez lornetki jak jakiś nowy bawił się z siostrą pod prysznicem. W ten dzień w ogóle mnie to nie ciekawiło, nie miałem na nic ochoty. Szczerze mówiąc nawet na Plamkę. Na pasie panował od kilku dni niezły ruch. Coś szykowali pewnie kolejny atak, nie mogłem tego wiedzieć.

* * *

____-Co tam Szahraj? Czemu nie patrzysz, jak ten żółto dziób posuwa naszą Elenes.

____Do Szahraja podszedł kościsty wartownik, z przerzuconym przez ramię karabinkiem AK.

____- Bo nie –Odburknął.

____- Ej, co ci jest. Patrz chyba dochodzi do końca.

____- Pierdole go i tą Elenes. Zaraz mogą nas zaatakować, a wy patrzycie jak jakiś palant zapina panienkę.

____- Szahraj daj spokój. Znowu się kłóciliście i nie masz łóżeczka?

____- Zamknij się…

____- Zrób tak jak ostatnio. Ale to były jaja, wtedy to…

____Przerwał z lufą karabinu M16 przy gardle.

____- Wyluzuj bracie. Ja tylko…

____- Ja też tylko… -Warknął i odepchnął go od siebie.

____- Co ty taki drażliwy się zrobiłeś?

____-To zły znak. On zawsze jest taki przed atakiem. –Do rozmowy włączył się drugi wartownik.– Zawsze po takim zachowaniu nas atakowali.

____- Nie pleć, toż to głupota!

____- Może i głupoty, ale ja w to wieżę.

____- Spadajcie obaj. Jeszcze ja z wami zgłupieje. Nara.

____- Ty już nie możesz zejść niżej. –Burknął pod nosem Szahraj.

____- Jak myślisz przyjdą? -Wartownik podszedł i oparł się o ścianę bunkra.

____- A co ja wróżka. Może? Głowy nie dam.

____- Lepiej żeby nie, niedługo mnie zwalniają i głupio by było teraz zarobić kulkę.

____- Za ile cię stąd puszczą?

____- Za miesiąc.

____- To lepiej, żeby nie przyszli przez ten miesiąc.

____- A ciebie za ile?

____- Jeszcze trochę. –Nerwowo przyłożył lunetę do oka i spojrzał na pas demarkacyjny.- Do schronu wszyscy! –Krzyknął.

____Nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi. On też nie poświęcał uwagi pozostałym obserwatorom. Wbiegło do bunkra i zajął miejsce przy pierwszym okienku strzelniczym. Za nim do wnętrza wpadł wartownik.

____- Co jest? –Spytał nerwowo.

____- To co miało być…

____Jego słowa zagłuszyła eksplozja pocisku rozrywającego się na jeden z pobliskich konarów. W stronę ziemi posypały się odłamki kory i strzępy liści. Do wnętrza zaczęli wbiegać inni wartownicy wraz z przypadkowymi obserwatorzy zajścia w łazienkach. Szahraj z okiem przy optyce strzelał pojedynczo, wodząc za szybkimi celami gdzieś na pasie demarkacyjnym. Po chwili obok niego zagrzechotały karabinki kompanów i para ciężkich karabinów maszynowych.

____Szybkim ruchem zmienił magazynek na przyczepiony do niego drugi i kontynuował ostrzał. Jednak po kilku chwilach cały pas spowijała zasłona dymna. W stronę ziemi posypały się granaty i bomby odłamkowe własnej roboty.

____Wroga artyleria z zaciekłością ostrzeliwała koronę dęb. Uciekający zbieracze przepychali się na wąskich konarach, kilku nieszczęśników nie utrzymało równowagi, spadając wprost na linie zasiek opasujących pień.

____Szahraj wyciągnął zza paska kolejne cztery sklejone magazynki i załadował je do broni. W tej chwili w jedną z ścian uderzył pocisk rozbijając ją w połowie, miotając ostrymi odłamkami gruzu w obrońców i zasnuwając całe wnętrze gryzącym pyłem. Nieznośny pisk w uszach zaciął zagłuszać początkową ciszę, po chwili spośród niego zaczęły wyłaniać się jęki rannych, przekleństwa i modlitwy.

____Jeden z karabinów maszynowych gruchnął z jeszcze większą zaciekłością, a wtórował mu wściekłym wrzaskiem strzelec, który z zakrwawioną twarzą pruł na oślep w niewzruszoną chmurę zasłony dymnej. Powoli zaczął dołączać do niego terkot karabinków pozostałych żołnierzy, wraz z gniewnymi okrzykami ich właścicieli.

____Wartownik, który wraz z Szahraj jako pierwszy znalazł się na stanowisku, siedział oparty o ścianę, trzymając się za krwawiące ramię. Rzucił mu opatrunek i wybiegł na platformę starając się trzymać nisko. Poczuł jakieś dziwne uczucie. Musiał przejść na drugą stronę drzewa.

____Biegł po trapie między konarami. Przed nim z jednej z gałęzi sterczał stalowy harpun, za którym ciągnęła się napięta lina. Po niej na trap zjechał jeden z wrogich żołnierzy, zwinnie odpiął karabinek od uprzęży, wymierzył w Szahraja. Za późno. Serią pocisków dopadła go w pół ruchu. Zachwiał się i upadł na plecy.

____Koło niego śmignęło kilka pocisków. Strzelał kolejny napastnik zjeżdżający tyrolką w stronę kładki. Szahraj nie był dłużny. Seria posłana w atakującego sięgnęła swojego celu, zrywając hełm z głowy żołnierza. Po chwili jego martwe ciało uderzyło o konar przy wbitym harpunie. Trzeci z desantu nie dojechał nawet do kładki. Lina uszkodzona przez jedną z kul Szahraja zerwała się pod jego ciężarem i nieszczęśnik runął na ziemie.

____Szahraj ruszył dalej przeciągając serią w stronę wrogich drzew. Zmienił magazynek dobiegając do żołnierza celującego w leżącego zbieracza. Zdzielił napastnika kolbą w potylicę. Ten zachwiał się i upadł na twarz. Zbieracz zwinnym ruchem podniósł się, wziął karabin ogłuszonego i wypalił w niego długą serią, po czym znów upadł odrzucony uderzeniem kuli w pierś.

____Szahraj spojrzał w kierunku, z którego dobiegł strzał. Było tam dwóch wrogów jeden już mierzył do niego. Rzucił się w tył otwierając ogień. Kilka pocisków wypaliła, po czym karabin się zaciął. Jeden z napastników już leżał drugi zauważył szamotaninę Szahraja z bronią i ruszył na niego wyciągając ząbkowany nóż. Szahraj błyskawicznie dobył pistolet z kabury i oddał w jego kierunku kilka strzałów. Żołnierz zachwiał się łapiąc za szyję i przeleciał przez barierkę. „Chłopie tylko nie teraz” mruknął próbując odblokować karabin. Felerny pocisk wypadł z zamka i karabin znowu działał.

____Biegł dalej, do celu było już niedaleko. Przed nim zauważył kolejny wbity harpun z ciągnącą się za nim liną. W tej chwili poczuł piekący był po zewnętrznej stronie ramienia. Obrócił się w kierunku liny ciągnąc serią. Desantujący się żołnierz w jednej chwili zmienił się w bezwładną kukłę. Przeniósł ogień na harpun. Po kilku pociskach lina została odcięta i widocznie czymś obciążona pomknęła w kierunku ziemi.

____Szahraj wyjął ostatnie cztery magazynki i załadował je do broni. Wbiegł na teren osiedla mieszkalnego. Dopadł jednej z uliczek i tam zobaczył tego, czego najbardziej się obawiał. Dwóch żołnierzy próbowało dobrać się do wiewióreczki. Nie był by taki wściekły, gdyby to była jakaś postronna wiewióreczka, ale to była jego Plamka. Karabin sam przytulił się do policzka. Dwa pociski roztrzaskały głowy napastników. Krew chlapnęła po wszystkim wokoło. Plamka osunęła się po ścianie, do której ją przyparli i zwinęła się na ziemi. Z przeciwnej strony ulicy wybiegł kolejny żołnierz. Szahraj bez namysłu ruszył na niego otwierając długą serię. Tamten z jękiem odleciał do tyłu. Gdzieś z tyłu rozerwał się pocisk. Odłamki uderzyły o dachy baraków i kładki. Szahraj zmienił pusty magazynek na pełny. Podbiegł do Wiewióreczki, która widząc go od razu rzuciła się mu na szyję. Twarz miała przerażoną i pochlapaną krwią która mieszkała się z jej łzami.

____- Nie zostawiaj mnie tu Maksiu… –Załkała.

____- Nie zostawcie. Już dobrze, spokojnie. –Szepnął jej do ucha.

____Kolejny pocisk rozerwał się o jeden z baraków. Od strony najbardziej oddalonej od pnia drzewa, płonęły jakieś budynki. Na drużkach leżało szkło z pobitych okien.

____Na uliczkę, z strony najbardziej oddalonej od pnia, wbiegło kilku kolejnych żołnierzy. Szahraj zasłonił Plamkę sobą i otworzył do nich ogień. Kilku padło od razu. Innym udało się umknąć i ukryć po obu stronach uliczki, skąd zaczęli się odgryzać. On przyłożył karabin do policzka i strzelał pojedynczo. Był cały roztrzęsiony, adrenalina powoli zaczynała przyćmiewać jego umysł. Przygniótł ich, nie pozwalając żadnemu się wychylić zza zasłony. Jednak na jednego z napastników był za walny. Poczuł rwący ból w lewym ramieniu. Na chwilę się zachwiał oderwał karabin od policzka. Po ułamku sekundy zebrał się w sobie i z dzikim okrzykiem przemógł ból. Złożył się strzału i wypuścił kilka krótkich serii w stronę wrogów którzy zdążyli się wychylić zza osłon. Dwóch z nich zawyło boleśnie, a pozostali gubiąc krok umknęli za róg.

____Krew spływała po jego ramieniu nasączając bojową kurtę. Nie czuł prawie bólu zagłuszała go adrenalina. Plamka wyszarpała jeden pozostały opatrunek i przycisnęła mu go do rany. Cięgle płakała. Szahraj siedział napięty nerwowo patrząc na ulicę. Z drugiej strony usłyszał zbliżające się kroki. Obrócił się w stronę pnia mierząc w wylot uliczki. W ty samym momencie jeden z uciekających wrogów wychylił się zza roku skrajnego baraku posyłając, niemal na ślepo, sesję w stronę Szahraja.

____Wyprężył się do tyłu wypuszczając karabin z ręki. Zachwiał na kolanach i runął do przodu. Usłyszał głośny krzyk przerażenia i szloch Plamki. Uderzył o coś głową. Poczuł jej miękkie futerko. Jej płacz powoli oddalał się i cichł. Po chwili, która była wiecznością zmieszał się z hukiem wystrzałów i krzyków.

____Poczuł jak ktoś go odciąga od Plamki i układa na czymś. Próbował coś powiedzieć, ale słowa zabrzmiały jedynie w jego myśli.

* * *


____Potem już nic nie pamiętam, jakiś biały tunel, i mnóstwo dziwnych kolorowych światełek. Potem nagłe szarpnięcie w dół. Czułem się jakbym spadał w mroczną otchłań. Pierwszy raz od dzieciństwa byłem przerażony. Wcześniej bałem się tylko ojca. Nic innego nie mogło mnie przestraszyć, a teraz prawie płakałem. Nagle wróciło mi czucie. Choć nic nie czułem fizycznie, jednak w jakiś sposób wiedziałem, że już nie jestem w tej bezdennej otchłani, tylko leże gdzieś w jakimś łóżku. Na prawej dłoni czułem drobny nacisk i tak miły dla mnie dotyk futerka Plamki.

* * *


____Szahraj otworzył oczy. Widział nad sobą biały sufit. Nad nim pykało kilka maszynek sprawdzających funkcje życiowe. Jego prawą rękę ściskała Plamka, w tej chwili także złożyła na niej główkę śpiąc cichutko. Na jej futerku widać było ślady na po strumyczkach łez. Spróbował podnieść lewą rękę, ale uniemożliwił mu to rwący ból w barku. Teraz uświadomił sobie, że bolą go też całe plecy i kilka innych miejsc na ciele. Kciukiem prawej dłoni pogładził jej policzek. Plamka otworzyła powieki i zamrugała nimi, patrzyła w wprost w jego oczy.

____- Maksiu. –Szepnęła łamiącym się głosem.– Dziękuję, że się obudziłeś.

____- Mi? –Zauważył, że nie ma sił normalnie mówić. Głos miał przytłumiony.– Ja dziękuję, że ty czekałaś.

____- Modliła się do boga, żebyś wyzdrowiał i się obudził.

____- Ale ja nie wieże w boga.

____- Ale on wieży w ciebie. Dał ci szanse żebyś uwierzył. Lekarz mówił, że możesz się nie obudzić. Ja się modliłam i on chciał żebyś się obudził.

____- On chciał? Może i chciał, ale czy on chciałby żeby taki sukinsyn żył?

____- On nie chce naszej śmierci. On chce żeby był pokój…

* * *


____Potem już nic nie mówiliśmy. Milczeliśmy długo patrząc sobie w oczy i trzymając się za ręce.

____Z tych ran długo się lizałem. Wyciągnęli ze mnie siedem kul, trzy z nich rozpadły się na kawałki. Wszystkie milimetrami mijały ważne kawałki ciała i żyły. Może rzeczywiście chciał żebym żył.

____Trzy miesiące później, kiedy już mogłem porządnie chodzić poszedłem do kaplicy. Sam nie wiem, czy to był ciekawość, czy jakiś wewnętrzny głos. Wdałem się tam w rozmowę z kapłanem i on naciągnął mnie na to, czego nie robiłem od kilkunastu lat. Od czasu, kiedy zacząłem się buntować. Jakoś dziwnie mi ulżyło i byłem spokojniejszy. Nigdy nie sądziłem, że wyznanie win dla drugiej osoby potrafi tak uspokoić i wyciszyć. Zdjąć, choć krztę ich ciężaru z swoich barków.

____Że bliskość drugiej osoby może uśmierzyć największy ból. Dać siły do dalszej walki, choć myślałem, że to już koniec mojej drogi.

 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.
0
(+0|-0)
Opowiadania: Mycha: Wojna o Śródlesie
Wysłano: 16.02.2017 22:37
husky / wilk
Anthro
Ja, Gelerth Pasikowskiego + Xavras Wyżryn Dukaja + happy tree friends + Wojny okopowe I wojny światowej :lolk:

Genialne :-Dk walka o każde drzewo, konar, Gałązkę , dziuplę

SAJGON :lolk:

Ciekawa poprowadzona narracja pierwsza osoba potem trzecia potem znów pierwsza

Jak Autor zauważył we Wstępie:

Cytat:
Tekst ten powstał dobre 7 lat temu (...) Część literówek wyłapałem, wstawiłem kilka przecinków, poprawiłem kilka błędów ortograficznych. Przepisałem na nowo to i owo. Za pozostałe błędy i nieporadności przepraszam.


,Szufladowa twórczość" jest niczym wino i musi dojrzeć by nabrało odpowiedniego smaku

Błędów nie Wychwyciłem

Fajnie było by stworzyć z tego opowiadanka całe uniwersum 8-)k

0
(+0|-0)
Opowiadania: Mycha: Wojna o Śródlesie
Wysłano: 13.03.2017 21:28
Efekt romansu wilka i lisicy
Anthro
krótkie to ale dobre