Zmień fonty Zmień rozmiar
Opowiadania: SilverPaw: Opowieści z Endrenu : Cienie Przeszłości Rozdział 3 Part IV  
Autor: SilverPaw
Opublikowano: 2017/9/14
Przeczytano: 75 raz(y)
Rozmiar 34.17 KB
0

(+0|-0)
 
Fallout New Vegas, to główny winowajca, drugim jest moja leniwość. Skoro to jest wyjaśnione, zapraszam do kolejnego parta.

Podniosła się tak gwałtownie, że niemalże uderzyła czuwającego nad nią Zacka, rozejrzała się po swoim pokoju, natychmiast obmacała całe ciało, sprawdzając czy jest w jednym, kawałku. Kiedy otrząsnęła się z pierwszego szoku, znów padła na poduszkę złożona niemożliwym bólem głowy, czuła okład na czole, Zack nachylił się nad nią.
-Jak głowa?- Otwarła oczy, łeb bolał, zmrużyła oczy i powoli podniosła się do pozycji półsiedzącej.
-Czuję się, jak po czołowym spotkaniu z rozpędzonym walcem.- Niebianin podał jej kubek, nawet nie spojrzała co tam jest, od razu wszystko wypiła, dopiero po przełknięciu poczuła jak gorzki płyn palił jej gardło, skrzywiła się i wystawiła język.
-Ohyda... Ne cuje jzyka, co tfo bfylo?- Podał jej drugi kubek, tym razem sprawdziła zawartość, wyglądało to jak woda, powąchała, owszem, była to zwykła woda.
-Przepłucz usta, znieczulenie zaraz minie. Podobnie zresztą jak ból głowy.- Zgodnie z zaleceniem niebianina dokładnie wypłukała usta, wypluła wodę do miski, a następnie przepłukała je raz jeszcze.
-Powtórzę. O-H-Y-D-A. Co to w ogóle jest? Smakowało to jak, cholera, nawet nie wiem jak to ująć. Jakbym lizała zardzewiałą blachę pod napięciem.- Niebianin się zaśmiał, komentarz zabawny a zarazem trafny, to prawda, że ten gorzki, drapiący napar smakował jak zardzewiała blacha pod napięciem.
-Zioła, nie ufam koncernom farmaceutycznym. Jedna z wad unowocześnienia, wszyscy zapominają o cudownej mocy ziół, grzybów i porostów.- Ból głowy powoli ustępował, ten napar działał naprawdę szybko, nie minęły nawet dwie minuty, a ból już niemalże ustąpił.
-Co właściwie się stało?- Zack stuknął się palcem w czoło dając jej jasny przekaz, to się stało.
-Sara wykonała na tobie swój słynny cios, potrafi każdego złożyć na wpół. Przyniosła cię tutaj bluzgając nie gorzej niż szewc. Chciała żebym tu został i postarał się ocucić ciebie, no i się udało, po czterdziestu minutach. Dobrze, że nie rozkwasiła ci facjaty, bądź czaszki.-
-Czterdzieści minut! Leżałam tak prawię godzinę?- Przytknął skinieniem głowy, znów opadła na łóżko, przeciągnęła dłońmi go pysku i zasłoniła sobie oczy, Sara musi być wkurzona.
-Jest zła jak osa, nie podchodź do niej na wyciągniecie ręki, bo marny twój los. Poczekaj aż jej ciśnienie zejdzie. Może zabrzmi to jak cytat z durnego filmu przyrodniczego, ale Sara przywiązuje olbrzymią wagę do swojego terytorium, a jak ktoś go naruszy potrafi być bardzo niebezpieczna.- Zaśmiała się, wyobraziła sobie cały program przyrodniczy poświęcony Sarze, wyobrażała sobie to niezwykle komicznie, Zack podniósł jedyną brew kiedy widział jak drży ze śmiechu.
-Widzę, że śmieszą cie takie rzeczy. Radzę uważać, bo Sara jest BARDZO drażliwa na tym punkcie.-
-Możesz mi coś o niej powiedzieć? Tylko mi się tu nie próbuj wymigać. Spędziliście trzysta lat na Północy, więc wiesz o niej dużo.- Niebianin tylko pokręcił głową, khatonka podniosła brew, czekała na odpowiedź.
-Nie chcę cię rozczarować, ale moja wiedza na temat Sary jest bardzo skąpa. Ona nie lubi mówić na swój temat, a tylko Nathaniel mógłby powiedzieć cokolwiek na jej temat. Wiem tylko tyle, że została Inkwizytorem w wieku szesnastu lat, szybko zdobyła sławę jak najbardziej brutalny inkwizytor. Na parę miesięcy przed Rewolucją trafiła do wariatkowa. Kasandra zaczynała traktować ją jako zagrożenie, ciężko się dziwić. Podawali jej tam jakieś chemikalia, jak ją stamtąd wyciągnęliśmy, ledwie potrafiła skojarzyć dwa fakty, o chodzeniu i mówieniu nie wspominając. No a potem to z górki, Rewolucja, Sara stanęła po naszej stronie, dzięki czemu było to prawie bezkrwawy konflikt. Jeśli chodzi ci o jej osobowość to... Jest wredna, wyniosła, ma przerost ego i zbyt wysoki mniemanie o sobie. Do tego jest zarozumiała, wszystko wie lepiej, arogancka, impulsywna, władcza... Dominatorka. Autorytarna. Choć nie jest to szablonowy autorytaryzm. A moje okłady pięścią przynoszą pozytywny skutek. Jakoś udało mi sieją "znormalnić". Jednak, jeśli jakoś uda ci się ją do siebie przekonać, to wychodzi na jaw, że nie jest skończoną suczą. Przynajmniej nie do końca. Jeśli jesteś jej wrogiem, nie będzie dane ci długo pożyć, a jeśli jesteś po jej stronie, możesz być pewna, że ci pomoże.- Spodziewała się więcej informacji, ale to lepsze niż nic, to też tłumaczyło jej zachowanie, skoro w wieku szesnastu lat została Inkwizytorem, to musiała wykazać się jako agent, oraz musiała już służyć kilka lat.
-A co z hakiem i blizną?- Zack wzruszył ramionami, podniosła brew, mimo to chciał cokolwiek usłyszeć.
-Co do blizny to nie jestem pewien, a hak ma przez to, że ktoś odrąbał jej połowę przedramienia. Chyba ma to związek z puczem wojskowym. Ale nie dam głowy. I tak mam już tylko połowę. Nic więcej ci o niej nie powiem, bo nic już nie wiem.-
-A co możesz powiedzieć o sobie?
-Tu mogę powiedzieć nieco więcej. Jak wiesz nazywam się Zack Stranger, wywodzę się ze zwykłej niebiańskiej rodziny, miałem pięciu braci i trzy siostry, a ja z nich wszystkich byłem najmłodszym. Nie powiem, żeby z rodzicami mi się układało, było już licho zaraz po moich narodzinach, już wtedy miałem białe włosy, jakaś drobna mutacja, brak pigmentu we włosach. Ale mój ojciec podejrzewał matkę o zdradę, nawet jak mu udowodniono, że jestem z jego krwi, to i tak traktował mnie chłodno. Więc byłem oczkiem w głowie matki. Niestety, to nie był koniec problemów z genami. Zdiagnozowano u mnie rzadką chorobę genetyczną znaną jako Syndrom Stychlera, słabe wiązadła i ściągana, oraz stawy w skrzydłach, a w szczególności te u ich podstawy, źle znosiły jakiekolwiek obciążenia. Wszystko skończyło się w wieku siedemnastu lat. Egzamin szkoły latania. Podczas próby wytracenia prędkości wyrwało mi ze stawu skrzydło, ocknąłem się po kilku godzinach. Byłem jednym z farciarzy którzy zdołali jakoś się wykaraskać. Dostałem pracę ochroniarza w ZPSie, a potem zostałem też psychologiem. No niestety, amputowano mi oba skrzydła. Były mi zbędne po tym wypadku.- Poruszył sztucznymi skrzydłami, teraz tak właściwie mogła mu się przyjrzeć, ale tak dokładnie. Mierzył z dwa metry, szeroki w barkach, kwadratowa szczęka, lewa strona twarzy pokryta płytami z tytanu, zamiast nosa miał niewielką wypustkę. Sztuczne oko było całe czarne, z wyjątkiem źrenicy, ona była czerwona. Mimo wszystko na lewej skroni wciąż znajdowała się skóra i włosy, choć ucho zostało zastąpione metalowym odpowiednikiem, to wyglądało całkiem normalnie. Prawa strona twarzy wyglądała niemalże normalnie, pokryta była grubym i zadbanym zarostem, w uchu miał kolczyk, wyglądał jak trzy tryby, miał podobny naszyjnik, tylko tam były cztery tryby. Zęby zastąpione były tytanowymi, oko odbiegało on normy, białko miało ostry żółty kolor, tęczówka była lawendowa, a źrenica złota. Sztuczne skrzydła też robiły imponujące wrażenie, te były srebrzyste, miały pięć metrów rozpiętości, ich twórca się wykazał, wyglądały niemalże jak prawdziwe.
-A co z... Tym...- Wskazała na lewą rękę, niebianin uśmiechnął się kącikiem ust, podniósł rękę i pokazał ją Kenrze w całej okazałości. Lewa ręka była niezwykle masywna, pokryta była grubym, wielowarstwowym pancerzem z kompozytów, ciężko było znaleźć jakieś miejsce które nie było okryte pancerzem, na stawach, na łokciu widoczne były syntetyczne mięśnie wyglądające jak błyszczące czerwone rury, miały średnicę jakiś pięciu centymetrów, i było ich tam mnóstwo, a widziała zaledwie niewielki prześwit w pancerzu. Same pancerz był prosty, zwykły kompozyt, był szary i widoczne na nim były liczne zarysowania i szczerby. Dłoń też wyglądała niezwykle interesująco, palce posiadały olbrzymią swobodę ruchów, od zewnętrznej posiadały karbowaną powierzchnię, która miała za zadanie ułatwiać chwyt.
-To jest siódma wersja tej ręki, Aldreon odwalił kawał świetnej roboty, ja mając tyle czasu i zasobów co on, nie zrobiłbym nawet palca. Pierwsze dwie wersje były prymitywne i awaryjne, oraz ważyły prawie półtorej setki. Później otrzymałem skrzydła, z nimi też było na początku nieco problemów, głównie przez to, że się od nich odzwyczaiłem, a potem z górki. Utrata obu nóg, i prawej ręki, wymiana większości organów, zastąpienie szkieletu tytanowym odpowiednikiem. Rewolucja i połatanie łba oraz mózgu, choć twarzy to już nie udało się do końca odtworzyć.- Zamiast skóry w wielu miejscach posiadał coś co wyglądało jak czarna guma, syntetyczna skóra, ten niebianin przeszedł przez istne piekło, niewiele zostało tego prawdziwego Zacka, mimo to jakoś się trzymał.
-Co ci się stało z okiem?- Już wcześniej zwróciła uwagę na nietypowe oko niebianina, żaden niebianin którego widziała nie miał aż tak dziwnego jak on.
-To? Nic nadzwyczajnego. Spektrolum dostało mi się do oka, wypadek przy pracy, wgryzło się w gałkę oczną i doszło do zmiany koloru. Przez trzy miesiące byłem całkowicie ślepy na prawe oko, do teraz mam problemy z widzeniem, wszystko jest przesunięte w odcienie granatowego. A drugie sprawuje się świetnie, tylko to już jest sztuczne, ale posiada dużo udogodnień, termowizja, dwudziestokrotne przybliżenie, tryb noktowizyjny. Na słuch też nie mogę narzekać, potrafię usłyszeć kichnięcie z trzech kilometrów, choć przez większość czasu mam ustawioną niewielką czułość słuchu. Jeśli ktokolwiek by się mnie spytał, czy chciałbym wrócić do swojego w pełni organicznego ciała, to odpowiedziałbym mu, że nie. Wolę to. Jest lepsze, a emocje nie są mi potrzebne. Tylko przeszkadzają.- Przeszedł ją dreszcz, a spodziewała się, że on będzie z nich najbardziej normalny, a tu psikus, on też miał całkowicie poprzestawiane pod kopułą.
-Nie, to nie przez to. W czasie Rewolucji dostałem młotem w łeb, mózg rozprysnął się na powierzchni dwudziestu metrów kwadratowych, a kawałki czaszki poleciały nawet na trzydzieści metrów. Piętnaście minut, tyle wystarczyło Aldreonowi by mnie poskładać do kupy... Tylko brakło ciała na resztę twarzy, dlatego na lewej stronie noszę płyty, zastępują mi twarz. Jestem pozbawiony uczuć przez to, że mój mózg załatany jest elektroniką. Nie mam skłonności do sadyzmu, nie kręci mnie zabijanie czy okaleczanie. No a przynajmniej teraz... Kiedyś byłem inną osobą.
-Aaa... O tym wolałam nie wiedzieć. Ale... Wspomniałeś o jakiś osobach. Kim oni byli?-
-Założyliśmy małą grupę, zwaliśmy się "Przymierzem" pretensjonalne ale zdawało egzamin. Dziesięć osób, trzy przynależności polityczne i jeden cel. Pierwszy ugrupowaniem byliśmy my, czyli wrogowie Kasandry, Amanda, Ewelina, Amanda i ja, drugą grubą byli Królewscy, Sara, Nathaniel, Dowódca Gwardii Królewskiej, i Aleksandra. No i bezstronni politycznie, Adonis, Herra, oraz Parhaner. Naszym celem było załatwienie Kasandry. Jak widać udało nam się to wręcz wybitnie, choć do teraz nie wiem co się z nią stało. Zginęła, to jest pewne, ale jak i kto tego dokonał, nie mam pojęcia. Mówiąc w skrócie. Aldreon był... Nazwałbym go niezwykle pomysłowym szaleńcem, to on stworzył moje protezy, broń i pancerze którą walczymy do teraz, wiele rzeczy wymyślił, choć do końca to nie był poczytalny. Ewelina, podopieczna Amandy, równie piękna, co niebezpieczna. Ją i Amandę łączyła głęboka więź, były dla siebie jak siostry i przyjaciółki, czasem zachowywały się jak matka z córką. Ciężko to pojąć, nawet mi. Nathaniel był draconem, świetny żołnierz, go łączyło coś z Sarą, nie wiem co. Wiem tylko, że to on ją uczył walki, większość z tego co potrafi, to zawdzięcza właśnie mu. Aleksandra, naukowiec i wariatka. Parhaner, smok mędrzec, Adonis, relin łowca głów, i Herra, karhańska szamanka, moim zdaniem najbardziej normalna osoba z naszej gromadki. I mówię to o całkowitej normalności.- Więc to ich przedstawiało to zdjęcie które widziała wcześniej, to rodziło tylko więcej wątpliwości, więcej pytań, teraz była jednak bliżej poznania prawdy niż kiedykolwiek. Od nich mogła dowiedzieć się naprawdę sporo, nie mogła zapytać się o samą Amandę, ale mogła iść okrężną ścieżką, popytać się o coś, co da jakieś wskazówki.
-Powiesz mi coś więcej o Aldreonie i Ewelinie, ich imiona obiły mi się już o uszy.-
-Idziemy okrężną ścieżką? Wiem co ci chodzi po głowie. I to nie będzie takie proste jak ci się wydaje. Ewelina De-lein, moja rówieśniczka, znałem ją już przed... TYM. Bardzo ciekawa osobowość, łączyła ją z Amandą bardzo mocna więź, jak już zresztą wspominałem. Dobrze wykształcona, uzdolniona, i bardzo zaradna, a do tego piękna. Była bardzo stanowcza, nie poddawała się, potrafiła bronić swoich racji. Ujmując kolokwialnie, baba z jajami. Aldreon starszy o rok, znałem go już wcześniej, cichy, zdystansowany, zawsze racjonalny i chłodny. Można go spokojnie zaliczyć do najbliższego grona znajomych Amandy. Jeżeli ktokolwiek znał ją tak dobrze, jak ona siebie, to tylko on. Jak mówiłem wcześniej, do normalnych nie można było go zaliczyć, dzieżko było zrozumieć jak on działa, widział wszystko w inny sposób, osobiście się go obawiałem. Oboje świetnie walczyli, tylko każdy z nich w inny sposób, Ewelina kładła nacisk na siłę uderzenie i moc obalającą, dlatego władała wielkim młotem. Aldreon wolał szybkie i precyzyjne cięcia, stawiał na zręczności, choć siły mu nie brakowało, kiedy zaszła potrzeba, potrafił zabić w taki sposób, że nie można było go nawet zidentyfikować. No i był niemożliwie wytrzymały.-
-No dobra... Rozumiem. Więc wasza grupa składała się z dziesięciu osób. Gdzie reszta?-
-Ewelina nie żyje, została brutalnie zamordowana krótko po rewolucji. To nasza wina, za bardzo byliśmy wyczerpani walkami, chcieliśmy odsapnąć. Zakradli się do zamku kiedy spaliśmy, przybili jej skrzydła do framugi łóżka, zdarli z niej skórę i wypatroszyli. Umarła na rękach Amandy. Nathaniel dalej przebywa na Północy. Herra ma rodzinę, pewnie siedzi w wiosce. Aleksandra może być wszędzie, choć znając ją, to pewnie przebywa na południowym wschodzie, i urzyna się do nieprzytomności, albo morduje ludzi. Parhaner pewnie dalej prowadzi swoje badania na temat dawnych kultur. Adonis jest tam, gdzie można zarobić na czyjejś głowie. A Aldreon... Nie mam pojęcia, szukaliśmy go na Północy przez trzysta lat, zaszył się tak, że nie da się go odnaleźć. Pewnie sam się pojawi, kiedy zajdzie taka potrzeba.- Grupa była rozbita, jedna osoba już nie żyła, a druga zniknęła z powierzchni świata, pozostali zaszyci byli na kompletnych odludziach. Upływ czasu pozacierał dawne znajomości, tak jej się wydawało. Niebianin doskonale wiedział, że każdy z nich odegra jeszcze jakąś rolę, tak przynajmniej powiedział mu Aldreon, był pewien, że jeszcze się spotkają.
-Oł... Nie wiedziałam... To.. Przepraszam.- Położyła po sobie uszy, zrobiło jej się przykro, rozumiała dlaczego Amanda nic nie mówiła o swojej przeszłości, strata kogoś bliskiego mocno ją zabolała, i najwidoczniej bolało ją to do teraz
-Jeszcze jedno. Radzę jakoś ogarnąć tą sprawę z Sarę. Jest na ciebie BARDZO zła. Nie będę się tu wyrażał. Idź do niej i jakoś to załagodź. Albo kiedyś obudzisz się z piraniami. Mówię całkowicie poważnie. Choć w sumie... Bardziej spodziewam się po niej terroru psychicznego. Zabicie ciebie nie wróży dobrze jej zdrowiu.- Zrobiła wielkie oczy, przecież to było samobójstwo, Sara ją ukatrupi tylko jak ją zobaczy, nie podobało jej się to.
-Nie martw się. Pójdę tam z tobą, ale to TY jej się będziesz tłumaczyła. Ja tylko powstrzymam ją przed przeprowadzeniem na tobie wiwisekcji.- Przełknęła ślinę, tego jeszcze jej brakowało do szczęścia, Sara z pewnością ja ukatrupi na wstępie, ot tak, dla zasady. Podniosła się z łóżka, nie chciało jej się zakładać butów, nie potrzebowała ich. Zack już stał przy drzwiach, spojrzała na jego stopy, zaciekawiło ją dlaczego ma na sobie buty płytowe.
-Dlaczego masz płytówki?- Zapytała się wskazując na nogi niebianina, Zack podniósł brew, pokręcił głową.
-To jest moja noga, po co mi pojedyncze palce? Tak jest lepiej i efektowniej.- Protezy stóp wyglądały tak, jakby wciąż nosił buty płytowe, nie miał pojedynczych palców, najogólniej można powiedzieć, że jego stopa wyglądała jak but z obcasem. Nogi podobnie jag ręce były ciężko opancerzone, deo tego skrywały jeszcze jedną niezwykle użyteczną rzecz, siłowniki skokowe. Pozwalały mu się wybić, oraz amortyzować upadki z większych wysokości, a kiedy zaszła taka potrzeba, to dzięki nim mógł wyprowadzić naprawdę silnego kopniaka. Cicho podążała za niebianinem, słuchała stukania jego metalowych stóp, chodził ciężko, szeroko rozstawiając nogi, dziwiło ją jednak to, że najpierw kładł "palce", a potem dopiero resztę stopy. Zapukał, po chwili zapukał ponownie, żadnej reakcji, westchnął i otwarł drzwi, wszedł do pokoju. Pusto. Sary ani widu, ani słychu, podrapał się po brodzie, czyżby Sara zmieniła swój plan dnia?
-Ładnie tak wchodzić bez zaproszenia?- Sara, spojrzał na nią przez ramię, stała oparta o ścianę, lewą rękę trzymała w kieszeni, opierała się o ścianę, jak zawsze były w swoim mundurze.
-Zmieniłaś rozpiskę zajęć? Przeważnie o tej porze jesteś pogrążona w medytacji.- Inkwizytorka zaśmiała się, lewe ucho niebianina drgnęło, skrzyżował ręce i w pełni się wyprostował. Sara obrzuciła khatonkę spojrzeniem, było w tym spojrzeniu coś nietypowego, jakieś takie zaciekawienie.
-Nie... Mam ważniejsze sprawy. Idę pogadać z Amandą, bądź tak łaskaw i nie przeszkadzaj.- Odwróciła się i udała się w kierunku windy, Zack śledził ją wzrokiem, dokładnie analizując jej pochód, każdy jej krok, to jak oddycha, jak kładzie stopy. Mruknął coś nie zrozumiałego.
-Wracaj do pokoju.- Kenra spojrzała na niego z osłupieniem, przed chwila przybyli tu, aby porozmawiać z Sarą, a teraz odsyła ją do pokoju, gdzie logika?
-Wracaj do pokoju. Mówię serio.- Westchnęła, i kolejny co nie chce nic mówić, posłusznie udała się do swojego pokoju, Zack bez słowa udał się na czwarty kilometr, coś tu śmierdziało. Wiedział jak chodzi Sara, jak się wysławia, i przede wszystkim jak się śmieje. Przeszedł przez cały garnizon, zszedł do lochów i szybko udał się do wejścia na szósty poziom, nawet się nie zdziwił widząc otwarte wejście. Gwizdnął. Po paru chwilach wyłoniła się stamtąd Sara.
-Czego blaszaku? Nie widzisz, że jestem zajęta?- Tak jak myślał, tamta Sara to tylko zmiennokształtny, prawdziwa Sara śmieje się w znacznie bardziej obłąkany sposób, oraz inaczej chodzi.
-Mam iść do ciebie, czy do tej drugiej Sary?-
-Co kurwa? Jaja se robisz? Jaka druga?- Od razu wyskoczyła i zamknęła ze sobą wejście, nim niebianin zdążył cokolwiek powiedzieć, Sara była już w połowie drogi ku wyjściu. Szybko ją dogonił.
-Zmiennokształtny. Roztrzaskam mu głowę! Wytrę nim podłogę, albo wyrzucę dziada przez okno!- Przyspieszyła kroku, teraz to już praktycznie biegła, Zack przekręcił oczyma, Sara działała czasem zbyt impulsywnie, był pewien, że kiedyś to obróci się na jej niekorzyść. On też przyspieszył kroku, bez większych problemów dogonił ją przy windzie.
-Sara, uspokój się. Nie możemy tam wpaść... I tak zamierzasz to zrobić? Mam Rację?- Skinęła głową, była zezłoszczona, ale nie wściekła, wciąż jeszcze panowała nad sobą, jeszcze. Udali się na jedenasty kilometr, Sara przyłożyła ucho do drzwi, nasłuchiwała przez parę chwil, a następnie gwałtownie otwarła je i wbiegła do środka. Jej kopia przestraszyła się i podskoczyła, zagarnęła ją ze sobą i niemalże wyrzuciła przez balkon, trzymała ją za ubrania, wystarczyło ją puścić, a grawitacja zrobi resztę.
-KIM TY DO DIABŁA JESTEŚ!- Wydarła się potrząsając swoim klonem, ta z oczami rozwartymi ze strachu była zbyt przerażona by coś odpowiedzieć.
-Sara. Spokojnie.- Upomniał ją niebianin, Inkwizytorka prychnęła, i powaliła Sarę numer dwa na balkon, przygwoździła ją kolanem, przesunęła otwartą dłonią po haku.
-S... Sar... A... To ja... He... Herra.- Wyjąkała, niebianin powoli podniósł Sarę z Herry, z chęcią pomógłby jej wstać, ale tylko wyrządziłby jej jeszcze więcej krzywdy. Zmiennokształtna przybrała swą prawdziwą formę, ta zmiana była szybka, błyskawiczna, podczas mrugnięcia można było przegapić cały spektakl. Była bardzo niska, może metr czterdzieści, ale była bardzo zgrabna, talia jak u osy, duży biust, urocza twarzyczka o niezwykłej urodzie. Miała niewielki zadarty nosek, śliczne pełne usta, wargi były seledynowe, oczy były dziwne, białko miało odcień jasnego pomarańczu, tęczówki były w kolorze patyny, źrenica wyglądała jak litera “X”. Włosy były w dwubarwne pasemka, szmaragdowe i lazurowe, splecione były w warkocz, ktoś włożył w niego dużo pracy. Całe ciało pokryte było drobną, czarną matową łuską. Ubrana była w gustowna czarną suknię z gorsetem, kolorem przewodnim była oczywiście czerń, gorset pokryty był pięknym haftem w kolorze seledynu. Suknia posiadała jeden rękaw, lewy, na nim widniał wyszyty wąż, pająk i nietoperz. Dół sprawiał wrażenie potarganego, to nie była prawda, to było było uwzględnione już w projekcie. Na stopach miała skórzane sandałki, typowe obuwie karhana.
-Herra, ile razy mam ci mówić, żebyś tak nie robiła. Kiedyś nieświadomie rozbije ci czaszkę.- Sara westchnęła i przyłożyła dłoń do czoła, przeciągnęła nią po twarzy, wypuściła z płuc powietrze. Herra wciąż się ukrywała za niebianinem, tak żeby go nie dotknąć, obawiała się, że dotknie metalowego pancerza, a to zakończyłoby się poważnymi poparzeniami.
-Ehhh... Wybacz. Czasami działam zbyt impulsywnie. Ale sama powiedz, to wyglądało podejrzanie.- Przytaknęła skinieniem głowy, Sara opadła na fotel i rozsiadła się wygodnie, Niebianin też wygodnie usiadł na drugim fotelu, zmiennokształtna wciąż jednak tam stała. Drzwi od sypialni otwarły się powoli, z nich powoli wypełzła Amanda. Właśnie, wypełzła. Poruszała się o kulach, w nosie i uszach znajdowały się chusteczki, a oczy zasłonięte były bandażem. Poruszała się tak, jakby zamiast dolnej partii ciała miała kawałek drewna.
-Możecie się tak nie drzeć? Na wszystkie gwiazdy... Trupa moglibyście obudzić! A tak nawiasem. Witaj Herra, co tam u ciebie?- Amanda mimo stanu w jakim się znajdowała, musiała należycie przywitać się z Herrą. Oparła kule o ścianę, z problemami uklęknęła i przytuliła ją, poklepały się po plecach.
-Dobrze cię widzieć. Tak się cieszę. Wybacz, że dopiero teraz, ale...-
-Daj spokój, masz na głowie swoje życie. Dobrze cię zobaczyć, trochę się nie widziałyśmy.- Wstała niemalże się przewracając, wspierając się na ścianie, osiągnęła pion, chwyciła kule i na nich się oparła.
-Przybyłam ci pomóc wrócić do zdrowia. Tak przy okazji, kim jest ta khatonka?- Dopiero teraz zauważyli, że ma jeszcze torbę przewieszaną przez ramię, w niej zapewne miała środki medyczne. Herra była szamanką, głównie zajmowała się opatrywaniem ran, leczeniem chorób, przygotowaniem lekarstw. Była w tym bardzo dobra, potrafiła połatać właściwie każdego, i wyleczyć niemalże każdą chorobę. W przypadku Amandy nie musiała wiele działać, mrok i wytrzymałość jej organizmu, a do tego eliksiry, Amanda potrafiła poskładać się sama. Wadą tego wszystkiego było to, że tak silna magiczna ingerencja oznaczała skutki uboczne. Każdy wprawiony w posługiwaniu się magią wiedział, że magiczne leczenie ran nie było dobrym pomysłem, podczas walki co prawda mogło to uratować życie, ale skutki po leczeniu się mogły zwalić z nóg. Ogólnie osłabienie organizmu, przy poważniejszej odbudowie, takiej jaką zafundowała sobie Amanda, dochodziło też do krwawień, omdleń. Proces magicznego leczenie wydawał się prosty, magia regenerowała komórki, odrastała tkanka, tylko to wymagało wspomagania eliksirami. I tu był ten problem, magia regenerowała komórki bez względu na wszystko, więc często się zdarzało, że regenerowała partia ciała odmawiała posłuszeństwa, przez co nagle pod kimś uginały się kolana. Tylko naprawdę zaawansowana i opanowana w stopniu mistrzowskim magia nie powodowała skutków ubocznych. To wymagało jednak całych wieków nauki i ciągłych prób, nie każdy miał czas i cierpliwość. Herra jednak mogła pochwalić się wysoką biegłością w magicznym leczeniu, potrafiła uniknąć większości skutków ubocznych.
-To moja córka. Kenra. Powinnyście się poznać.- Na twarzy Herry pojawił się uśmiech, nie taki jak u Sary, tylko zwykły, szczery uśmiech, ten pomysł bardzo przypadł jej do gustu. Nigdy w życiu nie miała okazji spotkać prawdziwego khatona z krwi i kości, widzieć to widziała, ale nie żeby porozmawiać, przyjrzeć się. Amanda stuknęła kulą Zacka, niebianin spojrzał na nią z zaciekawieniem.
-Jak tam? Kenra narobiła sobie kłopotów? Wiem z autopsji, że jest... Uciążliwa, żeby nie powiedzieć, że upierdliwa. Więc?-
-Sara ją znokautowała, kiedy młoda była nieprzytomna to wygrażała jej śmiercią i kalectwem. Kenra zakradła się za rzeźnikiem do rzeźni. A co z tobą... Bo nie wyglądasz najlepiej.- Zaśmiała się sucho, otarła usta na rękawie został krwawy ślad, niebianin podniósł się, zaczynał się coraz to bardziej obawiać.
-Nic. Pomijając fakt, że krwawię zewsząd, pluję krwią, kicham nią, ba, nawet mam ją zamiast łez. Ścięgna w kolanach szlag trafił, zaczęły się regenerować, wnętrzności chyba mi się przestawiają, a do tego wciąż mnie suszy.- Zaśmiała się, usiadła na swoim fotelu, wsparła kule o biurko, schyliła się pod nie i wyciągnęła butelkę z mętną zawartością.
-E... Nie wiem czy picie w twoim stanie jest dobrym pomysłem.- Amanda wstrząsnęła zawartością butelki, spojrzała na nią pod światło, mętny, niemal mulisty płyn miał barwę popiołu, skrzywiła się na samą myśl.
-Spokojnie, nie mam zamiaru pić, jeszcze nie.- Odłożyła butelkę na miejsce, rozmasowała podstawę nosa chcąc skupić na czymś swoje myśli.
-Sara, jak tam "rozmowa"? Dowiedziałaś się czegoś?-
-Tak. Jest ich więcej, trzeba będzie się nimi zająć, tu masz szczegółowy raport, ale pokrywa się to z informacjami od zwierzchnika Niko, oraz z tym co udało się ustalić tobie.- Położyła na biurku obszerny folder wypchany papierami, Amanda zgarnęła go i schowała do szuflady, wsparła się na blacie, spojrzała na Zacka, a potem na Sarę.
-Dobra, porozmawiamy wieczorem, trzeba to jakoś rozwiązać.Na razie jesteście wolni. Sara jeszcze coś. Łapy precz od mojej córki. Jeszcze raz coś jej zrobisz...- Urwała wymownie, ton głosu przybrał taką barwę, że aż włosy się jeżyły, Inkwizytorka mruknęła coś niezrozumiałego, wyszła z gabinetu. Królowa westchnęła, wsparła głowę na dłoniach, pokręciła nią.
-Z nią są same kłopoty. Widzę jednak, że coś się tam zmieniła w zachowaniu, okłady pięścią pomogły?-
-A i owszem, pomogły. Chociaż nie były tak skuteczne jak tego oczekiwałem.- Królowa uśmiechnęła się, spodziewała się, że po takim czasie Sara nieco się zmieni, mimo to wciąż ciągnęło od niej jeszcze czasami Królewskimi. To za bardzo weszło jej w krew.
-Idź się przygotować. Wkrótce rozpętamy piekło.- Podniósł się i zasalutował, wyprostował się dumnie i przyłożył prawą pięść do serca.
-Jak sobie życzysz, Panno Strife.- Amanda poczekała aż wyjdzie z gabinetu, kiedy zamknęły się za nim drzwi, zaczęło chichotać, Herra stała z podniesionymi brwiami, wspierała lewą dłoń na biodrze.
-Dobra, poskładaj mnie, tylko nie zamieniaj mi miejscami nerek.- Zmiennokształtna uśmiechnęła się, stary żart chirurgiczny, niewielu wiedziało o co w tym chodzi, i niech tak pozostanie.

Niebianin udał się od razu do swojego pokoju, zgodnie z zaleceniem Amadny zaczął się przygotowywać. Spojrzał w swe odbicie w lustrze, znał tą twarz, ale wydawała mu się taka obca.
-Czym się stałem?- Zapytał się odbicia w lustrze, odbicie mu nie odpowiedziało, przez chwilę zdawało mu się, że widzi swą twarz bez ran i protez. Zastanowił się, kim był przed ZPS-em, niewiele wspomnień pozostało z tego okresu.
Wiedział czym się stał, bezuczuciowym i bez emocjonalnym workiem metalowych kości, bionicznych protez, sztucznych organów wewnętrznych i resztką ciała nieszczęśnika, którym niegdyś był. W gruncie rzeczy był już martwy, miał sztuczne serce, mózg załatany procesorami, szkielet zastąpiony tytanowym odpowiednikiem.
Wolał jednak być bezduszną maszyną, niż słabeuszem którym niegdyś był.
Pamiętał pierwszy dzień w ZPS-ie, został tam jako “nieopłacana pomoc techniczna”, czyli workiem do kopania i drwienia, oraz do odwalania czarnej roboty, pamiętał wybuchy agresji które rozładowywał na rówieśnikach, pamiętał także pierwszą osobę którą zabił.
Swoją dziewczynę, zapomniał jak miała na imię, natomiast pamiętał jak ją zabił i w jakich okolicznościach. Przez nią o mało co sam nie zginął. Pamięta jak poślizgnęła się na oleju i przewróciła kadź pełną świeżego Spektrolum, pamiętał tą chwilę jak gramoliła się na kolanach i jak przepraszała spanikowanym głosem. Cała była w jaskrawożółtym Spektrolum, wtedy coś w nim pękło, zadał pierwszy cios, kopnął ją w głowę, później w brzuch i ponownie w głowę, wpadł w amok, zadawał ciosy jak popadło. W końcu przestał, Santra, gdyż się tak nazywała, leżała w kałuży Spektrolum i własnej krwi, on dyszał wściekle, chciał ją zabić, czuł żądzę zabijania. Wtedy jeden z ochroniarzy podał mu pałkę połączoną z paralizatorem, przyjął go i dokończył dzieła, włożył paralizator do jej ust, wepchnął go głęboko, po czym włączył. Gdy go dostał bateria była naładowana w pełni, gdy skończył była rozładowana, z ust zamordowanej wydobywał się dym, i czuć było spalenizną. Następnego dnia został przyjęty do ochrony. Wtedy doszło u niego do pewnej przemiany, czuł satysfakcję z zabicia jej, towarzyszyło mu to przez bardzo długi czas, lubił zadawać ból, wyzbył się tego po niemalże trzydziestu latach.
Odetchnął głęboko, wiedział, że jest nienormalny, nie czuł wstrętu do siebie i swych czynów, gorzej, powtórzyłby je. Wrócił do naprawy strzelby, stary gładkolufy śrutosiejca był prezentem od górnego zarządu ZPS-u, nie była to broń magiczna, lecz prochowa. Ładowana od dołu, śrutowymi nabojami kalibru dwanaście, siała śmierć na krótkim dystansie. Piękna drewniana kolba, zdobiona symbolem ZPS-u prezentowała się pięknie, wykonana z dębu, nasączona czarną bejcą, wykończona na mat. Strzelba była długa, z jedną lufą, była to tak zwana “pompka”. Lufa pokryta była radiatorem z perforowanej blachy, zapobiegało to przegrzewaniu się. Ostrożnie i delikatnie rozkręcił broń, strzelba była prosta w budowie jak cep, przez co wszelakie naprawy były banalne. Wymienił starą sprężynę, bez niej może sobie pomarzyć o strzelaniu, wyczyścił lufę, zmienił iglicę, wyregulował zbyt miękki spust. Powoli wszystko poskręcał, podniósł broń, podrzucił nią, złapał prawą ręką, wykorzystał kabłąk spustu do popisowego młyńca. Wtedy do pokoju weszła Kenra, odwrócił się w jej kierunku, trzymając strzelbę przed sobą, lufa skierowana była prosto w głowę khatonki. Sara odskoczyła do tyłu, potknęła się o próg i padła na podłogę, Zack odłożył strzelbę i pomógł wstać Inkwizytorce.
-Możesz tym tak nie wymachiwać?- Zack spojrzał na chwilę w lustro, widział w nim swą twarz sprzed rewolucji, nie miał wtedy protez, zamknął oczy, gdy je otworzył w lustrze zobaczył swe normalne oblicze.
-Czego chcesz.- Odwarknął, Sara nonszalancko rozsiadła się an krześle, założyła nogę na nogę, odtrąciła włosy zasłaniające twarz, zrobiła dumną i wyniosłą minę.
-Chcę porozmawiać. O futrzatej. Coś w jej zachowaniu mi się nie podoba. Nie zachowuje się racjonalnie. Mam pewną teorię, ale wymaga potwierdzenia.- Zaciekawiło go to, on też miał pewną teorię na temat Kerny, a właściwie nie tyle teorię co był tego pewien, wiedział z jakiej rodziny Kenra się wywodzi. Poznał to po paru cechach charakterystycznych, rude włosy, szmaragdowe oczy, to mu w sumie wystarczyło, niewielu jest gepardzich khatonów o tych cechach, ale cętka w kształcie serca na lewej łapie była ostatecznym dowodem.
-I potrzebujesz mnie do tego? Hmm? No czego potrzebujesz?- Sara skrzyżowała ręce, rozejrzała się tak, jakby nie byli tu sami, nachyliła się do niego i zniżyła głos do szeptu.
-Kryształ Królów.- Niebianin nie krył zdziwienia, zaśmiał się kręcąc głową, uderzył pięścią w biurku, wszystko co na nim było podskoczyło, chwilę mu zajęło opanowanie się.
-Ty chyba żartujesz. Amanda przerobi mnie na żyletki, a ciebie na stojak nim się do tego zbliżymy. Zresztą, zapominasz o niezwykle ważnym fakcie, jesteśmy istotami mroku, Kryształ tego nie wytrzyma, zniszczymy go. To jest... Nie... Ty chyba nie chcesz powiedzieć... Nie.- Sara paskudnie się uśmiechnęła, ten drapieżny uśmiech porównywalny był z rekinem, obrazu dopełniały puste oczy.
-Tak, dokładnie. Ona jest istotą mroku. Jest taka jak my.-
 
Powrót do kategorii | Powrót do strony głównej artykułów
Komentarze są własnością ich autorów. Twórcy niniejszego serwisu nie ponoszą odpowiedzialności za ich treść.