Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Diablica XI  
Autor: trajt
Opublikowano: 2017/5/18
Przeczytano: 192 raz(y)
Rozmiar 13.36 KB
0

(+0|-0)
 

Dojeżdżając, przeczuwam w kościach nadchodzące wyjaśnienie. Znalazłem myszona, a przynajmniej adres. Posiedzę, zagadam, zaczekam. Nadarzy się okazja zacisnę mu gardło. Uduszę na pół gwizdka. Gorąco w to wierzę. Z wiarą w cuda nie miewałem kłopotu. Wierzę w spływającą z nieba pańską łaskę. Uśmiech losu. Podzięka za czynione dobro. W oczekiwaniu na taksówkę ustąpiłem speszonemu staruszkowi. I proszę, przyjechał drugi kurs. Chwalmy Pana. Stąd utarczki z Terence'm. Twardo stąpa po ziemi. Kuty, z dyplomem uniwerku. Płaci za własne rachunki. Swój pech trzyma pod nożem.

Rozczarowałem się. Kuźwa, żaden dom opieki, raczej pałac. Ośrodek wybudowany na miarę obszernego portfela z gadziej skóry. Zdjęta żywemu, tak najlepiej schodzi. (Terence potwierdził istnienia takich pamiątek w Meksyku). Czystość kole w oczy. Elegancko, na poziomie. Atmosferka zadumy. Cichy zakątek. Miejsce odosobnienia dla długodystansowców tuż – tuż
kończących na starcie. Odstawić i czekać. Stwierdzenie ,,szklarnia pełna usychających kwiatów” zanadto pasuje do wielu lokali.
Znam poniektóre. Z opowieści. Z doświadczenia. Cena jest jaka jest, przypomina o nadchodzącym terminie. Inaczej balast wróci do domu męczyć krewniaków.

,,Czuj duch! Inspekcja! Rączki na wierzch! Opuść szablę! Uprzątnij zachcianki i przybierz uśmiech niewinnego dzieciątka!”, krzyczę w myślach, wspominając kamasze. Raz-dwa zeskakiwaliśmy z wyr na baczność.

Przed przekroczeniem progu zapala się rozterka. Jestem nieprzygotowany. Brak planu, koła ratunkowego. Zero pomysłów. Wejdę i zagadam o Torrino? Jasne, uczynni pracownicy ukłonią się i grzecznie poprowadzą pod pachę do pokoju. Nawet wezmą rzeczy do szatni. Zrobią herbatkę. Poplotkują.

Najpierw poproszą o wyjście.

Obsługa ośrodka tej klasy sprawdzi powód najścia. Inaczej ze szpitalem ,,szanownego” wuja. Wsadzają każdego. Stary, młody, liczy się pozbycie balastu. Zatrute ciasto, kwiatki z pszczółką, strzykawka mocniejszego towaru, przeterminowane leki. Dla rodzica. Nażył się. Utrzymanie kosztuje. Odwiedziny się odrobiło. Inna liga. Tutaj posadzą starego w złotą klatkę, przytrzymają. Rozczulona pokazówką rodzinka rozdmucha plotki o czułej opiece. Że umarł, wiadomo, nadszedł jego czas. Odcięliśmy balast. Cieszmy się.

W recepcji waruje starszawa kocica pochylona nad pismem. Rude futerko gdzieniegdzie zdążyło dostać szarości, niedbale skrytą farbą do futra. Prawdę mówiąc, miała czym zaimponować. Szminka, makijaż, radosna twarz. Nie wyjdzie w tym życiu, to w którymś na pewno. Ma plus minus osiem szans. Wymagają tylko roztropności.

- Dzień dobry. Przyszedłem w odwiedziny do pana Torrino.

Recepcjonistka podnosi wzrok. Młode oczy wypełnione wigorem.

- Nazywa się pan Herman Hechixos?- pyta.

Oho, coś się święci. Przytakuję. Wszczęcie bitki oznacza wezwanie policji.

- Pan Torrino oczekuje pana. Proszę za mną.

Gładko poszło. Oby nie zapeszyć.

- Pan Torrino nie miewa aż tylu gości co inni pensjonariusze – opowiada, kiedy idziemy korytarzem.- Jest starym i poczciwym zwierzęciem. Potrzeba mu towarzystwa. Wie pan, koleżanka pracuje w jednym szpitalu psychiatrycznym. Także tam rzadko kto odwiedza pensjonariuszy.- Kręci głową.- Niesłychane, jak można tak traktować drugie zwierzę? Każdy potrzebuje odrobinę miłości.

Odrobina miłości. Miazga. Brzmienie wyjęte z tanich romansideł. Aż mnie mdli. W kolejce po ową odrobinę braknie końca. Tkwię przy ostatnich numerkach. Szaraczek. Zastępuję wuja. Jeśli u niego pozostała cząstka rozumu, toczy ze mnie dowcip. Ha, ha, ha, tra-la-la, nogi do góry, przeklęty gówniarz wykona zadanie. (Zaciskam pięści). Daj odetchnąć, stary skurwielu. Jesteś zgnilizną przeszłości, pokrytą ścierwem pajęczyn. Niczym więcej. Odwaliłeś kitę i postawiłeś na rodzinie krzyżyk. Zdechnij wreszcie.

- Skąd pan zna pana Torrino?- pyta znienacka pielęgniarka.

- Spotkanie na poduchach. Rozmowy, wymiana poglądów.

- Oh, prawdziwy z niego gawędziarz. Umie doprawić każdą opowieść szczyptą dowcipu. Mówił panu, że urodził się w Paryżu.

- Napomknął.

- Nie wierzyłam mu, ale charakterem wskazuje iście francuskie wychowanie. Dżentelmeński, elokwentny i pełen dowcipu.

- Ktoś musi być na posterunku gigolaka.

Kocica miauczy wesoło. Dźwięk drażni uszy. Dziwne, napotykam same pielęgniarki o gołębim sercu. Zawód wymaga.
Napotykają (nieraz) tyle niewdzięcznych jęczydusz. Szkoda gadać.

- Żart całkiem w jego stylu.

***

Recepcjonistka puka i wstawia głowę do środka.

- Ma pan gości, panie Torrino. O, czemu jeszcze nie wstaliśmy? Nieładnie wylegiwać się do późna. Gość czeka.

Gość? Wypraszam sobie. Jestem wnerwionym wystawcą rachunku. Lichwiarzem. Wierzycielem.

- Bardzo przepraszam – odzywa się ze środka niezapomniany głosik z księgarni i auta. Trafiłem w dziesiątkę.- Już wstaję. Kto przyszedł?

- Pan Hechixos. Podobno był pan z nim umówiony.

- A, proszę wpuścić. Długo na niego czekałem.

Wchodzę. Pokój urządzono, że się wyrażę, po burżujsku. (,Dobrane” znajomości, dopłacał, względnie rodzinka ma nierówno pod czaszką i przesyła grubsze czeki ). Odpowiednia wielkość czterech ścian, nie widać krzywizn, proste kąty, duże okna z prawej z widokiem na park. Po ścianach porozwieszano obrazy. Oczekiwałem zbyt wiele. W mig, jak przypuszczam, pozdejmował zdjęcia ,,upolowanych” dziewcząt, fotografie kuszących pozycji, użytych i niewypróbowanych, okładki ,,gorętszych” magazynów. Blisko drzwi, po lewej, szafa na ubrania. Słomiany kapelutek przesłania klamkę od wewnątrz. Kolejny dowód. Radyjko warte rocznego dochodu. Same wiklinowe mebelki, odliczając rzeźbionego łóżko, na którym siedzi myszon w jasnym szlafroku. Popija filiżaneczkę herbatki.

- Zapraszam.- Odkłada filiżaneczkę.- Proszę siadać. (Zajmuję wiklinowe krzesełko naprzeciw niego). Czym zasłużyłem na ten zaszczyt?

- Mam kilka pytań.

Szczerzy pod wąsikami ząbki, porcelanki, i bierze drobny łyczek stojącego na szafeczce buteleczki. Usta wyciera rękawem.

- Treść nie musi być ciekawa, znaczeniu już tak.

- Te są ciekawe.- Nachylam się do przodu.- Kim ty właściwie jesteś, dziadygo?

Opłaciło się walić prosto z mostu. Myszon rozszerza uśmiech i znienacka odwiązuje pasek szlafroka. Pod spód założył pidżamę.

- Oczekuje pan wyjaśnień? Jestem czysty. Niczym niedzielny poranek.

- Oczekuję pieniędzy za straty moralne i fizyczne.– Odpowiadam uśmiechnięty, prędzej strzeliłbym w mordę. Mocno zaciśniętą pięścią. Z dodatkiem kastetu.

- Ho, ho, ho, pieniędzy. Patrzcie go, pieniędzy chce i jeszcze grozi.- Rozkłada ręce. Wypielęgnowane, wyszczotkowane. Pazurki naostrzone.- Złego co zrobiłem?

- Udawanie Francuza to ciężki kawał przestępstwa.

- Wypraszam sobie. Porwanie, wymuszenia to nisza dla artysty, jakim jestem. Bardziej podchodzą mi ucieczki i wszelkie możliwości uratowania futra. Sznur, pistolety wyskrobane z mydła, przebieranki.

- Ucieczka jest sztuką?- pytam.

- Nie w kwestii prawnej... W istocie samo danie dyla pozwala poznać wszystkie osiem stron świata.

- Nie cztery?

- Wolę szerszy kąt widzenia. Widzę wszystko, co potrzebuję i wszystko, co potrzebuje mnie, widzi mój ogon.
Wyciągam paczkę cameli. Wierzch zdobi wizerunek piramid. Wielbłąda diabli wiedzą gdzie poniosło.

- Papierosa?

- Grzech odmówić – mówi.

Przypalam zapalniczką ze smoczą lisiczką. Dziad to dostrzega. Uradowany cmoka, komentując:

- U, oryginalny artyzm.- Wypuszcza dymek.- Wszystkie dobrocie ssaków i gadów połączone w jedność.

- Takie tam kupiony dawno. Rarytas.

Dalsza rozmowa jakoś nie idzie. Słowa się nie kleją. Mieszają. Ja be, on me, stoimy z tematem. Często ziewałem. Klimat nabrał nudy.

- Może przejdziemy w bardziej ruchliwe miejsce?- proponuję.

- O, słuszna myśl.

Myszon wyjmuje z szafy elegancką marynarę, wypraną i wyprasowaną, do tego spodnie. Całą grację rozłożył równiutko na pościeli. Majtki, bawełniane skarpetki, muszka. Korzysta z dobroci miejsca. Pralnia, ciepłe posiłki, opieka, pielęgniarki do pomocy. Rzecz jasna obiera te młodsze. Bardziej żywotne. Krótko – korzyści.

Gdy zdejmuje koszulę, mówi ze śmiechem:

- Proszę się odwrócić, chyba że lubi pan takie widoki.

Odwracam się. Chłodne powietrze niesie mysi rechot. Śmiej się, szczurze, śmiej. Twój rejon, twoje zasady. Pozwalasz sobie. Możesz. Jesteś u siebie. Będziemy poza szpitalem, poczujesz. Jeśli trzeba, użyję pięści. Ciche tortury. Łokieć pod bródkę, ręka pociągnie za krawat i spytam. Wyśpiewasz. Metoda sprawdzona na Niemcach. W tych przypadkach pomagał Terence. Lufę trzymał blisko główki. Cała sztuka polega na pustym magazynku. Ojć, z nerwów palec zadrży.

Krótka scenka – kojot i jeleń przyciskają owczarka, w jego mniemaniu, czystej, germańskiej rasy. I ten syn rasy panów zasmradza spodnie, kiedy jeleń pociąga za cyngiel. BANG! Psiarz szczeniackim głosikiem ryczy o litość. Ma dwadzieścia kilka lat, przed trzydziestką. A wyje, jakby dopiero ukończył piąty roczek. Błaga o litość. Wysłuchałby tej prośby po zamianie roli? Grzecznie się nim zajęli. Papieros w pysk, rączki w górę, i do dowództwa kompani.

Walka rządzi się swoimi prawami. Rozwali postrzeganie dotychczasowego świata. Albo my albo oni. Albo ja albo on. Ktoś podniesie leżący przy drodze kamień jako pierwszy. Pechowca znajdziemy z rozbitą czaszką, wykręconymi łapami, z twarzą zastygłą w szoku. Ostatnie słowa: ,,Żartujesz?”, względnie ,,Za co?”. Za niewinność.

- Nie podobam się panu?- słyszę. Cholera, straciłem widok. Myszon prawdopodobnie wiąże supeł. Ma materiały – gatki, skarpetki. Więzienna metoda. Dobra tam, dobra i tu. Prosty plan. Raptem padnie: ,,Gotowe?”, i wtedy na mojej szyi będzie zawiązany ,,krawat”. Drugi tego dnia. I ostatni.

Przezornie patrzę za plecy. Wpadka. Akurat naciąga gatki. Zdążyłem, niestety, zobaczyć jego ptaszka. Frajerstwo. Zdegustowany zasłaniam twarz.

- Proszę się nie krępować, ha, ha. Jak pan woli...

Wariatom i starcom jego rodzaju najlepiej w tym cholernym świecie. Skradli dar wiecznej młodości i robią za bogów. Dziadek zaryzykował byciem ich odwrotnością. Nie winię go. Odważnie szedł przez życie. Odrzucał zawieruchy - pożyczki, grę na giełdzie, hazard, demonstracje, strajki. Uczciwe podejście. Odrzucić zaistniałe nieprzyjemności i nie przejmować się nadchodzącymi. Iść obraną drogą, okazjonalnie skręcić. Do zejścia wolał być ciut półgłówkiem.

Głupio zjeżdżać po dziadku. Ale wskazał sposobność. Odrobina szaleństwa, kontrolowanego, i trzymasz szczęśliwy los z wypisanymi numerami. Miłość. Praca. Życie. Taki był, tak umarł. Zagrał na nosie ,,zdrowym” obywatelom Miasta. Nieświadomie też rodzinie. Głupio sprzedał futro. Tanio.

Wybacz, dziadek. Zmienię płytę.

- Gotowy?- pytam.

- Owszem.

Chwyta mnie za ramię. Zaciskam pięć. O rzesz... nie wytrzymasz minuty bez głupstw.

- Przepraszam za tamte uwagi – mówi.- Comment dirais-je? [z fran. Jakby to powiedzieć] Pederastia to bezwstydna słabość zagubionych dusz. Dwóch samców splatanych ciałami, dotykających wzajemnie swoich... Brrr, obrzydliwość. Napawa mnie to odrazą. Ma jednak znaczące plusy. Pozostawia prawdziwym mężczyznom więcej partnerek do wyboru.

- Te tematy pozostawmy na później. To kiepskie miejsce na takie rozmowy.

Korytarze żegnają nas ciszą. Zadziwia mnie ten ośrodek. Ochrona i personel wyparowały, urządzając lokatorom porę leżakowania i gier. Czymś starszych trzeba zająć, zanim uderzą w kalendarz. Została ostatnia przeszkoda. Recepcjonistka, znowu stara kocica, udawała ślepą, ale nie głuchą. (Zdradziły nas kroki). Posłała całusa: ,,Do widzenia, panom”. ,,Doniesie?”, spytałem. ,,Na pocieszyciela?”, Myszon wesoło postukał laseczką o podłogę. Czyli lubimy się dzielić posiadanym temperamentem. Potwierdził: ,,W domu ma niewiele miłości. Niekiedy miewa wieczorny obchód. Przyjdzie, pogadamy i skorzystamy, he, he, he. Oh, żebyś, przyjacielu, słyszał jej szlochy nad mętnością życia. Ta sucha wierzba usycha. Złapał kotek myszkę, to się nią bawi. He, he, he”. Zboczeńcy. Kto ich tam wie, czy robią z nudów, czy z przyjemności. W główce rozum wypadł z zawiasów.

- Sugestie?- pyta myszon po wyjściu.

- Pijesz, gryzoń?

- W rzeczy samej!

- To płacisz za transport i szkło. Ja wybieram lokal.


 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.