Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire 20's - Matadorzy (+16)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2017/5/18
Przeczytano: 108 raz(y)
Rozmiar 12.33 KB
0

(+0|-0)
 
Z nadejściem wieczoru zacząłem wyciągać co ostrzejsze trunki. Ciemniało za oknem, ulice pustoszały, rozbłysły latarnie. Blask sączył się do wnętrza, oblewając przybyłych pijaczków. Zachowywali spokój, chwilowo. Nadchodziła godzina wybuchu wulkanów. Owe przedziwne określenie nadali stali bywalcy. Znałem kilku. Sami swoi. Część przestała przychodzić. Poniektórych trzymały powody. Różnorodności - nienawistna rodzinka, znudzenie nakazami w pracy, utracona posada, tym podobne - które przyprawiają o ochoty zakończenia dniówki w cichym kącie. Czasem, jak nie rzadko, z przytupem.

Takie czasy, szalone i nie do przewidzenia. Z Chicago, Nowego Jorku, Miami, ogólnie ze Wschodniego Wybrzeża dochodziły złe wieści. Walki, często przybierające formę otwartej wojny, na dobre zmieniły ułudny światek purytan w piekło. Jastrzębie przyćmiły starą gwardię.
Należało uważać, z kim trzymasz sztamę. Warga, znaczy donosiciel, powie glinom o towarze z Kanady. Zgarnął większość, wardze dadzą buteleczkę. Każdy by od lenistwa chciał dostać zakazany owoc - czystego bimbru w najlepszym gatunku

Kiedy ostatnia z butelek ,,Wściekłego psa" wylądowała w szeregu pod lustrem barku, zabrzdękał dzwonek zawieszony nad drzwiami. Słysząc ten dźwięk, odwróciłem głowę. Weszło dwóch. Tacy nietypowi, nierówni wzrostem, za to podobni gustem. Nosili płaszcze tego samego kroju, długie i ciemne, do tego kapelusze. Wyróżniali się z tutejszego grona. Odziani za czeki, nie kapsle czy papiur.

Wiedziony doświadczeniem i praktyką wykonałem wypróbowany gest powitania. Postawiłem dzbanek czerwonego wina doprawionego pieprzem i dwa kieliszki. Łyczek przyprawiał zwierzakowi humor.

Przeliczyłem się. Obaj nie kiwnęli nawet palcem.

- Nie przyszliśmy po szczęście - zaczął niższy, rudy kojot o sennych oczach.

- Przyszliśmy, by nim pożonglować - powiedział wesoło wyższy, osioł. Zarechotał. Zarówno jego kumpel i ja spojrzeliśmy na niego z politowaniem.

- Rozumiem, jesteście komikami, którym przypadły złe role?- spytałem, zabierając dzbanek i szkiełka.

-Tak jakby - powiedział markotnie kojot. Zauważyłem, że przygląda się półmiskowi ze smażonymi larwami. Taki smaczek z Azji. Usmażone w karmelu i posypane cukier połyskiwały w świetle żarówek.- Jest tu coś lepszego od tego gadziego świństwa?

- Najpierw spróbuj, potem komentuj.

Osioł sięgnął. Odgryzł połowę i powoli żuł.

- Dobre to.

- Mówiłem.

- To powiedz, mądry byczku, czy kojarzysz jednego Polaczka, Vladka Stempka?

- Ej, ej, najpierw podajcie nadawcę. Płacę panu Tritto wymaganą stawkę. Wprawdzie rzadko, ale nie miewam zaległości. Nie wierzycie, zadzwońcie. Lepiej bierzcie ogony w troki i wypad, jak jesteście z innej firmy.

- Znasz pana Tritto?- spytał osioł, jedząc następną larwę.- Widziałeś go kiedy?

- Kocur ze szklanym okiem, prawym, bure futro, kuśtyka. A znam go stąd, że z nim gadałem o interesach. Nigdy nie opuści swojego w potrzebie.

-To cały szef.

- Zamknij się - szczeknął na niego kojot, zaraz odwrócił wzrok na mnie.- Powtórzę raz jeszcze, mądry byczku: Kojarzysz jednego Polaczka, Vladka Stempka?

- Z imienia niewiele powiem. Podaj opis, zajarzę.

- Kotowaty wiewiór, smocze oczy, czarne, lewe dość kocie.

- A, coś świta - powiedziałem.- Czasem przychodzi, niekiedy, z rzadka. Ostatnio nie widziałem. Ponoć wyjechał do Teksasu.

- Ponoć czy na pewno?- szczeknął. Narwany zwierzak. Lepiej uważać, jeszcze zacznie awanturę.

- Macie sprawę do niego?

Osła coś tknęło, wyrywał się do odpowiedzi. Kojot go wstrzymał szturchnięciem. Oho, ho, ho, wyższy dał się ponieść atmosferze. Przyleciały nocne ćmy i pozajmowały swoje kąciki, taksując co lepsze profity. Zawróciły w głowie nie tylko jemu. Przywiodły szerokie grono. Burki. Dachowce. Pchlarze. Doliniarze. Wykidajły wyczekujące dalekiego świtu.

Podszedł któryś, psiarz z czerwonym nosem, z oddechem rybaka. Poprosił o szkocką. Kojot kazał mu się wynosić. Nie usłuchał. Poczekał, milcząco wysłuchają chamskiego warczenia, wziął butelkę, uregulował rachunek i odszedł. Doszedł kolejny - zestarzały koniuszek - o rozbieganym wzroku. Znowu kojot dopowiadał swoje kazanie. I tak z pięcioma innymi. Każdemu przygadał, groził. Mieli to gdzieś. I słusznie.

- Gościu - powiedziałem - przeszkadzasz w interesie. Czekasz, siedź cicho.

- Nie gadaj.- Kojot zbliżył twarz. Cuchnął, nie dosłownie, świeżym zapachem krwi. I to nie była jego krew.- To sprawa pomiędzy nami dwoma a nim.-I ten pusty wzrok. Kurza twarz, takich diabli nie biorą. Muszą błagać.

Zachowałem twarz. Wyciągnąłem z kieszeni fartucha cygaro. Zapaliłem i puściłem mu dym prosto w oczy. ,,Dziwkarz", syknął, cofając pysk z gniewnym zgryzem. Zgrzytał kiełkami.

- Prywatna, taa?

- Nic ci do tego - zawarczał.- Odpowiadaj tylko, jak pytają. Stempka przyjdzie?

- On naprawdę musi zginąć? - wtrącił osioł.

- Przymknij ryj - rzucił kojot z zaciśniętymi pięściami. Widać, soldate (żołnierz) na służbie.

- To was diabli przynieśli - powiedziałem.

- Lepiej powiedź: Stempka przyjdzie?

Wzruszyłem ramionami.

- Zobaczymy.

Odszedłem do wycierania szklanek. Wziąłem szmatę w dłoń. Robota ucieka, gości przybywało. O dziewiątej zaczął się ruch. Porządni obywatele zrzucali płaszcze praworządności, pozostawiając je za drzwiami.

Osła poniosło. Zamówił ćwiartkę. Kojot go zrugał, oddał flaszkę i skinięciem dłoni kazał mu zbliżyć ucho.

Stałem dostatecznie blisko, by słyszeć urywki ich rozmowy. Nie należałem do małżowin, zwierzaków chłonących zasłyszane zdania i potem je powtarzających. Ale czasem trza posłuchać wariatów. Gdy chcesz płynąc z ławicą, trza wiedzieć, cu w trafie piszczy.

- ...Niepotrzebnie się wyrywasz. Naucz się trzymać mordę na zamek... Małolat jesteś.

- ..No przepraszam....

- ...Mówiłem: Zamknij ryj. To twoje pierwsze wyjście, więc uważaj. Musimy go dostać... ucieknie, będziemy zmuszeni spłacić jego długi...

- Może jednak coś zamówicie?- zapytałem odwrócony do nich plecami.

- Nie przeszkadzaj.- Usłyszałem.

- To ja proszę porządnego wiskacza z pieprzem - zażartował osioł.

- A chciałbyś porządny masaż? - Obok przysiadła się Erica, czarno-biała collie. Wyłapała kłopotliwego klienta.

Młody wyszczerzył durnia. Wyczułem rosnące w nim pożądanie. Erica umiała rozniecić ogień w najbardziej skamieniałych sercach. Często przyprowadzała pierwszego z ulicy drewniaka, który miękł w jej ciepłych ramionach.

- Spadaj dziwko! - szczeknął kojot.

- Cieć.- Erica odeszła nadąsana do innego stoliczka. Milsze towarzystwo. Studenciaki. Poznałem po herbach Harvardu i Prinston mszystymi na ubraniach. Im potrzeba takiej czułej. Noc ledwie się zaczęła. Niedawno otwarto bary. Pohulają. Przyszły wakacje.

- Dziwka i tyle - warknął wtórnie kojot, zapalając papierosa.

- Weź, taka dziewczyna - powiedział zawiedziony osioł.

- Kurwa nic więcej. Kurwa to nie fach, to charakter. A po niej widać, że kurwienie to dla niej chleb powszechni. Takiej to tylko wyjechać z ,,pomarańczy".-Chrząknął.- Bierzesz owoc w szmatę bądź ręcznik ,obwiązujesz i tłuczesz zdzirę. Siniaki jak po dłoni, ale pod futrem dostanie gorsze obrażenia. Połamane kości, krwotok.- Zaśmiał się ponury.- Tak, tak, suki trzeba ustawić, inaczej drą mordę, żądając byle czego.

- Chyba powinieneś lepiej mówić o kobietach - wtrąciłem.

- Co ci do tego, kelnerzyno? Ten twój interes służy tamtej suce, e?

- Zwyczajnie nie lubię chamstwa.

Kojot wyjął papierosa z ust i trzymając go w palcach, nachylił się bliżej.

- Coś ci wytłumaczę, bo widocznie nie rozumiesz. Za dużo gadasz, wtrącasz nosa, niemrawo ruszasz ogonem. Nie podobasz mi się. Wchodzisz w nie swoje sprawy. Trzymaj rogi z tyłu, to może ich nie stracisz.

- Z takimi gadkami pewnie nie wzbudzasz zainteresowania panienek.

- Gadasz jak mój brat.- Zaciągnął się.- Żonaty, ma syna. Mieszka w budzie z rodzicami. Gnieżdżą się razem w kupie desek. Popapraniec.

- Choć jeden szczęśliwy - mruknąłem.

- Niczego nie osiągnął - ciągnął opowieść, jakby nie słyszał mojego pomruku.- Dureń robiący po fabrykach. Frajer mało zarabia. Niedługo pewnie zacznie wysyłać żońcię na dupczenie się. Polska dziwka. Łazi do kościoła i modli się, spowiada. Puszcza się, to łazi do księżuli i przyjmuje rozgrzeszenie. Kurewka. Dzieciaka też mają głupiego. Dwa lata, a szczał na mnie, kiedy przyszedłem. Wyrośnie na nikogo. Gówniarski szczaw.

- Przygadał kocioł garnkowi - mruknąłem.

Kojot rzucił smętne spojrzenie na zegar. Zawarczał ciche przekleństwo.

- Żeś, dziesiąta. Długo nie przychodzi.

- Ostrzegałem - wtrąciłem, wycierając szklankę.- Czasem przyjdzie, czasem zajdzie gdzie indziej.

- Zajrzymy i tam.- Kojot nasunął kołnierz płaszcza.- Będziemy szli.

- Może jeszcze posiedzimy - wtrącił osioł.

- Morda, szczeniak. Idziemy. A ty - pokazał na mnie - uważaj. Jutro wrócimy. I módl się, by Stempka przyszedł.

Wyszli jak przyszli. Kojot pierwszy, Osioł posłusznie za jego plecami. Żal młodego. Choroba, że też ze świeżej gliny ,,familie" lepią takie skałki. Wyrobią gniew, dają zadanie. Oczekują skuteczności. Z kojotem to przesadzili. Może taki się urodził. Współczuję rodzince.

Nic to, nie moje kłopoty. Klienci czekali. Przybywali, ubywali, zostawali. Różnie. Odejście kosiarzy, szczególnie chama, przywróciło interesowi spokoju. Odetchnąłem i zakasałem rękawy. Erica weszła w radosny ton. Rozpromieniła twarzyczkę, głos i poczęła rozbawiać adoratorów. Zebrała ich niemało - czterech złotych koleżków. Dobrała sobie do pomocy ze dwie dziunie - łanię i łasiczkę. Młode i nieśmiałe ptaszyny pełne niewinności przeszły pod jej opiekuńcze skrzydełka.

Niedługo potem, blisko wpół do jedenastej, przyszedł ciekawy gość - kojot podobny do tamtego dzikusa. Jakby wyszedł z lustra, tyle że nosił znoszony prochowiec. Pysk ten sam, troszkę inny, nie inaczej wyraz. Zwyczajne, zatroskane, pełne pokory. Mam pamięć do twarzy. Przykuł nawet uwagę Erici. Wymieniła ze mną spojrzenia i wróciła do swoich obowiązków, nie przestając obserwować tego nowego czy też starego gościa.

Otarł rękawem spocone czoło i rozejrzał się rozbieganym wzrokiem. Strachliwy. Mało prawdopodobne, ze kapuś. Zbyt widoczny.

- Jednego - rzucił zdyszany.- Dzień taki... zwierzakowi flaki wyprują.

Podałem z pewnym wahaniem. Wypił jednym tchem. Zaryzykowałem i podałem następnego.

- Na mój koszt.

- Dzięki.- Wypił, łapczywie, aż ściekało mu po gardle i ubraniu.- Widziałeś kiedy, żeby żelastwo rozbiło komu łeb.

- Ze słyszenia. A ty?

- Dzisiaj. Matko Przenajświętsza, wyglądał jakby się podłożył. Rozmawiasz z gościem minute przed, nie zdając sobie sprawy, że to ostatnia rozmowa. W fabryce, gdzie robię, mamy pełno miejsce, gdzie trza trzymać oczy dookoła głowy. Łatwo o wypadek... Ale on podłożył głowę. Tak wyglądało... Widzi, sztaba się urywa... i-i biegnie wprost pod nią. Na amen rozłupało mu czaszkę.- Spojrzał w szklankę.- Biedny Vladek.

- Vladek Stempka, racja?

- Znałeś?- Podniósł wzrok. Dobrze mu z oczu patrzyło.

-Ktoś się tam dziś pytał o niego.- Dolałem kojotowi.- Ssak czy inny pies. Będzie trochę zawiedziony, kiedy usłyszy, że nie pogadają.- Polałem mu i dostawiłem szklankę dla siebie.- Niech się wiedzie nam, pechowcom...




 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.