Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Diablica XIV (+16)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2017/5/18
Przeczytano: 169 raz(y)
Rozmiar 22.09 KB
0

(+0|-0)
 

Dalszą rozmowę opijaliśmy ze smoczycą. Nakręcała nas. Zasmakowała w większości przyniesionej butelki. Miała spust. (Fach ją nauczył). Byliśmy hałaśliwymi rozbitkami na oceanie milczących pijaków. Dwa walety i królowa, gotowe pójść w remika. Wcześnie wrosłem z kapsli.

Dochodzi kolejna półlitrówka. Po zmywaku odczuwam chrapkę podrażnioną mdłymi oparami. Stawia Wally. Ma powód, oświadcza dumnie i spuszcza wzrok do szklanki. Tłumaczy, że to on podsunął skunksicę. Wstępniak rozwiązał mu język. Uczciwy choć raz. Czuł się winnym. Tupet! Odgrywał komedię, udając tragicznego smutasa. Liczył na zmiękczenie smoczki.

- Skądeś wytrzasnął tę babę?- pytam.

- Przyszła spłakana do biura. Smutny widoczek. Plącząca panienka rozkosznych obyczajów każdemu rozklei serce. Prosiła o pomoc, błagała. Nikogo odpowiedniego pod nią nie znalazłem. To sprawa poza nawiasem CO. Prostytucja, narkotyki, nie nasze rewiry. Dałem ci zarobić. Masz do mnie żal?

- Podesłałeś zgrabną aktoreczkę. Ty odesłałeś płaczkę, ja dostałem erotomankę. Napaliła się na mnie, proponowała zabawę. Nawet przylazła do domu, zajęła materac i udawała lądowisko.

- Znam takie.- Smoczka sadowi się wygodniej.- Zgrywają uległe i dossstępne, potem ssstają sssię diablicami i wykorzysstują biedaka. Wyrzucają w kąt ssssszmacianą lalę. Znajdą nową. Jesssst ich na pęczki. Kojocie, ssssłyszałessss aby kiedysssssss, że kobieta zgwałciła mężczyznę?

Polewam jej. Zasłużyła.

- Pewnie. Czasem oddaję uzdę swojej dziewczynę.

- Isstny dżentelmen.- Odwraca twarzyczkę do Wally'ego.- Sssssszkoda, że nie jessssstesssss futrzakiem.

Po usłyszeniu ,,pochwały” cmokam na smoczkę. Odpowiedziała gniewnym syknięciem. Zuch kobitka. Wally'ego czeka noc pełna bolączki. Lekkomyślnie zaprosił brzytwę. Frajer. Szykuj ostrzałkę, gadzie. Ptaszek uwiędnie, CIACH! , obetniemy dzióbek. Chory z samotności czytałem sprośne, na wpół wyssane skądś historyjki o zazdrośnicach. Pałające zemstą chwytały co popadnie. Mściły się. Istnieją cizie, dzięki którym zamiast pazurków odczujesz na plecach scyzoryk. Smoczka popali chęci, serce, mieszkanie, hę. Da mu popalić. Zemsta za brak uczuć. Zdrowie jaszczurka.

Unoszę szklankę. Przypuszczam, że nie ostatnią dzisiejszego dnia.

- Zdrówko Eli – mówię.

Wally ochoczo podchwycił słówka. Smoczyca po jego całusie syczy, aż dymek leci z noseczka.

- Daj ssssspokój, szczurze. Poczekaj do wieczora.

- Za długo – mówi Wally.- Minęło południe.

Smoczka wystawia na stolik nóżki. Śliczna parka, do pogłaskania i kochania.

- Ssspiesszysz sssię, nie dotkniessssz.

- Powiedziała ci – mówię pociesznie.

Smoczyca nie odrywa oczu od Wally'ego.

- Naprawdę ssssszkoda, że nie jessssstessss futrzakiem. Miałbyssss cossss więcej od dobrych chęci.

***

Do mieszkania wróciłem nieco skacowany. Nieco ponad normę. Zdołałem otworzyć drzwi. (Refleks pomaga wsadzić kluczyk do dziurki, hę). Wally, parszywy łuszczaku, zapłacisz za dostarczenie klientki i kaca. Dwa grzeszki. Stawianym napitkiem nie spłacisz należności. Dwa kiełki i kończymy sprawę. Uznam też złamany palec. Mam szeroki cennik.

Koło fortuny wykonało obrót i zrzuciło w paszczę pecha. Pod wóz, wprost między pędząca koła. Brakuje planu. Wrócę do raju złotych staruszków i ponownie wdam się w rozmowę o schorowanym pojęciu miłości. Błądzę po przerobionych powtórkach. Myszon zdąży się wymeldować lub wywinie świństwo w stylu tamtej przejażdżki. Kuternoga pogrzany, naśle kupionych łapsów. Zrobił tak, zrobi i drugi raz. Użyłby ,,ferajny” przeciw skrzydlatej dziwce. (Mhm, pięknie powiedziane). Boi się jej. Ucieka i kryje się w domu starców. Mamy ciąg zdarzeń. Ale gdzie motyw?

Znam zachcianki obydwojga. Posłuchałem, podpatrzyłem. Ugrzeczniony elegancik o ,,wytrenowanym” języku i niewyżyta pannica łaknąca sprośnych uciech. Dwie przeciwne strony. Pośrodku nich stoję ja. Kiepska pozycja do utrzymania. W którą nie pójdę, któreś rozerwie mi plecy.

Po wszystkim, żywię nadzieję, że dożyję, opowiem Terence'owi, co go ominęło. Jeleń nie uwierzy, w Meksyku takie rzeczy są codziennością. Dzika kraina zapomnianych poszukiwaczy przygód. Konkwistadorzy, gringo, kowboje, watażkowie. Kapryśni, gnuśni, odważni. Terence, szalony rogaczu, wezbrała w tobie złość. Wina nadętego szopka.

Ktoś puka. Pan Iwakashi przesadził z produkcją sake i szuka, gdzie posiać z kilka litrów. (Smak wyśmienity. Przepala senność). Źońcia wprowadziła biedakowi prohibicję. Cóż, małżeństwo. Póki śmierć nie rozłączy...

- Wpadłam. Cieszysz się?- pyta znienacka White, stojąc w progu. Jeszcze jej brakowało do łamigłówki. Znaczy, wróć! Właśnie jej najbardziej brakowało w całej tej łamigłówce. Tęsknię za jej uśmiechem, głosem, twarzyczką. Kształtami, paskami. Czernią i bielą. Ogólnie tęsknię. Ona także, przyszła stęskniona. Dobrała nie liche wdzianko. Opadający do bucików długi płaszczyk okrywa ją całą.

- Akurat chciałem zadzwonić. Wiało nudą.

White siada na materacyku. (Łóżeczko pozostawiłem niepościelone. U, chamstwo). Zwinnie się rozłożyła. Zrzuciła buciki, kopyta skrzyżowała frywolnie, jak mawiał na te ruchy kabaretek dziadek. Pociągnę za nie, przyciągnę całą White. O tak, o tak, przyciągnąć bliżej i mieć ułamek uciech.

- Ostatnio rozmawiałam z Florance.- Stuka kopytkami. Słodkie, aż chcę pochwycić pędzelek ogonka i zabrać się za zebrę. Poczekam.

- Z Florance? O mnie?- pytam, kryjąc zniesmaczenie.

White kiwa twierdząco. Kobiety. Któraś wygada ploteczkę i szajs wchodzi pod pazur. Trudniej wyciągnąć jak wbijać. Co zrobić, trzymam nerwy i nie daję tego po sobie poznać. Nie przy White.

- Żadna rewelacja. Jestem w centrum zainteresowania. Czuję się jak poczciwy Boghart

- Opowiadała mi o skunksiczce.- Oho, kicia zdradziła. Zazdrośnica. Mści się.- Hech, czy ty i ona?... Czy wy dwoje ze sobą?...

- Gadała o tamtej?- Siadam przy niej.- Ty ją, ona ciebie, ty mnie, ja ciebie. Wszystko pozostaje w rodzinie.

- Traktujesz to zbyt pochopnie.– Zabrzmiała, jakby miała zapłakać.

- Czemu nie mam tego tak traktować? Byłyście razem, kochałyście się. Nazwijmy rzeczy po imieniu: Byłyście kochankami. Nadal ją kochasz, okay. Chcesz do niej wracać, droga wolna. Nie zatrzymuję. W razie kłopotów pomogę.

Zebrza dłoń ląduje na moim kolanie.

- Hech, proszę...

Dzwoni telefon. Nieznajomy wyczuł moment. Niech przy tym znajdzie powód. Każdy może być dobry, byle nie przesadzony. Oferty sprzedaży na starcie mają przekichane. Atlasy. Encyklopedie. Kupi pan?! Promocja! Dwa w jednym! Cuda, cudeńka! Frajerstwo i nabicie w butelkę! O telefonicznych kaznodziejach nie wspomnę. Tłuką cherlawe tekściki o zbawieniu. Wpłać dziesiątkę na podane konto. Zyskasz miejsce w niebie. Świętoszkowaci szarlatani. Piekło zamarznie, zapłacę.

- Słucham?

- Miałbyś, pieseczku, ochotę na spotkanie?- Skunksiczka. Zło wcielone. Diablica. White w mieszkaniu, ja na skraju załamki, a pinda dzwoni. ,,Zapoznać obie?” - przemyka w głowie obłęd. Przednia zabawa, kuźwa. Istny balans nad polem minowym. Oj, zamęczysz siebie i kochaną zebrę, draniu.-...Leżę czyściutka na atłasowej pościelce... Świeżutka po kąpieli. Futerko mam świeże, sutki naprężone i czekam jedynie na ciebie...

Rach-ciach, odkładam słuchawkę. Niech suka ma złość. ,,Cham” się rozłączył. Ależ tragedia. Następna duszyczka dozna wstrząsu. Zyskałem odrobinę prywatności. I gra gitara.

- To ona? Dzwoniła?- pyta White. Unik mnie zdradził.- Mogłeś ją podać.

Telefon znowu odzywa się niepytany. Nie, nie , nie tym razem.

- Nie przyszłaś do niej.

- Właściwie to dla ciebie – mówi z uśmiechem.

Odwzajemniam się tym samym.

White ściąga płaszczyk. Wiedziała, co założyć. Absolutne nic. Pod materiałem kryła nagą siebie. Przesadzam, złożyła pończoszkę i paseczek. Urocze. Odczytuję to jako sygnał startu. Zdejmuję ciuchy. Wpierw koszula. Podniecony odpinam niedbale guziki, omijając poniektóre. (White zajmie się nimi). Spodnie rzucam w kąt. Znajdę, spokojnie.

White zakłada mi rączki za szyję. Głupiutka, gnieciesz piersi. Daj ,,maleństwom” odpocząć. Dojrzały do bycia uwielbianymi. ,Wygodnie?”, szepcze zebra. ,,Wolałbym u ciebie”, odpowiadam. ,,Kiedy indziej”. Zabieram się za grzywkę. Rozpuszczone włosy zwinnie zlewają się z palcami. To lubię...

Mijały godziny. (Telefon zdążył przycichnąć). Odrzucaliśmy wrażenia na rzecz słówek i dotyku. Główne na dotyk. Macanko, słówka, nic więcej. Gdzieś uleciały chęci na więcej. Zniknął obłąkańczy duch seksu, tak mu zeszło. Zwietrzył nudności purytańskich wartości. Ruszył pod inne drzwi. Rozwiązłe.

...Moja kochana, moja słodka zebra. Pieszczoszki przedłużyły jej wizytę. Przyszła czwarta, piąta popołudniu. Pachniała cudownie, drażniła mnie swoim zapachem. Przyznaj się, miła, zużyłaś niemało kosmetyków, drogich. Doceniam, jakoś. Wystarczyłoby samo przyjście. Ty, tylko Ty. Mogłaś założyć coś pod spód płaszczyka. Cokolwiek, sukienkę, koszulę, jakiekolwiek wdzianko. Nie ma lekko, zdrówko masz jedno. Podobnie życie.

Obiad, którego za często nie jadam, jakoś przeszedł koło nosa. Żadna tragedia. Przeżyję.

- Powiedź szczerze, wróciłabyś do Florance?- pytam.

- Niby czemu?

- Prawna dyplomówka, zadbana, pracuje. Stały dochód, praca w urzędzie. Z nią miałaś lepiej.

White podnosi główkę, gładzi grzywkę.

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

- Bądź szczera, tęsknisz za nią?

Krzyżuje ręce, wypina piersi. Próbowała zmienić temat. Zwlekała.

- Mówiłam, obydwoje jesteście dla mnie ważni.

- Wtedy wybrałaś mnie - zauważam.

- Teraz mamy inną sytuację?...

- A chodże tu!- Chwytam znienacka White i tulę do siebie. Przyszła chrapka zebrać ochoty w garść i wypełnić pustkę. Nieźle nastraszyłem zebrę.

- Hech!... Co ty?!... Oszalałeś?!

Po chwili rozumie. Kochamy się wpatrzeni w siebie. Kochamy, mało powiedziane. Nadal nie przechodzimy z dotyku.
Przedwcześnie odtrąbiłem przyjście apetytu.

- Czyje teraz na wierzchu?- pyta.

Ustępuję. Bliskość zebrzego ciepełka przywołuje wspomnienie pierwszej nocy. Zaczęło się od chama. Po powrocie do Miasta marzyłem o znalezieniu dogodnej miejscówki. Nie myślałem o niczym innym. Dzielenie mieszkania z Terence'm nie wydawało się więc głupim pomysłem. Razem zostawiliśmy ogólny szajs, zwany Europą. Zresztą, Terence zaczynał pracę w Agencji. Pozbawiony kompleksów i pełen werwy zakasał rękawy. Ja zostałem z pracą na lodzie. Rozsądny ogon wróciłby, pamiętając o problemach. Obaj wróciliśmy z małymi zdobyczami, zaległymi żołdami. Wuj Sam wydał zapomogę i wykopał cześć. Podziękował za wsadzanie futra w cudze bagno.

Drobna uwaga - mieliśmy odmienne poglądy na znajome tematy. Tradycjonalista i miłośników samczyków. Bieguny. Miałem wyruchać przyjaciela, czy tam na odwrót, i być utrzymankiem?

,,Nie zamoczę z kimś, kogo uważam za kompana”, tłumaczył przypadkowe chapnięcie za mój tyłek. Tydzień leczył rozbity nos. Ostrzegałem. Słowa dotrzymałem.

Rogacz kwitł, zaliczył sporo udanych nocek, niektóre w towarzystwie Morrisa. Wcześniej łapał pojedyncze okazje, romansował. Góra tydzień, dwa. Szukał miłości wśród ,,swoich”. Marynarze, intelektualiście, studenci. Zawsze sprawdzał wiek. Młodzikowie denerwowali go pedalskim bytem.

Ja wolałem pospacerować po okolicy. Kuźwa, miałem zostać i patrzeć? Samcza parka gździ się, a ty, nieszczęsny kojocie, zasuwaj na ręcznym. Powodzenia. Frajerze. Sadź dupsko i ani mru – mru.

- Wtedy naprawdę nie miałeś nikogo bliskiego – szepcze White. Porusza rączkami, tuli się.

Kochana, gdzie byłbym, gdyby nie ty?

Piłem po ciemnych kątach i pod jasnymi lampkami barków czynnych do świtu. Przecierałem nowe szlaki, omijałem murzyńskie dzielnice i azjatyckie zakątki pełne ,,wystrojonych na wieczór” Filipińczyków. Nie wyciągaj pochopnych wniosków. Nie miałem nic przeciwko nim. Odczuwałem chęć cichego odprężenia. Wejdę do baru, okay, a tam pełno swojskich twarzy, obcych dla mnie. Z ich spojrzeń odgadniesz, ile dawali ci życia.

Narwańców znajdziesz w każdej nacji.

Ponury okres, chęci do szukania roboty nie byłem w stanie wykrzesać. Zerowe wykształcenie, marne oszczędności, żadnych znajomości, nikogo bliskiego. (O wuju lepiej zapomnieć). Zupełne nic. Zmywak, oto do czego mi blisko. Inne ścieżki - bileter, śmieciarz, niekiedy praca na budowie, bagażowy, woźny, cieć... gnat do wynajęcia. Mhm, warto popróbować. Miałem pięści, broń, zdobędę kontakty.

Terence po tygodniu pracy w Agencji wspominał o zwierzchniku, jaszczurze imieniem Wally. Ponoć równy ogon. Czasem wpadał, zaproszony. Rozgrywaliśmy czarną trójcę. Najczęściej czwartym, ale rzadko, zostawał szop (pedał) Morris. Upomniany przez jelenie zaniechał podrywów wobec mnie.

Z jaszczurem postępowałem inaczej. Dawałem mu wygrywać, a w zamian dostawałem uwagi:

- Przestrzegamy ustalonych zasad... Nie sssszarżuj, póki nie pozwolą... Dziewczynki, prosssszę bardzo, możesz brać, ale nie przesadzaj. Nie każda suka trzyma mordę na kłódkę. Wtedy musisz połamał twarzyczkę....Drobiazgi z nalotów możesz zatrzymać...

Mnogość nakazów, zakazów, pomysłowych interesów na boku gniotła czaszkę. Bolało. Między innymi dlatego wychodziłem. Daremna zabawa w poszukiwania utraconej dumy. Wielokrotnie zastawałem duchotę. Całe pokolenie wróciło zza oceanu. Po nic.

Miejscowi, którym upiekło się ze służbą, pozajmowało dziewczynki, siedziska. Sikoreczki polubiły szare eminencje, zdrowe i zdurniałe, przenoszące nowe umiejętności do starych zabaw. Interes interesem, ważne łatwa forsa leci szerokim strumieniem.
- Zjeżdżaj dziadek, woń z rewiru.- Jedno z zasłyszanych haseł szczeniackiej bezczelności. Podstaw nogę, przeciągnij
sprężynowca przed oczami. Ha, Ha, Ha, zabawne. Odważnie walić prosto z mostu, gdy koleżkowie za plecami. Przyjdą kłopoty, ruszą ogony ku drzwiom.

- Zgługłessss, pierdolcu?- padło pomocnicze syknięcie.- Kolega prossssił o usssstąpienie miejssssca.

Nieopierzone pisklęcia, pełne szaleństwa, wykopały niewiele starsze jastrzębie o podciętych skrzydłach. Radości, przyjemności, zbawienne rozwiązłości trafiły w zadziorne łapki. Złodziejskie. Nudzone chwytały przypadkowego biedaka za kark i wyrzucały za drzwi. Na nic kurtka ze znaczkiem US ARMY i zwisająca zeń blaszka honoru. Na nic blizna, pamiątka straconych lat. Won! Won! Won! Synkowie przedmieść przyszli do śródmieścia. Zabawa trwa – sia- la-la. Dasz im łom, załatwią niedokończoną sprawę Cudze ręce, obca zbrodnia. Poderżnięcia, podduszenia, włamania. Twarze aniołeczków, serca szatanów. Wszędzie się kręcili, szukając robótki. Sezonowi.

Gdy jej nie znajdywali, rozrabiali.

- W pizdu stąd wypierdziel!- rzucili pożegnalnie. Wie tam kto, czy nie wyrzucili weterana Pierwszej Światowej. Okopy, Wielki Kryzys, następna Światowa i w podzięce za bronienie kraju rozbita głowa, w łagodnym tonie drwiny. Nóż między żebrami. Za marne grosze. Nierzadko za ciuchy, buty. Dla hecy kompani.

Awantura wisiała w powietrzu. Omyłkowa iskra i szlag brał całą pulę. Ciekawe, przed wejściem leżał martwy gołąb. Rozpostarte skrzydła odsłaniały rozpruty brzuch. Poprzedni klient wrócił z zaświatów?

Po wywaleniu starych młodzi rozbijali się między sobą o byle gówno. Prezentowali przedszkolne humorki. Słówko uwagi i zgraja się zbiegnie przyłożyć. Małpiatki z zoo, gdzie chadzałem z Dziadkiem. Bandy szalonych istotek. Wołali, prosili żartem o sens. Dobry zwierzaczku, zapodaj dwa gorsze, albo srebrnego dolara. W podzięce dawali posiniaczą twarz. O, piąstka tu. Poprawimy z lewej. Robota wykonana.

I nagle...

- ….mnie zobaczyłeś – przerywa White.

...w kręgu powątpiewania zjawił się pasiasty cud. Za kontuarem przechadzała się zebra w przykrótkiej, przyciętej dla podkreślenia ramiączek, koszulce. Ogarniała zamówienia, wypisywała kredą na tablicy nowe ceny. Z wrażenia oczy same za nią szły. Kuźwa mać, piękna klaczka, pasiasta twarzyczka, godna spojrzenia. Mógłbym taką polubić na noc, może tydzień. Może i do śmierci.

Szybka myśl, zaproszę. Zobaczy się gdzie. Gorzką pustkę wypełniła osłoda. Traciłem nad sobą kontrolę. Compadre zaciekle wywiercał od spodu rozporek. Poklepałem go ukradkiem. Dawno się tak nie rumienił do dziewczyny. Podrapałem pysk. Latał dureń z karabinem, znosił podszczypywanie francuzeczek, głosiki przemądrzałych żabojadek. Tchórzliwe duszyczki. Przychodził obcy i rzucał forsą, wtedy nabierały serc.

- Podać coś więcej?- usłyszałem ją. Anielski głos, pełen ciepła i dobroci.

- Nie, nie, dzięki.

Czekałem, kilka niedopałków z popielniczki wystarczyło za towarzystwo. Chciałem dotrwać do końca dniówki zebry. Zebrałem się na odwagę i poprosiłem o sake. Nieświadomie, prawdopodobnie od błagania compadra, zmusiłem ją do sięgnięcia do wyższej półki, tym samym do pozowania. Wchodząc na stołek, pokazała opakowaną w nylon parkę pasiastych nóżek. Przytrzymywałem oczy przed mrugnięciem. Żal zmarnować widoczek.

Pięknotki podziałały piorunująco. Compadre ponowił plan ucieczki. Teraz nie żartował, pęczniał, skurkowaniec. ,,Ejże, pozwalasz sobie, Zacisnąłem nogi. Rano zjechaliśmy na ręcznym, nie marudź. Okazja wymaga”.

Czyhały kłopoty. Młodziki nie wytrzymali, przerwali ciuciubabkę. Gwizdali, warczeli. Bandyckie wychowanie, zabójcze zachowanie. Strzelił im pomysł zaciągnięcia klaczki. Niewinność podgrzewa chrapkę.

- Proszę – powiedziała zebra, podając butelkę .

Podziękowałem zapłatą powyżej ustalonej ceny. Odmówiłem przyjęcia reszty. Serduszko odwdzięczy się, czulej zabije i przyprowadzi w moje ramiona.

W radiu ogłosili wybicie północy. Fajrant. Miałem oczyszczone pole. Lokal opustoszał, zostały hałasujące pędraki. Dziewczynki wyszły, skuszone lepszym zarobkiem (i towarzystwem). Kurki nastroszyły piórka. Koguciki przedobrzyli z ochotami. Nic to, przeboleję. Hałasujcie, dzieci, na zdrowie. Kiedyś będziecie musieli zamknąć ryje. Przymuszą was.

Zebra wyczyściła tablicę, odstawiła brudne szklanki do okienka i przeczesała grzywkę przed lustrem barku. Każdą czynność wykonywała z wyczuciem doświadczonego karciarza. Pracowita, młoda. Naprawdę, ta klacz, ta zebra była mi przeznaczona.

- Zaczepiali mnie – przypomina White.

Młody gadek ze lśniącą tłuszczykiem peruczką odczuł chrapkę wykazania się. Przelazł nad barem i otwartą dłonią przystawił zebrze klapsa, bez podniesienia ogona. Ona nie pozostała dłużna. Dobrze wymierzony liść ustawił gada przy ladzie. Pięknie się zataczał, zagiął kolanka, przymknął oczka. Peruczka aż spadła z głowy. Założył ją z powrotem, wstał i pomasował obity policzek. Koleżki zarechotali. Oj, oj, oj, tracimy szacuneczek. Wstyd dostać od babki. Wykombinuje wyjście?

- Nie bądź, klaczko, taka narowisssta.- Wyciągnął łapska naprzód.- Pogmeramy, pokochamy-y-y....

,,Y” pociągnął dość długo. Pberwał ode mnie siedziskiem. Z ust poleciała mu krew, zabłysnął wybity ząbek. Jaszczur trzasnął o blat. Jęknął. Padł. Walnąłem krzesełkiem, nie rzuciłem, w kolejce czekała jeszcze obstawa. Przymierzali się do skoku. Było ich dwóch – wilczur i opos. Nakręcili odwagę, wyrabiając ,,tulipanki” z na wpół opróżnionych butelek.

Odpowiedziałem odsłonięciem kabury. Blefowałem, nie musieli wiedzieć o pustym bębenku. Broń zatrzymałem, nabojów już nie. Terence kombinował z przemytem z Agencji.

Gra głupiego. Bójka tuż - tuż i nikogo w kuchni? Przydałby się telefon po niebieskich. Lepiej nie, zapuszkują każdego w zasięgu kajdanek. Normę trzeba wyrabiać, nie patrzeć po dokumentach. Do suki. Przesłuchamy, damy areszt, kopa na rozpęd. Łapać kogo się dorwie.

- Zagramy w ruletę?

Chłopaczkowie zmądrzeli, ochłonęli nerwy, odrzucili ,,błyskotki”. Ustąpili. Wzięli kolegę i wyprowadzili. Na pożegnanie przyozdobili podłogę krwistym szlaczkiem. Gad nosił w sobie sporo gorącej krwi. Zgubiła go. Dał się zrobić, jak to młody. Ruszył tyłek, zabolała główka. Wymówka by odstawić naukę.

- Sorry za bałagan – powiedziałem

Zebra zdążyła się doprowadzić do porządku. Popatrzyła na mnie... Parka szalonych zwierzaków. Warto było zostawić jeleniowi wolną chatę. Zabawiał się, zabawię się i ja.

- Szalona noc – przerywa White. Przykuła moją uwagę przesunięciem dłoni bliżej Compadra.- Tego wieczora musieliśmy się spotkać w takich, a nie innych okolicznościach.

- Tego nie żałuję.

- Mam taką nadzieję....


 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.