Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: trajt - Los Animales Noire - Diablica XVI (zakończenie +18 M/F)  
Autor: trajt
Opublikowano: 2017/5/18
Przeczytano: 206 raz(y)
Rozmiar 12.08 KB
0

(+0|-0)
 
Jestem cieniem samego siebie. Nikim. Ruderą. Przeszedłem długą drogę. Na darmo.

...Bóg jeden wie, jakim zrządzeniem losu, względnie cudem, dotarłem pod drzwi White. Wpatruję się w nie, przemoczony, wyczekując nie wiadomo kogo. Jej? Florance? Leżą razem, wtulone... Wzajemnie pieszczą swe czułe miejsca. Wnikliwie, z adorowaniem drugiej strony. Są przed, w trakcie, już po. Skaczą po materacu, uradowane minioną perspektywą zbliżenia...
...Wyrzuć tę myśl! Zmień widok! White jest sama. Zapukaj, to się przekonasz. Podnoszę zaciśnięta pięść... Yhm, zakuło w piersi. Wstrzymuję się. Otworzy w przyjaznym uścisku z Florance. Powie: ,,Wybacz, dokonałam wyboru”. Kicia zaryczy pijackim śmiechem... Uspokój myśli!...

Kundli fuks nie przestał sprzyjać. Podczas ucieczki zbytnio nie kojarzyłem otoczenia. Z burdelu wyskoczyłem poparzony na ciele i zatruty w duchu. Odgłosy nadciągających syren policji wyrwały do biegu. Chrzanić krzyki wystraszonych cywili, ,,szacownych obywateli” umykających przed plotkami. (Gazety jak nic będą miały tematów a tematów do obsmarowania). Zgrzybiały odźwierny przepadł. Nawiał, przeczuwając co mu pisane, gdy zostanie. Dorwą go Burdele, jakkolwiek się nazywają i gdziekolwiek stoją, mają odpowiedzialną dyrekcję. Nie zapomną podziękować za zepsucie renomy. Krzyżyk ci w oko, frajerze. Zapracowałeś wykręceniem ostatniego numerku.

Szedłem przed siebie, wlokąc nogę za nogą. Ciągnąłem ogon. Szedłem wolnym krokiem umarłego za życia. Szedłem naprzód. Naprzód! Naprzód! Gra zmór i hałasów tłumiła zdrowy rozsądek. Utonął. Ulica, chodnik, świetliste witryny sklepów przybierały ułudne kształty. Obrazy wychodziły naprzeciw oczu, wzajemnie się zlewając, dźwięki drażniły uszy, smugi deszczu biły po spoconej twarzy….

Nie śniłem, przeżywałem koszmar. Postanowiłem z nim walczyć. Wziąć prysznic. Ogolić się. Założyć czyste, nie skażone plugastwem rzeczy.

W gardle wyczuwałem narastającą suchość. Przełknąłem ślinę, niewiele pomogła. Gdybym padł, omijano by mnie szerokim łukiem. Upiorne szeregi mają inne podniety. Martwi za życia, odrzucą umierającego. Pół żywego. Oto śmierć. Dzwoń żałoby pocznie grzmieć.... Zabłysnął piorun. Nie przeraził, oświetlił drogę. Na moment wróciła mi równowaga.

Niewiele lepiej było ze mną fizycznie. Każdy ruch wywijał mięśnie na drugą stronę, odrywał je od kości, kosteczki. Czułem się gorzej niż w burdelu. Tam jako tako chodziłem, mogłem. Po zwianiu stamtąd życie ulatywało ze mnie kawałek po kawałeczku. Krew buzowała w najdalszych zakątkach ciała. Zdychałem. Z własnej winy.

Do pełnej śmierci brakowało pościgu. Wróciła złośliwość. Szalonego wozu wyskakującego zza rogu i zmierzającego wprost na mnie. Koła wgniatają w beton moje ścierwo, rozmywają je wzdłuż całej drogi. Tajemniczy kierowca - widmo wykona wyrok. Błagam o niego. Co gorsze, nawet gdybym wiedział, że nadjeżdża, pozwoliłbym mu jechać przed siebie. Nie odwrócę wzroku, nie krzyknę. Dam mu pogruchotać kości, zmiażdżyć kończyny, przewalcować ciało po mokrym asfalcie. Dam szansę wykazania się sprawiedliwością.

Momentami przystawałem. ,,Spokój, mówiłem sobie. Było minęło”. Potrzebowałem chwilki na zaczerpniecie oddechu. Otoczenie nie pozwalało. Zewsząd padały trąbienia kierowców, wyzwiska, wycelowane strzały - ,,Dokąd, kuźwa!”, ,,Oczy ma, a nie widzi świateł, debil!”... ,,Dzwonić! Niech go zabiorą!...” . W mojej głowie panoszył się mętlik. Plątanina słów, brakowało odpowiedzi. Biała plama zamiast mózgu. Gąbka. Chwilami ,,Gdzie byłem?” mieszało się z ,,Kim byłem?”. Zapominałem. Wspomnienia powracały z bólem. Nadchodził pojedynczymi falami.

...Jest i udział Poety. Znalazł się bohater ostatniej szansy. Podniecał się cudzym cierpieniem. Czerpał całymi garściami. Na zmywaku zagubiony przyjemniaczek, w eleganckim burdelu zwariowany awanturnik znikąd. Cicha woda, czasem hałaśliwa, brzegi rwie. Porwał skunksicę. Mnie wyrzucił. Znalazł adres w w czyśćcu.

Dochodziłem do kamienicy White. Widok frontowych drzwi otwartych na oścież zapełnił pustkę. Oto odnalazłem wyjątkowe miejsce, gdzie zostaną mi odpuszczone wszelkie grzechy. Wróciła nadzieja. Wolno wspinałem się schodami, nie chwytałem poręczy. Nogi, ręce, krocze, całe ciało przestały boleć, jednak były jak z waty. Wykończone. Zmarnowane.

Wszystko przez kobietę. Inna mnie uratuje.

Wróciłem myślami pod drzwi White. Skunksi szajs przestał męczyć. Działamy. Próbuję zapukać. Cofam rękę. Otworzy? Musi. Znajdzie powód? Oszukałem ją, odeszłam. Wróciłem. Sumienie ciąży. Czuję się ścierwem. Prócz niej nie mam nikogo… Uwierzy? Florance doniosła o tamtej kurwie. Zemsta za odbicie dziewczyny. Ploteczki, słóweczka, bzdurki, kłamstewka. Powody, przez które mne zostawi.

Przystawiam ucho. Wewnątrz rozbrzmiewa stukanie kopytek. Jest sama. Albo koteczka wykorzystała okazję. Leży samiusieńka, przeciąga ciałko. Wyczekiwała powrotu zebry. No tak, straciłem White. Wybrała ciapki Florance. Bywa. Kobieta zmienną jest. Porzuci niemodne ciuchy, znajomości, z tym przesadziłem, przeszłość. Poukłada na nowo życie. Bywaj, kochana. Więcej się nie zobaczymy.

Zbyt szybko dałem za wygraną. Taa, kpię z własnego futra. Nic nie stoi na przeszkodzie przywrócić dawny porządek rzeczy. Kretyńsko szybko rozluźniłem pięść. Mocuję się z palcami, bronią się. W końcu mogę zapukać. Zdzieram białą szmatę i rzucam z wiatrem Hen! w diabły...

Otwiera, za co z całego serca dziękuję Bogu, White. Ciałko otuliła bawełniany ręczniczek. Zakrywa większość, poza nóżkami. Doznaję obłąkanej wizji. Potrzebowałaś otrzeźwienia po zabawie z kotką, skarbie? Która w górze, która w dole? Obie na jednym poziomie? Która zaczęła? Która skończyła? Wspólna zakończenie? Byłoby miło być wspólnie w łóżeczku. W trójkąciku pozbawionym jednego boczku.

Otrząśnij się, ćwoku. Zachowujesz pozę szczeniaka, rzucając na dzień dobry głupawymi oskarżeniami. Zapomniałeś o swoich oszustwach. Zmyłka mało pomoże zmazać zaczęte rany.

- Cześć – mówi zmieszana. Pozwoliłem jej zacząć.- Umawialiśmy się na jutro.

- Dlatego przyszedłem. Jesteś sama?

- Czemu pytasz?

Odrzucam płaszcz i klękam. Obejmuję ją w pasie z zamkniętymi oczami. Głowa ląduje blisko pasiastego brzuszka. Miękki, gładziutki, świeży... Garnę do kłopotów, gdy taka wspaniałość jest blisko.

- Hech?...

Czuję, że White upuszcza z wrażenia ręcznik.

- Przepraszam…

- Jesteś chory?- pyta, zdejmując mi kapelusz i głaszcząc po czuprynie. Miło słyszeć ten anielski głos.

- Mogę wejść?

- Przecież już to zrobiłeś.

- Pytam, czy mogę wejść z tobą do łóżka?- Podnoszę oczy. Zebra wydaje się zakłopotana, dolną szczękę pyszczka ma leciusieńko opuszczoną.

- Chyba....Wiesz...Mhm... jest za wcześnie.

- Dzisiaj mamy takie czasy, że na wszystko jest za wcześnie.

Biorę głębszy wdech i ściągam ciuchy, zrzucam kołderkę. Gnany zranioną dumą, robię wszystko na oślep. White zszokowana tempem zdarzeń, dołącza w bojaźliwym podnieceniu. Oczy trzymała szeroko otwarte. Uspokajam ją uśmiechem. Ukryję przed nią nocne obrazki.

Leżymy obok siebie, ogonki mimo odmiennej długości i kroju plączą się. Mhm, udany zaczątek gry wstępnej. Nasze ręce grają znajomą partyjkę... Pasiaste palce kładą się pod rudy ogon, ruda dłoń wędruje paskami w górę pleców. Przyciągam White bliżej siebie... Uważam, aby nie drapnąć, nie ugryźć. White przybliża usta, całuje z języczkiem... Iskierka.

Chcę czymś zarzucić. Krtań nie przepuszcza żadnego słowa. Pojedyncze litery plączą się. Dodaję zatem swój języczek..Przytrzymuję oddech. Serce zwalnia. Zupełna cisza. W ogólnym sąsiedztwie nie pada ani jeden dźwięk. White idzie moim śladem. Przytrzymuje oddech i serce. Pobędziemy w ciszy.

Muskam czarno-białą grzywkę. Włoski przechodzą między palcami gęstym strumieniem. Druga rączka nie pozostaje bezczynnie. Przechodzi brzuszkiem do brzoskwinki... Czeka tam gęsty boberek. Tego brakowało moim palcom. Stęskniły się za mięciutkim gąszczem. Miło podetrzeć. U, biodrem wyłapuję lądowanie nóżki. White przytrzymuje mnie, pocierając futerko blisko compadra... Mhm, miłosierna klaczka. Zdradzałem ją, grzeszyłem. I?... Tyle czekania, męczarni, tortur. Wolniutko przyśpieszam. Mamy całą noc, jej długie godziny. Zebra nadąża. Odpowiada krótkimi westchnięciami. Oboje wydajemy króciutkie pomruki. Cudowne uczucie ukojenia...

Pragnąłem skruchy. Otrzymuję ją. Wyczuwam ruch piersi. Dają sygnał. Compadre pomału pręży muskuły. Pierwszy stęskniony. Ej ,ej, ej, pomału, brachu. Pokutujmy.

White odsuwa główkę, mówiąc:,,Smutno było mi bez ciebie”. Świeci oczkami. Półmrok nie zdołał przesłonić tego piękna. Ale coś za coś. Chwilka szczęścia rozpala ból w karku. Dla ukojenia dotykam piersi. Mięciutkie. Chapnę któryś dla zabawy. Nie dosięgam. Zostaje inne wyjście. Ściskam. White wzdycha. Odpłaca pięknym za nadobne. Bliżej przyciska ciało. U, jeszcze troszeczkę... Przechodzę rączkami pod ogonek zebry. Ruchliwy pędzelek. Bawię się nim. White przyśpiesza oddech. Łóżko aż skrzypi z przerażenia, hę... Bliziutko, bliziutko raju... Tego wyczekiwaliśmy – wspólnego odkupienia.

Yhm, dosyć trudno kochać na boczku. ,,Zmieniamy plany?”, szepczę. ,,Zgoda”, odpowiada White, dosiadając mnie okrakiem. Główką wylądowałem pomiędzy jej rączkami... Najlepiej. Słodki Jezu, musiałem nagrzeszyć, zostawiając ją? Starczyło grzechów. Nie narobię nowych. Byłem mały, to matka zabierała na spowiedź. Jestem dorosły, ale nie znajdę podobnej niż teraz...
Na tym koniec. Proszę, by zeszła. Źle zrobiłem idąc z nią w miłość po pobycie u skunksicy... Grzech. Wzbieram się do rozmowy. Strach ciśnie gardło, chęci. Na tym koniec.

- Hech, byłeś u niej? - pyta, drapiąc moje ramię. Dziękuję, kochana.

- Byłem.

White poprawia grzywkę. Dostrzegam łzy.

- Było lepiej jak ze mną?

- Z tobą jest inaczej.

- Chciałeś powiedzieć: ,,Z nami”.

- Tak. Tak powinienem powiedzieć – mówię.- Przepraszam. Powinienem zostać z tobą.

- Nie martw się.- Zebra głaszcze mnie za uszami.- Jesteś zmęczony. Odpocznij. Dopiero skończyliśmy.

- Więc wszystko w porządku?

White kładzie twarz pod moją szyją.

- Tak - szepcze.

Facetowi potrzeba tak prawdziwej kobiety. Uczciwa. Wierna. Szkoda porzucać taką zebrę dla zwykłej wywłoki. KURWY – te słowo mówię jednym tchem Dowolna stoi i nagabuje. Przeróżne powody. Dobre i złe. Owakie. Na jedną noc. Niekiedy więcej. Nigdy do śmierci. Obrały swój zarobek. Dawać jak najwięcej, byle gdzie i komu.

Dlatego ciągle szukałem, łaziłem. Nie lada wyzwanie odnaleźć drugą połówkę do łamigłówki zwaną miłością. Napotkasz połamane drogowskazy prowadzące donikąd. Męka bezdroży. Wtedy dopiero zrozumiesz, czym jest miłość. Kto woli z facetem, takim uczciwym i kochanym, nie ma przeciwwskazań.

Lepiej, kiedy szukasz drugiej połówki, możesz grzeszyć. Schodzisz w szarość, gdzie otrzymasz cięgi. Przesiąkniesz złem, wpadając do tej sadzawki zbrukanej krwi. Pokiereszowany zaczniesz na powrót zdobywać utracony raj. Zakończysz błaganiem o łaskę.

Czasem trzeba zejść z nieba na samo dno piekła, by wrócić na właściwy szlak. Innej drogi nie znajdziesz.


 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.