Zmień fonty Zmień rozmiar
Strona główna Teksty PASTE Sznurki Galeria Forum Informacje Chat: Discord Kalendarz Mapa Szukaj / użytkownika Rejestracja
  
Opowiadania: SilverPaw: Opowieści z Endrenu : Cienie Przeszłości Rozdział 1 Początek Part III  
Autor: SilverPaw
Opublikowano: 2017/5/31
Przeczytano: 271 raz(y)
Rozmiar 53.88 KB
1

(+1|-0)
 
Trzeci part pierwszego rozdziału, tutaj pojawia się gore, przemoc i przekleństwa, czyli to co jest fajne :-Dk Ponownie zachęcam do łapanie mnie na strzelaniu błędów, oraz na poszukiwaniu smaczków. Tak na marginesie, drugi rozdział pojawi się za dość długi czas bo muszę go "ulepszyć". Have fun.

Windą wjechała na jedenasty kilometr, otwarła drzwi do pokoju królowej. Amanda na nią czekała, teraz w swoim normalnym dziennym ubraniu, schodzone wysokie glany wojskowe, czarne jak noc bojówki, oraz błękitna męska koszula z długimi rękawami i wysokim sztywnym kołnierzem. Oczywiście pod tym był czarny kostium, nigdy się z nim nie rozstawała. Widząc córkę, uśmiechnęła się złowieszczo, siedziała tak by obserwować bezpośrednio wejście, nogi miała na biurku. Głowę miała pochyloną do przodu i opuszczoną, włosy zasłaniały twarz, tylko usta były widoczne, usta pozbawione warg, wykrzywione tym uśmiechem aż ciarki przechodziły. W całym pokoju panował półmrok, w połączeniu z bladą cerą władczyni, wyglądało to co najmniej upiornie. Poprawiła rękawicę na lewej ręce, zacisnęła pięść by chwilę później ją rozprostować, pogładziła się po karku poprawiając kołnierz kostiumu jakby coś ukrywając.
-No, nareszcie! Nie spieszyło ci się.- Mówiła wolno, tak jak się mówi do idiotów i niedorozwojów naukowych, przeszedł ją dreszcz, od podstawy czaszki do końca ogona, futro się nastroszyło. Bała się.
-Mogę wiedzieć dlaczego na mnie czekasz?- Odparła Kenra. Amanda parsknęła śmiechem, znów ten wredny uśmieszek, Amanda miała nierówno pod sufitem.
-Oj, ty już doskonale wiesz dlaczego. Kamera w mojej sypialni, mówi ci to coś?.- Splotła palce i wsparła na nich głowę, uśmiechnęła się diabolicznie, z wyraźnym ubawem spoglądając na córkę. Matka sadystka. Serce khatonki zabiło szybciej, wiedziała że ma zdrowo przerąbane, zbeształa siebie za bycie idiotką, dlaczego pomyślała, że to dobry pomysł?
-Może jestem stara i zacofana, ale nie jestem głupia. Potrafię domyślić się że ktoś mnie szpieguje.- Pokręciła głową, jakby rozczarowana po chwili kontynuowała swój wywód karcącym głosem.
-Ostatnio zostałam tak zawiedziona trzysta trzydzieści dwa lata temu, wieki całe. Wiesz jak skończyła ta która ośmieliła się mnie zawieść!?- Amanda nawet nie podnosiła głosu, ale i tak był jak uderzenie młota, znów zaczęła drżeć, nie potrafiła wydusić z siebie nawet słowa, więc pokręciła głową. Królowa nie odpowiedziała, jednak z jej wyrazu twarzy można było się domyślić, że raczej nie skończyła zbyt dobrze.
-Myślałam że cię lepiej wychowałam, naprawdę, a tu taka "niespodzianka".- Pokręciła głową jakby sama siebie karciła w myślach, powiedziała coś do siebie, pokręciła głową i znów spojrzała na Kenrę. Ten chłód w jej turkusowych oczach, paraliżowało to ruch, czuła jak to spojrzenie zabija ją od środka.
-Tak trudno się o coś spytać? Nigdy cię nie okłamałam, więc dlaczego ty zachowujesz się jak skończona idiotka?- Zawrzało w niej, musiała się jakoś bronić przed tymi zarzutami, wiedziała, że ten pomysł z kamerą był IDIOTYCZNY, ale tu już chodziło o zachowanie godności.
-Nie okłamałaś mnie, dobre sobie, przecież mówiłaś mi niejednokrotnie że jesteś pozbawiona magicznego potencjału, a przecież sama widziałam jak używasz magii!- Wygarnęła Amandzie khatonka, władczyni nawet nie poruszyła się słuchając co ma do powiedzenia jej córka, wtedy na jej usta znów spłynął ten uśmiech.
-Ty jesteś głupia czy po prost niedorozwinięta? Jak zawsze wszystko przeinaczasz, nie mówiłam, że nie potrafię posługiwać się magią, powiedziałam że urodziłam się bez magicznego potencjału!- Huknęła, obnażając śnieżnobiałe kły, wstała i oparła się rękami o biurko, jej skrzydła nieco się rozłożyły, wyglądała jeszcze bardziej przerażająco. Miała dwa i pół metra wzrostu, dobrze zbudowana i mocno umięśniona, mimo bardzo luźnych ubrań można było zobaczyć jak napina mięśnie. Kenra wycofała się o krok, nigdy w życiu nie widziała tak rozdrażnionej Amandy, serce podeszło jej do gardła.
-Gdybyś czasem siadła i poczytała na ten temat to byś wiedziała, że można posługiwać się magią bez magicznego potencjału!- Wykrzyknęła, w jej oczach była czysta złość, dokładnie w miejscu źrenic płonęły małe ciemno różowe ogniki. Żyły na twarzy się wyostrzyły, a oczy były jeszcze bardziej podkrążone. Oddech miała przyspieszony, nozdrza drżały przy każdym wydechu, nerwowo przełknęła ślinę. Pokręciła głową i znów usiadła, potarła czoło starając się uspokoić, oddychała spokojniej.
-Co ja takiego zrobiłam że bogowie pokarali mnie taką idiotką? Masz farta, że obowiązuje mnie jeszcze kontrakt z Varrnatem, bo inaczej chyba nogi z rzyci bym ci wyrwała. A następnie wsadziła do dupy tak, żeby ci gębą wyszły.- Odetchnęła głęboko zamykając oczy, zrobiła kilka głębokich wdechów. Groźba Amandy bardzo ją dotknęła, wiedziała, że jest do tego zdolna, a anatomiczne ograniczenie w tym przypadku jej nie przeszkodzą.
-Nie mogę się denerwować bo robię się wtedy bardzo niemiła. Dzięki tobie znowu ciśnienie mi skoczyło.- Obróciła się na krześle by wyjąć coś z biurka, były to leki na uspokojenie i ciśnienie oraz spora butelka spirytusu krasnoludzkiego, nie myślcie że to dobry pomysł łączyć leki z alkoholem. Te leki nie pochodziły z apteki, były to domowej roboty ziołowe pastylki, miały niesamowitą moc pozwalającą. Amanda była nałogową alkoholiczką, jednego dnia potrafiła wypić tyle że gorzelnie nie wyrabiały z produkcją. Zażyła leki popijając alkoholem, wypiła całą butelkę, weźcie pod uwagę że krasnoludzki alkohol był znacznie mocniejszy niż ludzki, jedna ćwierć litrowa butelka spyrolu krasnoludów była równa dwudziestu litrom spirytusu ludzi.
- A wracając, jest spora różnica pomiędzy magią którą ja dysponuję, a magią przeciętnego czarodzieja.- Khatonka dla własnego bezpieczeństwa zrobiła kolejny krok w tył. Leki powoli zaczęły działać, bardzo szybko rozeszły się po całym krwiobiegu, alkohol i szybki puls tylko im to ułatwiały.
-Istnieje pięć typów magii, najpowszechniejsza to magia neutralna, rzadsza to magia światła, i najrzadsza, najbardziej wyjątkowa i najpotężniejsza, magia mroku. Jest jeszcze magia otchłani i czarna magia, ale one są zbyt wyniszczające. Możesz też policzyć nekromancję jako odłam magii, ale to bardziej arkan magi neutralnej. - Nogi położyła na biurku odchyliła się i zaśmiała złowrogo, obnażyła zęby.
-Prawie każdy po urodzeniu dysponuje magią, zawsze to neutralna energia, odpowiadająca za większość arkanów magii. Ale czasem rodzi się ktoś taki jak ja, pozbawiony jakiegokolwiek potencjału.- Kenra słuchała tego małego wykładu, chciała wiedzieć o co chodzi. Jednak czuła że to co ma Amanda do powiedzenie, nie spodoba się jej.
-Nic jednak straconego, taki osobnik może kumulować w sobie energię. Niestety można skumulować tylko energię światła lub mroku Nie mam zbytniego pojęcia jak to działa. Nie interesuje mnie to zresztą.- Amanda uspokoiła się, znowu jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
-To czym ja dysponuję to czysta energia cienia, zwana Mrokiem.- Przerwała przyglądając się córce, odetchnęła głęboko. Moc samej Bogini Mroku, Darkeny, aż strach pomyśleć do czego potrafi ją wykorzystać. Ogólnie uważa się istoty mroku za nadnaturalnie złe, przeżarte nienawiścią, toczące pianę bestie. Kenra miała okazję słyszeć zatrważające krew w żyłach historie o takich jak Amanda.
-Mówić dalej czy już rozumiesz czym to się różni?- Spytała się lekko drwiącym tonem. Kenra była bynajmniej w szoku, słysząc wyznanie matki. Nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Jej matka miała być zła? To wykraczało poza jej pojęcie, co ona robiła, że skumulowała w sobie taką ilość mrocznej energii?
-Mam bardzo dobre powody by zatajać przed tobą moją przeszłość, wciąż wiążą mnie przysięgi milczenia które złożyłam. A z resztą, gdyby wyszło na jaw, że jestem istotą mroku, to w mniej niż dwa dni przybyła by tu chorągiew smoczego zakonu, a oni zrobiliby tu zdrowy rozpier… znaczy się, byłby niezły kipisz.- Owinęła sobie czerwony kosmyk włosów wokół palca. Uśmiechnęła się do wspomnień, rozprostowała skrzydła i skrzywiła się lekko. Pogładziła je delikatnie, z taką nostalgią i melancholią, posmutniała przyglądając się wyblakłym piórom, westchnęła z żalem.
-Jeszcze trochę i zapomnę jak się lata. Czasem żałuję że jestem królową, nie mam czasu nawet dla siebie.- Wstała i lekkim krokiem, podeszła do drzwi od sypialni otwarła je na oścież.
-Chodź, chcę coś ci pokazać.- Powiedziała serdecznie. Jak mówi stare przysłowie “kobieta zmienną jest”, ale Amanda jest pod tym względem wyjątkowa. W jednej chwili będzie chciała rozszarpać cię na kawałki, a sekundę później będzie spokojna.
Sypialnia Amandy miała kształt połowy ośmioboku, po prawej stronie, patrząc od wejścia, znajdowały się spore prostokątne okna, z lewej były regały,wypełnione dokumentami, oraz sporą ilością książek przygodowych, Amanda naprawdę uwielbiała czytać. Podłoga była z drewna, podobnie jak w jej gabinecie, było ciemne, pod oknami był rząd mniejszych szafek oraz barek, na każdym parapecie były ustawione wygodne i miękkie poduchy. Panował tu porządek, może nie nienaganny, jednak nie kaleczył estetycznego zmysłu. Tuż przed sporym małżeńskim łóżkiem z baldachimem, tak Amanda całe je zajmowała, znajdował się spory przedmiot zasłonięty starym szarym płótnem, Kenra z ciekawością przyjrzała się. Amanda chwyciła płótno i zrzuciła je, oczom khatonki ukazał się widok przepiękny i hipnotyzujący zarazem, spory srebrzysty motor, tak motor i to nie byle jaki.
-Oto Srebrna Strzała, najszybszy pojazd jednośladowy jaki kiedykolwiek powstał. Trzysta dwadzieścia kilometrów na godzinę po drodze utwardzonej, dwieście siedemdziesiąt w terenie.- Zaczęła opowiadać Amanda, spoglądała na maszynę z wyraźną nostalgią.
-Nadaje się do jazdy w prawie każdym terenie, praktycznie niezniszczalny i nie do zajechania. Prawie tak stary jak ja, trochę podupadł przez te trzysta lat, sporo czasu zajęło mi doprowadzenie go do stanu użytkowego i jeszcze nie skończyłam.- Pogładziła kierownicę z sporym sentymentem. Motor wyglądał dziwnie, był długi i smukły, przedni amortyzator wskazywał na terenowy charakter pojazdu, widać było jednak również elementy charakterystyczne dla motorów ulicznych. Kształt siedziska sugerował że na motorze się nie tyle co się siedzi co bardziej leży.
-Skąd ty to masz?- Spytała się Kenra ciągle nie wierząc oczom, Amanda przeciągnęła palcem po siedzisku, pogładziła manetki.
-Kupiłam go gdy byłam młodsza od ciebie.- Władczyni uśmiechnęła się do wspomnień, kiedy się uśmiechała wyglądała nawet sympatycznie.
-Po co ci był motor, skoro masz skrzydła?- Spytała się Kenra poważnie zdziwiona, naturalne przystosowanie niebian do szybkich podróży wciąż ją zadziwiało, natura była wobec nich hojna, wielkie skrzydła pozwalały im dostać się właściwie wszędzie.
-Młoda byłam, uzależniona od adrenaliny. Jak jedni słuchali serca, drudzy rozumu, a ja słuchałam nadnerczy. Zresztą skrzydła nie w każdych warunkach się sprawdzają, spróbuj przelecieć przez tunel o szerokości trzech metrów, mając sześciometrowe skrzydła.- Amanda była znudzona tą rozmową, więc postanowiła zmienić temat.
-Jutro będziesz mogła go wypróbować, dziś muszę jeszcze trochę przy nim podłubać.
Trzysta lat stania w wilgotnych zamkowych lochach nie sprzyja metalowi.- Stuknęła butem w tylne koło pojazdu, na siedzisko położyła kask, ten był przystosowany do anatomii khatona.
-Naprawdę? Znaczy się naprawdę jest on dla mnie?- Spytała się khatonka nie wierząc uszom. Pierwszy raz zdarzyło się by Amanda dawała jej jakikolwiek prezent, ot tak bez okazji, a ta maszyna na pewno do tanich nie należała.
-Oczywiście, mnie się już nie przyda, zakończyłam działanie w terenie wtedy kiedy zostałam królową. Smutne ale prawdziwe. Tylko nie skasuj go jak poprzedniego.- Zakończyła mówić wymownym westchnieniem. Khatonce nagle stało się żal Amandy, wiecznie zapracowana nie mająca życia prywatnego Królowa. Co to za życie, kiedy nie masz czasu nawet dla siebie? Jakim cudem Amanda potrafiła wytrzymać tak długo? Zrobiło jej się wstyd, że Amanda jej o tym przypomniała, jej ostatni motor został skasowany w wypadku, który nie był z jej przyczyny. Jakiś pijany palant wjechał w niego jak stała na światłach, rzuciło nią na pobocze, a z pojazdu została harmonijka. Odniosła na szczęście tylko lekkie obrażenia, trochę się potłukła, nic więcej.
-Dziękuję, nawet nie wiem co powiedzieć.- Kenra ciągle była w lekkim szoku, serce biło jak oszalałe, endorfiny rozchodziły się po ciele,nawet nie zdawała sobie sprawy jak szybko macha ogonem.
-Nie ma za co dziękować, tylko na przyszłość jak będziesz chciała się czegoś dowiedzieć, to się zapytaj, a nie podglądaj mnie kamerką.- Demonstracyjne wskazała miejsce gdzie wcześniej spoczywała kamera, jeszcze raz spojrzała na motor, dotknęła kierownicy i zacisnęła dłonie.
Khatonka tylko uśmiechnęła się zawstydzona, naprawdę głupio jej było że podglądała Amandę, nie miała pojęcia co wpadło jej do głowy, żeby zrobić coś tak głupiego.
-A tak swoją drogą, o co z tą księgą?- Spytała się nieśmiało, Amanda odwróciła wzrok i spojrzała na khatonkę, wzrok Królowej nie pozostawiał złudzeń, nie miała pojęcia o co chodzi.
-Jaka księga?.- Spytała się Królowa, zdziwienie w jej głosie było naprawdę silne, pierwszy raz słyszała coś takiego w jej głosie.
-Ta którą kazałaś mi wypożyczyć.- Odpowiedziała jej córka, Królowa podniosła wielobarwne brwi, pokręciła przecząco głową, jej wzrok uciekł gdzieś na bok.
-Nie kazałam ci wypożyczać żadnej księgi, przecież spałam.- Zdziwiła się unosząc brwi jeszcze wyżej, przeniosła wzrok na drugi koniec pokoju, przymrużyła oczy.
-To w takim…- Amanda rozglądała się nerwowo, twarz znowu skamieniała, podniosła dłoń.
-Cicho!- Szepnęła Królowa, nadstawiając uszu, każdy dźwięk ją rozpraszał, potrzebowała pełnego skupienia, i absolutnej ciszy.
-Co ty robisz?- Spytała się Kenra, Amanda odruchowo odsłoniła zęby i warknęła.
-Cicho!- Syknęła przez zęby Amanda. Rozglądała się dalej, te skupienie, jak czatujący wilk.
-Co…- Próbowała jeszcze raz się spytać, Amanda jednak nie dała jej skończyć. Zacisnęła dłoń na jej pysku uniemożliwiając jej mówienie. Drugą ręką przyparła ją do ściany, tuż pod piersiami, blokując ręce i możliwość oddychania. Spojrzała na matkę z wyrzutem, a już myślała że się uspokoiła. Amanda jednak dalej nasłuchiwała, poruszając głową tam i z powrotem. Coś khatonce tu nie pasowało, instynkt jej podpowiadał, że zaraz zrobi się nieprzyjemnie.
-Będziesz cicho?- Syknęła Amanda, przyglądając się teraz uważnie córce. Kenra skinęła głową na znak że będzie cicho, Królowa uwolniła córkę z duszącego chwytu.
Chwyt Amandy był niczym imadło, tylko znacznie mniej subtelny.
-Ktoś tu idzie, i nie jest to nikt ze służby ani garnizonu.-Poinformowała córkę szeptem.
Wślizgnęła się do pokoju, skradając się. Dywan tłumił jakiekolwiek dźwięki, co ułatwiło Amandzie dostanie się do drzwi wejściowych. Otwarła je tak nagle i z taką gwałtownością, że mogłoby się wydawać, że zaraz wylecą z zawiasów.
Zaskoczyła osobę po drugiej stronie, chwyciła go i wciągnęła do środka.
Był to młody człowiek, ubrany w mundur sił Elfiego Imperium Wschodniego w skrócie EIW. Miał na sobie lekki pancerz składający się nagolenników i lekkiej kamizelki. Twarz miał zasłoniętą sporą czarną chustą z nadrukowaną czaszką, oczy przysłonięte były szarymi włosami. W prawej dłoni dzierżył spory magiczny miotacz, w lewej krótki bagnet. Amanda jednym celnym ciosem w podbrzusze zmusiła go do schylenia się, kolejne uderzenie, tym razem łokciem między łopatki powaliło go na podłogę.
Przycisnęła go kolanem, wykręciła mu ręce i spętała stalową linką którą odpięła od skórzanego paska, chwyciła go za nadgarstki i kilkukrotnie szarpnęła jakby starając się rozerwać linkę, a ta zamiast się poluzować zacisnęła się jeszcze mocniej. Amanda wstała odrzuciła włosy do tyłu, chwyciła młokosa za kołnierz i uniosła go brutalnie. Wtedy dopiero odezwał się, a właściwie wrzasnął.
-Zamknij mordę.-Warknęła Królowa ustawiając go do pionu. Zdarła mu z twarzy chustę, przyjrzała się młodemu obliczu które skrywała. Na jej oko nie mógł mieć nie więcej niż siedemnaście lat. Twarz nieskalana inteligencją.
-Puszczaj mnie suko!- Wykrzyknął chcąc walnąć ją z główki. Amanda była jednak szybsza i to ona przyłożyła mu z główki, upadł na podłogę wyjąc z bólu i krwawiąc z rozwalonego czoła.
Królowa jeszcze raz go podniosła, chwyciła go za gardło i uniosła metr nad podłogę.
-Kto cię na mnie nasłał?- Spytała się cedząc każdą sylabę przez zęby, głos miała niższy niż normalnie, bardziej oschły, groźny.
-Prędzej zdechnę niż ci powiem dziwko.- Wychrypiał przez ściśnięte gardło. Starał się wydostać z tej niezbyt miłej sytuacji, szarpał się kopał i prychał, jednak nic to nie dawało. Na twarz Amandy wypełzł złowrogi uśmiech, zacisnęła palce przyduszając młodzika.
-Wy się nigdy nie zmienicie, trzynaście pokoleń a wy dalej staracie się mnie zabić. Uparte z was skurwiele nie ma co, szczególnie ty i twoi zasrani przodkowie.- Upuściła niedoszłego zamachowca na ziemię, upadł na nią z ciężko w akompaniamencie bluzgów i warczenia.
-Kenra, zadzwoń do garnizonu niech mi tego śmiecia zaraz zakują i wsadzą do paki.-
Khatonka do tej pory stała z oczami wychodzącymi z orbit, zszokowana całą tą sceną,
szybko wykonała polecenie matki, nawet nie miała odwagi cokolwiek powiedzieć.
Na biurku stała specjalna konsola ze sporą ilością klawiszy, przycisnęła ten czerwony natychmiastowe wezwanie grupy z garnizony.
Amanda wrzasnęła rozdzierająco, klatka piersiowa wręcz eksplodowała fontanną krwi, pokruszonych kości, oraz resztek płuc i serca, wygięła się jakby starając się sięgnąć pleców, z kącików ust wypłynęła stróżka krwi, rozkaszlała się po czym zaczęła pluć krwią, padła na kolana rękami starając zakryć dziurę którą wywaliło jej na lewej piersi. Dziursko słusznych rozmiarów, większe od pięści, przez które widać było kręgosłup oraz resztki żeber. Kenra odskoczyła do tyłu dokładnie w tym samym momencie co padł strzał.
-Snajper!- Wykrzyknęła nie wiadomo do kogo, drżała, ten dzień stawał się coraz to bardziej popieprzony, nawet nie chciała myśleć co będzie dalej. Spojrzała na Amandę, klęczała patrząc na nią i poruszyła ustami starając się coś jej przekazać, nie miała siły wykrzesać słowa, więc tylko mrugnęła jednym okiem po czym padła bez życia na podłogę. Khatonka padła na ziemię plecami wspierając się o biurko, serce starało wyrwać się z piersi, oddech miała tak szybki, że z trudem odróżniała wdech od wydechu. Przeszedł ją lodowaty dreszcz strachu, od czaszki do ogona, zacisnęła pięści i stłumiła w sobie ochotę krzyku, drżenie narastało. Po chwili zorientowała się, że wbija sobie pazury w przed ramiona, przestała to robić, otarła łzy.
Do pokoju przez balkon wszedł kolejny zbrojny, tym razem uzbrojony w magiczny garłacz broń równie skuteczną co perfidną. Cały był zakuty w pancerz, lekki co prawda jednak bardziej imponował niż improwizowany tego pierwszego, mundur EIW z narzuconą na niego kamizelką, nagolenniki, karwasze i opachy, niewielkie naramienniki
do tego lekki hełm z przyłbicą.
-Szary! Szary, ty kurwo, żyjesz?!- Wykrzyknął rozglądając się po pomieszczeniu, jego spojrzenie utkwiło na skrępowanym zamachowcu, podszedł do niego.
-Ta… żyję, zbieramy się, zaraz zleci się tu cały jebany garnizon.- Ledwie co przybyły zbrojny pomógł wstać Silverowi, uderzenie w podłogę dało mu się lekko we znaki.
-Dzięki Maks, spadajmy stąd!- Kenra wychyliła się zza biurka mając nadzieję że ją nie zauważą. Maks akurat odwrócił się w jej kierunku, spostrzegł ją i natychmiast zareagował, wydobył z kabury przy pasie lekki magiczny miotacz, wystrzelił bez celowania. Wiązka magicznej energii uderzyła w biurko, tuż przy głowie khatonki. Ukryła się dysząc ciężko, co mam robić, zastanawiała się. Zamachowiec podszedł do niej celując jej prosto w głowę, przerażona khatonka starała się odpełznąć jak najdalej, nie miała jak dalej się cofnąć, ściana ją zatrzymała. Podniósł miotacz i przyłożył go jej prosto między oczy, nie miała odwagi patrzeć zamknęła oczy, pożegnała się z życiem bo tylko cud mógł ją teraz uratować.
-To nic osobistego, czysty interes.- Powiedział jej egzekutor szykując się do strzału.
Jej oddech był powolny, wyczekiwała tego momentu, kiedy usłyszy kliknięcie, a magiczna wiązka wypatroszy jej puszkę mózgową, obryzgując podłogę i ścianę jej zawartością. Czuła jak z ust sączy się krew, przegryzła policzek od wewnątrz, oczy zalane były łzami, pociągnęła nosem. Siedziała i czekała, śmierć jednak nie następowała, była pewna, że jeśli jej zaraz nie odstrzeli, to zwariuje od tego. Wtedy usłyszała ciche kliknięcie. Jej głowa nie rozbryzguje się jak nabrzmiały wrzód, nie czuła krwi spływającej z przestrzelonej kończyny, potem usłyszała krzyk. Coś ciepłego i wilgotnego ochlapało ją, opanowała drżenie i powoli otwarła oczy. Maks stał przed nią z szeroko rozwartymi ustami, krew spływała z kącików, na twarzy malował się wyraz przerażenia, bólu i kompletnego zaskoczenia. Wypuścił miotacz, rozkaszlał się ciężko, nogi się pod nim uginały ale coś go podtrzymywało w pionie. Z klatki piersiowej wystawała czyjaś dłoń, cała pokryta krwią i ściskająca ciągle pulsujące serce.
-Zawsze byłam łamaczem serc.- Odezwała się Amanda miażdżąc ściskane serce.
Przerzuciła martwego zbrojnego nad głową z taką łatwością jakby nic nie ważył, w powietrzu zrzuciła mu hełm z głowy, wyrwała z jego ciała swoją dłoń całą ociekającą krwią. Uniosła prawą nogę najwyżej jak potrafiła, następnie upuściła ją na głowę Maksa.
Czaszka pozbawiona jakiejkolwiek ochrony po prostu została zmiażdżona na miazgę,
miękki mózg rozprysnął się po podłodze. But przykleił się do tej krwawej papki, uniosła but a ten odkleił się od rozsmarowanego mózgu z niemiłym mlaśnięciem.
Wyglądała inaczej, cały tułów obie ręce i głowę otaczał czarny i gęsty jak smoła dym. Białka oczu stały się czarne, tęczówki krwistoczerwone, jednak najbardziej straszyły źrenice, stały się ciemno różowe i do tego świeciły jak małe ogniki.
Kenra dosłownie o mało co nie wlazła do ściany, przerażona brutalnością i bezwzględnością Amandy. Jednak nie to ją przerażało Amanda powinna być martwa,
przecież sama widziała jak umiera z dziurą w klatce piersiowej. Amanda doskoczyła jednym susem do Silvera, podcięła mu nogi jednym kopniakiem, upadł on ciężko znowu obijając sobie głowę. Odwróciła się w stronę balkonu, trochę jednak za wolno, stał tam kolejny zbrojny, tym razem w kompletnym ciężkim pancerzu, pod pachą niósł LKM-a.
Na tej odległości nie trzeba było celować, wystarczyło pociągnąć za spust.
I tak on też uczynił, lufa splunęła ogniem pokój wypełnił się hukiem wystrzałów.
-Zdychaj!- Przekrzykiwał huk LKM-ista. Używał on barbarzyńskiej odmiany kryształów Znem odpowiadających za żywioł ognia, tylko że te były zmodyfikowane, nie podpalały tylko rozrywały. Wyobraźcie sobie że wasze ciało jest bombardowane setką wiązek energii które dosłownie rozszarpują was na strzępy. Z lufy buchnął dym oznaczający że kryształ się przegrzewa, cała lufa żarzyła się rozgrzana energią kryształu.
Zbrojny opuścił broń dysząc ciężko, stalowa osłona na rękę którą podtrzymywał lufę nadtopił się. Amanda stała chwiejnie, wpatrywała się w niego swoimi czarnymi oczami, uniosła dłoń w między rasowym geście “pokoju”, środkowy palec obdarty ze skóry i mięsa drżał, cała jej ciało było właściwie obdarte do kości. Zachwiała się po czym upadła na podłogę, splunęła na nią i dopiero wtedy zamarła w martwym bezruchu.
-Czysto.-Poinformował ciągle łapiąc oddech. Od tej temperatury można było dostać udaru, sprawdził panel na prawym biodrze, on także się nadtopił.
Amanda leżała w kałuży własnej krwi i rozerwanych wnętrzności, a właściwie resztki Amandy. Cały tułów był zmasakrowany, jedyne co ocalało to kręgosłup oraz pięć par górnych żeber, wszystko było pokryte cienką warstwą sadzy, prawa ręka trzymała się ciała na słowo honoru, kilka ścięgien jeszcze ją utrzymywało. Twarz wyglądała makabrycznie, prawa strona była pozbawiona jakiegokolwiek mięsa, goła kość. Lewa nie wyglądała lepiej, skóra została w wielu miejscach zerwana odsłaniając mięśnie. Włosów prawie nie miała, zostało tylko trochę fioletowych kłaków. Skrzydła wyglądały jak upiorne parodie wachlarzy pozbawione materiału. Nogi i lewa ręka nie zostały zbytnio uszkodzone, nie oznacza to że miało to jakieś znaczenie przecież była martwa.
Khatonka nie wytrzymała rzuciła się sprintem w stronę drzwi, ciężkozbrojny zobaczył ją upuścił LKM-a na podłogę i wyciągnął z kabury ciężki magiczny miotacz, wycelował i pociągnął za spust. Kenra oberwała, wiązka energii rozwaliła jej kość strzałkową i piszczelową upadła na podłogę krzycząc z bólu. Chwyciła rozwaloną kończynę ciągle wrzeszcząc klnąc i bluzgając, łzy spływały po jej twarzy rozmazując krew.
-A kogo my tu mamy?- Zapytał się retorycznie podchodząc do ciężko ranionej khatonki,
chwycił ją za kołnierz i podniósł bez subtelności. Zaśmiał się szyderczo unosząc przyłbicę, Kenra mimo bólu postanowiła działać, zaatakowała go pazurami rozcinając mu całą twarz. Nie zareagował na to, po prostu uśmiechnął się złośliwie, po czym z sporą siłą walnął ją w głowę wolną ręką, chwycił ją za włosy i uderzył jej głową o ścianę.
Zaćmiło ją po tych uderzeniach, traciła czucie w nogach, wszystko rozbłysnęło i straciło ostrość, czułą lekkość w glowie, chyba odpływała. Zwolnił chwyt wypuszczając khatonkę które ze względu na przestrzeloną nogę upadła, nie miała czucia w połowie prawej nogi. Próbowała się podnieść wsparła się na rękach i dźwignęła się, wtedy zbrojny kopnął ją w brzuch ze sporą siłą, gdy padła znów na ziemię zwijając się z bólu, dostała jeszcze jednego kopniaka, tym razem w podbrzusze i kolejnego w głowę. Zamroczyło ją, świat zawirował, stracił ostrość, zamglił się, całe ciało bolało ją niemiłosiernie, każdy mięsień palił tępym bólem. Zaśmiał się triumfalnie nadeptując na jej plecy, przycisnął Kenrę do podłogi, kości ostrzegawczo zatrzeszczały, nie mogła zaczerpnąć powietrza, dusiła się.
Płuca domagały się tlenu, mroczki przed oczyma już widziała, zbrojny przycisnął ją do ziemi jeszcze mocniej, żebra były zbyt nadwyrężone jeszcze chwilę i zaczną pękać.
Zaśmiał się diabolicznie wciskając khatonkę w podłogę, pierwsze żebro pękł i przebiło się na zewnątrz, mimo braku tlenu znalazła w sobie jeszcze trochę sił i krzyknęła.
-Zostaw ją.- Rozkazał ktoś z tyłu, zbrojny natychmiast uniósł nogę i odwrócił się.
Kenra mając dostęp do tlenu zrobiła kilka głębokich nerwowych wdechów, od nagłego dostępu tlenu zakręciło jej się w głowie, nawet nie próbowała wstać lepiej poczekać może uda się jej to przetrwać.
-Co ty odwalasz, chcesz żeby nas złapali?- Odezwał się znów ten kobiecy głos, gdzieś z tyłu najpewniej z balkonu.
-Miało nie być świadków, to nie będzie.- Odpowiedział zbrojny odwracając się ponownie w stronę khatonki, przesunął dłonią po twarzy, cała była we krwi, zaklął i opuścił przyłbicę.
-Wiesz w ogóle kto to jest?- Spytała się kobieta znudzona, jej głos był przesiąknięty złością, zbrojny tylko parsknął.
-A cholera wie, służąca czy coś.-Stwierdził zbrojny spoglądając na powaloną Kenrę.
Kobieta westchnęła ciężko jakby z rezygnacją, z kim ona musiała pracować.
-Z jakimi ja idiotami muszę pracować, toż to Kenra, córka Amandy, tłuku jeden!- Zbeształa go ciągle ukrywająca się kobieta, jej głos przybrał na sile, zbliżała się, albo podniosła głos.
-Córka Amandy powiadasz.- Zbrojny spojrzał się na ledwie świadomą khatonkę, przyjrzał jej się uważnie, wyglądała całkiem, całkiem.
-Nawet o TYM nie myśl Hank, nawet, kurwa, o TYM nie myśl!- Zagroziła jego towarzyszka.
Hank nie odezwał się tylko przyglądał się khatonce pożądliwym wzrokiem.
-Faceci tylko jedno im w głowie. Dobra zbieramy się, tylko Maksa do worka trzeba wpakować.-
Hank dźwignął Kenrę za kołnierz i wycelował jej miotaczem w twarz, poczuła paskudne deja vu.
-Jeden głupi ruch a rozwalę ci tą buźkę. Kapujesz?- Pokiwała głową, była zbyt słaba i przerażona by cokolwiek powiedzieć. Nie potrafiła ustać, przestrzelona noga skutecznie uniemożliwiała zachowanie pionu, więc cały czas była podtrzymywana przez zbrojnego.
Nad ciałem Maksa stała kobieta, jej ubiór oraz postawa świadczyły że jest ona magiem bądź czarodziejem, długa biała szata sięgająca podłoża z obszernymi rękawami i sporym kapturem.
-Młoda bierz worek i chodź.- Zawołała do tyłu, schyliła się i obejrzała dokładnie ciało poległego kompana. Skrzywiła się widząc jakich obrażeń doznał, nie mogła uwierzyć żeby ktokolwiek gołymi rękami i nogą potrafił zadać takie potworne obrażenia.
Odwróciła się ciągle z skwaszoną miną, spojrzała na Hanka i już miała coś powiedzieć kiedy drzwi do pokoju z hukiem się otwarły, natychmiast się odwrócili by spojrzeć w lufy karabinów garnizonu.
-Na ziemię bo rozwalimy!- Wykrzyknął jeden z żołnierzy celując czarodziejce wprost w głowę.
Kenra posłużyła Hankowi jako żywa tarcza, dobra, pół żywa tarcza.
-Odłóżcie broń albo rozwalę jej łeb!- Zagroził przykładając zakładniczce miotacz do głowy.
Czarodziejka aktywowała czar obronny, wokół niej pojawiła się pół przejrzysta bańka energetyczna.
Przybyło siedmiu żołnierzy, kapitan “Szrapnel”, oraz sześciu żołnierzy z Kaldmerskich Młotów. Wszyscy w pełnym opancerzeniu oraz uzbrojeniu, długie karabiny zasilane kryształami Nexs cechowały się olbrzymią siłą ognia. Kapitan uzbrojony był w dwa magiczne miotacze podarowane przez samą Amandę za wzorową służbę, i to nie byle jakie miotacze tylko staromodne, przypominały rewolwery i zasilane były kryształami Lohj czyli kryształami lodu, postrzał z takiego cudeńka skutkował odmrożeniem czwartego stopnia. Wymienili spojrzenia pełne wrogości i pogardy, kapitan na widok mundurów EIW zazgrzytał zębami, nikt nie lubił elfów.
Młodzi żołnierze rozejrzeli się po pomieszczeniu i dostrzegli ciało królowej, Hank spostrzegł ich przestraszone twarze i zarechotał.
-Jak stąd nie wyjdziecie to ona skończy podobnie.- Poinformował sięgając drugą ręką po bagnet, przyłożył go zakładniczce do gardła.
Kapitan zaklął pod nosem jak się nie wycofa to zabiją khatonkę, a jak się wycofa to wezmą ją jako zakładniczkę a najemnicy z EIW są sławni ze swego braku poszanowania.
-Odłóżcie broń.- Polecił samemu kładąc na podłodze swoje dwa miotacze. Żołnierze posłusznie odłożyli broń i wycofali się, gdy tylko zniknęli z pola widzenia czarodziejka zamknęła i zaryglowała od wewnątrz drzwi.
-Teraz to mogą próbować tu wejść, jak tam się trzymasz Silver?- Spytała się czarodziejka, spoglądając na siedzącego towarzysza, który ledwo trzymał się świadomości.
-Bywało gorzej… Moja głowa, co za ból… Ał.- Ze skroni spływała krew. Siedział z wykręconymi do tyłu rękoma, głowę miał zawieszoną, krwawił z nosa.
Hank poprowadził khatonkę na balkon tuż przed progiem pchnął ją do przodu, nie mogąc utrzymać się na nogach padła twarzą na grube kafle tworzące balkon, uderzenie pozbawiło ją przytomności której ledwie się trzymała.
-Te, Julia nie za wygodnie tam, dźwigaj dupsko i chodź tu!- Rozkazał grzmiącym głosem, z balkonu wyłoniła się kolejna najemniczka, drobnej postury kobieta ubrana w luźny płaszcz z kapturem zasłaniającym twarz, na plecach miała sporą strzelbę wyborową która była większa od niej. Hank wskazał jej zmasakrowane ciało Maksa, ta ze zrozumieniem skinęła głową. Przeciągnął nieprzytomną na drugi koniec balkonu, posadził ją i założył magnetyczne kajdany.
-Solriano miej nas w opiece.- Powiedziała Julia wkładając Maksa do plastikowego worka. Zacisnęła usta by się nie porzygać, odwróciła wzrok by nie patrzeć na rozerwaną klatkę piersiową. Widziała na podłodze resztki jego mózgu, wymieszane z krwią, zmiażdżoną czaszką, oraz resztą tego co w głowie być powinno. Żołądek buntował się, bardzo wyraźnie dawał do zrozumienia, że powinna go opróżnić. Zatkała nos i wykrzywiła twarz, chyba dotknęła jego mózgu.
-Ugh, mam nadzieję że zdechła definitywnie.- Stwierdziła wpychając ręce Maksa do worka, skrzywiła się gdy przez przypadek dotknęła wyrwanej tchawicy. Zastanawiało ją jak Amanda zgniotła czaszkę nadeptując na nią, nawet prasa hydrauliczną ciężko by było coś takiego zrobić, a ona od tak zmiażdżyła mu łeb. Pokręciła głową i znów zacisnęła usta.
-Byłoby nieprzyjemnie gdyby wstała.- Wszyscy spojrzeli na nią podejrzliwie, Silver wycofał się jak najbardziej tylko potrafił.
-No co? Tak tylko mówię, jak przeżyła postrzał z “Dracona” to dlaczego LKM Hanka miałby ją zabić?- Hank ze złością podszedł do ciała Amandy i kopnął ją w głowę, ciało było bezwładne, więc głowa odsunęła się. Kopnął ją jeszcze dwa razy w ramię i bark, odwrócił się i spojrzał z wyższością na Julię.
-Martwa, mówiłem ci że mój LKM jest lepszy od twojej strzelby snajperskiej, a teraz zabieraj się do robo…Hmpf...- Urwał w połowie słowa, wytrzeszczył oczy zakrztusił się własną krwią. Coś uniosło go metr nad podłogę, nawet nie drgnął tylko głowa mu opadła. Wtedy coś chrupnęło i trzasło, czarodziejka zrobiła kilka kroków wstecz aktywując czar obronny, Julia odbezpieczyła krótko lufego garłacza i wycelowała go w stronę Hanka. Drgawki dopadły wiszącego najemnika, rzucał się z całych sił starając się oswobodzić, zawył niczym zwierz, to była ostatnia czynność którą zdążył zrobić. Trzask zrywanych połączeń w kręgosłupie powtórzył się, tylko znacznie głośniej. Dopiero teraz zdały sobie sprawę, że w pomieszczeni panuje nienaturalna ciemność, światło zdawało się nie docierać tu blokowane czymś niemożliwym do opisania. Ciało Hanka zostało rozerwane w pasie, wnętrzności wylały się na podłogę, jelita zwisały z górnej połowy ciała niczym makabryczne pnącza. Krew się polała, kapiąc na podłogę jak podczas deszczu, niektóre bebechy zwisały jeszcze, zaplątały się w jelita, bądź dyndały na naczyniach krwionośnych. Dolna połowa najemnika przeleciała przez pokój i zatrzymała się dopiero na ścianie, Julia uchyliła się przed nadlatującą połową kolegi, przetoczyła się po podłodze i zatrzymała tuż przy stopach czarodziejki. Górna połowa Hanka upadła na podłogę. Z ciemności wyłonił się mroczny cień, otoczony czarnym smolistym dymem spod którego wystawały kości, z tyłu sterczały skrzydła otoczone tym samym czarnym dymem. Zamiast oczu świeciły dwa ciemnoróżowe ogniki, które zdawać się mogło emanują energią w tym samym kolorze co oczy. Cień z naganą pokręcił głową, schylił się i pochwycił głowę zabitego, przekręcił ją i delikatnie pociągnął, następnie nastąpił na plecy najemnika i szarpnął głową w górę. Głowa z nieprzyjemnym mlaśnięciem oddzieliła się od tułowia, za nią ciągnął się kręgosłup, przesunął dłonią po oddzielnym kręgosłupie, ociekał juchą. Cień traktował to jak jakieś trofeum, delikatnie pogładził kręgi, przyjrzał się czaszce, zaśmiał się i wyłupił kościstymi łapskami oczy. Paliczki gładko wsunęły się w oczodoły, zaraz potem gałki oczne zostały precyzyjnie usunięte, jak podczas zabiegu chirurgicznego. Następnie wbił palce w skórę na głowie, przebił się do kości i zaczął zdzierać ciało, ruchy były szybkie i dokładne, wyliczone, ktoś miał już w tym doświadczenie. Odarta z ciała i z wyłupionymi oczyma czaszka była niemalże pozbawiona tkanki, język wraz z jamą ustną został też usunięty podczas skórowania. Nadszedł czas na ostatni etap przedstawienia. jednym precyzyjnym ciosem rozbił czaszkę, z mózgu została galareta, następnie, jakby był to kielich, wypił całą zawartość czaszki. Obrzydzenie obu najemniczek sięgnęło zenitu, Julia nie wytrzymała i zrzygała się, trzymała się za brzuch i zwracała wszystko co tam miała, a jak już skończyła, to wyrzygała cały kwas. Czarodziejka trzymała się mocniej, mimo tego, że żołądek już rwał się do opróżnienia, a mózg wręcz wrzeszczał z trwogi, ona tam stała, blada, i obsrana ze strachu. Nie potrafiły nic zrobić, patrzyły się na cień i nawet nie próbowały atakować, patrzyły. Powiedziano im, że to będzie prosta robota, pif paf i po ptokach, a teraz dwóch już było martwych, Silver leżał w kącie i zapłakiwał się na śmierć, a one nawet nie mogły się ruszyć, odwaga opuściła je. Szkolone były właśnie to tego, do królobójstwa, nawet nie sądziły, że trafią na coś takiego. Nawet ich najskrytsze koszmary nie były tak okropne. Cień zaśmiał się, odrzucił pustą czaszkę na bok, wstał i zrobiła parę kroków w przód, słyszały paskudne mlaskanie przy każdym kroku, znów żołądek się im ścisnął.
-Zdechniecie, już ja wam to obiecuję.- Powiedział rozpływając się w powietrzu.
Rozejrzały się w panice po pomieszczeniu, szukając demonicznego cienia, śladu po nim jednak nie znalazły. Usłyszały złowrogi chichot który przeszedł w histeryczny śmiech. Jeśli wcześniej były przerażone, to teraz umierały ze strachu, ich ciężkie oddechy pompowały do płuc powietrze przesiąknięte smrodem śmierci, spalona skóra i włosy, krew, i wszystkie płyny ustrojowe, wszystko to wymieszane z wnętrznościami. Koktajl całkowitego obrzydzenia.
-Zawsze wracają, nie ważne ile czasu minie. Zawsze znajdą się tacy co chcą udowodnić sobie i innym ile są warci, zwą się Bohaterami, HA! Dobre sobie. Przyznajcie się uważacie siebie za bohaterów.- Zakończył mówić gdy wybuchnął znów obłąkańczym chichotem, spojrzały po sobie, ten głos, znały go, brzmiał jak ten od Amandy, tylko był niższy, bardziej ochrypły i suchy, martwy. Znów zaczęły szukać cienia, nie widziały go, strach zagościł na dobre w ich umysłach, wszędzie widziały sylwetki tego cienia, zaczynały wariować od tego. Przywarły do siebie plecami i znów wymieniły przerażone spojrzenia, nie miały pojęcia co tu się wyprawiało, chciały tylko stąd uciec. Nagły podmuch wiatru zatrzasnął drzwi balkonowe, czarodziejka z całych sił próbowała je otworzyć, na próżno. Julia zebrała się na odwagę i przemówiła do cienia, udawała, że ma w sobie jeszcze jakiegoś ducha odwagi, nie mogła pokazać, że on już dawno z niej uciekł i teraz stała tu tylko przerażona dziewczynka, z bronią która była większa od niej.
-Nie jesteśmy bohaterami tylko najemnikami.- Poinformowała łamiącym się głosem, pogładziła lufę garłacza, znów ten opętańczy śmiech, dziki i paskudny, już wyobrażała sobie minę Amadyny, szaleńczo rozwarte oczy, i szeroki obłąkańczy uśmiech na ustach, do tego jest jeszcze wysmarowana krwią i resztkami trzewi.
-Nie mówię że jesteście bohaterami, tylko uważacie się za nich.- Odpowiedział cień, nie można było wywnioskować z której strony mówi do nich cień, dźwięk odbijał się od ścian dając wrażenie że mówi nie jedna ale kilkanaście osób.
-To prawda, uważam się za bohatera gdyż obalamy rządy tyrana.- Stwierdziła czarodziejka rozglądając się bacznie na boki, kiedy nikt nie patrzył zaaplikowała sobie zastrzyk, nic wielkiego, upośledza zdolność do odczuwania uczuć, nie ma strachu, ale nie ma też odwagi. Jest tylko pustka. Jednak nie działało to jak powinno, pewnie przez adrenalinę, ona skutecznie ograniczała możliwości tego specyfiku. Nie była już tak przerażona, bała się, jednak potrafiła jakoś się kontrolować.
-Młodzi i głupi, najgorsze połączenie! Dlaczego uważacie mnie za tyrana? Czy to raczej wasi elfi przyjaciele mają mnie za potwora?- Obie najemniczki spojrzały na siebie, były blade niczym ściana i dygotały, oraz przerażone nie na żarty. Ktoś pogładził Julię po ramieniu i szepnął do ucha “To koniec”, obejrzała się za siebie jednak nikogo nie zobaczyła. Kiedy obróciła się znów do przodu Ona już tam stała, Amanda, cała zakrwawiona, obdarta z ciała, otoczona czarnym dymem, zamiast włosów z głowy spływał siedmiobarwny dym sięgający podłogi. Uśmiech niczym u sadysty który wybrał sobie następną ofiarę, zęby ostre niczym sztylety. I te dwa ciemnoróżowe ogniki w miejscu oczu. Nawet nie zdążyła krzyknąć kiedy ręka Amandy zatopiła się w jej podbrzuszu, koścista dłoń przebrnęła przez wnętrze najemniczki, tak jakby nie była to pierwszyzna dla niej, chwyciła ją za kręgosłup i uniosła z niebywałą łatwością. Czarodziejka już miała zaatakować, kiedy Amanda powaliła ją na ziemię czarem telekinetycznym, przygwoździła ją do ziemi na czas kiedy zajmie się Julią. Amanda z rozbawieniem spojrzała na Julię która wpadła w szok związany z nagłą utratą sporej ilości krwi, drugą rękę wbiła w klatkę piersiową, dokładnie w mostek, zablokowała palce między żebrami i uniosła Julię nad głowę. Uderzyła nią o podłogę, a następnie zerwała z niej niemalże całą klatkę piersiową, ta nawet nie krzyknęła, tylko wydała cichy pisk. Królowa odrzuciła mostek na bok,podniosła Julię i przesunęła językiem po jej czole, był zimny i chropowaty, brakowało również jego czubka. Julia dygotała nie mając nawet siły wykonać minimalnego ruchu, wciąż czuła rękę która buszowała po wnętrzu jej brzucha. Jedyne co mogła robić to gapić się w te różowe punkty. Znów upadła na podłogę, Amanda przestała tracić czas, którego Julia już nie miała, nie chciała by najemniczka umarła przed końcem przedstawienia. Jednym wprawnym szarpnięciem wytargała jelito z brzucha, było śliskie i ociekało juchą, położyła nogę na głowie swej ofiary i raz za razem wywlekała kolejne metry flaków. Kawałek za kawałkiem, z nienawistną cierpliwością, zawijała je jakby był to jakiś całkiem normalny sznur, zaśmiała się szczerząc rząd sztyletów, które niegdyś były jej zębami.
-Bo najważniejsze jest wnętrze.- Zaśmiała się i wyszarpała ostatni potrzeby jej kawałek, oplotła sznur z jelita wokół gardła niemalże już martwej Juli, zaciągnęła go i poprawiła węzeł, jakby ten makabryczny szczegół miał kluczowe znaczenie. Od pasa duszonej odczepiła niewielką szablę z bardzo dziwnym jelcem, zakrzywiony był w stronę ostrza.
Wbiła szablę w sufit prawie po rękojeść, dobrze, że trafiła w drewnianą belkę, inaczej ostrze mogło by się złamać, wygiąć, lub rozdwoić. Owinęła jelita wokół rękojeści, podciągnęła ją aż pod sam sufit, otarła z satysfakcją ręce i pchnęła lekko ciało które zakołysało się. Zachichotała, rozbawiona tą makabryczną sceną rodem z koszmaru. Czarodziejka wrzasnęła coś w staro elfim narzeczu. Z dłoni wyskoczył język ognia który szybko objął całą rękę aż do barku, niebieski ogień falował na jej ręce niczym fale morskie. Wyciągnęła dłoń przed siebie a z niej wydobył się słup ognia, który natychmiast pochłonął Amandę, czar “miotacz ognia” był mało wyrafinowany i szybko męczył, lecz skuteczność na niewielkich odległościach była druzgocąca. Zresztą większość zaklęć ognia miało do tego tendencję, łatwe w zabijaniu i wyrwaniu się spod kontroli, oraz męczyły jak cholera. Ogień szybko stał się blady, powoli zaczął przygasać a sama czarodziejka słabła z każdą sekundą podtrzymywania czaru. Nie mogła jednak teraz przestać, jeżeli Amanda mogła przeżyć wcześniejsze ataki, to było spore prawdopodobieństwo, że przeżyje i to. Kiedy palce zaczęły palić bólem, a ręka stała się niemalże bezwładna, to wiedziała, że musi przestać, albo sama zajmie się ogniem. Nie mogła już utrzymać czaru, ogień na ręce zgasł, a ona wyczerpana wysiłkiem zaczęła ciężko dyszeć, wsparła się rękami o uda i wzięła kilka naprawdę głębokich wdechów. Pot spływał jej po twarzy, spływał do oczu i szczypał, oraz rozmazywał wszystko przed nią, czuła jak po policzkach spływają jej łzy, otarła je rękawem, zamrugała. Spojrzała na swoje ubranie, rękawica pokryta była sadzą, rękaw jednak uchronił się od płomienie, magiczna bariera pomiędzy płomieniami a odzieniem zgasła zanim ona zgasiła zaklęcie. Gdyby przytrzymała je jeszcze z sekundę, to jej szata zajęłaby się ogniem. A z takim wyczerpaniem nie miała szans na magiczne ugaszenie. Ogień przed nią jeszcze płonął, kiedy wystąpiła z niego Amanda, brakowało jej prawej ręki, jednak nie przejmowała się tym szczególnie. Cała była pokryta sadzą, resztka ubrań paliła się, podobnie jak włosy, czuła smród palonego ciała, pokręciła głową i szybko się wyprostowała, wciąż czuła zawroty głowy. Zaszarżowała w stronę czarodziejki z dzikim okrzykiem, nie zdążyła zareagować kiedy Królowa staranowała ją, jakby tego było mało Amanda dosłownie zgarnęła ją ze sobą. Ściana przyjęła czarodziejkę bardzo twardo i niechętnie, uderzenie odebrało jej dech, padła na ziemię usiłując zrobić wdech, rozkaszlała się i wciągnęła powietrze do płuc. Potężne kopnięcie zmusiło ją do położenia się, drugi kopniak w nery spowodował, że przewróciła się na plecy, Amanda nawet nie próbowała silić się na szybkie skończenie walki. Przycisnęła czarodziejkę do podłoża, usiadła na niej i pogładziła jej twarz wciąż uśmiechając się, czarodziejka szarpnęła się i warknęła.
-Taka ładna twarzyczka, aż szkoda ją uszkodzić.- Walnęła ją prosto w nos, mimo braku jednej ręki wciąż była groźna. Znów wpadła w szał, zaczęła tłuc czarodziejkę, lała ją po twarzy, tłukła i waliła, warczała kiedy wyładowywała swą złość. Kakofonia krzyków, warknięć i stłumionych uderzeń kościstej dłoni w zakrwawioną twarz, elfka skomlała i wyła, płakała rzewnie rozmazując krew. Ładna twarz czarodziejki zmieniła się w opuchniętą, zalaną krwią miazgę, po ostatnim uderzeniu ofiara Królowej na chwilę znieruchomiała. Została podniesiona, i znów była katowana gradem ciosów, tym razem doszły też te z użyciem nóg, uderzenia z kolanka, kopniaki, i kolejne serie uderzeń kościstą pięścią. Przebiła się kościstą dłonią przez klatkę piersiową, ujęła jedno z żeber i je wyrwała, następnie wyłupiła nim oczy, potem wytargała język, oskalpowała niemalże już martwą czarodziejkę. Koścista łapa ślizgała się na krwi, ciężko było już uderzyć coś, co nie było obite. Wbiła żebro w głowę, przez skroń, poruszała nim głaszcząc mózg od środka, wyrwała żebro i cofnęła się, chciała to zakończyć, kopnęła ją głowę. Ciężki but najpierw wgniótł głowę do ściany, a potem dopiero ją zgniótł, mózg i kawałki czaszki utworzyły krwawą mozaikę na ścianie. Biała szata natychmiast nasiąkła krwią zmieniając kolor na szkarłat. Z tętnicy wciąż tryskała krew jak z fontanny, dopełniając ten potworny obraz rodem z horroru. Bezgłowe ciało osunęło się na ziemię w akompaniamencie psychopatycznego chichotu Amandy. Używając telekinezy uniosła rygiel blokujący drzwi, siły powoli ją opuszczały, dym się rozwiewał odsłaniając ukryte kości, do tej pory na nogach utrzymywał ją szał bojowy, a kiedy zabiła wszystkich oponentów szał wygasał, a wraz z nim życie Królowej. Padła na kolana a czarna energia powoli z niej uchodziła, odsłoniła się goła czaszka pokryta sadzą z ocalałym lewym okiem, z żeber ostały się tylko te najwyższe i najgrubsze czyli trzy pierwsze pary, brakowało mostka. Lewa ręka cała osmolona okryta nadpalonym i zakrwawionym rękawem, zwisała bezwładnie. Jedynie nogi prawie nie ucierpiały, były trochę podziurawione jednak oraz nadpalone w porównaniu do reszty ciała wyglądały dobrze. Upadła na podłogę twarzą do ziemi, natychmiast znieruchomiała gdy energia do końca ją opuściła. Drzwi trzasnęły głucho gdy siedmiu chłopa staranowało je równocześnie, kapitan wpadł do środka potykając się o coś, upadł na podłogę i przetoczył się kilkukrotnie nim się zatrzymał. Żaden z żołnierzy nie spieszył się z wejściem do pokoju, zatrzymali się w progu z bladymi twarzami i z wytrzeszczonymi gałami patrzyli przed siebie. Kapitan podniósł się z podłogi, spojrzał na swój mundur, mdłości chwyciły go natychmiast. Spora część munduru była pokryta sczerniałą krwią, na ramieniu zawiesił się kawałek jelita, Kapitan zasłonił usta dłonią by się nie porzygać. Rozejrzał się po pomieszczeniu, żołądek jeszcze bardziej zapragnął zostać opróżnionym gdy spostrzegł dyndającego trupa pod sufitem powieszonego na własnych jelitach. W swojej czterdziestoletniej służbie widział wiele, to jednak przebijało wszystko. Ze wstrętem zorientował się, że ten przedmiot o który się potknął był czyjąś głową wyrwaną razem z kręgosłupem. Kolejna fala mdłości go dopadła, schylił się z całych sił trzymając obiad za zębami. Zapach mu w tym nie pomagał, śmierdziała tu palonymi włosami skórą, zwęglonymi mięśniami, świeżą krwią oraz nadpalonymi wnętrznościami. Cuchnęło też płynami ustrojowymi, to wszystko było wymieszane w jeden, dławiący i obrzydzający odór śmierci. Opanował odruch wymiotny i rozejrzał się po pomieszczeniu, Rozerwany na dwoje trup bez głowy, kolejny leżał tuż przy drzwiach balkonowych, a jej głowa, a właściwie resztki głowy, rozsmarowana była na ścianie. Jedno z ciał było już częściowo w plastikowym worku, tylko ręka wystawała z czarnego wora. Ostatni denat dyndał sobie pod sufitem powieszony na własnych jelitach, z rozerwaną klatką piersiową z której ciągle wypływała krew. Z paskudnym mlaśnięciem dyndalec urwał się i walnął o biurko, wylała się z niego resztka tego, co kiedyś było nętrznościami, upadek roztrzaskał jej czaszkę, więc mózg mógł swobodnie się wydostać. Obrzydlistwo. Krew była wszędzie, na ścianach, podłoga wręcz nią była zalana, nawet sufit był nią cały pomazany, przełknął nerwowo ślinę i zrobił dwa wdechy.
-Uspokuj się staruszku.- Mruknął do siebie, wypuścił powietrze, pewność siebie wróciła, pokręcił głową i wrócił do oględzin, zatkał nos, ten zapach nie działał zachęcająco.
Jeden z żołnierzy nie wytrzymał, w akompaniamencie jęków zwrócił cały obiad na podłogę korytarza. Tuż przy drzwiach balkonowych siedział młody człowiek w mundurze EIW, podkulił nogi i bełkotał coś do siebie urywanymi zdaniami, ręce miał skrępowane z tyłu, mundur miał zakrwawiony, twarz miał zakrwawioną, cały właściwie był we krwi.
-Wezwijcie kogoś do sprzątania, i weźcie mi tego mazgaja stąd!- Dwóch żołnierzy z niechęcią wkroczyło do pomieszczenia, krzywili się i zasłaniali twarze chustami, smród był nie do zniesienia.
-Na balkonie!- Wykrzyknął jeden z żołnierzy, Kapitan odwrócił się i spojrzał przez zawalone krwią drzwi balkonowe, widział tam leżącą khatonkę. Szybko otworzył drzwi, prawie je wyważył kiedy nie zareagowały na popchnięcie klamki. Kapitan wolno wyszedł na balkon, przykucnął przy khatonece przyjrzał się jej i z żalem stwierdził, że pomoc raczej nie będzie jej potrzebna.
-Dzwońcie po koronera, i wezwijcie ekipę remontową.- Ze smutkiem przymrużył oczy, nie lubił bezpodstawnej przemocy. Kenra rozkaszlała się ciężko plując dookoła krwią, jęknęła z bólem. Poruszyła się i z bólem upadła na zimne kafelki, Kapitan najpierw odskoczył, nawet nie myślał, zadziałał instynktownie.
-Dzwońcie na pogotowie! Migiem!- Wykrzyknął najgłośniej jak potrafił, schylił się i uniósł nieprzytomną khatonkę. Pobiegł w stronę windy przedzierając się przez osłupiałych żołnierzy, raz zawiódł, nie zawiedzie drugi raz. Miał tylko nadzieję że nie jest za późno.

Koniec rozdziału pierwszego.
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.